Avalon » Publicystyka » Artykuł

X-Oskary 2004

W prawdziwych Oscarach często bywa tak, że jeden wielki faworyt zgarnia wszystko co było do zgarnięcia (nawet nagrody za najlepsze napisy końcowe i statystów), pozostawiając konkurencję daleko w tyle. W świecie filmowym był to w ubiegłym roku Władca Pierścieni; w świecie x-serii musiał to być długo oczekiwany Astonishing X-Men.

X-OSKARY 2004

Tytuł cykliczny:

capulet: W prawdziwych Oscarach (tych filmowych znaczy się) często bywa tak, że jeden wielki faworyt zgarnia wszystko co było do zgarnięcia (nawet nagrody za najlepsze napisy końcowe i statystów), pozostawiając konkurencję daleko w tyle. W świecie filmowym był to w ubiegłym roku Władca Pierścieni; w świecie x-serii musiał to być długo oczekiwany Astonishing X-Men. Z siedmiu tegorocznych numerów każdy zasługiwał co najmniej na 8 w 10-punktowej skali. Dodatkowo przez cały czas (a co zostało jedynie potwierdzone w grudniowym numerze) miałem wrażenie, że dokądś to wszystko zmierza; że komiks nie istnieje "sobie a muzom" tylko ma jakiś cel do którego zdąża. Moje oczekiwania co do tego celu i pięciu wydań Astonishing X-Men, które Whedonowi zostały, są niesamowicie wysokie... i jestem jakoś dziwnie spokojny, że ani trochę się nie zawiodę.

Christoff: Tutaj ostra rywalizacja między Astonishing a Districtem. Chyba jednak wolę komiks Whedona. Jakiś taki sentyment mam do tradycyjnych X-Men a on mi ich przypomina. Poza tym poczucie humoru ma nieprzeciętne. No i Cassaday rysuje że aż się chce oglądać.

Gil Galad: Jeśli ma to być ocena za cały rok, z przykrością muszę stwierdzić, że z rywalizacji wypada (New) X-Men, chociaż to, co Morrison zrobił tam do kwietnia, z pewnością zasługuje na wyróżnienie. W takim razie pozostają dwa tytuły, przy lekturze których ani razu nie zgrzytnąłem zębami z jakiegokolwiek powodu. Pierwszym jest Astonishing X-Men, który jako całokształt (to jest: scenariusz, rysunek, klimat i przyjemność z czytania) bije na głowę wszystkie inne wydawnictwa drugiej połowy roku (a ponieważ jest świeży, można mówić o sukcesie od początku do końca). Drugim jest Cable & Deadpool, który niezawodnie dostarcza przedniej rozrywki i dobrej akcji z pewną dawką filozofii. Również tutaj można mówić o sukcesie na całej linii (może poza wynikami sprzedaży...), chociaż w zupełnie innej dziedzinie.

Idanow: Tytuł, który wybrałem rozpoczął się dopiero w drugiej połowie 2004 roku więc pierwsza należała do Granta Morrisona i jego New X-Men. Następnie pośród morza Reloadowych niewypałów został zwodowany flagowy okręt Marvela - USS Astonishing X-Men. To obecnie jedna z niewielu serii, które są dobre pod względem fabularnym jak i wizualnym.

Kumos: Zapewne nie będę oryginalny, ale Astonishing X-Men. Z powodów które wymieniam pisząc o wyborze najlepszego scenarzysty. Dodajmy do tego dobrego rysownika i wybór jest oczywisty.

Lex: Astonishing X-Men. Zwycięzca mógł być tylko jeden. AXM dobrze zastąpiło New X-Men Granta Morrisona i wypada tylko mieć nadzieję, że Whedon i Cassaday nie poprzestaną na dwunastu numerach. Ten komiks nie jest rewolucyjny, ale to naprawdę solidna opowieść o superbohaterach, co jest obecnie rzadkością.

maSSive: Astonishing X-Men. Pierwsze sześć numerów tej serii jest po prostu świetne a będzie zapewne jeszcze ciekawiej. No i powrócił Colossus. Jestem raczej przeciwny wskrzeszaniu bohaterów, ale Petera zawsze bardzo lubiłem i cieszy mnie jego come-back.



Historia:

capulet: Z wyjątkiem ostatniego, siódmego, numeru całość Astonishing X-Men było jedną historią, więc i tu palma pierwszeństwa należy się temu tytułowi. "Gifted" zainteresowało mnie niemal od pierwszych stron. Miało dosyć szybką akcję, świetne dialogi, bardzo ciekawe interakcje między postaciami i duuuuuże "wow" w postaci zmartwychwstania Colossusa (jednego z niewielu wskrzeszeń, które nie podziałało destruktywnie na mój żołądek). Czego chcieć więcej?

Christoff: Mimo wszystko "Here Comes Tommorow". Za świetne ujęcie i wyjaśnienie wszystkich wątków skłądających się na run Morrisona i za rysunki Silvestriego, który moim zdaniem wcale się nie zestarzał, jak twierdzą niektórzy.

Gil Galad: Zdecydowanie i pod każdym względem "Here Comes Tomorrow"! Nie mogę wyjść z zachwytu, jak zgrabnie Morrison połączył tutaj wszystkie swoje wątki, tworząc jednocześnie coś całkowicie nowego i... hm... ulotnego. Tak, to dobre słowo, bo "HCT" ma w sobie coś z impresji - czytając czujesz to coś, ale nawet jak już odłożysz komiks, to uczucie gdzieś tam zostaje, a potem powraca, za każdym razem, gdy wracasz do niego. To właśnie cechuje opowieść genialną! A jeśli dodać do tego wspaniałe rysunki... to już jest 10/10.

Idanow: Astonishing X-Men wybrałem jako tytuł roku, więc tutaj może sobie odpuszczę dalsze peany dla teamu Whedon/Cassaday. W takim wypadku wybór padnie na "Countdown to Zero" z Weapon X #19-#21. Frank Tieri wreszcie dał nam odpowiedź na pytanie "Kim jest 'nowy' Maverick?" (bo przecież wszyscy wiedzieliśmy kto kryje się pod maską Agenta Zero) odpowiednio stopniując napięcie i kończąc trzyczęściową historię pasującym do Weapon X "happy endem".

Kumos: Here Comes Tomorrow. Wielkie zakończenie runu Morrisona, w którym okazało się, iż kilkadziesiąt poprzednich numerów było ze sobą powiązanych w sposób, którego nikt się nie spodziewał. Finał przewyższył moje oczekiwania, bo nie miałem zbyt wielkich i nie przepadałem za Morrisonem. Zaś po tej historii chylę czoła. Stworzyć jedną wielką całość w taki sposób, aby nikt tego nie podejrzewał, to wielka sztuka. Cóz, po prostu Gus was a good dog.

Lex: "Are you ready?" (X-Statix #26). Ten wybór może być dla wielu osób zaskakujący, ale dla mnie był dosyć oczywisty. Po prostu żadna inna historia nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak zakończenie przygód X-Statix.

maSSive: Mam mały dylemat. Chętnie umieściłbym tu "Enemy of the State" Marka Millara, które czyta mi się rewelacyjnie, jednak jestem po lekturze zaledwie trzech pierwszych numerów, więc poczekam z ostateczną oceną a tytuł najlepszej historii przynam z oczywistych powodów "Gifted" Jossa Whedona.



Scenarzysta:

capulet: No toż przecież nie Claremont. Joss Whedon był w tym roku bezkonkurencyjny. Nawet mój absolutny faworyt Frank Tieri, pomimo, że miał dobrą końcówkę świętej pamięci Weapon X, został wyraźnie z tyłu. Whedon zrobił coś, czego żaden scenarzysta w x-seriach nie dokonał od dawien dawna. "Uczłowieczył" postacie, które od jakiegoś czasu tak naprawdę mało mnie obchodziły. W Astonishing X-Men to właśnie postacie, ich niejednoznaczność, są tym co odróżnia tę serię od reszty przeciętności i cienizny. Ponadto Whedon potrafił oklepaną historię przedstawić w tak interesujący sposób, że praktycznie nikt nie narzekał, że "to już było". Brawa na stojąco.

Christoff: Tu będę oryginalny. Fabian Nicieza. Bo pisząc scenariusze do Cable & Deadpoola pokazał na co go stać, tworząc historię zabawną i delikatnie skłaniającą do myślenia. A w X-Force pisząc dialogi Liefeldowi dał dowód, że równocześnie z czymś tak dobrym jak C&D można tworzyć coś płaskiego, wtórnego i żałosnego, i jeszcze z powodzeniem ukrywać przed szefostwem swoją schizofrenię.

Gil Galad: Powtórzę się: Grant Morrison. Za to, że w zakręcony i chaotyczny sposób potrafi opowiedzieć bardzo spójną historię, składającą się z wielu części i nie spieprzyć tego w wielkim finale! Za to, że stworzył coś wyjątkowego i chociaż sam Marvel stara się zaorać to, co posadził, pod jakieś badziewie, to właśnie do niego wciąż odwołują się fani na całym świecie. Tylko tego pierwiastka szalonego geniuszu brakuje innym świetnym scenarzystom, jak Whedon czy Tieri i tylko dlatego zajęli niższe miejsca w mojej klasyfikacji.

Idanow: Joss Whedon, bo: tworzy świetne dialogi, fabuła ma sens (w dobie Austena to liczy się podwójnie), "czuje" postaci. Aha i jeszcze jedno: fastball special!

Kumos: Joss Whedon. Lecz bynajmniej nie za pomysł na scenariusz, tylko za sposób opowiadania. Astonishing X-Men odróżnia od innych komiksów, a w szczególności od przegadanego stylu Claremonta, filmowy sposób pisania scenariusza. Wykorzystuje fakt, iż zajmuje się komiksem, u niego obraz i słowo są nierozerwalnie połączone. Podczas gdy u pozostałych twórców rysunki są często ilustracjami do tekstów, Whedon opowiada nimi, buduje napięcie - zupełnie jak w filmie. Scena spotkania Kitty i Colossusa dosłownie wbiła mnie w fotel. Tak się opowiada w komiksie.

Lex: Joss Whedon. Recenzując pierwszy numer AXM napisałem coś takiego: "Jestem przekonany, że po latach 'Astonishing' będzie wspominane właśnie ze względu na fantastyczne rysunki, a nie scenariusz Whedona." Przyznaję się do błędu, bo była to opinia przedwczesna i jak się okazało nieprawdziwa. W AXM łatwo zauważyć nawiązanie do historii z najlepszych czasów Chrisa Claremonta, ale w przeciwieństwie do wielu innych naśladowców, Whedon potrafi dołożyć coś od siebie. Udało mu się nawet znaleźć ciekawy sposób na przywrócenie do życia Colossusa, a wiadomo, że przywracanie do życia superbohaterów nie jest prostym zadaniem dla scenarzysty. Bardzo cenię go również za oszczędność w wypowiedziach bohaterów - AXM to najlepszy dowód na to, że skomplikowana fabuła nie musi powodować zalewu "dymków".

maSSive: Oby tak dalej panie Whedon... czekam na więcej!!!



Rysownik:

capulet: No i kolejna statuetka dla AXM. John Cassaday olśnił mnie już jakiś czas temu, gdy po raz pierwszy ujrzałem jego rysunki w Planetary Warrena Ellisa. Gdy usłyszałem, że to on będzie współpracował z Jossem Whedonem byłem w siódmym niebie. Cassaday jest jednym z niewielu rysowników, o których można powiedzieć, że ma własny, niepowtarzalny styl. Jego prace są bardzo surowe, niemal sterylne. Gdy patrzę na Emmę Frost jego autorstwa przeszywa mnie zimno, a gdy widzę jego Cyclopsa, dostrzegam w nim faceta po przejściach a nie krystalicznie czystego harcerzyka. Jeśli Whedonowi należą się brawa na stojąco, to dla Cassadaya trzeba stanąć na palcach.

Christoff: Cassaday. Bezkonkurencyjny. Filmowa narracja. Twarze. Emocje. Świetna współpraca ze scenarzystą. Inne zalety.

Gil Galad: Nie będzie chyba zaskoczeniem, jeśli napiszę: John Cassaday. Zastanawiałem się nad Silvestrim, który wspaniale zilustrował "HCT" (i powinien dostać oskara za redesign Phoenix!), ale jednak postawiłem na pana C, bo odwala dobrą robotę przez dłuższy czas i widać, jak się wczuwa w swoją pracę. Dzięki niemu (nie umniejszając zasług reszcie ekipy graficznej), Astonishing ma ten przyjemny, filmowy klimat. Dawno też nie widziałem, żeby ktoś tak umiał rozładować napiętą sytuację drobnym żarcikiem obrazkowym. Brawo!

Idanow: Rysunki Johna Cassaday'a w Astonishing X-Men połączone z kolorami Laury Martin to prawdziwe perełki (oprócz Beasta - jego jakoś nie mogę strawić). Realistyczna oprawa wizualna stworzona przez Cassaday'a jednakowo pasuje do zwykłych scen dialogu jak i pełnych ruchu scen akcji. A panel z #5 z X-Men widzącym Colossusa jest po prostu bezcenny. Bardzo pozytywnie jestem też zaskoczony tym co robi obecnie John Romita Jr. w solowych przygodach Wolverine'a.

Kumos: Marc Silvestri. 4 gościnne numery sprawiły, iż znowu poczułem się jak dawno temu, gdy czytałem X-Men rysowanych przez Jima Lee.

Lex: Darick Robertson. Do tej nagrody miałem trzech kandydatów: Roberstona, Pablo Raimondiego (Madrox) i Johna Cassadaya. Tego ostatniego odrzuciłem, żeby x-oskary nie zamieniły się w "axm-oskary", a Raimondi zilustrował znacznie mniej numerów niż Robertson, więc stąd mój wybór. Jego wersję Wolverine'a doceniłem jeszcze bardziej, gdy porównałem ją z ilustracjami Johna Romity Jr, który go zastąpił. Styl, jakiego używa w Nightcrawlerze różni się od tego z Wolverine'a, ale również wygląda świetnie. Mam wrażenie, że Robertson potrafi bardzo trafnie ocenić potrzeby opowieści i dostosować do nich swoją kreskę.

maSSive: John Romita Jr. w ostatnich numerach Wolverine'a pokazuje prawdziwą klasę. I pomyśleć, że kiedyś nie przepadałem za jego rysunkami...



Okładka:

capulet: A raczej okładki, bo nie sposób wybrać jednej. Mój pierwszy wybór to (suprise suprise) Astonishing X-Men #2. Świetny pomysł i jeszcze lepsze wykonanie. Drugie miejsce dla Excalibur #2 - piękne kolory i autentycznie przerażający Mags. Ostatnie miejsce na pudle dla Uncanny #444. Świetny pomysł, potwierdzający porzekadło, że czasem mniej znaczy więcej.

Christoff: Astonishing #5. Pięść Colossusa rozbijająca napis X-Men. Takich okładek mi brakowało. A na drugim miejscu X-Men: The End #4 bo ten Sinister naprawdę fajnie wyszedł.

Gil Galad: Trudny wybór, oj trudny... Może powiem tak: żadna okładka mnie nie powaliła, ale kilka zrobiło miłe wrażenie, więc wymienię je jednym tchem. Kolejność przypadkowa: X-Men: The End #4 i #5, Nightcrawler #2, (New) X-Men #151, Astonishing #5 i #6, Excalibur #6 i kilka innych. Tak ogólnie chciałbym zauważyć, że najbardziej przykuwające uwagę są jednak okładki X-Men: The End i Astonishing X-Men.

Idanow: Tutaj odbył się ciężki bój pomiędzy Ultimate X-Men a Astonishing X-Men. Na placu boju pozostała niebanalna okładka do Astonising X-Men #2. Emma trzyma dłonie na oczach Scotta, czyżby zapowiedź przyszłych wydarzeń?

Kumos: Madrox #1

Lex: Astonishing X-Men #6. Wybór nie był prosty, bo w zeszłym roku nie brakowało ciekawych okładek, głównie autorstwa Grega Landa. Zdecydowałem się na AXM #6, bo widać, że jej autor przede wszystkim zadał sobie trochę trudu i znalazł jakiś ciekawy pomysł (Kitty przenikająca przez Colossusa). Poza tym ma ona związek z zawartością komiksu, co niestety staje się ostatnio coraz rzadsze. Przy okazji pochwał dla graficznej strony AXM warto też zwrócić uwagę na fantastyczną pracę Laury Martin, której kolory idealnie pasują do ilustracji Cassadaya.

maSSive: Dwustronna okładka Wolverine #20 by Romita Jr.



Postać żeńska:

capulet: No nie mogę... znów Astonishing... a ściślej Kitty Pride. Dopiero na łamach serii Whedona spojrzałem na Shadowcat jak na dojrzałą osobę a nie jak na małą dziewczynkę. Pod piórem Jossa Kitty okazała się bardzo ciekawą, drapieżną postacią, które ma swoje zdanie i nie boi się go na każdym kroku wyrażać.

Christoff: Prawdę mówiąc posucha. Poza Emmą i Kitty nie ma kandydatek. Z tych dwóch pań chyba wolę Emmę za jej cięty język, bezczelność i kostium.

Gil Galad: Niełatwo będzie wybrać, bo mam wrażenie, że brakuje ostatnio wyrazistych postaci płci piękniejszej... Postawię jednak na Emmę Frost, która w tym roku przeszła niezły kawałek na drodze ewolucji. Co prawda nie wszyscy potrafili to oddać, ale przynajmniej w Astonishing widać bardzo dobrze jej ciągłe wahania między postawą wzorowej pani dyrektor, a porywami emocji, kiedy to z chęcią sama wymierzyłaby swoją sprawiedliwość. Na uwagę zasługuje również Kitty Pryde, która zaczyna wchodzić w bardzo... hm... burzliwy, nazwijmy to, etap.

Idanow: Ooo tutuaj będzie naprawdę trudno o jednoznaczny wybór. Nie dlatego, że jest zbyt wiele bohaterek, tylko dlatego, że postać czasem radykalnie zmienia się zależnie od scenarzysty. W sumie do gustu przypadła mi Emma Frost prowadzona przez Whedona. Za "supermoce, błyskotliwy dowcip i najlepsze ciało jakie można kupić za pieniądze".

Kumos: Ku memu wielkiemu osobistemu zaskoczeniu Emma Frost, co dziwi mnie tym bardziej, iż za nią nie przepadam. Ale to zapewne spadek po czasach Morrisona, bowiem jako jedyna pisana jest przez nowych scenarzystów jako postać odbiegająca od reszty i tym samym oryginalna. W odróznieniu od pozostałych ma na tyle zdrowego rozsądku, aby nie bawić się w bohaterstwo, gdy tego nie wymaga sytuacja.

Lex: Brak. Po prostu żadna postać kobieca nie zrobiła na mnie w zeszłym roku jakiegoś większego wrażenia. Solowe przygody x-women były w najlepszym wypadku przyzwoite. Emma Frost była ciekawą postacią, ale właśnie przez przeciętną solową serię, nie mogę jej nominować do nagrody. Cieszy mnie powrót Kitty, ale nie wyróżniła się na tyle, żeby to ona wygrała. Moja ulubiona Rogue miała fatalną miniserię i większość czasu spędziła w komiksach Chucka Austena, co również ją dyskwalifikuje. Jestem ciekaw zdania innych, może przegapiłem jakiś oczywisty wybór.

maSSive: Rachel Grey. Plus dla Claremonta za ponowne umieszczenie jej w zespole. Wolałbym, żeby Marvel Girl trafiła pod skrzydła scenarzysty pokroju Jossa Whedona, ale nie ma co narzekać - jak dla mnie bomba, że znów możemy ją oglądać na łamach Uncanny X-Men.



Postać męska:

capulet: Tutaj dla odmiany wyrażę swoje uznanie inne serii (a raczej miniserii), której najmocniejszą stroną jest właśnie główna postać. W tym roku najciekawiej zaprezentował się Jamie Madrox. Madroxa zawsze znałem słabo i zawsze widziałem go jako mało interesującą postać drugoplanową bez tego "czegoś". Miniseria Petera Davida wywróciła mój pogląd o 180 stopni. David wydobył z Madroxa chyba więcej niż się dało. Inteligenty, przystojny, zawsze ironiczny i nigdy nie tracący głowy... no i te jego perypetie z duplikatami, które zawsze mają własne zdanie, niemal zawsze odmienne od "oryginału". Duże brawa dla Davida za odkrycie przede mną potencjału Madroxa.

Christoff: Bishop w Dystrykcie X. Chociaż nie jest zbyt gadatliwy, to scenarzysta wykorzystuje go tak jak powinien. Poza tym rzecz jasna Colossus i jego świetny powrót do żywych.

Gil Galad: Tym razem zdecydowanie powiem: Nathan Summers a.k.a. Cable. Za co? Za zabawę w mesjasza! Nie przepadałem za nim wcześniej, ale odkąd zaczął naprawiać świat na własną rękę, poczułem, że gdyby to stało się w rzeczywistości, mógłbym mu uwierzyć. Wykazał się największą ilością charakteru i silnej woli, robiąc to, co uznał za słuszne. Maj hiroł! Wśród samych X-Men zaś, wskazałbym Beasta, który stał się bardziej ludzki, odkąd ujawniły się jego wewnętrzne dylematy.

Idanow: Po (nie)głębszym zastanowieniu pada na Bishopa. Ale nie tego z Uncanny X-Men, tylko z District X. David Hine pokazał nam dużo ciekawszego Lucasa - detektywa mutanta, a nie na odwrót.

Kumos: Ee... Wolverine, za to, że jednocześnie występuje w tylu komiksach? Rok temu wybór był łatwy, zaś w tym żaden z mężczyzn nie wysunął się zbytnio na czoło. Po namyśle - the winner is Apocalypse. Za to, że nie zmartchwystał... sorry, jednak zmartwychstał w X-Men: The End. A zatem Cable & Deadpool. Przemiany Dayspringa zmieniły go w ciekawy sposób, a w chwili gdy piszę te słowa nadal jest powiązany z Deadpoolem.

Lex: Madrox. Pewnie zaskakujący wybór, ale w 2004 roku ta postać wykonała wielki krok do przodu. Peter David (specjalista od bohaterów niestandardowych) lekko rozbudował jego zdolności i nadał jego klonom własną osobowość. Z jednowymiarowej postaci przekształcił Jamiego w ciekawego bohatera o poważnych problemach natury filozoficznej, ale jednocześnie niezwykle zabawnego.

maSSive: Beast - za swoje wahania w kwestii lekarstwa i za bójkę z Loganem. Dzięki Whedonowi bardzo polubiłem tę postać.



Pozytyw roku:

capulet: Ten rok zasypał nas masą komiksów skupiających się na jednej postaci. Mieliśmy Gambita, Rogue, Jubilee, Nightcrawlera no i wreszcie Madroxa. Samo zjawisko nie zasługuje bynajmniej na tytuł "pozytywu" roku. Chodzi mi jedynie o ten ostatni tytuł. Dlaczego akurat on? Bo wprowadził do x-serii coś (przyanjmnie dla mnie) nowego: spojrzenie na mutanta-bohatera od bardziej ludzkiej strony. Sam fakt, że Madrox jest mutantem był tu absolutnie drugorzędny. Jamie mógłby równie dobrze być zwykłym detektywem (choć wtedy nie byłoby tylu fajnych scen z jego duplikatami). Do tego świetny "nwarowy" klimat i porządne rysunki. Jednym słowem: powiew świeżości do zatęchłego światka mutantów Xaviera. P.S. Przyznam się, że reszty tych indywidualnych serii (poza Nightcrawlerem, który wypadł bardzo średnio) nawet nie ruszyłem. Gdybym ruszył to może okazałyby się one godne uwagi i przydzieliłbym nagrodę dla samej idei skupiania się na poszczególnysh postaciach... ale jakoś żadnych superlatytów pod adresem Gambita czy Rogue nie słyszałem, więc nagroda dla samego Madroxa wydała mi się bardziej słuszna.

Christoff: Chyba powrót Colossusa, bo zarzekałem się że jeśli nastąpi to rzucę X-Men w cholerę, a tutaj okazuje się, że można to było w miarę sensownie rozwiązać. Czyli jednak można. Co za odmiana po powrocie Magneto/Xorna/innych bezsensownie ożywionych postaci.

Gil Galad: Myślę i kombinuję, ale nic nie mogę wymkombinować... I to mnie przeraża! Negatywnych zjawisk postreloadowych przychodzi mi do głowy cała masa, ale żeby wymienić jedno pozytywne... heh...? Chyba najbardziej ucieszył mnie w tym roku fakt pożegnania Charlesa Austena. Wiem, jak to brzmi, ale naprawdę nie mogę sobie przypomnieć nic innego. Przed reloadem miałem sporo nadziei na lepsze, ale większość z nich padła, albo odbija się czkawką... Tak więc ogłaszam brak wyraźnego pozytywnego trendu w obecnej polityce wydawniczej Marvela!

Idanow: Chciałoby się powiedzieć "Reload", ale jakoś to nie byłoby zgodne z prawdą. W sumie to całe Marvelowe "przeładowanie" dało jedynie trzy dobre pozycje (Astonishing X-Men, District X oraz miniseria Madrox) i zalało czytelników falą miernoty. Ale trzy tytuły to już coś, prawda? Prawda? No i Austen wreszcie przestał pisać x-tytuły, pozytywne wydarzenie, czyż nie?

Kumos: Wiem, że będę złośliwy, małostkowy, mało oryginalny, ale kierując się niskimi pobudkami oświadczam, iż na szczęście nie ma już z nami uznanego scenarzysty, który zdążył jeszcze przed swym odejściem popsuć wiele w swej ostatniej historii. Tak, to o nim mowa. Chuck Austen.

Lex: "Reload"... Avalonu. 2004 rok nie był okresem wielkich wydarzeń. "Reload" przyniósł ze sobą parę świetnych tytułów, sporo przeciętnych i kilka fatalnych. Nic nadzwyczajnego, typowe, niczym niewyróżniające się dwanaście miesięcy. Na tym tle jasno lśni "reload" naszego Avalonu. Pierwsze plotki na ten temat pojawiły się już na początku tego roku, chociaż kto wie, kiedy zalęgły się one w umyśle Editor in Chief viqa. Planowany na pierwsze półrocze, został lekko przesunięty, tylko dlatego, żeby we wrześniu osłodzić naszym czytelnikom powrót do nauki. W swej bezkresnej mądrości, Nasz Wódz przesunął go jednak jeszcze o dwa miesiące, żeby w ponurej jesiennej pogodzie zabłysnął wam jasny promyk nowego Avalonu. 7 listopada 2004 roku zadebiutował All-New, All-Different Avalon i tylko chociażby z tego powodu można uznać ten rok za udany.

maSSive: Pożegnanie Chucka Austena!

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.