Avalon » Publicystyka » Artykuł

It's Morphin Time! #7 GO GO Power Rangers cz. 1


Tekst zawiery spoilery z zeszytów GO GO Power Rangers #1-7

Popularne dzisiaj „GO GO” w chwytliwej piosence z Power Rangers pojawiło się w niej nie bez powodu. Studio odpowiedzialne za produkcję serialu o przygodach niezwykłych nastolatków wcześniej zaskarbiło sobie rzeszę fanów dzięki „Inspektorowi Gadżetowi”, w którego to intrze padają chwytliwe zawołania „GO GO”. Można zatem śmiało powiedzieć, że legendarną dzisiaj fraza „GO GO Power Rangers”, zawdzięczamy starej kreskówce i strategii marketingowej opartej przede wszystkim na korzystaniu ze sprawdzonych środków, które zdążyły już przynieść sukces. Bardzo lubię tę ciekawostkę i odnoszę się do niej nie bez powodu. Omawiana dzisiaj przez nas seria sięga w przeszłość do samego początku istnienia drużyny, niejednokrotnie przekraczając tę granicę i sięgając po odległe wspomnienia, zarówno kolorowych bohaterów, jak i ich rozwrzeszczanej antagonistki. Będzie to komiks odmienny od tego, do którego przywykliśmy w głównej serii od BOOM! Studios, przygotujcie się zatem na nie lada niespodziankę, albo spore rozczarowanie. Przyjdzie nam nie tylko walczyć z potworami Rity, ale też zmagać się z problemami nastolatków w szkole średniej.

Całość zaczyna się od „Arrival Day”. Będzie to punkt, do którego odnosić będzie się cała historia jak do swoistego drogowskazu, wyznaczając gdzie umiejscowione na osi czasu są wszelkie retrospekcje. Mianem Dnia Przybycia określamy pierwszy atak Rity na Ziemię po uwolnieniu jej przez nieszczęsnych astronautów. Pierwszy zeszyt serwuje nam finał pojedynku Megazorda z Goldarem okraszony komentarzem wciąż zszokowanych całą sytuacją nastolatków. Podobnie z resztą po samym starciu, każdy z bohaterów reaguje na bitwę bardzo indywidualnie. Począwszy od nadawania imion zordom, poprzez zachwyt nad własną siłą, przeprosiny i uwagi odnośnie wysokości na jakiej się znajdują, na milczeniu skończywszy. Milczeniu czerwonego wojownika, który mimo wygranej bitwy uświadamia sobie, że prawdziwa wojna tak naprawdę dopiero się zaczyna. Scena zadumy Jasona przenosi nas bezpośrednio do wspomnień, które mają miejsce trzy miesiące przed Dniem Przybycia.
Wspomnienia pokazują nam typowe życie nastolatków w amerykańskiej szkole średniej, może poza trenującym, pełnym pasji Jasonem, który zdaje się poświęcać każdą wolną chwilę karate. Podoba mi się zabieg z informacyjnymi dymkami przy bohaterach. To trywialne informacje, o tym co lubią i ile mają lat. Uzupełniają one jednocześnie dyktowany w komiksie ton jaki historia nadaje sama sobie. Poznajemy też tych samych bohaterów po raz już trzeci, ale twórcom udaje się to zaserwować ponownie w atrakcyjnych barwach. Wpływ oczywiście ma na to strona, z której przychodzi nam oglądać tę wielobarwną grupę, ale zdecydowanie jest to powiew świeżości. Na pewno niespodziewany. Nastolatkowie oddają się, jak już wspomniałem, zwykłej licealnej rutynie. Mamy zatem przebojowego Zacka, który skupia na sobie uwagę rówieśników, Trini, która rozmyśla o swoim zauroczeniu i sprawdzianie z matematyki i Billy’ego, który pada ofiarą typowego żartu ze strony znanych nam zgrywusów. Grupę uzupełnia starszy o rok Matthew, który podnosi na duchu Billy’ego. Nie widzimy nigdzie Kim, a nim przyjdzie znów zanurzyć nam się w wspomnienia, wracamy do bieżących wydarzeń, lądując od razu w pałacu Rity. Zaznaczę, że o ile jej postać w Mighty Morphin Power Rangers od BOOM! Studios rozwinęła się i dojrzała do roli pełnoprawnej antagonistki, tutaj Rita wzbija się na jeszcze wyższy poziom. To wielobarwna, w pełni umotywowana postać, prawdziwie zła i przytłaczająca swoją potęgą. Zaskakujące jest ile można wyciągnąć z prostego pierwowzoru, jednocześnie nie tracąc go z oczu. Nie trwoniąc czasu na wylewanie gniewu na swoich poddanych, zabiera się ona za zbieranie informacji o błękitnej planecie. Dostarczyć mają ich wspomniani wcześniej astronauci, którzy okazują się jej jeńcami.

Tymczasem czwórka nastolatków rozmawia o minionej bitwie i jej konsekwencjach. Zarówno o zniszczonym mieście, krążących wszędzie żołnierzach i reporterach, jak i o niecichnących telefonach od rodziców. Dochodzą do wspólnych wniosków, a Jason obiecuje przygotować im solidne długoterminowe alibi, kiedy dzwoni telefon. Czerwony wojownik przykłada do ucha ogromną słuchawkę, a Zack rzuca kilka uwag do Billy’ego odnośnie nowego sprzętu. Bohaterowie zostają wezwani do centrum dowodzenia, Jason prosi Trinii o poinformowanie o zbiórce piątego rangera. Kimberly, o której oczywiście mowa, spędza czas z Mattem na sztampowej randce amerykańskich nastolatków. Punkt widokowy z panoramą miasteczka, samochód i samotna para. W tym miejscu autorzy uzupełniają nam informacje o bohaterce i zaraz po tym przenoszą nas do centrum dowodzenia. Mimo ostrzeżeń Zordona przed wyprawą na Księżyc, nastolatkowie decydują się ruszyć z odsieczą pojmanym astronautom. Świetnie wygląda tutaj dynamika zespołu, ich reakcja na plan (choćby na fakt lotu na Księżyc, gdzie odpowiednie rozkładanie akcentów sprawdza się znakomicie). Widać też, że scenarzysta czerpie pełnymi garściami z oryginału. Lęk wysokości u Trini, to ledwie jeden epizod serii, a postać Matta, którego w serialu przegapimy, przy przysłowiowym mrugnięciu oka, tutaj stanowi ważny element paczki przyjaciół.
Wracając do omawianego komiksu, nasi bohaterowie szybko lądują pod pałacem swojej nemezis i po krótkich zachwytach nad widokami, przechodzą do szarży. Wydawałoby się, że wszystko idzie zgodnie z planem. Astronauci uwolnieni, przeciwnicy kładą się pod gradem uderzeń, tylko Jason znika gdzieś, samotnie udając się stawić czoła Ricie. Finalny kadr, zajmujący oczywiście całą stronę, przedstawia nam Rite, która wygłasza monolog w stronę Power Rangers. Jestem oczarowany jej charakterem, tym, w jaki sposób wymawia imię każdego z piątki wojowników, podkreślając ostatecznie, że popełnili oni ogromny błąd.

Chciałbym teraz poświęcić kilka słów scenarzyście i rysownikowi, których to praca składa się na tę serię. Scenarzysta Ryan Parrott, to zdecydowanie NIEznany autor komiksów, zdecydowanie jednak warto będzie śledzić rozwój jego kariery. Już po pierwszym zeszycie „Saban’s GO GO Power Rangers” widać, że przykłada sporą wagę do materiału źródłowego i nie stawia swojej twórczości ponad powierzony mu tytuł. Jego wizja rangerów jest bezwzględnie atrakcyjna. Z kolei Dan Mora to rysownik rozpoznawalny i ceniony, którego dzieła cieszą oko chyba każdego fana komiksu. Nie mam szczególnych zastrzeżeń do rysunków, zwłaszcza, że pasują one do licealnego charakteru wielu scen.

 

Dziewięćdziesiąt siedem dni przed Dniem Przybycia. Kim i Matt są właśnie na pierwszej randce i nic nie idzie po ich myśli. Całość wygląda przez to bardzo realistycznie i z punktu widzenia czytelnika na swój sposób uroczo. Proza życia pisze najlepsze scenariusze i to solidny przykład, jak czerpać z niej w swojej twórczości. Matt, postać, która jest dla nas „najnowsza” w tym uniwersum, przedstawiany jest w interesującym świetle, nachodzą mnie jednak obawy, że przyjaźń w tej paczce zostanie poddana ciężkiej próbie. Lądujemy teraz dzień po Dniu Przybycia, w miejscu gdzie porzucił nas bezlitośnie poprzedni zeszyt. Rangerzy walczą o przetrwanie, prowadząc dialog z przyglądającej się batalii Ritą. Składa ona ciekawe propozycje, zmusza wojowników do przemyśleń, wyjawia też kilka interesujących faktów. Nim dochodzi do ostatecznego rozwiązania, bohaterowie znikają z zamku, lądując bezpiecznie w centrum dowodzenia. Mimo powodzenia misji przez własną nieuwagę zdradzili przeciwnikowi swoje imiona, a to przybliża ją do ich bliskich i do wyeliminowania bohaterów jeden po drugim. Szczęśliwie dla wojowników Zordon obiecuje dołożyć starań w strzeżeniu ich przed zagrożeniem. Ten problem był poniekąd marginalizowany w oryginalnym serialu. Rita znała tożsamość bohaterów, nigdy nie zaatakowała ich jednak choćby podczas snu. Rozbudowując antagonistkę, autorzy musieli postawić sobie pytanie „dlaczego?”, liczę, że dostaniemy satysfakcjonującą odpowiedz.

Dalsza część komiksu to typowe życie nastolatków (z nakładką w postaci życia w świecie, w którym zagrażają wszystkim ogromne potwory). Jesteśmy zatem świadkami wybuchu nadopiekuńczej matki, notorycznego spóźniania się na zajęcia, co prowadzi do interakcji między Bulkiem i Jasonem, podoba mi się, że czerwony wojownik nie przygląda się z uśmiechem zachowaniu łobuzów, a staje przed nimi z nieukrywanym gniewem. Jak typowy nastolatek. Dowiadujemy się kto jest obiektem westchnień Trini, z kolei na miłosnym froncie Kim wszystko zaczyna się sypać przez skrywane przed Mattem tajemnice. Tylko Rita przygotowuje coś specjalnego dla wojowników.

Trini i Jason trenują wspólnie w sekrecie przed pozostałymi, rozmawiając przy tym o problemach z rodzicami. Bohaterowie wydają się w tej materii przeciwnymi biegunami, gdzie kontakt Jasona z rodzicami ogranicza się do minimum, a mama Trini wydzwania do niej przy minutowym spóźnieniu dziewczyny. Billy konstruuje komunikator dla drużyny, kiedy Zack przypomina mu o spotkaniu w szkole. Chłopak ma szanse na poważne stypendium (odniesienie do serii Mighty Morphin, gdzie Billy wspomina na pewnym kampusie, że miał się tam uczyć), a nauczycielka twierdzi, że nie powinien zajmować się ratowaniem świata, tylko martwić się o swoje stopnie. Zdecydowanie niefortunny dobór słów. Tych kilka stron, choć wydają się zapychaczem, nie dłużą się i dostarczają tony ciekawych informacji. GO GO, jest komiksem o tej ludzkiej stronie rangerów i widać to z każdym zeszytem coraz mocniej.

Sześćdziesiąt cztery dni przed Dniem Przybycia. Matt z podekscytowaniem prowadzi grupę przyjaciół na spotkanie z swoją nową dziewczyną. Przyznam, że byłem w ogromnym szoku, kiedy Zack i Trini naskoczyli na Kim i zwymyślali ją przy pierwszym spotkaniu. Zdecydowanie nie tego się spodziewałem po tej przecież ciepłej paczce.

Rita na koniec zeszytu prezentuje nam swoją niespodziankę, potwora w ludzkiej skórze, takiego, którego najtrudniej się spodziewać.

W trzecim zeszycie lądujemy sześć lat przed feralnym dniem. Przywołane tutaj wydarzenia przedstawiają dwójkę małolatów, którzy bawią się wspólnie w najlepsze. Szybko odkrywamy, że to Billy i Skull. Tydzień po punkcie zero Billy ponownie pada ofiarą żartu ze strony łobuzów. Skłania to do przemyśleń i ponownie nadaje prawdziwego wydźwięku w opowieści o wielobarwnych bohaterach. Sielankowy nastrój wciąż trwa, bohaterowie rozmawiają o potencjale profili społecznościowych Power Rangers, kiedy rozmowę przerywa Matt. Tym razem udaje się zgrabnie zmienić temat i nie wzbudzić podejrzeń przyjaciela. Choć zgrabnie to zdecydowanie na wyrost.

Wysłannik Rity stara się zebrać informacje o prawdziwych tożsamościach rangerów, szczęśliwie dla mimo podjętych działań - bezskutecznie. Rita cierpliwie nie popędza potwora, złowieszczo tłumacząc ideę swojego planu Goldarowi.

 

Samotne treningi Jasona i Trini stają pod znakiem zapytania, kiedy chłopak proponuje zaproszenie do nich całej drużyny. Sekretne życie rangerów zaczyna powili zbierać żniwo wśród ich najbliższych. Przede wszystkim Matt, niegdyś serce, centralna postać paczki, czuje się teraz jak trędowaty wśród przyjaciół. Zack próbuje podnieść go na duchu, wiemy niestety, że ta gra nie potrwa w nieskończoność. Na domiar złego centrum młodzieży traci rację bytu w obliczu problemów miasta.

Akcja przenosi nas dalej, do dnia sprzątania Angel Grove. Nastolatkowie przykładają się do malowania, kiedy Billy i Trini udzielają wywiadu dla lokalnej stacji telewizyjnej. Komentarz niebieskiego wojownika zostaje zakłócony przez kolejny z podłych żartów Bulka i Skulla. Tym razem Jason ma tego zdecydowanie dość i decyduje się na wykorzystanie siły przeciwko Bulk’owi. Scena ma w sobie coś nie tyle prawdziwego, co satysfakcjonującego. Kto przecież nie lubi, jak dręczyciel w końcu dostaje za swoje? W porę interweniuje oczywiście dyrektor, odsyłając chłopców do wspólnej pracy. Billy i Skull prowadzą krótki, ale bardzo wymowny dialog. Jak widać na wszystko można spojrzeć z innego punktu widzenia i jest to solidny komentarz do zachowania bohaterów. Tych dobrych i tych pozornie złych.

Jeśli już o złych mowa, na miejsce w końcu dociera wysłannik Rity, a z nieba zaczynają spadać Putties. Do walki z nimi staje tylko trzech wojowników. Kim jest cały czas z Mattem, który nie odstępuje jej na krok, a Jason utknął z Bulk’iem i dyrektorem zabarykadowany w sklepie. Finał zeszytu serwuje nam ciekawy zwrot akcji. Kim i Matt stają w obliczu potwora, a pozbawieni możliwości dalszej ucieczki zmuszeni są do podjęcia walki. Nieposiadający mocy chłopak zasłania heroicznie dziewczynę i mocno przy tym obrywa. Zastanawiam się jak skomentować to zajście, wszak wiemy, że dziewczyna nie mogła się zmienić, ale to nie w mocy tkwi istota bohatera. Oto często pomijany problem zwolenników sekretnych tożsamości.

Cztery miesiące przed Dniem Przybycia, Kim wraz z rodzicami spędzali czas na wspólnej wytwornej kolacji. Jak wiemy z głównej serii, jej rodzina rozpada się, traci ze sobą wieź i jesteśmy tutaj świadkami tego rozłamu. Nie obserwujemy nagłego wielkiego zgrzytu, ale proces, który wszystko nieodwracalnie psuje. Kim wyładowuje frustrację na kelnerze, celując omyłkowo w nieodpowiedniego pracownika. Chłopak nie daje sobą pomiatać i mimo przeprosin i próśb ze strony dziewczyny, chłopak traci pracę. Wiemy już dlaczego Zack z taką wrogością odniósł się do dziewczyny Matta.

To właśnie czarny wojownik przybywa z odsieczą parze przyjaciół. Dziewczyna nie chce zostawić rannego Matta, co komplikuje całą walkę, zwłaszcza, że Jason nie może znaleźć sposobu na wymknięcie się dyrektorowi. Cała potyczka prowadzona jest z zamierzonym chaosem, a prowadzone dialogi wciąż budowane są wokół pisanych relacji. Kim w końcu znajduje kogoś, komu może polecić opiekę nad rannym chłopakiem i rusza na pomoc drużynie. Oczywiście, bo nie mogło być inaczej, różowa wojowniczka nieświadomie zostawia Matta pod opieką wysłannika Rity, skrywającego się w ciele kobiety. Rita, świadoma zbliżającej się porażki potwora, powiększa go, w odpowiedzi na co czwórka rangerów przyzywa swoje zordy. Niezdolni do ich połączenia podejmują walkę wypełnioną napięciem i autentycznym strachem o losy bitwy. Szalę przechyla w końcu zniszczenie elektrowni i odcięcie prądu w mieście. To pozwala Jasonowi dołączyć do towarzyszy. Reszta pojedynku to czysta formalność.

Moralizujące zakończenie, które Zordon wygłasza do Zacka, stanowi tło dla zakończenia kilku problemów zespołu. Trini spędziła czas z mamą, poprawiając ich relacje, Jason uratował centrum młodzieży zgłaszając pięciu wolontariuszy, a Matt obudził się w szpitalu w towarzystwie Kim i Zacka. Wszystko pięknie, tylko chłopak tak naprawdę znajduje się w rękach Rity, a to właśnie ona patrzy teraz na jego przyjaciół. Przerażająca czarownica znajduje się coraz bliżej swojego celu.

 

Nieco ponad dziesięć tysięcy lat przed Dniem Przybycia. Poznajemy prawdziwe oblicze Rity podbijającej kolejne planety. To kolejny przykład na to jak brutalna i bezwzględna to postać i jak dobrze prowadzona może przyprawić o uśmiech zachwytu. Takich smaczków będzie więcej, my wracamy teraz do Dnia Przybycia, plus dwanaście. Power Rangers trenują bez wytchnienia w swoich zordach, opracowując taktyki i przystosowując się do walki na różnych terenach. Po skończeniu treningu i kilku teleportacjach, nastolatkowie wracają do szkoły. Podoba mi się uszczypliwy komentarz Kim, że Rita nie musi się martwić o ich wykończenie, bo przy takim trybie życia, zrobią to za chwilę sami. Przypominając, że czytamy komiks o szkolnym życiu rangerów, dowiadujemy się, że zbliża się bal maturalny, a wiąże się to z szukaniem partnera i naturalnie wyborem króla balu. Petycję na ten tytuł zbiera Bulk i ku zaskoczeniu Jasona dwójka jego towarzyszy podpisuje się na liście. Billy odbiera paczkę z uczelni i prowadzi rozmowę z tatą na temat przyszłości, a do szkoły wraca w końcu Matt. Wszyscy widzą, że jest z nim coś nie tak, ale nikt nie jest w stanie podejrzewać powodu zmiany u przyjaciela. Rita wyprzedzając odkrycie tożsamości podróbki Matta, w perfidny sposób zaczyna wyciągać z niego wszystkie informacje, jakimi może zaszkodzić grupie. Na pierwszy rzut idzie Jason, któremu przy pomocy podróbki wyjawia zauroczenie Trini, po czym doradza mu w najgorszy możliwy sposób.

Bulk próbuje przekonać najpopularniejszą dziewczynę w szkole, żeby towarzyszyła mu na balu. Ignoruje jej groźby w słodko-naiwny sposób. Cieszę się, że autor dał nam powód do polubienia łobuzów, zdecydowanie należy się im rozbudowanie postaci. Tym bardziej przez pryzmat oryginalnego serialu, w którym pojawiali się dłużej od pierwotnego składu Power Rangers.

Na koniec dostajemy kolejny trening zespołu, tym razem zakończony surowym podejściem Jasona do członków drużyny. Czerwony wojownik jest odrobinę okrutny, ale nie sposób odmówić mu racji.

Podobnie jak przy poprzednim zeszycie, tak numer szósty zaczyna się w odległej przeszłości. Widzimy jak na wielu różnych planetach Ricie składane są dary, po tym jak podbiła ona świat. Podczas jednej z takich audiencji dostaje ona dziecko, które z jakiegoś powodu zachowała. To krótka, ale budząca wyobraźnię geneza Squatta.

Tymczasem w liceum szkolne życie toczy się swoimi torami. Zack stara się odkryć kto jest jego tajemniczą partnerką na bal, a Jason zaczyna dziwnie zachowywać się w obliczu Trini. Bulk rozpędza kampanię czym wścieka potencjalną kandydatkę na królową balu. Muszę przyznać, że podoba mi się ta strona Power Rangers, oczywiście wciąż wyczekuję starć z potworami, ale cieszę się, że bohaterowie mają okazję nabrać kolejnych wymiarów.

Matt zabiera rodzinę do kina. Jego siostra zwraca uwagę, że to do niego niepodobne, kiedy cała rodzina zostaje zaatakowana przez Goldara i jego oddział. Rangerzy zostają błyskawicznie poinformowani o napaści przez Zordona i ruszają z odsieczą. Wszyscy poza Billym, który właśnie jest w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej do Promethea. Walka stanowi tło dla jego mowy motywacyjnej. Niebieski wojownik ma zupełnie inne podejście do walki od swoich towarzyszy. Boi się i analizuje, nie jest pewien swojego miejsca. Dobrze czyta się jego przemowę, choć jesteśmy świadomi jak musi się to potoczyć. Billy ostatecznie pojawia się na polu bitwy, od razu trafiając w łapy Goldara. Ku naszemu zaskoczeniu z odsieczą przychodzi mu Matt, który wjeżdża w złotego małpoluda minivanem. Billy nie wyjawia towarzyszą gdzie był, mimo surowej reprymendy ze strony Jasona. Towarzysze zastanawiają się nad tym w jakim stanie jest Matt i czy u niego na pewno wszystko w porządku. Trafia on na dywanik u Rity, która przestaje ufać swojemu monstrum, mimo jego zapewnień o celowości działań. Prawdziwy Matt odmawia jedzenia wytrącając je z dłoni Squatta. W ten sposób zapala się dla niego iskierka nadziei.

Jedna strona poświęcona jest Bulk’owi i Skull’owi, którym udaje się zaprosić dziewczyny na bal. Dobry, humorystyczny przystanek.

Finał kolejnego zeszytu przynosi nieoczekiwany zwrot. Billy składa propozycję Kim, młodzieniec chce, żeby Matt zastąpił go w roli niebieskiego wojownika.


Kolejnym bohaterem wstępu sprzed ponad dziesięciu tysięcy lat jest Baboo. Nowy nabytek Rity zrobił na niej widać piorunujące wrażenie, sprowadzając jednocześnie zagładę na swoich krajan. Wracając do bieżących wydarzeń, zastajemy bohaterów rozmawiających z Billym o jego pomyśle. Ciężko odmówić najmądrzejszemu w drużynie słuszności, sytuacja wykorzystana jest też przez autora do wprowadzenia kilku zgrzytnięć w szeregi zespołu, jakby mało mieli oni problemów. Zgrzyta też na treningu Matta z Jasonem, wszystko zaczyna się wyraźnie rozpadać. Tylko Zack zdobywa w końcu partnerkę na bal.

Punktem kulminacyjnym licealnych opowieści jest zwykle wspomniany bal. Podobnie tutaj dziewczyny rozmawiają o swoich partnerach, jednocześnie szykując fryzury, a chłopaki przymierzają garnituru. Zack sprytnie testuje przy okazji pamięć Matta, uświadamiając obecnego z nimi Billy’ego, że z ich towarzyszem jest coś nie tak. Ten faktyczny uwalnia się właśnie z oków Rity, terroryzuje Squatta i forsuje sobie drogę na ziemię.  Przychodzi wielki wieczór, czuć narastające napięcie. Na bal dociera nawet osamotniony Jason. Następne strony to nic innego jak bal maturalny znany z każdego amerykańskiego filmu dla młodzieży. Są zdjęcia, tańce i wyznania. Nawet Bulk i Skull świetnie uzupełniają paczkę, czarują swoje partnerki i trochę też czytelnika. Do czasu pojawienia się Divy. To naprawdę smutne, że Bulk zostaje zmuszony do bycia po prostu sobą. Jeśli to nie byłby wystarczający dramat, bez którego taka impreza nie ma racji bytu, to pojawienie się Matta mówiącego, że właśnie uciekł kosmitom, którzy go przetrzymywali, na pewno załatwia sprawę. Na domiar wszystkiego to naprawdę żal mi monstrum, które wcielało się w rolę Matta. Próbuje on uciec, przybrać inną postać, ale drogę blokuje mu Jason. Nie chce słuchać wyjaśnień, ani on, ani nikt z Power Rangers, którzy dołączają do czerwonego lidera. Potwór pokazuje swoje prawdziwe oblicze, a mi wciąż jest go autentycznie żal.

Przed wielką walką znów cofamy się w czasie o dobre dziesięć tysięcy lat z plusem. Tym razem wspomnienia dotyczą Goldara i w znakomity sposób uzupełniają się z Annualem omawianym przy okazji Mighty Morphin Power Rangers. Właściwa walka przerywa ostatecznie bal maturalny. Monstrum wykorzystuje słabości Rangerów przeciwko nim, ale to, co mówi, jak walczy sprawia, że nie przestaję mu współczuć. Ostatecznie nie chce zabić wojowników i Rita, której odmawia posłuszeństwa, odbiera mu wolną wolę. Monstrum rośnie i przyjmuje kształt przyzwanego do walki Megazorda. Rangerzy szybko rozdzielają się, pokazując, że dojrzeli jako zespół, że ich umiejętności weszły na wyższy poziom. Ostatecznie Rita przegrywa tę potyczkę, pokonana przez Kim, która mści się za porwanie ukochanego. Wymowne, ale też bardzo oczywiste.

Reszta tego zeszytu to ponownie podsumowanie, dobiega końca pewien okres w życiu rangerów. Przede wszystkim Billy zostaje utwierdzony w przekonaniu, że jest na właściwym miejscu. Owocuje to też rozmową z jego ojcem, który chce, żeby chłopak wiódł życie zgodnie z samym sobą. Gorzej sprawa wygląda na uczuciowym froncie, gdzie Bulk zostaje odrzucony przez uratowane na balu dziewczyny, Trini twierdzi, że klon Matta okłamał Jasona co do jej zauroczenia, a prawdziwy Matt zamyka się przerażony w pokoju i nie spotyka się z Kim, ani Zackiem. Różowa wojowniczka podsumowuje to stwierdzeniem, że przy takim życiu za miłość płaci się wysoką cenę. Róż króluje również na ostatniej stronie komiksu, gdzie widzimy zabójcę rangerów zmierzającą odbić Lorda Drakkona z rąk Promethea. Niefortunnie wyląduje ona nie w tych czasach, w których powinna, wplatając „Saban’s GO GO Power Rangers” w wydarzenie znane nam jako Shattered Grid.

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2019 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.