Avalon » Publicystyka » Artykuł

Poprzeczka wisi nisko - o Dark Phoenix i sadze X-Men


X-Men: Dark Phoenix” nie jest dobrym filmem. Tak ogólnie. Ale jest filmem o X-Men w większym stopniu niż dowolna poprzednia część cyklu. Co nie czyni go dobrym filmem, ale nie mogę tego nie docenić.

Rzecz w tym, że filmy „X-Men” zasadniczo... nie były dotąd o X-Men. Nie wiem z czego bierze się ten problem, ale dokładnie potrafię wskazać moment, w którym ta seria poszła w złym kierunku. Na początku pierwszego filmu Logan spotyka nastoletnią Rogue, razem trafiają do Szkoły Xaviera… i od tego momentu śledzimy Logana, a nie Rogue, i to z jego perspektywy poznajemy X-Men. I w tym tkwi pokaźna część problemu. Nie pomogło to, że kolejne części były w coraz większym stopniu filmami o Loganie. Rogue miała we wszystkich trzech swój wątek, ale to zawsze był zdecydowanie poboczny wątek, młodzi mutanci byli na marginesie tych historii.

Zresztą zatrzymajmy się na moment na tym, że w X3 Rogue dostaje „szczęśliwe zakończenie” polegające na tym, że bierze lekarstwo na mutację. Jak bardzo trzeba nie zrozumieć tych komiksów, żeby wpaść na tak poroniony pomysł? Nie żeby to był największy problem X3, to po prostu… jeden z problemów.

Oczywiście, to nie jest tak, że ponieważ te filmy nie były o X-Men to były złe – X2 pozostaje dobrym filmem (choć nie zestarzał się tak dobrze jak jeszcze parę lat temu mi się wydawało), „Pierwszą klasę” uwielbiam do dziś (choć też miała swoje problemy). Ale choć uwielbiam „Pierwszą klasę”, ona też nie była filmem o X-Men. Na szczęście nie była też o Loganie, ale tutaj twórcy znaleźli sobie nową oś wokół której okręcili wszystkie kolejne filmy – relację Xaviera i Magneto.

I to było dobre. Dla „Pierwszej klasy”. Nie ma X-Men bez Xaviera, Xaviera nie ma bez Magneto, więc skoro to film o początkach X-Men, to super, że ten film jest o Xavierze i Magneto. I na tym jednym filmie powinno było się to skończyć, ale nie. Dwa kolejne były niemal wyłącznie o nich.

„Days of Future Past” jest tu zresztą apogeum tego ograniczenia serii – w komiksowym oryginale opowiadającej o kilkudziesięciu pierwszoplanowych postaciach, w tym wielu kobietach – do tych trzech gości. Świętej trójcy Logana, Xaviera i Magneto. To jest też apogeum ignorowania tego, jak ważną rolę w oryginalnych komiksach odgrywają bohaterki – komiksowe „Days of Future Past” jest dosłownie historią dwóch pierwszoplanowych bohaterek. Co jest w filmie? Trzech facetów. Razy dwa. No i ta odbijana między nimi jak piłeczka Mystique.

(Swoją drogą Mystique jako centralna postać tych czterech nowożytnych filmów to byłby fajny pomysł gdyby była, wiecie… centralną postacią w tych filmach).

Tak docieramy do „Apocalypse”, który był złym filmem. A jednocześnie… tak, w głównym wątku wciąż był tą samą wyświechtaną śpiewką o Xavierze i Magneto, a także „Henryku, proszę cię, nie rób tego”. Ale miał też młodych mutantów pakujących się w kłopoty i ostatecznie ratujących sytuację, co jest kluczową częścią komiksów o X-Men co najmniej od debiutu Kitty Pryde (1980). Miał też parę fajnych pomysłów – Mystique, którą wbrew jej woli okrzyknięto bohaterką czy to, że współcześnie X-Men stają się niemalże grupą „legacy heroes”, przejmujących pałeczkę po poprzedniej generacji (przemowa z trzeciego aktu pt „dwadzieścia lat temu mieliśmy marzenie, nazywaliśmy się X-Men...”). Te fajne pomysły nie złożyły się na fajny film, ale doceniam to, że tam były.

I to praktycznie mogłoby być moje podsumowanie „Dark Phoenix”, tylko jeszcze bardziej. Tych fajnych pomysłów jest tu jeszcze więcej i są jeszcze bardziej niewykorzystane. (Choć sam film ostatecznie jest chyba trochę lepszy od „Apocalypse”). Bo mamy tu i Xaviera mierzącego się z błędami z przeszłości i swoją hipokryzją, i X-Men, którzy dorastają do tego, że już Xaviera nie potrzebują, i parę zaskakująco fajnych walk z ładnym wykorzystaniem mocy, i najbardziej kompetentnego Cyclopsa, jaki dotąd zagościł na wielkim ekranie (poprzeczka była bardzo nisko – scenariusze wyrządziły wersji Jamesa Marsdena ogromną krzywdę). Pomysł na to, że X-Men są w końcu traktowani jak superbohaterowie jest bardzo fajny, podobnie jak to, że Xavier się w tym pławi. To wszystko jest super.

(Tylko film jest niekompetentnie zrobiony do tego stopnia, że patrzysz na zwykłe sceny rozmów i zastanawiasz się, czemu to jest tak źle nakręcone).

Ale nawet to nie jest najgorsze. Tu w końcu potrzebujemy ostrzeżenia o spojlerach do „Dark Phoenix”…


Ten Xavier pławiący się tym, że wręczają mu medale i może w każdej chwili zadzwonić do prezydenta to jest świetny patent. Zwłaszcza że to jest podszyte strachem i paranoją - „wystarczy jeden zły dzień, by wszystko znowu było takie, jak przedtem”. To jest świetny pomysł na tę postać.

Ba! W trakcie filmu okazuje się, że Charles miał rację! Dochodzi do złego dnia i nagle okazuje się, że rząd cały czas miał broń neutralizującą moce mutantów i obozy koncentracyjne, które tylko czekały, by je otworzyć.

A potem…

A potem…

A potem… film o tym zapomina? Bo tak – do reakcji rządu USA wystarczyły dwie utarczki z Jean. W trakcie których jedyną ofiarą śmiertelną była mutantka. Ale to wystarczyło. A potem… potem X-Men i mutanci Magneto rozwalają kawałek Nowego Jorku. Potem rozwalony zostaje cały wojskowy pociąg. Pada mnóstwo ofiar. My, widzowie, oczywiście wiemy, że przy okazji X-Men ratują świat. Ale o tym wiedzą tylko X-Men, praktycznie bezimienni złole bez charakteru i my, widzowie.

Więc skąd to szczęśliwe zakończenie? Jak można wprowadzić ten wątek do filmu, a potem nie poświęcić choćby jednej sceny, żeby go jakkolwiek zakończyć, wyjaśnić, czemu szkoła może wciąż spokojnie funkcjonować i jakim cudem Charles i Erik mogą żyć razem długo i szczęśliwie?

Ten film ma mnóstwo pomysłów i wątków, które na papierze mi się podobają. I większość z nich prowadzi niewiele lepiej od tego, który właśnie rozpisałem. Postaci chcą się mścić, ale potem już nie chcą, „bo tak”. Jakakolwiek spójność fabularna pomiędzy tymi filmami padła dawno temu i DP dumnie tę tradycję podtrzymuje, bo Feniks w końcu jest przedstawiony jako zewnętrzna kosmiczna siła – ale przecież dopiero co widzieliśmy go w „Apocalypse” jako rozbłysk ukrytej siły Jean (czyli tego, czym był w X2/X3). Akcja filmu jest osadzona na początku lat 90, ale nie ma to żadnego znaczenia dla czegokolwiek. (Zresztą „Apocalypse” też strasznie zmarnował lata 80, choć tam przynajmniej trochę mody z epoki było).
W tej części nawet nie mieli pomysłu na trzecią scenę z Quicksilverem a’la sekwencje z DOFP i „Apocalypse”, więc wyłączają go z gry po pierwszych 15 minutach, żeby nie musieć o nim myśleć.

Zresztą w ogóle – choć ten film jest bardziej o X-Men od wszystkich poprzednich, przez co mam na myśli sięganie po komiksową tematykę – to wciąż nie bardzo potrafi być filmem o grupie bohaterów i połowa X-Men jest tu kompletnymi statystami. Przede wszystkim Quicksilver, ale udział Nightcrawlera i Storm w fabule filmu też jest praktycznie zerowy.

Podsumowując – doceniam elementy tego filmu. Doceniam samo ich istnienie w obrębie serii, która dotąd była o wielu rzeczach, ale rzadko o tym, o czym są komiksy o X-Men. Ale film wyszedł z tego kiepski. Choć wciąż lepszy od X3, „Wolverine: Origins”, „Apocalypse”, a może nawet i od najpierwszych „X-Men”. Więc w sumie, jak na ten cykl, jest… średni? Bo poprzeczka wisi nisko?

PS Ale serio, „spacer” Xaviera chwycił mnie za gardło, a takie obrazki jak bojowa teleportacja Kurta czy Scott rykoszetujący swoje promienie – bardzo ucieszyły, szkoda tylko, że nie znalazły się w dużo lepszym filmie.

PPS Czy to tylko ja, czy McAvoy w tej części ma sceny, w których specjalnie naśladuje Patricka Stewarta? Szczególnie w swojej pierwszej przemowie do Magneto. (Scena z „you’re always sorry and there’s always a speech, but nobody cares anymore”).

PPPS To jednak jest niesamowite, jak te ostatnie filmy zmarnowały taką świetną obsadę. I taką świetną okazję, żeby „Pierwsza klasa” była po prostu restartem serii. Którym zresztą ostatecznie była, bo „Apocalypse” i „Dark Phoenix” nijak nie pasują do pierwszej trylogii, tylko w takim razie po cholerę ta szopka z „Days of Future Past”?

PPPPS X-Men w kostiumach z iksem! W końcu! Super! Ale studio wciąż się wstydzi kostiumów, więc po dwóch scenach już do nich nie wracamy. No świetnie.

Krzycer
facebook.com/myszmaszpodcast/

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie Myszmasz - podcast popkulturalny
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2019 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.