Avalon » Publicystyka » Artykuł

Rafał z piwnicy #3 Marvel restartuje uniwersum Internetu!

Każdy z nas posiada w rodzinie Wujka Janka. Wujek Janek jest samozwańczym specjalistą ds.technologii i elektroniki - jak mało kto zna się na zakładaniu i programowaniu LEDów, orientuje w aktualnej ofercie lokalnych dostawców sieci, jako pierwszy w rodzinie surfował po dziewiczych falach Internetu, z zamkniętymi oczami formatuje Win7. Ostatnio ze szwagrem zakładał światłowody, na urodzinach Babci Jadwigi między wódką a zakąską polecał każdemu Xiaomi, i w ogóle - Wujek Janek zawsze wie najlepiej. Wystarczy, że przeczyta kilka artykułów i obejrzy tutoriale na jutubie - oświecenie gwarantowane. Dan Slott również chciałby być Wujkiem Jankiem. Niestety, na szkodę wszystkim.


O aktualnie wydawanym on-goingu "Tony Stark: Iron Man" trudno jakkolwiek wypowiadać się bez krytycznego odniesienia do poprzedniej serii, "Invincible" (zakończonej szkodliwie tłustym numerem #600). Scenarzysta prowadzący, marka sama w sobie - Brian Michael Bendis - dokonał w swoim runie chyba rzeczy niemożliwej w gatunku komiksu superhero. Z jednej strony uczynił wszystko, by obrzydzić wizerunek ORYGINALNEGO Iron-Mana, pisząc go żałośnie, po łebkach i na odwal, wielokrotnie zmuszając czytelników do uderzania czołem o blat, lecz z drugiej opowiadając niewiarygodnie piękne, inteligentne historie o naśladowcach Tony'ego Starka, w tym Victora Von Dooma (którego "Infamous jest jednym z najlepszych Bendisowych czytadeł, w ogóle) lub Riri Williams, niechlubnej ikonie pOpRaWnOScI PoLiTyCzNeJ zmian zachodzących w Marvel Comics.

Niestety, "Invincible" zakończył się marnie, rozwiewając wszelkie wątpliwości o dalszym pozytywnym wpływie Bendisa na rozwój Domu Pomysłu. Rozwiązania fabularne wykorzystane w prowadzeniu historii, rozwadnianie akcji poprzez dzielenie jej na wielu pomniejszych bohaterów (jednocześnie dotyczyła aż pięciu postaci!), nierównie trzymane tempo - składowe porażki przemawiały za zorganizowaniem soft-rebootu. Iron-Man powinien wyjść w końcu na prostą, zapomnieć o genetycznych rezurekcjach, stanąć na nogi i odpowiedzieć na jedno bardzo proste, acz ważne pytanie: kim Iron-Man jest dla czytelnika XXI wieku?


Iron-Man dla czytelnika XXI wieku to Robert Down.... nie no, żartuję. To Tony Stark. Jeden nie istnieje bez drugiego. Oczywiste, prawda? Ot, cały projekt MCU wystartował przecież od dość ryzykownego projektu z R.D.J. w roli głównej - trzeba oddać: jego Tony Stark dał podwaliny ciekawości nowożytnym fanom komiksu. Jest kamieniem milowym, który na zawsze zdefiniował "ludzkie" traktowanie superbohaterów w popkulturze srebrnego ekranu i w ogóle - bo tam, gdzie niejeden heros poprawiłby maskę i odszedł w cień mrocznego zaułka, lub usiadł na ulubionym gargulcu, tam Tony Stark wbija w blasku jupiterów oznajmiając, kim jest jego żelazne alter ego. Ewentualnie, porównując zarost z Doctorem Strangem i bijąc/podrywając Captain Marvel - zależnie od stanu hiperlibido.

Tym bardziej dziwi kierunek, jaki Dan Slott obrał wraz z autorską interpretacją Iron-Mana.

"Tony Stark: Iron-Man" od początku zeszytu pierwszego próbuje przekonać [wbrew tytułowi], że Iron-Manem może zostać każdy, niezależnie od płci, wieku, pochodzenia, rasy, wyznawanej religii czy ulubionego wydawnictwa komiksowego. Wystarczy bowiem zamówić eksperymentalny zestaw VR, stworzony przez sztab geniuszy cyfryzacji Stark Unlimited, swoją drogą wokół których toczy się cała historia. I tutaj komiks wywala się, lub raczej glitchuje, po raz pierwszy.


Domyślnie, główną postacią TT:IM jest (miał być) bohater zbiorowy, ów świta budująca firmę Starka, tworząca wspaniałe nowe jutro. W skład wchodzi: Jocasta Pym, F.R.I.D.A.Y.,  świeży nabytek Andy Bhang, Amanda 'Armstrong' (matka Tony'ego) i wielu, wielu innych. Niestety, ich kompetencje w ramach przeżywanych przygód, ogólne życiowe ogarnięcie zazwyczaj ogranicza się do elementarnego "dzidzia narobiła pu-pu, dzidzia czekać aż Papa Tony posprzątać ka-ka". 
Jak na genialny team developerski, Stark Unlimited przypomina prędzej lokalny start-up z kserokopiarką z odzysku, niż faktyczny profesjonalny zespół wytyczający nową ścieżkę rozwoju dla ludzkości 2.0. Komiks na tyle poniża inteligencję własnych bohaterów, że w najmniej spodziewanym momencie sięga po wytrych lat 60' pod tytułem: "w razie pierdolnika sytuacyjnego, naciśnij wielki czerwony guzik".

Dosłownie.

Drugi wielki bug to infantylna wiedza (wyobraźnia?) scenarzysty. Świat technologii okiem Dana Slotta składa się przede wszystkim z tropów kulturowych późnych lat 80' i wczesnych 90: sporo sera, hełmów wirtualnej rzeczywistości i przerysowanych kuzynów po Metal Gearach. Wpleciony w fabułę wątek aplikacji randkowej jak każdy inny z resztą, zmierza do bezsensownej klepaniny, to z robo-puchami, raz z Bardzo Złymi Handlarzami Bronią, to znowu Robo-Puchami, a i zdarzy się jedna pseudo-godzilla, która w najbardziej odrażający, bo tani sposób otwiera aktualny run. Prędzej czy później KAŻDY wątek musi skończyć się pojedynkiem na wirtualne (lub opancerzone) klaty.
A nie powinien. Dan Slott za wszelką cenę próbuje bowiem sprzedać dzieje Stark Unlimited jako historię najinteligentniejszego korpo think-tanku w dziejach Ziemi-616, gdzie mózg i wysokie IQ przeważają nad pociskami rakietowymi, pro-punisherową filozofią rozwiązywania problemów. Oprócz wspomnianego tła randkowego, występują dodatkowo m.in.: kwestie nastoletniego hejterstwa, toksycznego zachowania w sieci, praw sztucznej inteligencji i rozważań na temat przyszłości A.I. w [po]życiu człowieka. Powyższe kwestie brzmią, wyglądają naprawdę mega interesująco. Bez wątpienia, obiecująco dla czytelnika szukającego czegoś nowego w Marvelu... ...gdyby nie Slottowa subtelność prehistorycznej maczugi, z jaką traktuje je w praktyce.

Wcale nie czepiałbym się (aż tak) rwącego do bójki charakteru serii, w końcu mówimy o komiksach superbohaterskich, gdzie wszystko jest możliwe, i niejedna głupota przechodzi między palcami, gdyby nie jeden cholerny zeszyt, doskonale ukazujący, czym seria powinna być faktycznie, od początku.



#5 20/20 Vision proponuje podróż w niedaleką przyszłość, gdzie bioetyka kruszy kopie z inżynierią genetyczną, dylematy moralne występują w salach laboratoryjnych tak często jak białe kitle, świat natomiast przeżywa zachłyśnięcie, renesans dokonań człowieka na polu medycyny, technologii żywności czy informatyki. Trans-humanizm objawia się - i niebezpiecznie eskaluje - w postaci Arno Starka. W przeciwieństwie do brata, Arno świadomie przekracza cienką czerwoną linię granicy między kontrolowanym człowieczeństwem, a chaosem natury - także zdeprawowanej, zniszczonej ingerencją człowieka. Numer poświęcony wyłącznie Arno, tworzy niezależny epizod wyjęty poza standardy ajronmeńskich bajeczek o Sieciakach. Traktuje o wizycie geniusza na odkrywczej, alternatywnej farmie, na której hodowane jest bezgłowe bydło. Więcej nie zamierzam zdradzać - #5 jest kawałkiem przygody wartym zapoznania się, zwłaszcza przez swoją brutalną, niecodzienną wymowę.  Przyjemnie odrażająca oprawa graficzna - wygląd zwierząt zwłaszcza - chwyta za serce i porusza. Z miejsca zacząłem im współczuć! Idea wyeksponowania horroru uboju oraz działań przemysłu mięsnego są potraktowane dojrzale, bez zachowania bezpiecznego (neutralnego) dystansu. Zdegenerowany system szukający szybkiego zarobku, biznesmeni chowający się za tanimi hasłami o humanitarnym traktowaniu zwierząt, prawo do życia i bycia wolnym - to nie są tematy lekkie. Paradoksalnie, w jednym zeszycie Slott ukazał je dziesięciokrotnie lepiej niż resztę w pozostałych sześciu... BEZ UŻYCIA IRON-MANA!



Ponowna lektura uświadamia, jak wielkim zmarnowanym potencjałem jest obowiązujący run Slotta. Problemy z randkowaniem on-line nie sprowadzają się wcale do wielkiego pojedynku na stołówce przeciwko bandzie botów. Wręcz przeciwnie - dotyczą wykorzystywania, fałszowania tożsamości, unikania odpowiedzialności i przedmiotowego traktowania. Zjawisko hejtowania to coś więcej niż pisanie kapsem o sobie w trzeciej osobie. To pogróżki, nieobliczalność, brak szacunku, różne przejawy rasizmu i ksenofobii wklepywane w dziedzinę komentarzy.

A leczenie i przechodzenie przez PTSD nie jest, zdecydowanie nie będzie, nagłym powrotem do walki za sprawą wielkiego mecha.

Na zakończenie, odpowiedzi na cztery nurtujące pytania:

Czy run Dana Slotta jest lepszy od Bendisa?
Odrobinę tak. Minimalnie. Z pewnością lepszy od końcówki!

Czy warstwa wizualna nadrabia i stara się minimalizować straty?
Zdecydowanie nie. Pod względem ilustracji, TT:I-M niczym się nie wyróżnia, nie proponuje nic nowego ani zapadającego w pamięć. Gorzej, tylko obciąża wzrok.

Czy komiks ma szansę na poprawę?
Jeśli zacznie korzystać z klimatu i ducha narracji piątego numeru, owszem, jak najbardziej. 

Skoro Dan Slott nie umie w Wuja Janka, kim zatem jest?
Sąsiadem z piętra wyżej, który pisał felietony dla "Rzeczpospolitej", teraz wymyśla hasła do krzyżówek Pani Domu.

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2019 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.