Avalon » Publicystyka » Artykuł

Komentarz do Avengers (2018) #1-9


Od zakończenia Secret Wars, czyli od 2015 roku, Marvel nie potrafił stworzyć serii o Avengers, która zaangażowałaby czytelników równie mocno, co Avengers/New Avengers od Jonathana Hickmana. Dostaliśmy kilka drużyn, z których żadna tak naprawdę nie miała statusu flagowej. All-New All-Different Avengers od Marka Waida niby taka miała być, ale historie jakie tworzył nie potrafiły zaangażować czytelnika i nigdy nie trafił do centrum wydarzeń uniwersum Marvela. Wprowadził jedynie młodych superbohaterów do pierwszego szeregu Mścicieli, choć szybko z drużyny się ich pozbył, wprowadzając ich na nowo jako Champions. New Avengers i USAvengers Ala Ewinga byli ciekawsi, ale mieli w składzie postaci przede wszystkim trzecioligowe i też nie narzucały innym tytułom swojej narracji. Trzecim z ważniejszych tytułów o Avengers z tego okresu byli Uncanny Avengers, poniekąd kontynnujący wątki z wcześniejszej serii Remendera, ale będące przede wszystkim przybudówką pod event Secret Empire. Najciekawsze, co z tego wyniknęło, to omawiany przeze mnie jakiś czas temu Avengers: No Surrender. Krótko podsumowując: trójka scenarzystów złączyła swoich bohaterów w walce ze wspólnym zagrożeniem na łamach jednej, 16-częściowej historii ukazującej się co tydzień, kładąc nacisk na akcję i dobrą zabawę. Nie obyło się bez potknięć, ale eksperyment z tygodnikiem okazał się być sukcesem i Marvel powtarza manewr ponownie przy okazji maxiserii Avengers: No Road Home oraz w pierwszych numerach odświeżonych Uncanny X-Men.

Ten przydługi wstęp mniej więcej pokazuje, jak przez ostatnie trzy lata prezentował się poziom serii o Avengers. Marvel dostrzegł, że lepiej odchudzić tę linię, wprowadzając na rynek jedną serię: Avengers (choć nie tak do końca - o tym może za chwilę). Powierzył ją w ręce Jasona Aarona, co było o tyle dobrym rozwiązaniem, że warto by tytuł o najważniejszej drużynie Marvela był w rękach osoby, która odpowiada za kolejny wielki event - War of the Realms. Aaron udowodnił swoim Thorem, że potrafi zbudować wielowątkową, trwającą lata historię, która mimo zmian potrafi na każdym etapie przyciągnąć do siebie czytelników. Jego Avengers mieli prostą drogę do sukcesu. Ale... 

Choć z niemałym zainteresowaniem sięgnąłem po pierwszy numer (pomijąc fakt, że nie przepadam ostatnio za stylem Eda McGuinnessa), okazał się być on nad wyraz przeciętny. Zaczynamy sceną sprzed miliona lat i drużyną "Avengers" z tamtego okresu, która nieco rozwija wątek z zeszytu Marvel Legacy #1. Później przeskok do teraźniejszości i spotkanie Steve'a, Tony'ego i Thora, którzy znów się ze sobą bratają. W tym samym czasie Doctor Strange i Black Panter badają pewne miejsce, odkrywając sekret skrywany od wielu lat. Na Ziemi pojawiają się Celestiale, do walki z którymi angażują się także She-Hulk, Captain Marvel, Ghost Rider i... tyle. Żaden inny heros nie włącza się do akcji, choć wydawałoby się, że nie jest to zbyt łatwa do rozwiązania sytuacja dla garstki bohaterów - więcej herosów pojawiło się gdy Nowy Jork zaatakowali kosmici w pierwszym numerze nowej serii Amazing Spider-Man. 


Kolejne zeszyty w ramach tej historii nie przynoszą nam wiele więcej, a na pewno nie coś, co by nas mogło w większej skali zaangażować - przynajmniej tak było w moim przypadku. Mamy tu sześć nudnych, silących się na epickość zeszytów, które ani nie potrafią podkreślić stawki, z jaką mamy do czynienia, ani zachęcić do mocniejszego kibicowania drużynie. Sam z trudem przebrnąłem przez całość, odpuszczając w pewnym momencie lekturę, a gdy wracałem, ponowne zapoznanie sie z pierwszymi numerami nie poprawiło moich wcześniejszych wrażeń. 

Co warto odnotować: we wszystko okazuje się być zamieszany Loki; całe zdarzenie to konsekwencja działań Avengers sprzed miliona lat; między Thorem a She-Hulk (która ostatnio jest mniej stabilna i nie potrafi w pełni się kontrolować) rodzi się romans; dwójka ta na moment staje się magicznym sposobem rozmiarów Celestiali, a w walce wspierają ich Iron Man w równie wielkiej zbroi i Ghost Rider, który przejmuje korpus jednego z wrogów. Niby powinno być epicko, czytać powinienem z wypiekami na twarzy, a jest równie nudno co za czasów Waida. Dobrze to na przyszłość nie wróżyło, choć już tu zaznaczę, że kolejne numery to skok jakości i aż żal, że Aaron tak nie zaczął. 

[EDIT: przypomniało mi się, że Aaron poza panelem zabił większość ziemskich Eternals, nie wiadomo po co i na co to było, historia jak nie wywoływała emocji tak dalej nie wywołuje, szkoda postaci, które na dodatek wkrótce mają dzięki filmowi stać się o wiele popularniejsze] 

Muszę przyznać, że z o wiele mocniej zaangażowała mnie pierwsza historia na łamach równolegle wydawanej nowej serii o Justice League od Scotta Snydera. Przede wszystkim wykorzystuje (choćby w tle, w pojedynczych kadrach) większą liczbę herosów niż zakłada główny skład. Widać skalę zagrożenia i stawkę o jaką walczą bohaterowie. Chemia między nimi jest też dużo większa, przeciwnicy również są ciekawiej rozpisani, no i rysownicy o wiele lepszy. Widać, że i innych przekonała ta seria do siebie bardziej, bo choć wydano więcej numerów, utrzymują swoją sprzedaż wyżej niż numery Avengers.

Avengers mieli być flagowym i jedynym tytułem o Mścicielach, ale szybko się to zmieniło, gdy zapowiedziano po kilku numerach start West Coast Avengers. Marvel szybko mnie kupił tym pomysłem, bo mieliśmy otrzymać luźną serię z historiami o małej skali, do tego z Kelly Thompson na stołku scenarzysty. Serie na siebie nie wpływały, ale co to musi świadczyć o serii Aarona, że o wiele chętniej sięgałem po tytuł mniej zobowiązujący i mniej ważny dla uniwersum? Nowy rok przyniósł kolejny tytuł: Avengers: No Road Home, który kontynuuje pewne wątki z Avengers: No Surrender i ma ten sam zespół twórców, pokazując jednocześnie, że i tu gra toczy się o dużą stawkę. Mało tego: choć wydawany jako maxiseria, jest uwzględniony jako część numeracji głównej serii. Widać to w tzw. "legacy numbering" a nie w numeracji serii - kto więc jest typowym koelcjonerem, musi się sporo wykosztować. Marvel postanowił upiec dwie pieczenie na jedyn ogniu, ale czy mu się to uda, zobaczymy przy wynikach sprzedaży. Bezprzymiotnikowi Avengers wkraczają bowiem jak tie-in w wydarzenia z War of the Realms  i z uwagi na to, iż pisze ich Aaron, będą mieli niemałe znaczenie dla głównej miniserii. Tak przynajmniej sądzę. W maju zadebiutowali jeszcze Savage Avengers (choć znikają West Coast), którzy... póki co prezentują się jako niezły misz-masz i lekki skok na kasę, ale nazwisko scenarzysty daje nadzieję, że może to być jednak coś ciekawszego. Mamy więc ponownie tłum Mścicieli, ale nie czuć tego w pierwszej historii nowej serii.

Nie wygląda więc to wszystko zbyt optymistycznie.


Ale nowa jakość pojawia się już wraz z kolejnym numerem. Przede wszystkim żegnamy na chwilę Eda McGuinnessa i jego bezmyślne kadrowanie i przepakowanych bohaterów. Na jego miejsce wkracza Sara Pichelli, która ma świetną, lekką kreskę - szkoda, że nie zamienili się miejscami. Aaron cofa nas te milion lat wstecz, by przedstawić genezę tamtejszego Ghost Ridera. Historia jest prosta, ale ciekawie przedstawia początki postaci, wprowadzając na scenę także postać Mephisto. Po tak chaotycznych sześciu numerach, tak prosta opowieść okazała się być zbawienna dla podtrzymania mojego zainteresowania. A raczej rozbudzenia go na nowo.

Nim przejdę dalej, krótka dygresja. 

Pod koniec pierwszych sześciu zeszytów Celestiale pozostawili Mścicielom w podzięce za pokonanie ich złych wersji korpus jednego ze swoich poległych. Postawili go wyprostowanego z uniesioną ręką, która przywołuje nieciekawe skojarzenia, na pewno nieadekwatne dla Avengers, którzy w korpusie postanowili umieścić swoją bazę. Może to tylko mnie drażni, ale dziwi mnie, że nikt na etapie pracy nie miał podobnych porównań.

Ósmy zeszyt czytało mi się tak, jakby był prawdziwym pierwszym. W odbiorze pomaga też kreska Davida Marqueza, dla mnie dużo atrakcyjniejsza od McGuinnessa. Na początku Robbie przybywa do nowej bazy i jako nowy, niedoświadczony członek Mścicieli uczy się z nimi pracować. Wciąż trwają pracę nad wnętrzem, nad czym czuwa T'Challa - jak się okazuje, to jemu drużyna powierzyło zwierzchnictwo nad zespołem. Kolejne sceny to sporo dobrych dialogów, rozmowa Carol z Tonym, Jen z Stephenem a nawet wcześniejsza Robbiego ze Stevem. Wszystko to pozwala nabrać serii oddechu, odpocząć od akcji i skupić się na bohaterach i ich przemyśleniach co do przyszłości drużyny. Przyznam szczerze, że to o wiele lepszy wstęp do całej serii, niż pierwsze sześć numerów. Może warto było postąpić jak DC i wydać te numery jako osobny mini-event? Cóż, fabułą nie różniło się to za bardzo od No Justice, więc i formę mogło przyjąć podobną.

Finał ósemki to wejście na scenę Namora, który znów ma dość ludzkich działań. Walka z Celestialami odcisnęła swoję piętno także na świecie podwodnym, rujnując Atlantydę. Książe decyduje się zebrać drużynę, która pozwoli zneutralizować zagrożenie ze strony ludzi. Widzimy bezwględność, jaka cechuje Namora, gdy ten bez zawahania m.in. zabija bohatera niechętnego pójść za nim. W dziewiątym numerze Avengers stają mu naprzeciw, próbując przekonać go do swoich racji, choć bezskutecznie. Walka wypada naprawdę interesująco i jak się okazuje, to dopiero wstęp do czegoś większego.


Dziesiąty numer to zarazem zeszyt jubileuszowy, bo świętujący 700. numer serii. Ale o nim dopiero w kolejnym tekście, który obejmie kilka kolejnych zeszytów tuż przed War of the Realms. 

Jak więc oceniam start Avengers? Nienajlepiej. Pokładałem spore nadzieje w Aaronie, który świetnie potrafił budować różne wątki na łamach swojego runu o Thorze, tutaj jednak dostajemy przede wszystkim zbyt rozciągniętą, niepotrzebnie chaotyczną historię z Celestialami na wstęp, która staje się zbędnym pretekstem do zebrania drużyny. Prawdziwy początek to dopiero ósmy numer (choć i historia o Ghost Riderze sprzed miliona lat z #7 była ciekawa) i dopiero on mnie zaciekawił. Jeżeli mielibyście od czegoś zacząć, to właśnie drugi tom Avengers Aarona póki co zapowiada się dużo ciekawiej. Ale jak będzie dalej, zobaczymy w kolejnym komentarzu.

Wojtek "Rodzyn" Rozmus


Avengers (2018) #1-9
scenariusz: Jason Aaron
rysunki: Ed McGuinness, Paco Medina Sara Pichelli, David Marquez

Zeszyty serii Avengers możecie nabyć w sklepie ATOM Comics w różnych wariantach okładkowych

Pamiętajcie, że możecie użyć kodu promocyjnego "ENDGAME", by otrzymać 5% rabatu na komiksy Marvela.

A wy co sądzicie o najnowszym numerze serii? Zapraszamy do dyskusji na naszym forum.
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2019 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.