Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #41 - Wolverine TP

Wolverine TP
Scenariusz: Chris Claremont
Rysunki: Frank Miller i Joe Rubinstein
Okładka: Frank Miller
Liczba stron: 96
Cena okładkowa: 4.95$ (rok wydania: 1987)
Zawiera: Wolverine #1-4

41.jpgDon G: Claremont naprawdę kiedyś pisał dobrze. Tak, wiem, że Exiles. Wiem, że te postreloadowe dziwne Excalibury. Jestem jednak zdania, że pierwsza seria z brytyjskim odłamem mutantów była całkiem udanym komiksem rozrywkowym. Gigantyczny, wieloletni run w Uncanny X-Men również ma wielu zwolenników. I słusznie. Zapomnijmy na chwilę o nudnych, wypełnionych uciążliwymi boksami narracyjnymi komiksach, które dziś wydala Chris. Cofnijmy się do roku 1982, w którym powstało jedno z lepszych dzieł Claremonta - czteroczęściowa miniseria Wolverine.

O czym opowiada ta historia? Wolverine wyrusza do Japonii na spotkanie z kobietą, którą kocha. Jest zaniepokojony, bowiem wszystkie listy, jakie do niej wysyłał, wróciły do niego nienaruszone. Gdy Rosomak dociera w końcu do twierdzy rodu Yashida, poznaje szokujący fakt. Mariko wyszła za mąż. Co gorsza, jest przez obecnego partnera niewłaściwie traktowana (groźby, rękoczyny). Chwilę później Logan zostaje zaatakowany przez gospodarza - Shingena, ojca wybranki mutanta. Zostaje przez niego pokonany w nieuczciwym pojedynku i publicznie upokorzony. Dalej pojawiają się Hand, teoretycznie piękna zabójczyni Yukio i mnóstwo mniej lub bardziej subtelnych nawiązań, dzięki którym Wolverine jawi nam się jako współczesny samuraj bez pana. Bohater przez cały czas trwania historii próbuje odzyskać honor, ale o wiele bardziej zależy mu na odzyskaniu Mariko. Wcześniej jednak musi udowodnić Shingenowi, że jest przeciwnikiem, z którym warto się liczyć. Jest to na pewno jakieś świeże spojrzenie na postać, a przynajmniej było na początku lat osiemdziesiątych. Logan w końcu stał się człowiekiem z krwi i kości.

Partnerem Chrisa w projekcie Wolverine zgodził się być sam Frank Miller - twórca genialny, szalenie inspirujący i doceniany nie tylko w światku czytelników komiksów. Mężczyzna odpowiada jednak w miniserii tylko (i aż) za rysunki. Skupmy się na robocie, jaką wykonał. Rysunki w Wolverine są dobre. Nie należy jednak spodziewać się wymiataczy w stylu plansz z Sin City czy 300. Ten album powstał dekadę wcześniej, a ilustracjom zawierającym się w nim najbliżej do tych z Elektra Saga. Nie są może tak ekspresyjne, jednak na pewno cieszą oczy. Miller znakomicie uchwycił sceny akcji. Bije z nich niemal filmowa dynamika. Za przykład niech służy pościg po dachach miasta lub kadr, na którym bohater jest zalewany deszczem strzał. Widać również początki charakterystycznego agresywnego cieniowania. Za operowanie tuszem nie odpowiada jednak Frank, a Josef Rubinstein. Radzi sobie znakomicie. Nie ma się w tej kwestii do czego przyczepić.

Sama historia jest świetna. Zastanawiać może mocno orientalny klimat opowieści. Przecież to Frank zawsze fascynował się kulturą Japonii. Możliwe, że właśnie osadzenie akcji miniserii w Kraju Kwitnącej Wiśni przekonało Millera do zilustrowania tejże. Są to jednak tylko przypuszczenia. We wstępie autorstwa Claremonta do polskiego wydania komiksu (wyd. Egmont, 2004) czytamy, że zamierzeniem autorów było przedefiniowanie postaci Wolverine'a. Chcieli go najpierw kompletnie zniszczyć, aby potem uczynić lepszym. Czy cel został osiągnięty? Na pewno, choć osobiście uważam, że Frank, działając solo, osiągnąłby jeszcze lepszy efekt. Tym razem nie są to tylko dywagacje. Miller udowadnia to na kartach opowieści o Daredevilu "Born again", gdzie najpierw niszczy głównego bohatera, a potem podnosi go z upadku. Z Wolverinem wyszło nieco gorzej, choć nadal przekonująco.

Mimo moich komentarzy odnośnie zastąpienia Chrisa przez Franka scenariusz jest naprawdę porządny i sensowny. Sama historia zaś jest bardzo ważnym etapem w życiu Rosomaka. Polecam głównie czytelnikom wychowanym na współczesnych komiksach w celu (ewentualnego) chwilowego poczucia magii komiksów lat osiemdziesiątych. Marvelowe dokonania Millera nadają się do tego moim zdaniem najlepiej, jeżeli mówimy o komiksach superbohaterskich.

redevil: W ostatnim plebiscycie na najlepszego komiksowego bohatera wszechczasów komiksowego magazynu "Wizard" bohater dzisiejszej recenzji, Wolverine, zajął pierwsze miejsce. Czytając aktualne lub trochę starsze komiksy, w których "Rosomaka" jest pełno (wspomnę tylko o znanemu polskiemu czytelnikowi "Venomie"), ten wybór może wydawać się dziwny. Niemniej lektura leciwego już komiksu o wdzięcznej nazwie "Wolverine" może ten fenomen wyjaśnić.

 

Komiks duetu Claremont i Miller zachwyca. Nie chodzi wcale o świetny scenariusz z dobrze prowadzona historią i naturalnymi dialogami (Krzyś w najwyższej formie!). Nie chodzi nawet o świetne rysunki Millera, którego prosta, czysta kreska nosząca już w sobie zaczyn rysunków z "Sin City" współgra idealnie ze scenariuszem, oddając najważniejsze detale historii, bez względu czy w danym momencie są to sceny walki, skradający się wojownicy ninja, czy emocje na twarzach bohaterów. Najważniejszy w historii jest bohater, X-Man zwany Wolverinem.

 

Po wielu latach pokazywania Rosomaka jako dzikiego zwierzęcia, rządowego agenta, mężczyzny z teleskopowo wysuwanymi z rękawic ostrzami czy smarującego swe rany tajemniczą maścią bohatera duet uznanych twórców tchnął w Logana komiksową duszę. Historia opowiedziana w czterech zeszytach jest opowieścią o prawdziwym, nieustępliwym rosomaku, zwierzęciu przyodzianemu w ludzką skórę, mordującemu niezliczone ilości wrogów bez mrugnięcia okiem. Gdy przyjrzymy się jednak głównemu bohaterowi bliżej, odkryjemy, że jest on człowiekiem wielu przywar i namiętności. Logan nie stroni od piwa, które, choć na chwilę, pozwala mu zapomnieć o życiu, zakochuje się i jest mściwy. Najważniejsze jest jednak wnętrze, dusza Wolverine'a - jest to bowiem dusza samuraja, bezlitosnego wojownika żyjącego według ścisłego honorowego kodeksu. I tak z dwuwymiarowego bohatera Logan staje się ciekawą postacią. W tych zaledwie stu pięćdziesięciu z hakiem centymetrach kłębią się emocje, którymi można by obdzielić tuzin komiksowych "trykotowych" postaci lat osiemdziesiątych. Do tego aura tajemniczości i niezbadanej przeszłości mutanta pozwala nam snuć wyobrażenia, które ubrane w słowa straciłyby na swojej sile. Wolverine idealnie balansuje na granicy oddzielającej psychopatę od rycerza, dając czytelnikowi dużo frajdy, gdy ten śledzi jego losy. Któż bowiem inny mógłby się szczycić jednocześnie walką o pokojową koegzystencję pomiędzy homo sapiens a homo superior jednocześnie, mając za slogan słowa: "Jestem najlepszy w tym co robię, a to co robię jest niezbyt przyjemne.

 

Już trzydzieści cztery lata Wolverine gości na łamach komiksów, zajmowało się nim setki scenarzystów i rysowników, ale to właśnie to zbiorcze wydanie zdecydowanie należy do jednego z pięciu najlepszych w historii opowieści o Loganie. Moja ocena nie mogłaby być inna - 10/10.


LTplus.jpg
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.