Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "Iron Man" - Kakteen

Pierwszy projekt z głównodowodzącym Studiem Marvel u steru wypadł nadzwyczaj dobrze. "Iron Man" to produkt zabawny, trzymający w napięciu, a do tego odbiegający od sztampowej, odmóżdżającej produkcji wartej miliony. Chociaż z przeznaczeniem na sezon letni.
RECENZJA FILMU IRON MAN

Pierwszy projekt z głównodowodzącym Studiem Marvel u steru wypadł nadzwyczaj dobrze. "Iron Man" to produkt zabawny, trzymający w napięciu, a do tego odbiegający od sztampowej, odmóżdżającej produkcji wartej miliony. Chociaż z przeznaczeniem na sezon letni.

Zapowiadany od miesięcy pierwszy pełnoprawny obraz Marvel Studios miał zapoczątkować nową erę w ekranizacji przygód bohaterów "Domu Pomysłów". Już wiemy, że spełnił on swoje zadanie pod względem finansowym - bryluje w amerykańskich boxofficach, co jest największą świętością dla producentów zza wielkiej wody. Spodobał się też miłośnikom papierowych przygód Iron Mana. A do tego zapukał do bram komnaty z obrazami akcji, w których przeciętny filmożerca powinien znaleźć coś dla siebie, wychodząc z pokazu przynajmniej w pewnym stopniu sytym. Czego chcieć więcej?

Duża w takim stanie rzeczy zasługa aktorstwa. Laury zbiera odtwórca roli głównej; Downey Jr, kreując postać Starka, jest po prostu obłędny. Szczególnie w sekwencjach z życia zblazowanego, obnoszącego się ze swoim bogactwem playboya jeszcze przed przemianą w bohatera w lśniącej zbroi. Charakter to cyniczny, pewny siebie, sięgający po to, czego chce, ale inteligencja, błyskotliwość i przede wszystkich poczucie humoru sprawiają, że tego "skurczybyka" nie można po prostu nie lubić... Wtórują mu aktorsko pozostali odtwórcy głównych ról – nie zawsze wyjątkowa, ale miła dla oka Gwyneth Paltrow w roli Pepper, Jim Rodhes odgrywany przez Terrence'a Howarda oraz Jeff Bridges (tym razem o nietypowej aparycji) kreujący postać szwarccharakteru - Obadiaha Stane’a. Dobrze rozumiejąca i dopełniająca się na planie grupa przeniosła świetną atmosferę na celuloid.

Fabułę filmu, opartą o komiksowy pierwowzór, należy uznać za spójną i logiczną. Choć z jej pomocą twórcy próbują czasami podpinać się pod pewną ideologię (Bliski Wschód i terroryści) to historia Tony’ego (jeśli akurat nie chce śmieszyć) nie bije w oczy wymuszonymi frazesami. Całość podana jest w sosie raczej lekkim. Serwuje się nam humor prosty, ale trafiający do kinomana, a przy tym nie noszący znamion pretensjonalności. Wychodzi na to, że nawet motywy rodem ze slapstickowych komedii (ileż to Tony w śniącej zbroi zaliczył upadków?) potrafią śmieszyć, a nie wywoływać ironiczny uśmieszek, o co w takich przypadkach nietrudno. Brawa.
Oczywiście szkiełko i okno sceptyków w odniesieniu do tego gatunku z natury dopatrzy się wielu uproszczeń (o tym, jak Stark zamiast rakiety zbroję zbudował...). Należałoby się z nimi zgodzić, gdyby nie fakt, że umowność w kinie to rzecz nie tylko częsta, ale także niezbędna. Szczególnie w produkcjach komiksowych, których specyfika sprawia, że bazują one w znacznym stopniu na zjawiskach próżno poszukiwanych w rzeczywistości. Są rzeczy, o których nie śniło się waszym filozofom... ale na ekranie i w historiach obrazkowych je zobaczycie.

Czym byłaby produkcja rodem z Marvela bez tzw. smaczków dla fanów i chytrych odniesień do komiksowego rodowodu? Takich znajdziemy w "Iron Manie" sporo. Chociaż kamerdyner Jarvis występuje tym razem w roli maszyny, a Nick Fury z "TARCZY" pojawia się dopiero po napisach końcowych, to fani nie powinni mięć w tej sferze większych powodów do narzekań. Obowiązkowe cameo Stana Lee jako playboya (nomen omen) dopełnia tylko całości – tutaj Stan notuje znaczny awans w stosunku do X3 (od ogrodnika po celebrity, prawie niczym "american dream"). Aż boję się pomyśleć, jakiej jego roli uświadczymy w czerwcu, podczas seansu nowego Hulka.

Dodając do spostrzeżeń powyższych nieodłączny element kina o superludziach, czyli znakomite efekty specjalne i dynamiczną, poprawnie wtopioną w filmowe tło ścieżkę dźwiękową, wychodzi na to, że "Iron Mana" zaliczyć można do lepszych pozycji z sygnowanych logiem Marvela. Chociaż finałowej walce Mongera z Żelaznym wiele brakuje do tego, czym uraczyli nas producenci ubiegłorocznego "Transformers", to całość wyostrza apetyty na więcej. A "więcej" będzie i być musi.
Zagorzali fani filmów z "Domu Pomysłów" powinni od dawna doskonale wiedzieć, że studio posunęło swoją wizję o jeszcze jeden krok do przodu. Zapowiedziano już gościnny występ Iron Mana w najnowszej produkcji o Hulku (premiera 13 czerwca). Razem z zakontraktowanymi ekranizacjami pokroju Thora będzie to przyczółek do stworzenia swoistego filmowego uniwersum, za kulminację czego należy uznać film o Avengers. Oby kolejne obrazy ze stajni Marvela poszły szlakiem utorowanym przez "Iron Mana"...

Autor: Kakteen

PS. Dochodzą słuchy, że w południowych częściach Polski nasi redaktorzy, chcąc zapoznać się z ukrytą sceną zaraz po napisach końcowych, zostali potraktowani przez obsługę kin w sposób niewybredny i niewyszukany. Inaczej było w poznańskim Multikinie, gdzie sobotniego wieczoru 10.05.2008 Anno Domini, cierpliwie poczekano, aż cameo Samuela L. Jacksona nacieszy oko ostatniego z widzów, dodatkowo żegnając wyżej podpisanego przyjemnym dla ucha: "Jak się podobało?". A wiec pojawia się światełko w tunelu – jest nadzieja, że uczymy się Europy i do Europy dorastamy. Czego Wam i sobie serdecznie życzę.
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.