Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu - Star Wars: Skywalker. Odrodzenie


Gwiezdne Wojny: Skywalker. Odzobaczenie

UWAGA, TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Wczoraj po 22 opuściłem salę kinową Multikina i biłem się z myślami dotyczącymi tego, co właśnie dane mi było zobaczyć. Jasna i Ciemna Strona Mocy toczyły nieustanny bój w mojej głowie, aż w końcu jedna z nich zwyciężyła... i dlatego przelewam swoje spostrzeżenia na temat najnowszej produkcji Disney'a. Ostrzegam, jeśli jeszcze nie oglądaliście filmu, przestańcie czytać! Spoilery będą waliły z każdej strony.

Po pierwsze, niniejsza recenzja jest tylko i wyłącznie moją opinią, moimi odczuciami. Szanuję to, że niektórzy z Was mają lub będę mieli inne zdanie, niż ja. Kurcze, sam jestem fanem od wielu, wielu lat. Wychowałem się na Gwiezdnych Wojnach. Zacząłem je czytać chyba w pierwszej klasie gimnazjum a teraz już mam ponad trzydziestkę na karku. Więc śmiało mogę powiedzieć, że Luke Skywalker czy Han Solo są ze mną od dość dawna. Pamiętam, że Amber swego czasu wydawał chyba co miesiąc nową książkę a ja je pochłaniałem w tempie ekspresowym. Dosłownie. Ale dość o tym... Później przyszedł Disney, skasowano EU i moja wiara w Gwiezdne Wojny podupadła. Nie ukrywam tego, moim zdaniem epizody VII i VIII były kiepskie. Znaczy się, wizualnie były fajne, efekty specjalne, lokacje, zdjęcia – to jak najbardziej na plus. Fabularnie te filmy kulały. Niestety. Ale to już rozmowa na inny temat.

Kurczę, bałem się iść do kina. Poważnie! Z jednej strony jarałem się, bo to jednak Gwiezdne Wojny. Z drugiej, lęk chwytał mnie za serce. Dlaczego? Z dwóch powodów: po pierwsze, film był kontynuacją poprzednich części, które czterech liter mi nie urwały. Po drugie, swego czasu Internet był pełen niby przecieków na temat fabuły, spekulacji, spoilerów i innych takich. Z ciekawości je czytałem i myślałem sobie „e, to nie może być prawda”. Olałem to, traktowałem jak jakieś heheszki. Trailery zapowiadały się całkiem przyjemnie. Dawały iskierkę nadziei. Film „Skywalker. Odrodzenie” przez twórców jest okrzyknięty zwieńczeniem nie tylko najnowszej trylogii, ale i rodu Skywalkerów. Nie ukrywajmy, taka deklaracja to wyzwanie dla reżysera, scenarzysty, producenta. Zdaje się, że Disney niczego się nie boi. I wiadomo, nie zadowoli wszystkich. Bo tego po prostu zrobić się nie da. Ale jakieś oczekiwania wobec filmu miałem i chyba to były zbyt duże oczekiwania, bowiem przede wszystkim liczyłem na to, że spoilery i przecieki które znałem już wcześniej okażą się być bujdami wyssanymi z palca...

… niestety nie były. Nie będę się trzymać chronologii pojawienia się przecieków, ani nie będę o nich pisać tak jak się pojawiły w filmie. Będę pisać o tym, co mi ślina na klawiaturę przyniesie. Za wynikający z tego chaos przepraszam. To, że Imperator Palpatine pojawi się w tym filmie było wiadomo chociażby z trailerów. To nie jest spoiler. Jednak z jego osobą wiąże się mega spoiler – który były znany z któregoś z wycieków – a mianowicie, chodzi o to, że Palpatine jest dziadkiem Rey! (Tu ciekawostka, taka fanowska teoria pojawiła się już w 2017 roku.... ) Tak, tak... ojciec Rey to syn samego Imperatora. I tu się nasuwa pytanie, czy ojciec Rey został spłodzony w klasyczny sposób czy Palpatine powołał go do życia za sprawą Ciemnej Strony Mocy tak jak to zrobił z Anakinem Skywalkerem? Jakakolwiek by nie była odpowiedź, to wyraźnie przeczy „Ostatniemu Jedi”, w którym wmawiano nam – i Rey – że jej rodzice byli nikim. No chyba tak nie do końca, bycie synem kogoś takiego jak Imperator Palpatine to nie byle co. Biorąc pod uwagę, że na przykład jakimś cudem nieznany z imienia Palpatine nie był wrażliwy na Moc, to chyba możemy przyjąć że nie był nikim. Kurczę, Kylo Ren mówił Rey, że jej rodzice byli pijakami, handlarzami złomu. A tu taka rewelacja? Liczył, że kłamstwem przeciągnie ją na swoją stronę? A widząc, że to nic nie daje, postanowił spróbować zwerbować ją, mówiąc jej prawdę? Meh... Słabe zagranie. Ale jeszcze słabsze jest to, że Leia wiedziała o pochodzeniu Rey. Luke zdaje się, że też to wiedział? Skąd? Na miliony milionów mieszkańców całej galaktyki, akurat znali przeszłość nieznanej do tej pory nikomu mieszkanki Jakku? Nie kupuję tego, wybaczcie.

Kolejną plotką było to, że Hux okaże się zdrajcą. I co? To też była prawda. Jednak to mnie aż tak nie bolało. W końcu Kylo Ren upokożył generała, a ten jako człowiek ambitny chciał pokazać swoją rację i wyższość. Dlatego przekazywał Ruchowi Oporu informacje. Chciał upadku Kylo, żeby pewnie samemu zostać Naczelnym Wodzem. To jeszcze jestem w stanie zrozumieć i jak najbardziej zaakceptować. I tu pewne moje spostrzeżenie. Hux zostaje postrzelony przez Finna gdy pozwala im uciec. W kolejnej scenie widzimy jak generał ma bandaż na nodze... i widzimy plamę krwi. Ale jakim cudem? Strzał z blastera nie wywołuje krwawienia.... WTF? Faktem było również to, że właśnie Imperator miał stać za wykreowaniem postaci Snoke'a. Jednak nie dostaliśmy żadnego wyjaśnienia jak to się stało. Gdy Kylo Ren udaje się na ukrytą planetę Exegol , widzimy w pojemnikach nie jednego, ale przynajmniej dwóch Snoke'ów. I nie wiemy, czy to klony, jeśli tak to czyje... nic. Nie pada żadne, najmniejsze wyjaśnienie. Tak samo jak nie wiemy jakim cudem Imperator przeżył wydarzenia z końcówki „Powrotu Jedi”. Gdy członkowie Ruchu Oporu słyszą, że wieści o powrocie Palpatine'a są prawdziwe, jeden z chyba pilotów pyta czy to klon albo sprawka magii Sithów. Ale film nam wtedy nie wyjaśnia. Jedna z największych zagadek epizodu IX nie zostaje rozwiązana. Ot, Imperator przeżył bo przeżył i deal with it.

Również prawdą był przeciek na temat sposóbu, w jaki można dolecieć na Exegol. Niestety to mi przypominało kiepską sesję RPG: polećcie tu, znajdźcie to, a wtedy będziecie mogli znaleźć tamto i polecieć tam. Ale ot nie było takie złe, podróż Rey i ekipy miała jakiś sens. Kolejną plotką, która była spoilerem a nie wymysłem, było to, że w filmie pojawi się Han Solo. To zdawało się mieć uzasadnienie, bowiem Harrison Ford pojawił się na premierze filmu. No i rzeczywiście, Solo pojawił się w „Skywalker. Odrodzenie”. Ale jako kto? Kylo Ren / Ben Solo po przegranym pojedynku z Rey widzi swojego ojca... to wizja? Wyobraźnia młodego Solo? Na pewno Han nie był duchem Mocy. Ten wątek nie został wyjaśniony i mnie nieco drażnił. Cały czas się zastanawiam o co chodziło. Rozumiem, że za sprawą Leii i Hana Kylo Ren miał porzucić dotychczasowe życie i na powrót stać się Benem Solo. Ale kurdę... nie mogę rozgryźć o co chodziło z Hanem. Co mnie jeszcze drażniło, to fakt, że zrobiono z Rey taką super-hiper-duper... Oczywiście w starym kanonie byli uzdrowiciele Jedi, ale to co wnuczka Palpatine'a robi w epizodzie IX to przegięcie. Używa Mocy aby w kilka sekund wyleczyć ranę, nawet taką śmiertelną. Kolejną beznadziejną, kretyńską rzeczą która pojawia się w tym filmie, to to, że Rey i Kylo są w stanie za pomocą Mocy „przesyłać” sobie przez lata świetlne, z planety na planetę i w ogóle różne przedmioty. Kurdę, nie jestem ekspertem ale jestem przekonany, że Moc tak nie działa. Jak oni to robią? Tworzą niewidoczne dla innych portale? Najgorsze jest to, że to „przesyłanie” przedmiotów jest w kilku miejsach niezwykle kluczowe dla fabuły... Kretyństwo. Wkurzył mnie również wątek C-3PO. Trailer był poruszający, gdy złocisty android mówił, że chce ostatni raz zobaczyć przyjaciół. Spodziewaliśmy się, że Threepio poświęci się, aby pomóc w pokonaniu Imperium... a tu rozczarowanie. Również rozczarowujące było to, że niszczyciele Sithów miały broń mogącą zniszczyć planetę... czy my już tego nie widzieliśmy? Wydaje mi się, że w nowym kanonie imperium umie tworzyć tylko taką broń.... w każdym filmie niszczą planety. Tak ciężko wymyślić coś innego?

Ale dobra, już nie ma co więcej wyliczać co było na minus. Warto w końcu powiedzieć co było na plus. Na pewno plusem była muzyka. John Williams odwalił kawał dobrej roboty tworząc ścieżkę dźwiękową do tego filmu. Muzyka doskonale uzupełniała obraz, który mieliśmy przed oczami. Arcydzieło! Nic dodać, nic ująć. Kolejnym plusem jest rozbudowa postaci Poe i Finna. Są bardziej żywi, jakoś w tym filmie bardziej ich „czuć”. Rozwijają się, dostali więcej czasu antenowego i to wyszło im na dobre. Finn czuje się jak ryba w wodzie pośród innych członków Ruchu Oporu. Poe z kolei awansuje i staje się przywódcą. Na jego barkach spoczywa los ostatniego, desperackiego ataku na siły Imperium. Plusem również było odsunięcie na bok postaci Rose, jakoś próba zeswatania ją z Finnem, co rzucało się w oczy w „Ostatnim Jedi” było nie najlepszym pomysłem. Dobrze, że tym razem producenci filmu postanowili odrzucić ten pomysł. Billy Dee Williams jako Lando wypada bardzo dobrze. To ten sam Lando, którego widzieliśmy w Starej Trylogii. Lando to Lando, szarmancki, barwny... Stary dobry Calrissian. Jednak to nie jedyna postać ze Starej Trylogii, która powraca na ekrany kin. Szukajcie Wedge'a! I dare you! Kolejny plus: Exegol. Co prawda to nie Korriban ale jest to świetnie zrobione miejsce. Mroczne, budzące niepokój... Sceny na tej planecie są po prostu przekozackie. Te ogromne posągi, sala tronowa... zakapturzeni adepci Sithów. Już się nie czepiam skąd Imperator ich wszystkich wytrzasnął... Ale kurczę, no świetnie się oglądało to wszystko. Tak samo świetnie wyglądały chwile w układzie Yavina, gdzie widzieliśmy szczątki drugiej Gwiazdy Śmierci. Pozostałości po superbroni smagane wiatrem i falami mają swój klimat, te szczątki myśliwców TIE, resztki pancerzy szturmowców... No bajka. Zdjęcia w tym filmie są świetne, tutaj nie mam się do czego przyczepić. Wizualnie film prezentuje się świetnie. Pasana i planeta na której poznaliśmy Zorii Bliss nie zrobiły na mnie takiego wrażenia jak świat Sithów, lecz również cieszyły oko. Efekty specjalne oczywiście też zostały zrobione na najwyższym poziomie, tak samo nie zawiodły kostiumy czy sceny walki. Chociaż do finałowego starcia Imperatora z wnuczką przyczepiłbym się... i to bardzo. Ale już miałem nie jojczyć.

Gdyby „Skywalker. Odrodzenie” był samodzielnym filmem, stanowił początek jakiejś sagi to bym to może zaakceptował. Gdyby nie istniały poprzednie filmy i nie byłoby tych wszystkich książek i komiksów, to pewnie bym łyknął jak pelikan to, co tak bardzo mnie raziło w oczy. Jako kontynuacja „Ostatniego Jedi” ten epizod jednak nie daje rady. J.J. Abrams, który wyreżyserował „Przebudzenie Mocy” nadał temu filmowi swoją wizję, której z kolei Rian Johnson robiąc „Ostatniego Jedi” mówiąc kolokwialnie nie pociągnął. I co robi Abrams robiąc nowy film? Niestety troszkę zlewa Johnsona i robi swoje. Przez to jakoś nie czuje się, że te wszystkie filmy są połączone i tworzą logiczną całość. Wygląda to tak, jakby Abrams chciał pokazać w jednym filmie za dużo, za szybko... widz momentami nie może złapać oddechu. Ciężko to przegryźć. Oczywiście te pojedynki, pościgi czy bitwy cieszą oczy, nie mówię że nie. Są wykonane bardzo ładnie. Ale jednak coś tu nie gra. Nie najgorzej wypadają nowi bohaterowie, czyli Jannah, Zorii czy generał Pryde.

Dobra, koniec tego dobrego. Czas na podsumowanie. Wizualnie jest oczywiście bardzo ładnie, lecz w filmie nie pojawia się nic, co by zapierało dech w piersi. Wszystko jest ładnie, poprawnie. Jak już mówiłem, kostiumy, sceny walki, efekty specjalne – wszystko spoko. Warstwa dźwiękowa też cieszy, aż dreszcze przechodzą jak słychać buczenie mieczy świetlnych. Muzyka jest dobra, ale szkoda, że kompozytor nie stworzył czegoś nowego, czegoś co byłoby równie kultowe jak „Marsz Imperialny” czy „Duel of the fates”. Fabularnie moim skromnym zdaniem film nie tyle kuleje, co urwało mu nogę... albo i dwie. Niektórych rozwiązań nie rozumiem, nie akceptuję, nie znajduję w nich sensu i logiki. Nie nastawiałem się z góry, że to będzie totalna klapa. Nie, nie. Czułem, że może nie wyjść najlepiej ale jednak gdzieś w głębi siebie liczyłem, że się pozytywnie zaskoczę. No niestety, Abrams mnie nie zaskoczył. A jeszcze jak pojawiła się plotka, że w filmie ma się pojawić Ahsoka Tano to coś we mnie drgnęło, że może jednak będzie jeszcze lepiej... Niestety... A szkoda. Naprawdę szkoda...

Dengar

Star Wars: Skywalker. Odrodzenie
reżyseria: J.J. Abrams
scenariusz: J.J. Abrams, Chris Terrio
obsada: Carrie Fisher, Mark Hamill, Adam Driver, Daisy Ridley, John Boyega, Oscar Isaac, Anthony Daniels, Naomi Ackie, Domhnall Gleeson, Richard E. Grant, Lupita Nyong'o, Keri Russell, Joonas Suotamo, Kelly Marie Tran, Ian McDiarmid, Billy Dee Williams

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2020 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.