Avalon » Publicystyka » Artykuł

X-Maliny 2004

Największym błędem Marvela jest zbyt duża ilość tytułów na rynku, co powoduje skrócenie długości życia przeciętnej serii. Marvel mówi: "Każdy znajdzie komiks dla siebie", ale zapomina dodać "ale nie przywiązujcie się do niego, bo wkrótce go zamkniemy." Poza tym w x-tytułach roiło się od fatalnych baboli.

X-Maliny 2004

Tytuł cykliczny:

capulet: Z początku wybór wydawał mi się oczywisty. X-Men Austena w przekroju roku miało tak nieprzyzwoicie niską średnią ocen, że powinno zostawić kontrkandydatów daleko w tyle, right? Wrong. Paradoksalnie, choć Uncanny przyznawałem niemal zawsze wyższe noty, to właśnie ten tytuł otrzymuje ode mnie statuetkę maliny. Niby żaden numer nie był bezdennie głupi i tragicznie słaby, ale seria jako całość jest tak śmiertelnie nudna i "szara", że aż żal dupę ściska. Przez niemal każdy komiks z serii Uncanny X-Men przebrnąć było potwornie trudno. X-Men Austena przy całej swej głupocie było przynajmniej szybką lekturą, która dostarczała mnóstwa powodów do śmiechu, a "dzieło" Claremonta przypominało bieg na 3000 metrów z przeszkodami... cholernie wysokimi przeszkodami.

Christoff: Tu Marvel mnie nie zawiódł. Można przebierać i przebierać. Przede wszystkim X-Men Unlimited. Po co to komu? Dalej mamy Uncanny X-Men i X-Men pisane przez Austena, czyli podręcznik pt. "Jak nie należy pisać komiksów". Jubilee, Rogue, Gambit, Alpha Flight. Po co to komu? X-Force. Na miłośc boską!!!! Po co to komu??? Uncanny i Excalibur Claremonta też mi się nie podoba, ale w porównaniu z badziewiem wymienionym wyżej stoi całkiem mocno.

Gil Galad: Ponieważ miniserie nie kwalifikują się pod przymiotnik "cykliczny", mało zaszczytny tytuł chały roku przypadnie serii Uncanny X-Men. A to za sprawą wyczynów Austena z początku roku i nudy, jaką zaserwował Claremont po przejęciu tytułu. Jedyne, co mi przypasowało w tej serii od początku roku, to pierwsza część krótkiej historii, w której Charles przybywa do Genoshy. Poza tym, raczej ograniczałem się do pobieżnego czytnięcia, bo wgłębiać się w fabułę nie miałem ochoty. Ot, malinowo...

Idanow: "Emma Frost". Tylko nie mówcie, że się tego nie spodziewaliście. Naprawdę nie wiem, dla kogo ten komiks jest przeznaczony. Ani nie są to typowe historie dla nastolatków, ani coś dla bardziej dojrzałego czytelnika. Opowieści przedstawiane nie są też specjalnie zajmujące (oczywiście pominę to, że mają się nijak do znajej nam historii White Queen), więc wieści o przerwie w wydawaniu Emmy Frost chyba nie zaszokują zbyt wielu osób. I tak wszyscy kupowali ten tytuł wyłącznie dla okładek.

Kumos: Trochę nagnę kategorię, ale wydaje mi się, że o ile Chcuk Austen jest o kilka długości przed innymi, to tym razem w wyścigu na najgorszy tytuł wyprzedził go Rob Liefeld ze swoim X-Force. Ratunku, Ratunku, Ratunku!

Lex: Uncanny X-Men. "Flagowy" komiks o mutantach ma pecha do scenarzystów. Na początku roku Chuck Austen uraczył nas koszmarnym "She Lies with Angels" i jeszcze gorszym zakończeniem "Of Darkest Nights". Potem tytuł przejął Chris Claremont i opowiedział historię o... yyy... O czym Claremont pisał przez ponad pół roku? Był jakiś baseball, ktoś wpadł w Furię, X-Men walczyli cały czas ze sobą, ale, o co w ogóle chodziło, to ciężko powiedzieć.

maSSive: X-Men od momentu przejęcia tej serii przez Austena czyli od numeru 155. Nawet najgorsze historie tego scenarzysty, jakie pojawiły się wcześniej w Uncanny X-Men, nie były chyba tak tragiczne jak ostatnie dokonania pana A.



Historia:

capulet: Tutaj z czystym sumieniem mogę "nagrodzić" Austena i jego "dziecko", wieńczące koszmarny run tego pana w serii X-Men. "Heroes and Villains", bo o nim mowa, to chyba najczystsza próbka tego co czytelnicy musieli znosić przez te długie miesiące królowania Austena. Exodus pojawia się ni z gruchy ni z pietruchy i kompletuje pseudo-bractwo, żeby zabić X-Men (co robił wcześniej i dlaczego teraz go naszło, żeby ich zabić?). Do tej radosnej dziatwy złożonej m.in. z gadającego mamuta dołącza Juggernaut co miało nas chyba zszokować. Potem (co miało nas chyba jeszcze bardziej zszokować) Juggernaut okazuje się być "tym dobrym", ale i tak nie jest w stanie zapobiec śmierci rybieko pyszczka. A na koniec, żeby było bardziej jazzy, Xorn otwiera głowę i, używając jej jako odkurzacza, sprząta ten cały bajzel (z Juggernautem włącznie). Bzdura na bzdurze bzdurą pogania.

Christoff: Znów trudny wybór. Trwałość pamięci robi swoje więc medal przyznamy panu Austenowi za "Heroes and Villains". Za śmierć człowieka-ryby, która po raz pierwszy od wielu lat zmusiła mnie do płaczu. Nad panem Ch.A. [Po przemyśleniu zmieniam zdanie. "Day of the Atom" była jednak głupsza bo występowała w niej godzilla.]

Gil Galad: Panie Austen! Pozwól pan na chwilę i przypomnij, co tam pan stworzyłeś...? Oj, ależ mam wybór... Niech no będzie, że zdecyduję się na historyję, którą już wcześniej ogłosiłem tragedią roku: "Heroes and Villains". Oto największe nagromadzenie banału, farsy, bezsensownych dialogów, nieskładnych wydarzeń, skaszanionych postaci, nielogicznych wątków, a przy okazji także rysunków w awangardowym stylu "na'odpau".

Idanow: Pierwsza lepsza tudzież pierwsza z brzegu tegoroczna historia z Uncanny lub New X-Men by Austen. Każda wpada w ten sam schemat: tragiczne dialogi, postaci o mentalności pięciolatków, zadziwiające (w sensie bezsensowne) zwroty akcji.

Kumos: Pożegnalna historia Austena. Nie sądziłem, że można stworzyć coś gorszego od Ona-Cierpi-z-Aniołami. Można. Jeśli kiedyś będzie wydawać się wam, że upadliście na dno, rozejrzyjcie się. Na pewno znajdować się tam będą drzwiczki, za którymi w swym pokoju będzie siedział Chuck przygotowując kolejne hity.

Lex: "She Lies with Angels". Opowieść pełna banału, dziwacznych zachowań, które wskazują na poważne problemy psychologiczne wielu bohaterów i schematyczna aż do bólu. Na dodatek nuda, brak więzi z bohaterami i przewidywalność wydarzeń, czyli Chuck Austen w najlepszej formie.

maSSive: "Heroes and Villains" by Austen & Larroca. Wystarczy poczytać recenzje Gila Galada, aby zrozumieć dlaczego. Mi pozostaje jedynie się pod nimi podpisać.



Scenarzysta:

capulet: Tutaj dylemat wygląda analogicznie jak w przypadku tytułu cyklicznego (bo rysunki były w obu tytułach drugorzędne i decydował scenariusz). I podobnie jak w pierwszej kategorii zwycięzcą jest Claremont. Najbardziej irytująca jest wszechobecna łopatologia. Claremont wszystko musi wyjaśnić w najdrobniejszych szczegółach i zawsze mówi nam dokładnie kto co myśli, co sprawia, że każdy jego komiks jest lekturą najtoporniejszą z topornych. Nie wiem czemu w Marvelu trzymają tego podstarzałego skrybę i jeszcze dorzucają mu kolejne tytuły... chyba ze względu na "stare dobre czasy".

Christoff: Znów ten Austen. Ale tym razem nie ma powodów do zmartwień, bo Liefeld jest za nim tylko dlatego że napisał dużo mniej historii. Z tym że różne są powody ich beznadziejności. Chuck pragnie uchodzić za intelektualistę i człowieka walczącego ze stereotypami, ale zwyczajnie brak mu talentu i pomysłów. Rob natomiast jest zupełnie bezpretensjonalny. Nie chce mu się i nie ma zamiaru robić nic ciekawego. "Czytajcie a jak się wam nie podoba to spier...." Niestety, dużo osób czyta.

Gil Galad: Musicie pytać? Wszyscy przecież wiemy, kto zwycięży w tej kategorii. Imię brzmi Charles, a nazwisko Austen i to wystarczy za całe uzasadnienie. Niestety, muszę przyznać, że za "miszczem" ciągnie się spory peleton z panami Bedardem i Claremontem w czołówce, a skoro pan A odchodzi, w przyszłym roku zapowiada się ostra rywalizacja o malinkę...

Idanow: Bezapelacyjnie Chuck Austen, chyba nie muszę ponownie pisać dlaczego? Choć tytuły prowadzone przez Austena nie są osamotnione w tej kategorii, bo ostatnie kilka(naście?) numerów Exiles Bedarda prezentuje naprawdę niski poziom.

Kumos: Znowu nagnę kategorię, ale jak już wspomniałem Austen jest mistrzem świata przy tym co wymyślił Liefeld. Fabuły X-Force jego autorstwa nie ratuje nawet Nicieza zatrudniony do pisania dialogów. Można jednym ruchem odrzucić sporą część x-historii? Przywrócić do istnienia wymazaną z czasu linię Askani? Spowodować zmartwychstanie kilku osób? Stworzyć groźnego PRZECIWNIKA żywiącego się mutantami? Nie przejmować się tym, co zaszło w x-komiksach w ciągu ostatnich lat? Liefeld udowadnia nam, że można.

Lex: Chris Claremont. Tak, wiem, "Ojciec Chrzestny" X-Men, "Dark Phoenix Saga", 17 lat pisania bez przerwy, bla bla, bla bla... Tylko, że to nie jest kategoria "Najlepszy scenarzysta w historii X-Men" (wtedy też bym na niego zagłosował), ale najgorszy scenarzysta 2004 roku, a moim zdaniem, przez te 12 miesięcy spod ręki Claremonta wyszło najwięcej słabych komiksów. Chuck Austen pisał fatalnie, ale przeważnie tylko jedną serię miesięcznie, a Claremont popisał się swoimi umiejętnościami w X-Treme X-Men (ktoś wie, o co chodziło w zakończeniu tej serii?), Uncanny X-Men, X-Men: The End i Excaliburze (o Witchblade/Wolverine łaskawie nie wspomnę). Mam jedno zastrzeżenie, co do jego komiksów: brak w nich jakiegoś motywu przewodniego, co powoduje, że kolejne historie nie trzymają się kupy, a jego bohaterowie wygłaszają straszliwie długie monologi. Ok, mam dwa zastrzeżenia: brak motywu przewodniego, przydługie dialogi i "coolerskie" słownictwo. Trzy zastrzeżenia: brak motywu przewodniego, przydługie dialogi, "coolerskie" słownictwo i bezustanne walki pomiędzy X-Menami...

maSSive: And the winner is... Chuck Austen!!! I to drugi rok z rzędu - to ci dopiero osiągnięcie.



Rysownik:

capulet: Chyba Larroca. Nikt inny szczególnie mi nie podpadł (może dlatego, że X-Force ołówka Liefelda olałem sikiem koszącym). W 2003 Salva zachwycał a w tym opuścił się o jakieś dwie klasy. Nie wiem co się mu stało i jak to się stało, ale mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wróci do formy sprzed roku.

Christoff: Larroca. Nie dlatego, że rysował najgorzej ze wszystkich, bo tak nie było. Po prostu dawno nie widziałem tak drastycznej obniżki formy.

Gil Galad: Tutaj postawię chyba na pana Liefelda. Zastanawiałem się nad Salvą, ale on ma jakieś takie fazy, że jak chce, to potrafi, natomiast Rob L. zwyczajnie rysować nie umie. Proporcje, perspektywy, anatomia - wszystko leży. Na szczęście, poza tymi dwoma michałkami, rysunki w większości serii nie są złe, co jest bardzo pocieszające!

Idanow: Zadziwiająco w tym roku (pomijając oczywiście Liefelda) nie przychodzą mi do głowy rysunki, które by mnie wyjątkowo odrzuciły. Po sięgnięciu w odmęty pamięci jednak coś się znalazło: Alex Sanchez X-Men Unlimited #6. Bleh, chwilami rysunki są wręcz osobliwe.

Kumos: Igor Kordey. Na szczęście już go nie ma. Obrzydził mi X-Treme X-Men.

Lex: Mizuki Sakakibara. Coraz mniej podoba mi się Exiles i mam wrażenie, że to nie tylko wina scenarzysty. Na pewno rysowniczce nie pomaga fakt, że Marvel postanowił oszczędzać na farbkach i rozcieńcza je wodą, wskutek czego rysunki są strasznie blade.

maSSive: Salvador Larroca. Pamiętam jak kilka lat temu zachwycałem się jego rysunkami czytając "Heroes Return". Dziś porównuję je z ilustracjami z najnowszych numerów X-Men i nie potrafię zrozumieć, jak to się stało, że Salva, zamiast rozwijać swój talent, jakby zupełnie go stracił.



Okładka:

capulet: Podobnie jak w oskarach pozwolę sobie wyróżnić trzy okładki. Uncanny #452 z przerażającą Storm i Sage, wyglądającą jak królewna śnieżka, X-Men #158 - zwiastun strasznej obsuwy formy Salvy. I wreszcie Excalibur #1, czyli przedstawiciel mojego ulubionego gatunku "30 mord na jednej stronie".

Christoff: Prawdę mówiąc nie wiem. Chyba nie było żadnej aż tak złej żeby ją wyróżniać.

Gil Galad: Nie było jakoś w tym roku okładek rewelacyjnych, ale też tragicznych nie było... Były za to słabe, jak większość X-Men i Uncanny, wszystkie X-Force i Jubilee. Szczególnie nie spodobały mi się okładki Exiles #54 oraz Wolverine od #20, bo jestem uczulony na Romitę juniora.

Idanow: Uncanny X-Men #452. O. Mój. Boże. Storm to transwestyta!

Kumos: Excalibur #1

Lex: Uncanny X-Men #437. O rysunkach Salvadora Larroci w zeszłym roku można najdelikatniej powiedzieć "nierówne". Ta okładka należy do całej serii słabych rysunków, którymi raczył nas w Uncanny i później w X-Men. Trudno uwierzyć, że to ten sam artysta, który stworzył fenomenalne okładki X-Treme X-Men. Warto zwrócić uwagę na "odważny" dobór kolorów, którym zajął się jakiś przedszkolak z farbkami.

maSSive: Logan i Sabretooth na okładce Wolverine #15 Daricka Roberstona.



Postać żeńska:

capulet: Bezkonkurencyjna była w tym roku Polaris. Średnio co dwa numery zmieniała jej się osobowość. Najpierw była wariatką by potem spotulnieć (ta cała blokada Xaviera, która niby to sprawiła to lewy pomysł). Potem miała kolejny odchył w "Of Darkest Nights", by wreszcie na końcu stać się postacią kompletnie bez wyrazu.

Christoff: Pielęgniarka Annie, bo rzuca Havoka tylko po to żeby do niego powrócić za kilka miesięcy (śmiejcie się niedowiarki). Powtarzam się, ale po co ona komu była potrzebna?

Gil Galad: Bardzo nad tym ubolewam, bo to moja ulubiona postać, ale niestety muszę wręczyć malinkę Rogue. Padła ofiarą miernych scenarzystów, którzy sprawili, że już zupełnie nie wiadomo, co się z nią dzieje, jakie ma teraz zdolności, z kim jest, kim jest? Zdecydowanie powinna się zatroszczyć o lepszego agenta, który zadba o to, żeby wróciła na pozycję najciekawszej i najatrakcyjniejszej pośród X-pań!

Idanow: Polaris córką Magneto. Choć wcześniej ustalono, że nią nie jest. 'Nuff said.

Kumos: Polaris. Pamiętacie jeszcze, że kiedyś to był ktoś?

Lex: Polaris. Wydawało się, że wszystko co najgorsze spotkało ją już w zeszłym roku, ale niestety los (w osobie Chucka Austena) okazał się dla niej okrutny. Dziwaczne zachowanie podczas "She Lies with Angels" było niczym w porównaniu z "Of Darkest Nights", podczas którego przedstawiła jakieś absurdalne argumenty popierające Magneto. Do końca roku przebywała w rękach Austena i brała udział w kolejnych fatalnych opowieściach.

maSSive: Polaris. Jest w zespole, ale niczym się nie wyróżnia. Być może Peter Milligan uczyni tę postać ciekawszą.



Postać męska:

capulet: I tutaj wyraźny zwycięzca w osobie Juggernauta. Z początku wydawało mi się, że pomysł z przejściem na "jasną stronę" może wypalić, ale im dalej w las tym więcej drzew. Pod koniec roku na Caina już nie mogłem patrzeć. Całości dopełnia pseudo-dramatyczne odejście Juggy'ego, który nie mógł zdzierżyć, że ubili jego "najlepszejszego przyjaciela" (nic to, że w swej bogatej karierze anty-bohatera odesłał na tamten świat pewnie z tysiąc tak samo niewinnych dzieciaczków).

Christoff: Iceman. Zwyczajnie mnie wkurza. Cały czas ma do kogoś pretensje nie wiadomo o co, kłóci się jak idiota, roztapia się albo rozlatuje żeby powrócić jako icegodzilla i robi inne głupie rzeczy. A fe.

Gil Galad: Zaczynam węszyć tu jakiś spisek... A może po prostu to kolejna postać, która padła ofiarą własnej popularności... Malinę dostaje Gambit. Wszystkie jego występy w tym roku były nudne jak flaki w oleju, albo tragikomiczne do bólu. Jego własna seria to zupełny niewypał, epizody u Rogue są raczej żałosne, a to, co Austen z nim wyprawiał, przechodzi wszelkie pojęcie! Szkoda, ale takie są fakty... Gambit został zepsuty.

Idanow: Tutaj podium dzielą pomiędzy siebie Beak z Exiles i... Wolverine z... wszystkiego. Ptakopodobny koleżka to piąte koło u wozu i naprawdę nie rozumiem na cholerę on trafił do składu. Żeby było śmiesznie? Od tego jest Morph. Może było za mało dziwolągów w drużynie. A Wolvie jak to Wolvie, jest go po prostu za dużo i ma się go dość. To ciekawa postać, ale co za dużo to niezdrowo.

Kumos: Ten facet z Kanady co tak szybko biega i jest nauczycielem w instytucie, a występował tak rzadko, że zdązyłem zapomnieć juz jak się nazywa.

Lex: Magneto. Pomijam już całe zamieszanie z jego powrotem, ale Magneto, który obecnie pojawia się w Excalibur jest tragiczny. Po prostu brak mu osobowości, co, biorąc pod uwagę jego biografię, musi dziwić. Poza tym wydawało mi się, że przed runem Morrisona (czyli przed ostaniem pojawieniem się, bo przecież Xorn był Impostorem Impostora), jego zdolności były poważnie osłabione, a w ostatnim numerze Exc tworzy jakieś "robacze dziury" ("łormhole")... osochozi?

maSSive: Northstar. Prawie niewidoczny w tym roku. Co on właściwie robi w szeregach X-Men?!?



Negatyw roku:

capulet: Zdecydowanie zamknięcie Weapon X. Żal po stracie serii Tieri'ego osłodziło mi co prawda pojawienie się Astonishing X-Men i District X, ale nie zmienia to faktu, że panowie z Marvela odesłali w niebyt jeden z najlepszych x-komiksów jaki kiedykolwiek czytałem; komiks wielowątkowy, ze świetnymi postaciami, dialogami i klimatem; komiks, który zmierzał w określonym kierunku i nie był jedynie zbiorem lepszych lub gorszych historii. Paradoksalnie z tego negatywu roku 2004 może wyniknąć pozytyw roku 2005, w którym ma ukazać się miniseria Weapon X, w której Tieri obiecał domknąć najważniejsze wątki serii... czekam z wypiekami na polikczach.

Christoff: Cała ta rozbita na wiele niezwykle skomplikowanych części afera z Magneto, jego Podszywaczem, Xornem, bratem Xorna, mikroskopijnym organizmem przejmującym kontrolę nad bratem Xorna, który pod swoim hełmem jest dokładną kopią Magneto; przewożeniem ciała Podszywacza do Genoshy, bezczeszczeniem tego ciała przez Wolverine'a; nagłym wyjściem prawdziwego (czy na pewno?) Magneto z mysiej dziury, w której siedział, tajemniczo przeżywając zniszczenie Genoshy; dziwną ewolucją poglądów tego ostatniego z oszalałego maniaka w Eve of Destruction do łagodnego filantropa w Excalibur; przygarnięciem brata Xorna (czy może Xorna, pogubiłem się) do X-Men, jego wyjaśnieniami o czającym się w Szkole złowieszczym zagrożeniu i wciągnięciu do czarnej dziury Juggernauta, Black Toma i kilku bezużytecznych statystów. Boże...

Gil Galad: Czy dostanę miejscę na osobny felieton? Nie? To chyba muszę się streszczać... Otóż, mam wrażenie, że rok przestępny okazał się wyjątkowo niesprzyjający dla X-świata. Początek był niezły, ale razem z reloadem zaczęła się tragedia! Rzekoma próba dotarcia do szerszej rzeszy odbiorców sprawiła, że komiksy straciły swój charakterystyczny styl. Wyodrębniły się linie dla różnych grup wiekowych, a za tym poszła całkowita utrata spójności między tytułami. Przez te pół roku był zupełny chaos, który dopiero niedawno zaczął się stabilizować. Niektóre tytuły próbują współdziałać, podczas gdy inne stoją zupełnie na uboczu. Nie pomaga mnożenie miniserii i wyskakiwanie co chwilę z jakimś regularem, który pada po kilku numerach. Chaos sprawia, że w tym samym czasie któraś postać robi zupełnie różne rzeczy w różnych miejscach i nie wiadomo, którą wersję wydarzeń przyjąć za właściwą. Natłok tytułów sprawił też, że zamykane są dobre serie, które tracą czytelników, bo ci odchodzą - teoretycznie na chwilę - żeby zobaczyć, co to jest to nowe, co się właśnie pojawiło. W ten sposób wydawnictwo pluje sobie do kaszy i to się może bardzo źle skończyć... Koniec wywodu - malina dla szefostwa Marvela!

Idanow: Nie ma się co oszukiwać, szumnie zapowiadany Reload nie zaspokoił naszych oczekiwań. Z dużej chmury dotarła do nas zaledwie mżawka. Miało być wiele zmian, a skończyło się na (ponownym) powrocie do "korzeni". Aha, i jeszcze ktoś nieroważny z Marvela wypowiedział trzykrotnie słowo "Liefeld" i wypuścił Roba Liefelda z jego międzywymiarowej klatki. Ten, uwolniony ze swego więzienia, zmusił biednego Fabiana Niciezę żeby wymyślał fabułę do rysunków w X-Force. Wiemy, że konkurencja pomiędzy DC a Marvelem jest duża, ale bez przesady, żeby mieszać w to czarną magię?!

Kumos: Polityka Marvela. Zamknięcie Weapon X, sposób przeprowadzenia reloadu, brak łączności między tyułami, postawienie ponad jakość wydawanych komiksów ich ilości i takie tam. Za dużo by pisać.

Lex: Błędy redaktorów. Największym błędem Marvela jest zbyt duża ilość tytułów na rynku, co powoduje skrócenie długości życia przeciętnej serii. Marvel mówi: "Każdy znajdzie komiks dla siebie", ale zapomina dodać "ale nie przywiązujcie się do niego, bo wkrótce go zamkniemy." Poza tym w x-tytułach roiło się od fatalnych baboli. Całe zamieszanie z Xornem/Impostorem/Magneto było żenujące, ale chociaż mieliśmy niezłą zabawę na #x-avalon, gdy najtęższe głowy kanału próbowały rozszyfrować, o co dokładnie chodziło redaktorom Marvela. Sporo było nieciągłości w kolejnych numerach - chociażby New X-Men #155, które stało w sprzeczności z zakończeniem poprzedniego numeru. O takich perełkach, jak X4 nie chce mi się już rozpisywać, ale szkoda, że redaktorzy nie bronią nas przed słabymi historiami.

maSSive: Polityka Marvela polegająca na wypuszczeniu na rynek przy okazji "reloadu" jak największej ilości x-serii, celem oczywiście zarobienia jak największej ilości kasy i pomimo wyjątkowo kiepskiego poziomu niektórych z nich (np. Jubilee, Starjammers czy X-Force).

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.