Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #44 (20.05.2008)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 20 maj 2008 Numer: 20/2008 (44)


Z
a nami emocjonujący tydzień: najpierw rozdaliśmy nagrody i podsumowaliśmy nasz patronat medialny nad Iron Manem. Potem również sporo się działo: oficjalnie otrzymaliśmy Złotego Nasta w kategorii "Najlepsza polska tematyczna strona www o komiksach" (dziękujemy za głosy); redakcyjny dział filmowy wzmocnił Thorlief; a żeby nie było zbyt słodko, to pod koniec tygodnia nasz serwer przeżywał ciężkie chwile i strona była niedostępna.
A co przez ten czas wydarzyło się w komiksach?



Amazing Spider-Man #559 avalonpulse0044c.jpg
Fylyp3g: Pająk w tym roku w tempie iście wariackim przeskakuje z historii na historię. Niczym Newsweek, chce co tydzień zaskakiwać kolejnymi niesamowitymi historiami. A tu Parker ciągle ma pod górkę, ta sama bajka. Rysunki kiepściutkie, a scenarzysta pojechał po najniższej linii oporu. 2 na 6 - ot, taki sobie zeszycik.
Gil: To, co najbardziej zaważyło na ocenie numeru, to rysunki. Delikatnie mówiąc, są paskudne. Zero dynamiki, zero emocji, ale za to kilka bardzo innowacyjnych zastosowań ludzkich stawów - szkoda, że niezgodnych z anatomią. Przez te paskudztwa z lat '60. rodem, historia wydaje się być dwa razy gorsza, niż w rzeczywistości jest. Dan Slott znowu pokazuje coś nowego, czego w Pająku jeszcze nie było i chociaż pomysł zrobienia z Piotrusia paparazzo nie musi się podobać, jest całkiem intrygujący. Ciekawe są też nowe postacie - jedna bardziej szalona od drugiej. Mimo prostego pomysłu, bardziej podchodzi mi Paper Doll, bo przy Screwball trochę przegięli z tą pomocą policji. Wiedząc jednak, że mogłoby być lepiej, nie mogę ocenić tego numeru na więcej niż 5/10.
S_O: No, nie wiem... czy po prostu Danowi wyszło słabiej, niż poprzednio, czy to rysunki negatywnie wpływają na ogólne wrażenia, czy rysunki McNivena w poprzeniej Slottowej historii zawyżały poziom, ale... no właśnie. Słabo jest. I w dodatku z takim zapałem Dan broni papparazzich, że nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jego syn został jednym z ich albo co.
Za to nowa - płaska - villlainica, jeśli nie jest intrygująca, to na pewno... niepokojąca.
Krzycer:
Wraca Slott i od razu jest lepiej. Mamy odcinek o celebrities. Z jednej strony Screwball i jej wyczyny na bieżąco transmitowane w Internecie - fajny pomysł, tylko hasło "parkour luck" mi nie daje spokoju... zęby zgrzytają od tej "błyskotliwej gry słów" - z drugiej jakmutam aktora i jego płaską fankę - dziwaczne, ale zobaczymy, co z tego wyjdzie.
A w tym wszystkim Parker jako paparazzi. Kolejny fajny pomysł. Tylko reakcje otoczenia trochę za silne - to nie jest tak, że Pająk włazi ludziom do domów i robi im zdjęcia jak chodzą w bokserkach, bądź co bądź sfotografował gościa wyżywającego się na kelnerce w klubie... Zobaczymy, jak to się rozwinie. Jest nieźle.

CrissCross: Kanał. Dno. Kolejna historia nie wnosząca nic interesującego. Po akcji w OMD cofnęli Pająka o lata świetlne wstecz i najwyraźniej nie mają ochoty sytuacji poprawiać. Nudne się już robi pastwienie się nad kolejnym post-BND numerem, ale nic innego zwyczajnie nie pozostaje. Na dokładkę dostajemy... kobietę-papier. A myślałem, że człowiek negatyw to już szczyt "pomysłowości".

Anita Blake Vampire Hunter: Guilty Pleasures #11
Fylyp3g: Nie czytajcie tego. Kończy się powoli i dobrze. Rysunki jak zwykle do kosza. Fabuła jak zwykle do śmieci. Nie rozumiem, po co powstają takie historie w takim zacnym wydawnictwie. 1 na 6 - spalić!

Clandestine vol. 2 #4
S_O: Drugi pod rząd komiks rozgrywający się na Wyspach, więc tu też powinienem nieudolnie naśladować stereotypowego Brytyjczyka, ale prawdę powiedziawszy, nie jestem całkiem pewien, czy komiks jest tego wart. Pamiętacie cliffhanger z ostatniego numeru? Po kilku stronach walki okazuje się, że to tylko dowcip starszej, telepatycznej siostry. Brakowało jeszcze, żeby zza krzaków wyskoczył cholerny Ashton Kutcher. Inna rzecz, że końcówka tego numeru też zbytnio nie zachęca - z jednej strony "och nie, główni bohaterowie zostali zdezintegrowani!", a z drugiej wielkie rewelacje, że główny zły sklonował Destine'ów, a wyniki owego eksperymentu zgodnie z kanonem wyglądają jak potworne, zniekształcone wersje oryginałów. Taaa... jeszcze tylko jeden numer...
Fylyp3g: Nic mnie tu nie frapuje, nawet nie pozwala choćby na chwilę zainteresować się serią. Wątpliwie ciekawe, strata czasu i średnia przyjemność dla oczu. 2 na 6 – jeszcze jeden numer i nareszcie koniec.

avalonpulse0044d.jpg Captain Britain & MI:13 #1
Demogorgon: Całkiem dobre początki. Walka ze Skrullami, gryząca kosmitów Spitfire, dobrze napisany Captain Britain, John Skrull komentujący zdolności swoich krewnych i Wisdom słyszący głosy. Lepszy z tie-inów Secret Invasion z tego tygodnia, zasłużył na 7/10 i pozostawił ciekawość co do tego, jak to się dalej potoczy.
Gil: Nie sądziłem, że kiedykolwiek spodoba mi się komiks z Kapitanem Brytfanną w tytule, a jednocześnie byłem pewien, że Cornell nie zawiedzie. Wygrała opcja druga. Szczęśliwie okazuje się, że Braddock jest (przynajmniej na razie) sztandarem, którym macha się, by przyciągnąć czytelników, a ważniejszą częścią jest MI:13. Wisdom i spółka wypadają świetnie tak samo w akcji, jak i w dialogach - zwłaszcza Skrull John (chociaż można by poprawić rysunki, bo mało do Lennona podobny). Do kompletu mamy ciekawe wykorzystanie brytyjsko-mistycznej części Marvela, z którą dotąd się bliżej nie zapoznałem, interesujące kombinacje Skrullów oraz innych herosów z wysp, choćby wspomnianych. Dodatkowy plus za panią doktor, a niewielki minusik za brak Fairies. Tak czy inaczej, 7/10 się należy.
S_O: Doprawdy, cóż za wspaniała historia obrazkowa, nieprawdaż? Bo czyż nie jest dobre prowadzenie postaci? Czyż nie są interesujące pomysły na skrullowych infiltratorów? Azaliż doprawdy, czy jaśnie panna Faiza Hussain nie jest bliska naszemu sercu jako fanka bohaterów? Jest to, powiadam, bardzo dobry początek serii. A teraz przepraszam, ale umówiłem się na partyjkę krykieta.
Fylyp3g: Nie spodziewałem się po tym tytule niczego ciekawego. Pozytywnie się zawiodłem. Choć nie na tyle, żeby wznosić fanfary w powietrze, ku uciesze ludu. Zgrabna historia i prawicowe rysunki. Dodatkowy plus, że miarowo wpisuje się we-wiadomo-co. 3 na 6 – ujdzie.

Dead Of Night: Man-Thing #4
Demogorgon: Dobre zakończenie dobrej serii. Porządnie napisane, okryte mrocznym klimatem, czego chcieć więcej? Ja wiele więcej nie wymagam, mogę z czystym sumieniem dać temu 7/10. Tylko nie jestem pewien, gdzie miały być te sugestie dotyczące Unholy Wars.
Gil: Finał nieco mniej bombowy, niż oczekiwałem, ale i tak narzekać nie można. Poprawiające się z numeru na numer rysunki osiągnęły apogeum i prawie dorównały wstawkom z Diggerem (tylko kolory miejscami dziwne). Główny wątek został rozwiązany inaczej, niż się spodziewałem, ale jest to również dobre rozwiązanie. Ciekawą przyszłość mogą przynieść wyraźnie pozostawione w zawieszeniu wątki rodzeństwa Kale, które z przeszłości mogą wpłynąć na przyszłość (bo jak wiemy, Roberto coś szykuje). A sam Bagniak... cóż, zrobił swoje i wrócił w tło. Dostanie 6/10 tylko dlatego, że jest kilka lepszych w tym tygodniu.
S_O: No i mamy wielki finał, proszę państwa! A jak każdy porządny finał MAXowej historii, ma dużo krwi, latających bebechów i barzo sugestywnie przedstawione pożeranie przez zmutowanych kanibali. Słowem, wszystko, czego może chcieć od życia porządny socjopata. I nie mogę się doczekać ponownego zobaczenia Człekorzeczy i rodzeństwa Kale w nadchodzącym "Unholy Wars".
Fylyp3g: Zostaję przy drugim zeszycie, moim ulubionym. Reszta już nie taka ok. Choć dalej gore, dużo tego gore i fajne to gore. 3 na 6 – bo goreje, gdy czytam.

Giant Size Incredible Hulk
Gil: Miał Hulk dwa dobre one-shoty - to fakt. I najwyraźniej szczęście mu się wyczerpało, bo to jest zupełnie do niczego. Wywiady z tymi, którzy spotkanie z Hulkiem przeżyli, zupełnie nieciekawe, a finał do bólu przewidywalny. Przedrukowana historyjka o tym, jak Hulka pomylili z Blobem jest nawet lepsza, ale nijak ma się do tej pierwszej, więc sens wydania tego one-shota jest dla mnie nieodgadniony. Kiepski pomysł z kategorii 4/10.

S_O: Zgodnie z ustaloną niedawno zasadą, ten annual także pokazuje tytułowego bohatera z perspektywy kogoś zupełnie innego. Tym kimś jest tym razem Fred Sloan, który dawno temu spotkał Hulka, pobył z nim paręnaście numerów, a potem wyparował z naszej pamięci. I ma zamiar pokazać wszystkim, że Sałata nie jest potworem, tylko bohaterem. Eeee... nie wiem, jak ci to powidzieć, koleś, ale Amadeus Cho wyprzedził cię o jakiś rok...
I ta kreska, z tymi gigantycznymi (ale nie "mangowymi", broń Boże) oczami, nie za bardzo mi podchodzi.
Fylyp3g: "A mi się nie podobało. Jeśli wziąć pod uwagę kryteria, które są wymagane, to właściwie: mizeria". Tzn. sałata. Głowa pusta, niepotrzebne. 2 na 6 – dla fanów mizerii… znaczy się: sałaty.

Guardians Of The Galaxy vol. 2 #1
avalonpulse0044e.jpg
Fylyp3g: Przyznam się bez bicia, że przed przeczytaniem nic o tym tytule nie wiedziałem. Byli różni Guardiansi w Marvelu, jednak ci mi nic nie mówili. Sam tytuł bardzo przaśny. Bitwy, eksplozje, kosmici, przydługie dialogi i obcisłe stroje superbohaterów z „kolorowymi” mocami. Rysunki znośne, jednak bez aspiracji i jakiegoś ciekawego stylu. Nic nadzwyczajnego, odkrywczego i nie bardzo mnie to zaciekawiło.
2 na 6 – bez podniety.

Demogorgon: Dobre. Porządnie napisane dialogi, dużo akcji, góra lodowa, no i fajne postacie. Warto przeczytać komiks choćby dla tego jednego kadru z Cosmo i Rocket Racoonem. Doskonały start serii i miejmy nadzieję, że utrzyma się ona na tym poziomie jak najdłużej. 8/10

Gil: Kolejny udany debiut. Wprawdzie oczekiwałem czegoś nieco innego, ale i tak dobrze jest. Zaczyna się dość nagle, ale komentarze członków grupy i retrospekcje pomagają szybko zorientować się w sytuacji. Mamy kilka uroczych scenek towarzyskich, w których królują Mantis i mini-Groot, ale także kilka ciekawych pomysłów, jak latający w kosmosie kościół i rysy w czasoprzestrzeni. O tym, jak intrygujący jest ostatni panel, nawet nie wspomnę. Dzięki zachowaniu duetu scenarzystów, płynnie przechodzimy z realiów conquestowych do nowej rzeczywistości serii i wszystko gra idealnie. Potrzeba będzie pewnie kilku numerów, zanim akcja na dobre się rozkręci, ale póki co, interakcje między postaciami wystarczają do dobrej zabawy. Pelletier też w dobrej formie, więc zasłużone 7/10 będzie.
S_O: I jedziemy! Najnowszy tyłkokopiący, kosmiczny zespół wystartował! I jest wszystko, co obiecano - walki, wybuchy, humor, chemia między postaciami, potwory (no, na razie jeden, ale ciii), gadające zwierzęta i latające głowy kosmicznych bóstw! Ale nadal czuję pewien niedosyt - nie wiem tylko, czy to dlatego, że czegoś brakowało, czy dlatego, że tak szybko przeczytałem.
Hotaru: Uff. Szczerze powiem, że obawiałem się tego numeru. Po bardzo dobrym Annihilation: Conquest bałem się, że spin-off nie dorówna poprzednikowi. I chociaż jest za wcześnie na to, by wydawać osądy, to już teraz jestem w stanie stwierdzić, że nie jest źle, a skoro nie jest źle, to przecież może być jeszcze lepiej. Po kilku stronicach przyzwyczaiłem się do rysunków, motywacje poszczególnych postaci do włączenia się do drużyny łyknąłem jak siemię lniane, powód istnienia Guardiansów wypada całkiem przekonująco i ta przepowiednia Mantis... Z chęcią sięgnę po kolejny numer.

New Exiles #6
S_O: O. Mój. Boże. Teraz już wiem, gdzie się podział cały bullshit, którego zabrakło w GeneXt. Jeśli myśleliście, że związek księcia ze smoczycą jest nieskończenie głupi, to przygotujcie się, bo poznacie całkiem nową definicję "nieskończoności". I jeśli taka tendencja się utrzyma, za jakiś czas kolejnych numerów New Exiles będą używać do wykonywania kary śmierci w szczególnie brutalnych sprawach (i mówię tu o rzeczach, które nawet Hannibal Lecter uznałby za barbarzyństwo).


avalonpulse0044f.jpg Secret Invasion: Fantastic Four #1
Demogorgon: Gorszy z tie-inów z tego tygodnia, ale jednak lepszy, niż się spodziewałem. Nie porywa, ale ma sens, a postaci są dobrze napisane. Choć trzeba przyznać, najmiodniejszy jest początek ze Skrullem w łóżku - całkiem dobrze pomyślane. 6/10
Gil: Ten debiut jest dla odmiany dokładnie taki, jak się spodziewałem. Może część winy spada na spoilery, ale prosta konstrukcja fabuły też robi swoje. F4 dają sie podejść jak dzieci, a właściwie wszystkie niewiadome (poza jedną) zostają rozwiązane w tym numerze i wygląda na to, że pozostanie tylko walka z robalami. Miejmy nadzieję, że tym razem będę kiepskim prorokiem. Kontrowersje może budzić spotkanie Sue ze Skrullem, który nie wykorzystał okazji. Frajer. Poza tym, takie sobie czytadło z przyzwoitymi rysunkami. Takie na 6/10.
S_O: Cóż... Postacie napisane są bardzo dobrze. Szkoda tylko, że z całej "Secret Invasion" została tylko Inwazja, a Sekret poszedł w krzaki. W następnym numerze będziemy zapewne świadkami mega-clobberingu, a potem, jeśli wierzyć zapowiedziom, Dynamic Duo znajdzie sposób, żeby przywrócić Baxter Building do Strefy Pozytywnej (i opierając się na zapowiedzi zgaduję, że skorzystają z pomocy Mad Thinkera). Ale przynajmniej kreska jest, jak dla mnie, lepsza niż Hitcha.
Hotaru:
Z zaskoczeniem stwierdzam, że ten numer przerósł moje oczekiwania. Mam jednak w zwyczaju analizować, dlaczego jestem zaskoczony i tak też postąpiłem w tym wypadku. Wniosek jest taki - moje oczekiwania były tak niskie, że prawdopodobnie nawet Black Panther by im sprostał. W danym momencie ta mini zapowiada mi się na tie-in, którego jedynym celem jest zbicie kasy na Secret Invasion. I chociaż nie czyta się tego specjalnie źle, to podobno tak samo sprawa ma się z Harlequinami czy szmatławcami Dana Browna, a nikt przecież nie nazwie ich dobrą lekturą.
Krzycer: J
est nieźle. Skrullica sobie fajnie poczyna, plus za to, że Johnny ją przejrzał (naciągane by było, gdyby dał się wciągnąć w młóckę z Benem).
Tak sobie tylko pomyślałem, że otwarcie tego numeru byłoby dużo mocniejsze, gdyby Skrull, jakby to ująć, wykorzystał sytuację, a dopiero potem się ujawnił.
Zgaduję, że Marvel nie chciał się aż tak pastwić nas Sue...
Fylyp3g: Nie jest najgorzej. Co nie znaczy, że jest wyśmienicie. Historia prosta, przewidywalna, acz zjadliwa. Rysunki mogą się podobać. Mimo wszystko, czekam na coś więcej. 3 na 6 – ujdzie w tłumie.
hitano: Fajny numer z FF w porównaniu z tym, co na razie Millar wyprawia we flagowej serii o tej grupie. Żałuję, że Sue zeszła szybko z planu. Sporo gadki, jednak konstruktywnej, szczególnie pomiędzy Skrullo-Sue a Johnnym. Bardzo ładnie za to wypadł Kitson - w moim odczuciu o wiele lepiej niż w The Order, ale być może to też zasługa bardziej żywych barw.

Iron Man – Legacy of Doom #2
Fylyp3g: Jakże mogło być inaczej. Film sprzedał się niczym ciepłe bułeczki, więc i komiksy powinny. Czy akurat ten zasługuje na dopływ gotówki z kieszeń fanów? Już na wstępie przywitała mnie niezbyt zachwycająca okładka, a dalej nie było lepiej (rysunki są niemal tak słabe, jak jednego z naszych najmłodszych redaktorów - z tym, że chłopaczna biedna dopiero się uczy, baaaaardzoooo powoli). Z historią również. To zwyczajnie jakaś durnota jest. Scenarzysta, gdy to pisał, musiał być albo bardzo zmęczony, albo zwyczajnie pijany. 1 na 6 – po co?
Demogorgon: Są trzy rodzaje złych komiksów. Pierwszy rodzaj to te ważne i oczekiwane, napisane źle. Drugi to te, które są nikomu nie potrzebne i nic sobą nie reprezentują. A trzeci to niepotrzebne, które są napisane źle. Do tej ostatniej grupy zalicza się Iron Man: Legacy of Doom. Błędów logicznych i fabularnych jest tu bardzo dużo (za co Howard Stark trafił do Piekła?), a rozrywki niewiele. 2/10
S_O: Doom jest złowieszczy i - chwilowo - niepokonany, a Iron Man walczy ze swoimi "daddy issues". I gdyby wyszło to-to te dziesięć lat temu, pewnie byłoby świetne. Ale te ostatnie dziesięć lat nauczyły nas wymagać dużo więcej, więc teraz można powiedzieć tylko: meh i zapomnieć o tym komiksie, czytając inne, lepsze. W każdym razie mam nadzieję, że szybko zapomnę o tym dowcipie z popcornem...

Thunderbolts #120 avalonpulse0044g.jpg
Fylyp3g: Jestem jedną z nielicznych osób, która nie trawiła zbytnio Thunderboltsów. Czytałem, acz bez przekonania i tylko po to, by nie wypaść z obiegu, jak bohaterka jednego z rozdziałów „Z głowy” Głowackiego. Nadrobiłem ostatnio run Ellisa i muszę przyznać, że patrząc na tę pozycję z nowej perspektywy, jest całkiem znośna, a momentami nawet bardzo przyjemna w odbiorze. Tak samo ma się sprawa z numerem 120. Momenty są, rysunki świetne, sceny rozbrajające. Co tu dużo pisać, bardzo dobry numer. 4 na 6 – warto.
Demogorgon: Numer tygodnia. Dawno tak się nie ubawiłem, czytając coś tak doskonałego. Pierwszy raz w życiu zacząłem postrzegać Green Goblina jako prawdziwego psychopatę, a nie jako głupka, który istnieje tylko po to, żeby Spider-Man kopał mu tyłek. Jego akcje i wypowiedzi doskonale pokazują, jak bardzo jest szalony, a ukrzyżowanie Swordsmana jest zwieńczeniem obłędu. Nie wiem, ile w tym wpływu telepatów, ale domyślam się, że jednak nie tak wiele. Jeżeli Ellis zachce napisać kiedyś miniserię o Green Goblinie, jestem pewien, że będzie to hit. Co do reszty grupy - Radioactive Man i Songbird rozgryźli, co się dzieje, choć telepaci załatwili odlot temu pierwszemu, podobnie jak Moonstore - czekam na jej starcie z Samsonem. Za to Baldwin wraca do stabilności psychicznej - biorąc pod uwagę ostatnią miniserię Penace'a zgrzyta mi coś, ale kto wie, co się uroiło w jego rozchwianej główce. Rysunki jak zwykle wspaniałe, Deodato oddaje klimat komiksu. 9/10
Gamart: Padłem. O tak, sobie siedziałem, przeczytałem i padłem jak już skończyłem. I tak parę razy. Co tu mówić. Że dialogi to majstersztyk, jakiego od paru lat nie widziałem? Goblin zarządził? Atmosfera psychodelii wychodzi poza skalę? Każde słowo w tym numerze jest niesamowite, każda sytuacja. Po co ja to w ogóle piszę? Czytać, bo numer tygodnia, a i pewnie czołówka tego roku. Soundtrack: Reverend Horton Heat - Psychobilly Freakout
Gil: Niekwestionowany debeściak tygodnia. Norman jest tutaj wspaniały pod każdym względem - każde słowo i każda akcja, każda piosenka i każdy przybity do ściany Niemiec... Trudno właściwie pisać, co tu jest fajne i nie spoilerować, więc napiszę tylko, że jest tego dużo i jest bliskie geniuszu. Telepaci za kratkami w końcu wykonują kolejny ruch i wyłania się z tego jakiś plan, ale i tak świrujący Boltsi zgarniają wszystko. Do najwyższej oceny brakuje tylko wejścia Bullseye'a z genialnymi ilustracjami. Tak, dobrze przeczytaliście - mamy w końcu numer wart 9/10.
S_O: Wiecie, co mają wspólnego tegotygodniowe numery tygodnia? Ich tytuły zaczynają się na "T" ("the" się nie liczy ;p). Każde słowo zzieleniałego Normana jest na wagę złota i nie wiem, jak wam, ale mi skojarzyło się jednoznacznie z laureatem nagrody Eisnera za najlepszego łotra, dyrektorem H.A.T.E., generałem Dirkem Angerem we własnej, dziewięćdziesięcioletniej osobie! Także pozostali (anty)bohaterowie świetnie się zaprezentowali, a co do Speedballującego Penance'a, to mam wrażenie, że w idealnym świecie, świecie bez opóźnień, jego miniseria wyszłaby po tym story-arcu i nie mieszałaby w continuity.
Marcin:
Warren zrehabilitował się za słabe Ultimate Human. Co prawda jest to rozwałka, ale za to jaka! Sceny z Goblinem napisane są świetnie i to on jest gwiazdą tego numeru, no i to ukrzyżowanie Swordmana. Priceless. Trochę naciągany jest fakt, że Venom przeżył, ale lubię go, więc odpuszczam. Nie podoba mi się powrót Robbiego jako Speedballa. Po cholerę zmieniali mu image, skoro po roku wracają do starego? Może jeszcze SI cofnie akt rejestracji? Mimo to, numer jest naprawdę dobry, a rysunki Deodato poprawiły się w stosunku do kilku poprzednich.
Stawiam mocne 8/10.
Krzycer:
Genialne. Genialne. Po trzykroć: genialne! "Cieszę się, że nie wyprałem tego kostiumu. Pachnie śmiercią, blondynką i zwycięstwem."
Monologi Osborna w tym numerze powalają. Akcje też. Każdy kadr z nim jest świetny.
A reszta nie jest daleko w tyle. Dopiero zacząłem przegląd tygodnia, ale już czuję, że to będzie najlepszy numer z tego rzutu.

hitano: Jest świetnie. Numer poświęcony Normanowi i to jeszcze jak. Genialne monologi Osborna, że nie wspominając o tym jego tekście: "Cieszę się, że nie wyprałem tego kostiumu. Pachnie śmiercią, blondynką i zwycięstwem." Samo jego rozprawienie się z baronem też niesamowite. A mieszający dalej mieszają. Mnie tam jakoś cieszy powrót Robbiego do starych mocy. Rysunki też się poprawiły.

newuniversal: Shockfront #1
Demogorgon: Ten tydzień zdecydowanie należy do Ellisa. Warren rozpoczął nowy sezon newuniversal kilkoma mocnymi wystrzałami, jak zniszczenie sklepu z manhuą, czy masakra na boisku. Do tego dialogi, postacie, klimat i wszystko inne trzyma poziom, znany z pierwszej serii. Genialne, daję mocne 8/10
Gil: Nie byłem do końca pewien, czy pisze Ellis (bo sprawdzić mi się nie chciało), więc na początku była ulga. Brak rysunków Salvy okazał się jednak zauważalny i trochę mi przeszkodził w odbiorze, bo akurat tutaj dobrze mu szło. Teraz jest najwyżej nieźle. A historia tym razem zaczyna nieco z boku i podsuwa nam nowe postacie, przypominające te z DP7. Mogą się okazać interesujące. A jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że czytam jakiś komiksowy odpowiednik Heroes - co złe nie jest, ale trochę mam deja vu. No i pozostaje wrażenie, że poprzednia historia nie została właściwie domknięta, a przez to czegoś mi brakuje. Mam nadzieję, że się rozkręci, ale na razie 6/10.

avalonpulse0044h.jpg The Twelve #5
Gil: Nie da się zaprzeczyć, ze z każdym numerem jest lepiej. Co się wyjaśni, to się zagmatwa i robi się jeszcze ciekawiej. Tym razem spotlight pada na Witnessa, ale sporo dzieje się także w sprawie Electro oraz u Cap. Wondera i Dynamic Mana. Przy okazji poznajemy też nowego rodaka - a mówili, że polscy inżynierowie są nic nie warci, ha! Jest naprawdę, ale to naprawdę interesująco. Może to nawet jeden z ważniejszych numerów serii. A co ze sprawą morderstwa? Nadal podejrzani są prawie wszyscy, ale możemy podejrzewać, że był choć jeden Świadek. Zasłużone 8/10.
S_O: Pięć tuzinów to już kopa, prawda? I kopa czasu minęła od ostatniego numeru, ale akcja w tym wynagradza czekanie. Dzieje się! Oj, się dzieje! Poznajemy origin Witnessa (i demonstrację na dodatek), DM się otwiera przed Wonderem, Laughing Mask idzie za kratki, a Blue Blade... Blue Blade opowiada dowcipy o żonie! I ma perkusistę, który robi to "bada-bum, phhh". I pośmiać się można, i zamyśleć. Jeden z dwóch niekwestionowanych numerów tygodnia.
Fylyp3g: Czuję się źle, że podchodziłem na początku do tego jak do ognia. Dobrze, że jest dobrze. Dobrze, że się to da czytać. Dobrze, że ma klimat. Co tu więcej pisać? 4 na 6 – dobrze.
Demogorgon: I kolejny numer tygodnia, a jednocześnie najlepszy, którego nie napisał Warren Ellis. Jak widać minął okres pierwszego szoku czasowego i nadszedł czas na drugi - teraźniejszość zaczyna dawać wszystkim w kość. Captain Wonder spotyka "tę dzisiejszą młodzież", a Laughing Mask dowiaduje się, co potrafi dzisiejsza technologia kryminalna. Nawet Dynamic Man nie potrafi się przystosować. Jak widać tylko Witness robi dalej swoje. Black Widow też by mogła, ale dalej siedzi w klubie dla gotów. 8/10, ale z liczbami po przecinku - bliższe Thunderbolts, niż newuniversal.

Punisher MAX #57
Fylyp3g: Chcecie rozrób i dużo krwistych kawałków? Od tego jest Frank. Jestem jak najbardziej tak, jeśli idzie o ten zeszyt. Czekam na więcej. Zapowiada się świetny klimat na następny numer. 4 na 6 – wysadź to Frank!!!

GeNeXt #1
Demogorgon: czy to na pewno pisał Claremont? Bo jakoś za dobre, jak na jego "poziom". Nie jest co prawda dobrze, ale nie jest też strasznie beznadziejnie - historia ma parę mocniejszych momentów, jak udział X-23. Ale na tym się to kończy. Nie sądzę, żebym polubił tę serię, ale jak Chris utrzyma poziom, to może nie wezmę jej pod uwagę przy nominowaniu najgorszej miniserii roku? 4-/10
Gil: Gdyby nie wzmianki o umieszczeniu tego w jakże fatalnej rzeczywistości X-Men: The End podejrzewałbym, że napisał to jakiś Skrull w zastępstwie Claremonta. Dlaczego? Bo nawet da się to czytać. Pomysł następnego pokolenia nie jest nowy, ale został podany w dość przystępny sposób i może zainteresować. Powiem nawet, że wolę to niż te wszystkie First Classy, bo zawsze to coś nowego, a nie odgrzewane kotlety. Mamy całkiem ciekawe postacie, chociaż radzę przymknąć oko na ich rodowody - wtedy wypadają lepiej. Poprowadzone jest to lekko i bez przytłaczającej narracji, co każe podejrzewać, że to jednak Skrull napisał. Rysunki na poziomie scenariusza - nastoletnie.
Może dostać 5/10.
S_O: A to ci siurpryza. Całkiem niezły komiks, napisany przez Chrisa Claremonta, tego nie widzi się codziennie. Najwyraźniej, jak leży się przez kilka miesięcy w szpitalnym łóżku, dochodząc do siebie po zawale, można jeszcze coś dobrego napisać. Co prawda dzieje się to-to w znienawidzonej rzeczywistości X-Men: The End, ale warto dać miniserii szansę.
Fylyp3g: Spodziewałem się po Krzyśku jakiegoś totalnie-fatalnego crapa. Nie jest tak źle, jak wszyscy myśleliśmy, że będzie! Może story nie wzbija się ponad chmury i nie każe zaciskać pięści w oczekiwaniu na kolejny zeszyt, jednak historia zjadliwa. Mam problem z oceną. Jako, że nie stosuję polówek, to podciągam do 3 na 6 – dla zabicia czasu.
CrissCross:
Ciężko w tym temacie coś powiedzieć. Po pierwsze, nie jest to ani trochę odkrywcze. Po drugie, rysunki jakoś mi nie przypadły do gustu. Po trzecie, ta historia tak naprawdę jest kontynuacją X-Men: The End. Claremont najwyraźniej dalej ma ochotę psuć uniwersum swoimi idiotycznymi pomysłami. Mam tylko nadzieję, że nie będzie to tak kretyńskie i pomylone, jak The End. Niczego dobrego się po tej historii nie spodziewam.
Krzycer: T
o pisał Claremont? Niemożliwe! To się daje czytać! Nie ma powodu, by to czytać, bo to dalej nic nie wnoszące czytadełko, ale w przeciwieństwie do New Exiles od czytania GeNext nie boli mózg.
Szkoda tylko, że rysunki marne.


Wolverine vol. 3 #65 avalonpulse0044i.jpg
Demogorgon: Rozczarowanie. Naprawdę spodziewałem się, że Logan zabije Raven i byłem zawiedziony, gdy tego nie zrobił. Zaraz jednak przypomniało mi się Evolution Loeba i poczułem, że w gruncie rzeczy zakończenie jest podobne - tylko lepsze. Mystique nie została pokrojona na plasterki, ani zdekapitowana, wiec jej powrót będzie miał więcej sensu, niż powrót Creeda, a dzięki porządnej ilości akcji i ciekawych wspominek historia jest bardzo strawna. Dowiadujemy się też, po raz kolejny, że Logan potrafił być prawdziwym draniem, ale jest to zrobione o wiele lepiej, niż w Wolverine Origins. Way, ucz się, jak się pisze, od Aarona, to może coś jeszcze z ciebie będzie. 6+/10
Gil: Numer przejdzie do historii z etykietką "ten, w którym odstrzeliła mu twarz i narzygała na nią". Oprócz tej wątpliwej estetycznie i logicznie sceny zapamiętałem tylko tyle, że Mystique najwyraźniej zapomniała, że nie potrzebuje ubrania, bo może sobie je "stworzyć", więc zakrywa goliznę, jakby jej czegoś brakowało. No dobra, jeszcze ta ostatnia scena jest niezła, ale żeby dla niej tyle się męczyć? Aj don fink soł. Co ciekawe, do swojej galerii imitacji Garney dodał także Franka Quitely. Nie wyszło mu tak samo jak z Romitą i Silvestrim.
Nie mogę dać więcej niż 4/10.
S_O: No i Logan "getnął" Mystique, ale zrobił to w baaaardzo niesatysfakcjonujący sposób. Ale przynajmniej w ten sposób łatwiej będzie wytłumaczyć jej powrót za dwa lata. Jason stracił u mnie kilka punktów.
Fylyp3g: Ehhh, żebyście tylko wiedzieli, jak redaktor Fylyp3g lubi gołe baby w komiksach. Te w Marvelu jednak albo są w płomieniach, albo w jakieś mgle, a z Mystique to już nic nie wiadomo. Wszystko sprowadziło się do wspomnień, naparzanki, wspomnień, naparzanki i średnich dialogów. Choć końcówka niezła, a i rysunki spoko. 3 na 6 – czekając na powrót prawdziwego Logana.
Krzycer: Koniec historii "Get Mystique". Przy okazji koniec retrospekcji z Kansas - i tu zaskoczenie, że to Logan, a nie Mystique sprzedał grupę. Za zaskoczenie, jak zwykle, plus.
A jak kończy się pogoń? Krwawą jatką, oczywiście. Ale sama, samiusieńka końcówka? Trochę niewiarygodna. Logan ewidentnie nie chciał się rozprawić z Raven, bo nie wierzę, żeby wierzył, by ta wykończyła się sama po odpowiednim pep-talku. Za to niewielki minus. Niewielki, bo w ramach tej historii takie zakończenie działa. Sama zaś historia była szybka, przyjemna, pozwalała odpocząć po Loebach i Romulusach i innych cudach-niewidach... No i mieliśmy niewątpliwą przyjemność pooglądać dużo Mystique, "in all her glory".
Swoją drogą w filmach nikomu nie przeszkadzała, latając jak ją pan Bóg stworzył, a tu ciągle albo jakiś światłocień, albo co... ;)


Wolverine: Amazing Immortal Man and Other Bloody Tales
Demogorgon: Trzy klimatyczne historie, z czego jedna jest brzydka, druga idiotyczna, a trzecia słaba. Ale brzydka ma naprawdę dobrze napisany scenariusz, idiotyczna lepiej pokazuje, czemu nie powinno się bawić w bohatera niż Kick-Ass, a słaba może dać podłoże pod mocną kontynuację. Jak na Wolverine'a poziom jest więc całkiem niezły. 5/10
Gil: W tytule znajdujemy słowo klucz: bloody. To znaczy, że historyjki nie mają być dobre, tylko ociekające krwią. I takie są. No, dobra - ta druga jeszcze jest całkiem fajna, bo oryginalna, ale generalnie to raczej bezpotrzebna siekanka, która nic nie wnosi do niczego. Dla fanów Rosomaków tnących na plasterki, owszem. Dla fanów czytania - nie bałdzo. Rysunki zróżnicowane: najpierw kiepskie, potem średnie i trochę lepsze niż średnie. A, niech ma to 5/10.
S_O: No i TO jest długi tytuł. Żeby jeszcze historyjki wewnątrz miały tyle treści... Ot, jedna o nieznanym dotychczas epizodzie z początku lat trzydziestych (chyba w tym okresie całkiem sporo zostało), druga o szalonym kierowcy autobusu, a trzecia... sam nie wiem, o czym, ale kojarzy mi się z jednym z odcinków "Z Archiwum X", jak Mulder i Scully byli w mieście pełnym cyrkowców i napotkali podobną potworę... Do zapomnienia.
Fylyp3g: Świetna okładka. Już chwilę wisiała na necie, więc niezbyt zaskakiwała. Trzy historyjki. Pierwsza bardzo klimatyczna, czego główną zasługą są rysunki, takie jak lubię. No i story niczego sobie. Druga gorzej narysowana, acz ciekawa, nawet trochę intrygująca. Ostatnia wcale mi się nie podobała. 3 na 6 – nierówny zeszyt.

The Last Defenders #3
Gil: No to państwu już dziękujemy. Zamiana jednej grupy lózerów na inną i dalszy ciąg tragifarsy nie jest tym, czego oczekiwałem. W żadnym momencie tej serii. W ogóle. Zmęczyło mnie czytanie tego, więcej męczyć się nie będę.
2/10 na do widzenia, zamiast kopniaka.

S_O: OK, zła szałobomba zniszczona, agent S.H.I.E.L.D. odratowany, Shulkie idzie nie psuć continuity, a Nighthawk zbiera drużynę najemników. Nie wiem, jakoś nie czuję tej miniserii. A że, jak znam życie, połowę następnego numeru zapełni nieporozumieniowa walka, to mam wątpliwości co do sensu dalszego czytania.
Fylyp3g: Chyba ostatnio pastwiłem się nad pierwszym numerem. Mógłbym się pastwić nad trzecim, jednak słów żal.
1 na 6 – do gazu, do gazu i to od razu!


avalonpulse0044j.jpg X-Men Legacy #211
Gil: Mniej więcej na to czekałem. Mniej, bo jak na razie dzieje się jeszcze niewiele, a więcej, bo wreszcie dzieje się coś naprawdę ciekawego. Charlie szuka brakujących wspomnień i znajduje coś, czego chyba wolałby nie znaleźć. Niby nic szczególnego, ale udział Sinistera sprawił, że z miejsca to łyknąłem. Carey popisał się także poprawnym wykorzystaniem zapomnianych już wątków i postaci oraz wyłuskaniem z nich czegoś nowego - naprawdę duży plus. Pozostaje teraz czekać na więcej. I chyba możemy odznaczyć ten numer jako punkt zwrotny, w którym od średniej akcji Carey przechodzi do dobrego klimatu, w którym sprawdza się najlepiej. W połączeniu z dobrymi rysunkami może nawet 8/10 dostać.
S_O: No i tym razem zaczęło się naprawdę. Badassowy Charlie wcielający się w kręcącego "Ptaki" Hitchcocka, camea Juggera i Gambita, ludzie w czerni polujący na łysolka, Sinister w wspomnieniach... Carey już pokazał, że umie zrobić coś nowego z czegoś starego, więc czekam z niecierpliwością.
Fylyp3g: Jakość z numeru na numer idzie ku górze, jednak nie na tyle, by fan mutantów mógł być zadowolony. Czy po MC spodziewaliście się czegoś więcej? Wiem, ja też. Dzieje się wiele, a mimo wszystko całość przesuwa się w ślimaczym tempie. 3 na 6 – czekając na więcej.
Hotaru: Po każdym kolejnym numerze Legacy zastanawiam się, dlaczego jestem taki zawiedziony. I zawsze odpowiedź jest taka sama - w miejsce świetnego Adjectiveless dostajemy te pomyje. Nie podoba mi się tu nic prócz kilku rysunków. Za Xavierowe pogaduszki z gołąbkami to bym sam spuścił co nieco Carey'owi na czapkę, a wprowadzenie Gambita (i w dalszej perspektywie Rogue) przywołuje przed ma oczęta obrazy kiepskich historii Claremonta z tą parą w rolach głównych. Cienkie to, i nie zanosi się na poprawę.
CrissCross: Intryga się robi... intrygująca. Niby dzieje się niewiele, ale jest to ciekawe i nawet wciągające. Xavier próbujący przypomnieć sobie swoje życie, a w tle Juggernaut, Shaw ze swoją tajemnicą i... Gambit. Może wreszcie zobaczymy go takiego, jak kiedyś.

X-Men Origins: Colossus

Gil: Byłoby to napisane całkiem przyzwoicie, gdyby zawierało choć część rzeczywistego świata. Obaj autorzy najwyraźniej nie potrafią sobie wyobrazić czegoś tak abstrakcyjnego jak Związek Radziecki, więc po prostu wciskają bzdury, byle się kupy trzymały. Trochę namieszali też w oryginalnym oridżinie, więc żeby bólu głowy nie dostać, najlepiej chyba uznać to za elseworldową wariację na temat Rasputina. Jako taka wypada przyzwoicie, a miejscami nawet dość dobrze, bo sama historia jest w porządku, a i wykonanie dobre. Plus za ciekawe wykorzystanie Vazhina, szkoda tylko, że na końcu miał tyle samo oczu, co na początku. W kategorii #616 ocena musiałaby być 3/10, ale gdyby to jednak był elseworld, dostałby 6/10.
S_O: Nie jestem całkiem pewien, czy tak wyglądało ZSRR w czasach młodości Piotrka (nie wiem, nie pamiętam, ledwo się załapałem na upadek socjalizmu), ale... tak potwornie źle nie jest. Ot, pierwsza manifestacja mocy, zainteresowanie tak Czerwonych, jak i Łysych (no dobra, jednego. Ale za to na kółkach)... Bardziej dla fanów postaci, niż dla kogokolwiek innego, ale czytanie tego nie jest cierpieniem.
Fylyp3g: W Rosji byłem kilka razy. Baaa, byłem w okolicach Colossusa. Tak niedawno, jak i w wieku szczenięcym. US i A kocha Rosję od lat, jednak wydawnictwo ma fatalne wyobrażenie o tym kraju. To jeden minus - zbiorowy. Sama historia fajnie opowiedziana, choć momentami ssała. Rysunki ok. Jednakże po tym originie spodziewałem się czegoś ponadto. A dostałem byle co, byle było. 3 na 6 – zjadliwe.



Okładki tygodnia

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

 

Hit tygodnia:

avalonpulse0044a.jpgPunisher MAX #57

autor
: Tim Bradstreet

Foxdie: Logo trupiej czaszki "majaczące" na ścianie. Frank z shotgunem i jakimś beretto-podobnym gnatem w masce gazowej skrzyżowanej z noktowizorem a'la Sam Fischer. Czego można chcieć więcej w przypadku okładki do komiksu o bezwzględnym mścicielu z czachą na klacie? Klimat, jaki bije z tej ilustracji, zapewne godny jest zakończenia runu Ennisa, którego wszyscy tak wielbią. Nie czytam Punishera, a jednak za sprawą tej okładki skusiłem się, by zajrzeć do środka. Poproszę więcej takich dzieł spod ręki Bradstreeta.



avalonpulse0044b.jpg X-Men Legacy #211

Autor:
David Finch

Gil: Jest jeden zasadniczy powód, dlaczego właśnie ta okładka jest najlepsza, a na imię mu Dark Phoenix. Dawno jej nie widzieliśmy, a ponieważ wykonana jest dobrze - nawet bardzo - aż miło popatrzeć. Odpowiednio mroczna, odpowiednio zła, odpowiednio sexy. Tym samym wyróżnia się z tła innych złych, tworząc wyraźny punkt skupienia, co jest dla okładki bardzo dobre. Wspomniane tło wygląda już nieco mniej atrakcyjnie, ale nie możne powiedzieć, że źle. Po prostu robi swoje - jest tłem i pasuje do punktu skupienia.




Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2008.05.14



Redaktor prowadzący: Lex
Korektor: S_O
Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.