Avalon » Publicystyka » Artykuł

Dużo i nie zawsze z sensem, czyli sytuacja mutantów na przełomie 2018/2019 roku

Nota od autora - jeśli chcecie mieć pełen kontekst dla tego tekstu, możecie przejrzeć poprzednie podsumowania: 2014201520162017.


Mutanci w 2018

Gdy cztery lata temu zaczynałem pisać te podsumowania, byliśmy świeżo po śmierci Wolverine’a. Napisałem wtedy, że to w sumie jedyne istotne wydarzenie, które zapamiętamy z tamtego roku. Teraz dopiero co skończył się rok, w trakcie którego Logan powrócił – i będzie to chyba najmniej istotne wydarzenie, jakie zapamiętamy z 2018.

Częściowo dlatego, że w tym roku u X-Men było pełno rozmaitych zmian, nowych początków, sprzątania starych wątków i innych takich rewolucji. A częściowo dlatego, że powrót Wolverine’a został spektakularnie wręcz skopany.

Co zmieniło się w tym roku? Praktycznie wszystko. W styczniu 2019 nie ukaże się żaden komiks z mutantami, który ukazywał się w grudniu 2017. (Nawiasem mówiąc, to stwierdzenie jest prawdziwe, choć decydują kwestie techniczne – maxiseria „Dead Man Logan” jest bezpośrednią kontynuacją ongoingu „Old Man Logan”, choć jest osobnym tytułem; podobnie każde dwa zeszyty projektu „X-Men: Grand Design” są wydawane jako osobna miniseria). A jednocześnie niektóre z wprowadzanych zmian zwalczały się nawzajem, tak, jakby opracowano nowy kierunek dla całej linii komiksów o mutantach, a następnie – kto wie, może za sprawą nowego redaktora naczelnego – postanowiono szybko zakończyć pierwszą serię zmian, zastępując je kolejną. Trzy serie zakończone w ostatnim kwartale 2018 roku kończyły się na historii, która wprowadzała nową obsadę i ewidentnie miała wyznaczać nowy kierunek dla serii – tak było w „Astonishing X-Men”, „Weapon X” i „X-Men Red”.

Więc co właściwie się zmieniło? Wróciła oryginalna, dorosła Jean Grey i od razu założyła własną drużynę (Red). Przygody pozostałych dwóch (Blue i Gold) zostały zakończone (Red przetrwało tylko trochę dłużej). Wolverine zaczął wracać, ale Marvel rozciągnął to na pięć różnych miniserii i kilka one-shotów, więc ten powrót jeszcze się nie skończył. (A technicznie rzecz biorąc zaczął się jeszcze w 2017, bo to wtedy żywy Logan wyskoczył po raz pierwszy w „Marvel Legacy”). Zresztą podczas swojego pobytu w zaświatach Wolverine został zastąpiony przez niemal pół tuzina następców, w tym samego siebie (Staruszka Logana), więc czytelnikom niespecjalnie go brakowało.

W ostatnim kwartale ukazały się pierwsze zeszyty nowego „Uncanny X-Men” - flagowca wyznaczającego nowy kierunek dla mutantów, początek nowej epoki. Epoki bez Staruszka Logana i nastoletnich X-Men z przeszłości. Przy czym Uncanny zaczęło się ukazywać, zanim wątki tamtych postaci zostały zakończone. Nastoletni X-Men ostatecznie wrócili do przeszłości przed końcem grudnia, natomiast ostatnia historia Staruszka Logana dopiero co zaczęła się ukazywać. A z zapowiedzi wynika, że jeszcze się nie skończy, gdy „nasz” Logan będzie już z powrotem występował na łamach Uncanny.

Czyli, podsumowując, 2018 był rokiem sprzątania u mutantów – ale było to bardzo chaotyczne sprzątanie. I jeszcze się nie skończyło.



Mutanci od A do X

W 2018 zakończyły się serie:

All-New Wolverine

Tytuł Toma Taylora był jednym z najlepszych aktualnie ukazujących się mutancich komiksów, choć w ostatnich historiach nieco obniżył loty. Przy okazji był jedną z serii, które ewidentnie miały trwać dalej – Taylor nie tylko nie napisał konkretnego zakończenia, ale i zaczął właśnie wprowadzać nowy status quo, w ramach którego Laura miała współpracować z Orphans of X. Nic z tego nie wyszło.

Astonishing X-Men vol. 3

W tym roku w tej serii ukazały się dwie historie – „A Man Called X”, druga połowa dwunastoczęściowego runu Charlesa Soule’a, kończąca historię walki z Shadow Kingiem i powrotu odmienionego profesora Xaviera, oraz „Until Our Hearts Stop” Matthew Rosenberga, które praktycznie rzecz biorąc restartowało serię, dając jej nową obsadę i przede wszystkim klimat – Rosenberg pisał komedię akcji. Na jednej historii się skończyło, co zresztą świetnie oddaje chaotyczne zarządzanie mutantami przez redakcję Marvela – nie tylko zamknęli serię zaraz po jej odświeżeniu, o czym już pisałem – ale na dodatek zamknęli serię, która wcale nie miała być serią. Według oryginalnego planu Astonishing miało być zamkniętą w dwunastu zeszytach maxiserią. Którą najpierw zamienili w ongoing, choć historia Rosenberga nie miała nic wspólnego z tą Soule’a, a potem i tak zamknęli.

To był chaotyczny rok i chyba na żadnej innej serii się to tak nie odbiło, jak na Astonishing.

Cable vol. 3

Najpierw Ed Brisson napisał w tym tytule boleśnie przeciętną i kosmicznie mieszającą w czasie historię (co oczywiście wszyscy inni scenarzyści zignorowali) „The Newer Mutants”, a następnie duet scenarzystów, Zac Thompson i Lonnie Nadler, dali nam dużo ciekawszą, introspektywną (i retrospektywną) „Past Fears”. Może z tymi dwoma autorami seria stałaby się w końcu ciekawa, ale nigdy się nie dowiemy – „Past Fears” zakończyło ten tytuł. I wątpię, by ktokolwiek miał o nim pamiętać, bo było to ucieleśnienie przeciętności.

Generation X vol. 2

Christina Strain zaczęła tę serię średnio, ale szybko zaczęła się wyrabiać. „Generation X” było jednym z najlepszych tytułów drużynowych w tym roku. Niestety, skończyło się na garści zeszytów – ale przynajmniej autorka zdążyła odcisnąć swoje piętno na paru postaciach. Od 2017 roku M była zespolona z Emplatem, a od 2010 (!) Jubilee była wampirzycą. Oba wątki zostały w końcu rozwiązane na łamach tej serii.

Iceman vol. 2

W tej serii od początku tkwił potencjał, a Sina Grace – również od początku – nie potrafił go wydobyć. Były tu pojedyncze dobre zeszyty, ale cała seria była bardzo przeciętna. A przede wszystkim nie bardzo była serią – kolejne zeszyty i historie nie miały ze sobą wiele wspólnego, brakowało jakiegoś nadrzędnego wątku. Ale – w roku, w którym redaktorzy zdawali się zmieniać zdanie w każdej sprawie co drugi dzień – dość ładnie powiązano finał „Icemana”, w którym Kitty oferowała Bobby’emu poprowadzenie własnego zespołu, z „X-Men Gold”, gdzie wkrótce później Iceman został liderem drużyny chwilowo zastępującej główny skład.

Jean Grey

Koło powrotu dorosłej Jean ogłoszono koniec serii o jej nastoletniej wersji. I nie wiem, czy to kwestia marketingu, czy sprawnie napisanej historii, ale autentycznie uwierzyłem w jej śmierć w jednym z ostatnich zeszytów. Na tym jednak się nie skończyło, w końcu historia dotyczyła Feniksa. I choć może takie zakończenie byłoby bardziej finalne, redakcja postanowiła zakończyć wątek młodych w zupełnie inny sposób. Ale podczas ich kilkuletniej obecności w teraźniejszości, nastoletnia Jean przeszła najdłuższą drogę i największą przemianę spośród całej grupy – w czym seria Hopelessa miała niemały udział.

Old Man Logan

Nie potrafię rozgryźć Eda Brissona. Nie wiem, czy to przeciętny scenarzysta, który czasem ma dobre pomysły i zdolny rysownik potrafi wyciągnąć z nich coś naprawdę fajnego, czy może jest to utalentowany scenarzysta, któremu zazwyczaj nie chce się dobrze pisać. Ale jego historie prezentują niezwykle zróżnicowany poziom – od bzdurnych i przeciągniętych, przez kompletne średniaki, po zaskakująco trzymające w napięciu. W tym roku na łamach „Old Man Logan” zaprezentował cały ten przekrój. A to już więcej, niż pokazał w innych seriach (jak np. w „Cable”). Do udanych pomysłów i historii należą występy Bullseye’a i wpisanie w tradycję „nastoletnich pomocników Logana” Globa Hermana.

Weapon X

To była dziwna seria. Greg Pak miał pomysł, jak ją zacząć – nowe Weapon X, powrót Williama Strykera, wprowadzenie Weapon H. A potem początek się skończył, a wraz z nim pomysł na serię. W drugiej połowie roku Pak zaczął wprowadzać nowy kierunek dla serii – Sabretooth przejął prowadzenie zespołu, potem stworzył całą nową drużynę – i w tym momencie tytuł został zamknięty. Akurat kiedy znowu robił się ciekawy. Ale w ramach sprzątania wątków Pak zdążył zresetować Creeda, ostatecznie cofając inwersję z „Axis” (2014). O ile następny scenarzysta będzie o tym pamiętał.

X-Men Blue

W tym roku zakończyła się historia młodych X-Men. Niestety – i wbrew logice – nie zakończyła się na łamach ich serii, tylko w osobnej miniserii, napisanej przez Eda Brissona. W związku z czym Cullen Bunn w Blue mógł napisać finał, w ramach której młodzi podsumowują swoje doświadczenia i stwierdzają, że jednak muszą wrócić do przeszłości – ale nie mógł ich do tej przeszłości wysłać. Mimo to ostatnia historia była sympatycznym podsumowaniem ich przygód – i dobrze, bo wcześniej ten tytuł zaliczył spory zjazd. Młodzi polecieli w kosmos i zostali uwikłani w crossover z Venomem, a na łamach tego komiksu zostali zastąpieni przez nowy zespół. Który momentami był ciekawszy od głównych bohaterów. 

A skoro o sprzątaniu po „Axis” mowa, tutaj ostatecznie cofnięto inwersję Havoka. (Która zdawała się ustąpić sama z siebie – pozytywny Havok przewinął się w „Uncanny X-Men” Bendisa i w „Inhumans vs X-Men”, ale najwyraźniej potem miał nawrót).

X-Men Gold

„X-Men Gold” ukazywało się od 2017 do 2018 roku. Złożyło się na nie 36 zeszytów. I nie bardzo wiem, co jeszcze mógłbym o tym tytule napisać. Marc Guggenheim próbował naśladować Chrisa Claremonta – wziął obsadę z lat 70 i 80, żonglował wieloma wątkami naraz i próbował wysunąć wątki melodramatyczne na pierwszy plan. Z tego wszystkiego jedynym aspektem, który faktycznie mu wyszedł, było żonglowanie wątkami. Historie w miarę płynnie przechodziły jedna w drugą, co chwila dostawaliśmy jakieś interludium zapowiadające przyszłe wydarzenia.

Problem w tym, że żadne z tych wydarzeń nie było szczególnie ciekawe, przeciwnicy byli boleśnie nudni, wątki melodramatyczne były pisane po łebkach, a najciekawszy pomysł z tej serii – by po błyskawicznym odtworzeniu związku z Colossusem Kitty ostatecznie stwierdziła, że nie powinna za niego wychodzić, przez co szumnie zapowiadany ślub tych dwojga ostatecznie stał się ślubem Rogue i Gambita, który postanowił wykorzystać okazję – to nawet nie był pomysł Guggenheima, tylko redakcji. Sam Guggi chciał po prostu ożenić Kitty i Piotra, pomimo tego, jak bardzo na kolanie pisany był ich wątek.

Gold miało być głównym tytułem o mutantach i jako takie kompletnie zawiodło.

X-Men Red

Gdy ogłoszono, że do dwójki kolorowych tytułów dołączy trzeci i że będzie opowiadał o drużynie prowadzonej przez nowo wskrzeszoną Jean Grey, nabrałem nadziei, że Marvel chce zrobić z tego serię, która zastąpi Gold jako główny tytuł o mutantach.

Początkowo zresztą wszystko na to wskazywało – szumne zapowiedzi, wielka wizja przyszłości, o którą chce walczyć Jean, nakreślona w pierwszych zeszytach. Cassandra Nova jako główne zagrożenie – i po raz pierwszy od runu Morrisona faktycznie zaprezentowana jako arcyłotr mogący zagrozić X-Men i całemu światu. A potem wyszło na to, że seria zakończy się na pierwszej historii. Tak jak pisałem na wstępie – jestem przekonany, że to wynik tego, że w tym roku w redakcji zderzyły się dwie koncepcje na to, jak odświeżyć X-Men, a „X-Men Red” jest ofiarą tego, że ostatecznie wygrała druga, późniejsza koncepcja.

Piszę „ofiarą”, bo sama seria – choć ostatecznie nie była tak dobra, jak pozwalały się łudzić pierwsze numery – miała ambicje i potencjał, by zapisać się w historii X-Men. A tak może liczyć co najwyżej na jakiś krótki przypis.



Serie i miniserie, które wystartowały w 2018 roku (poza „Uncanny X-Men”, o którym później):


Dead Man Logan

Koniec historii Staruszka Logana przeniesionego do głównej rzeczywistości Marvela. (Bo, o czym niektórzy autorzy zdawali się nie pamiętać, Staruszek nie pochodził z przyszłości tego świata, tylko z zupełnie innej Ziemi). Ukazało się dopiero kilka zeszytów, ale było w nich dużo fajnych pomysłów. Jeśli tak dalej pójdzie, Staruszek Logan na koniec swojego przydługiego pobytu w teraźniejszości dostanie najlepszą historię, w jakiej miał okazję wystąpić.

Domino

Trudno nie uznać, że za pojawieniem się tej serii stoi obecność Domino w „Deadpoolu 2”, pomimo tego, że komiksowa wersja nie ma z filmową wiele wspólnego. Nie jest to jedna z lepszych rzeczy, które Gail Simone w życiu napisała, ale każdy zeszyt oferuje trochę solidnej rozrywki. Choć chciałbym, żeby pojawił się tu jakiś główny wątek.

Exiles vol. 3

Istnienie „Domino” można sobie wyjaśnić filmem. Istnienia „Exiles” nie potrafię wyjaśnić. Jak udowodniła oryginalna seria – to jest pomysł z wręcz nieskończonym potencjałem. A jednocześnie, jak udowodniła większość scenarzystów piszących Exiles po Winicku, strasznie trudno coś z tego potencjału wykrzesać. Saladin Ahmed pogrzebał tę serię pod tonami dymków z tekstem, z którego niewiele wynika – ale przynajmniej rysunki były bardzo pomysłowe.

Iceman vol 3

Bańka-wstańka. Seria Siny Grace’a została skasowana, po czym nową serię o Icemanie dostał Sina Grace. Który w trakcie krótkiej przerwy nauczył się prowadzić dłuższe historie, bo vol. 3 od samego początku prowadzi do konfrontacji z Sinisterem. Przy okazji wpisując Bobby’ego w dłuższy team-up z Bishopem i przedstawiając nowych Morlocków. I czyta się to zdecydowanie lepiej od vol. 2.

Mr & Mrs X

Ta seria Kelly Thompson jest niejako kontynuacją jej miniserii „Rogue and Gambit”, tylko opowiada o ich przygodach już po ślubie. I robi to w wesołym, przygodowym tonie, jednocześnie utrzymując świetną dynamikę między parą głównych bohaterów. Thompson jest chyba pierwszą autorką, która pisze relację tej dwójki jako coś autentycznie dobrze funkcjonującego i strasznie przyjemnie się to czyta. Jedna z najlepszych serii o mutantach w tym roku.

Shatterstar

Zaskakująco przyjemna historyjka, która najpierw daje Shatterstarowi zupełnie nowy status quo, którego nie widzieliśmy w żadnym innym komiksie, po czym – wciąż w pierwszym numerze – rozwala mu to nowe życie, a mimo to w dalszym ciągu pozostaje interesująca.


X-23 vol. 4

Mariko Tamaki przejęła Laurę Kinney po Tomie Taylorze, ale nie kontynuuje jego wątków. W ogóle nie czuć tu kontynuacji, czego najbardziej jaskrawym przykładem jest to, że nawet nie zobaczyliśmy, jak Laura rezygnuje z bycia Wolverine i wraca do starego pseudonimu. To się po prostu wydarzyło poza kadrem, pomimo tego, że dorastanie do tamtej roli było ważnym elementem rozwoju Laury po śmierci Logana.
(Choć, gwoli uczciwości, wtedy również nie dostaliśmy sceny, w której Laura postanowiła przyjąć ten pseudonim i kostium; tamto też wydarzyło się poza kadrem).

Co powiedziawszy, Tamaki zdaje się prowadzić Laurę tak, jak Taylor, to znaczy – dłuższe, poważniejsze historie o relacji Laury i Gabby przerywa krótszymi, humorystycznymi, które stawiają tę drugą na pierwszym planie. I wychodzi jej to podobnie sympatycznie, jak Taylorowi.

X-Force vol. 5

Volume 5, ale podejście do drużyny chyba siódme, jeśli nie ósme. Tyle tylko, że tym razem to ponownie jest oryginalna, pierwsza drużyna – a przynajmniej jakaś jej wersja. Nowe „X-Force” organicznie wywodzi się z „Extermination”, gdzie Domino, Cannonball, Shatterstar i Boom-Boom zebrali się, żeby pomścić śmierć Cable’a. I choć już na łamach „Extermination” okazało się, że trudno tę zemstę wywrzeć, to i tak dostali w tym celu własną serię.

Pisze ją Ed Brisson, o którym nie mam już nic więcej do dodania – mogę tylko mieć nadzieję, że tutaj częściej będziemy widzieli jego dobre pomysły – natomiast ogromną zaletą są rysunki Dylana Burnetta. W 2018 zdążył ukazać się jeden zeszyt tej serii, więc więcej na jej temat nie wymyślę.



W 2018 roku ukazały się następujące miniserie i one-shoty:

Phoenix Resurrection

Pierwszy zeszyt ukazał się w 2017, ale cała reszta miniserii już w 2018. Początek sugerował inspiracje thrillerami o nadprzyrodzonych siłach, ale ostatecznie skończyło się na niepokojących dekoracjach. Mimo to w finale miniseria zdołała zaskoczyć, bo zamiast wielkiej bijatyki z kosmicznym ptakiem wszystko zakończyło się rozmową - napisaną tak, jakby Jean zrywała z chłopakiem, a nie rozmawiała z kosmiczną potęgą. Co traktuję jako zaletę.

Rogue and Gambit

Ta miniseria Kelly Thompson nie tylko poprzedzała serię „Mr and Mrs X”, ale i sam ślub na łamach „X-Men Gold” - i była praktycznie rzecz biorąc jedynym wprowadzeniem do tego ślubu, biorąc pod uwagę to, że dwójka tytułowych bohaterów od lat nie była parą.

Ale w przeciwieństwie do Guggenheima Thompson na tyle dobrze pisze swoich bohaterów, że wyszło to naturalnie.

New Mutants: Dead Souls

Ciekawa seria, pod wieloma względami przypominająca „X-Factor” Petera Davida (nawet część obsady miała podobną). Jednocześnie komedia i lekko zahaczająca o horror historia nadnaturalna. Z bardzo otwartym zakończeniem, ale wygląda na to, że niektóre wątki wrócą w „Uncanny X-Men”, zważywszy na zapowiedzi i to, że jedno i drugie pisał Matthew Rosenberg.

Multiple Man

To też pisał Matthew Rosenberg i już do tego wrócił w Uncanny. A przez „do tego” mam oczywiście na myśli „do Madroxa”, który w tej miniserii wrócił do życia – a raczej okazał się być wciąż żywy w postaci jednego ze swoich duplikatów. Po czym zaczął skakać w czasie, szerzyć chaos, walczyć sam ze sobą i szerzyć jeszcze więcej chaosu. Było to wszystko całkiem zabawne i całkiem dobrze napisane, ale nie jestem pewien, czy ostatecznie miało sens.

X-Men: Wedding Special

Wbrew tytułowi, w tym one-shocie nie było ślubu. Były za to krótkie historyjki okołoślubne, m.in. z wieczoru panieńskiego Kitty (bardzo sympatyczna) i z wieczoru kawalerskiego Colossusa (dość nijaka). Ogólnie rzecz biorąc miałem wrażenie, że to komiks, na który nie było dobrego pomysłu, a który wydano, żeby stworzyć wrażenie, że ślub na łamach „X-Men Gold” będzie Bardzo Ważnym Wydarzeniem.

Infinity Wars: Weapon Hex

Dwuzeszytowa miniseria spod szyldu Infinity Warps. W skrócie – w ramach Infinity Wars Gamora stworzyła świat, w którym każdy człowiek był połączeniem dwóch osób z głównego świata Marvela. Kilka spośród tych postaci dostało własne miniserie, bo czemu by nie? Weapon Hex jest nominalnie połączeniem X-23 i Scarlet Witch, ale w praktyce komiks odtwarza na wyrywki historię Laury z „X-23: Innocence Lost”, dodając do niej magiczne dekoracje.

Dazzler: X Song

Zeszyt eksplorujący ciekawy temat – antagonistami są tu mutanci nastawieni wrogo przeciw Inhumans, czyli mniejszość nie tolerująca innej mniejszości. Niestety, to jest temat na więcej niż tylko jeden zeszyt, a „Dazzler: X Song” nie robi z nim nic ciekawego. 

Legion

Zakładam, że za istnieniem tej miniserii stoi sukces serialu „Legion”. Niestety, miniseria „Legion” nie jest choćby w połowie tak kreatywna jak serial. Nie wytrzymuje również w żaden sposób porównania z „X-Men: Legacy” vol. 2 Simona Spurriera, czyli poprzedniej komiksowej historii o Davidzie Hallerze. Zasadniczo komiksowy „Legion” nie oferuje niczego poza najbardziej wyświechtanymi kliszami dotyczącymi tej postaci.

X-Men Grand Design i X-Men Grand Design Second Genesis

Ciąg dalszy rozpoczętego w 2017 roku eksperymentu (wtedy ukazał się pierwszy zeszyt „Grand Design”), w ramach którego Ed Piskor w pojedynkę streszcza historię X-Men od młodości Charlesa Xaviera po koniec oryginalnego runu Chrisa Claremonta. A przynajmniej taki jest zamysł – na razie dotarliśmy do momentu, gdy Storm traci moce, postrzelona z eksperymentalnej broni Forge’a.

Najciekawsze w „Grand Design” nie jest to, jak Piskor streszcza tę historię, ale jak ją zmienia – który wątki przepisuje lub łączy, tak, żeby cała historia X-Men sprawiała wrażenie, że od początku pisano ją jako jedną, ciągłą narrację – tytułowy „Wielki Projekt”.

Extermination

W tej miniserii Ed Brisson zakończył ostatecznie (znak zapytania) wątek nastoletnich X-Men przeniesionych do teraźniejszości. Tyle tylko, że młodzi X-Men zostali w tej miniserii niemalże zepchnięci na bok, bo nagle ważniejsze okazały się poszukiwania zabójcy Cable’a, potem wyjaśnianie jego motywacji, a potem wielka walka z Ahabem i jego Ogarami. A młodzi X-Men? Ostatecznie wrócili do przeszłości, zastanawiając się, czy to wszystko coś komuś dało.

I szczerze mówiąc? Czytelnicy również mają powody, żeby się zastanawiać. Moim zdaniem tak. Nastoletnia Jean była ciekawsza od swojego oryginału. Wyoutowanie Icemana – nawet jeśli jest retconem – wreszcie daje mu jakieś inne historie niż „Iceman zdaje sobie sprawę, że nie wykorzystywał w pełni swojego potencjału”. Sprowadzenie do teraźniejszości młodego Cyclopsa dało mu kilka sympatycznych scen z Corsairem, poza tym Scott dobrze się sprawdzał jako członek Champions.

Cały ten rozdział w ich historii nie został wymazany – ostatecznie rozwiązano to tak, że młodzi wrócili do przeszłości, a Jean założyła im telepatyczną blokadę, wymazującą im wszystkie te wspomnienia. Tymczasowo – w tym samym momencie w teraźniejszości dorośli X-Men przypomnieli sobie wszystkie te przeżycia.

Co, szczerze mówiąc, powinno skomplikować niektóre relacje – np. Angela i X-23, obecnie oboje występują w „Uncanny X-Men”. Ale na razie wygląda na to, że scenarzyści zamierzają to zignorować.

X-Men: The Exterminated

One-shot będący epilogiem do „Extermination”, który na dodatek ukazał się przed końcem tamtej miniserii. Ale ostatecznie to „tylko” historia dorosłej Jean i Hope opłakujących Cable’a, więc zachowanie ciągłości narracji nie miało aż takiego znaczenia. Byłoby gorzej, gdyby ten zeszyt ukazał się przed śmiercią Cable’a.

Reakcja Hope na śmierć ojca była dość standardowa – poza tym zaakceptowanie morału, że „należy odpuścić, zamiast grzebać w czasie” jest o tyle trudne, że opłakują Cable’a, który przecież całe swoje życie grzebał w czasie. Ale poza tym to był sympatyczny komiks.



Komiksy spod szyldu „Hunt For Wolverine”

Powrót Wolverine’a został kosmicznie rozciągnięty. Nawet jeśli zignorujemy to, że technicznie rzecz biorąc odbył się już w 2017 roku na łamach „Marvel Legacy”. Zresztą całe „Hunt for Wolverine” zdaje się to ignorować.

Pod szyldem HfW ukazały się:

Hunt for Wolverine #1 - one-shot, w którym X-Men orientują się, że Logan nie leży w swoim grobie. Najbardziej wartościową rzeczą w całym komiksie była retrospekcja ujawniająca, że X-Men – przede wszystkim Cyclops – zorientował się w porę, że traktowanie oblanego adamantium Wolverine’a jak posągu jest idiotyczne. Więc tak naprawdę wcale tego nie zrobili.

Po tym one-shocie zaczęły jednocześnie ukazywać się cztery miniserie:

„Hunt For Wolverine: Adamantium Agenda - komiks, który przypominał, że Wolverine nie był tylko X-Manem. W tym celu zbierał część oryginalnych New Avengers, którzy próbują dotrzymać słowa danego Loganowi i upewnić się, że źli naukowcy nie wykorzystują jego ciała do złych celów. Sympatyczna, zabawna seria.

Hunt For Wolverine: Weapon Lost – seria nominalnie detektywistyczna, mająca nawiązywać do noirowych historii z Loganem. W praktyce mamy tu parę okołodetektywistycznych postaci, w tym i takie, które z Loganem nie miały nic wspólnego. I gonią sobie w piętkę za fałszywym tropem.

Hunt For Wolverine: Claws of a Killer – w tej mini trójka przeciwników Logana, która po jego śmierci na swoje sposoby zaczęła go zastępować – Daken, Sabretooth i Lady Deathstrike – zbiera się, żeby – jak deklarują – znaleźć Logana przed innymi i zabić go. Czy ta deklaracja jest szczera – nie wiadomo, tym bardziej, że natychmiast pakują się w historię o zombie. Ale zaskakująco dobrą historię o zombie.

Hunt For Wolverine: Mystery in Madripoor – jedyna miniseria, w której faktycznie występują X-Men. Lecą do Madripooru porozmawiać z Magneto i przypadkiem wpadają w łapy Viper i jej pomagierek. Która zresztą jest w zmowie z tajemniczymi siłami, które faktycznie mają Wolverine’a w swoich rękach, ale to nie ma żadnego wpływu na tę historię. Dość przypadkowo dochodzi tutaj również do odtworzenia oryginalnego, brytyjskiego ciała Psylocke – jest to chyba najdziwniejsze miejsce, jakie można było wybrać dla opowiedzenia tej historii poza, nie wiem, gościnnym występem Betsy w „Power Pack”.

Po czterech miniseriach ukazał się jeszcze kolejny one-shot, Hunt For Wolverine: Dead Ends, który służył głównie za podsumowanie wydarzeń ze wszystkich miniserii. Poza tym wprowadzał Persephone, szefową złej korporacji Soteira, której ślady pojawiały się we wszystkich czterech miniseriach. To oni mają w swoich rękach Wolverine’a – i to praktycznie rzecz biorąc jedyny związek, jaki wszystkie komiksy spod szyldu „Hunt for Wolverine” miały z miniserią „Return of Wolverine”.

Return of Wolverine

Finał wielkiego powrotu Logana. Chciałoby się powiedzieć „budujący na fundamentach położonych w »Hunt for Wolverine«”, ale po 3 zeszytach wciąż trudno powiedzieć, po co „Hunt for Wolverine” w ogóle było. Nie wspominając o tym, że oczywiście ten powrót ma się nijak do Logana skaczącego po całej planecie z Kamieniem Nieskończoności, którego widzieliśmy w „Marvel Legacy” w 2017 i w zeszłym roku w prologu do „Infinity Wars”.


W 2018 roku mutanci grali ważne role również w tych tytułach:

Avengers: No Surrender

W tej długiej historii, w której występowały trzy różne drużyny Avengers (z głównej serii, „Uncanny Avengers” i „U.S.Avengers”), dwie z nich były kierowane przez członków X-Men – Rogue dowodziła Drużyną Jedności („Uncanny Avengers”), a Sunspot prowadził U.S.Avengers. Do tej drugiej należał również Cannonball, a w całej historii uczestniczył też Beast.

Na koniec „No Surrender” obie grupy zawiesiły działalność, co przynajmniej na razie kończy kilkuletnią przygodę wyżej wymienionych postaci z Avengers.

Infinity Wars

Logan przewijał się w prologu do tej kosmicznej historii, a potem pojawił się ponownie blisko finału, razem z Emmą Frost, która odegrała wtedy dużo większą rolę w ratowaniu Wszechświata.

West Coast Avengers

Do tej nowej wersji drużyny z Zachodniego Wybrzeża należy Quentin Quire. Obecne WCA jest bardzo przyjemną komedią akcji. Z jednej strony jest tu dużo typowej superbohaterszczyzny – ratowanie miasta przed wielkimi potworami – z drugiej z drużyną krok w krok chodzi ekipa realizująca program telewizyjny, co nadaje całości klimat sitcomu o trudnym miejscu pracy.

Venom i Venomized

Wspominałem o tym przy okazji omówienia „X-Men Blue” - nastoletni X-Men z przeszłości dostali crossover z Venomem, a następnie wzięli udział w skupiającym się na symbiontach mini-evencie. Nie wyszło im to na dobre. To znaczy oni wygrali, ale czytelnicy mogą czuć się przegrani.

Wakanda Forever i Typhoid Fever

To już czysto kronikarski obowiązek – „Wakanda Forever” i „Typhoid Fever” były reklamowane i sprzedawane jako dwa zestawy po trzy one-shoty każdy. W praktyce oba projekty były zwykłymi miniseriami. Być może sprzedawanie ich jako one-shotów miało podbić sprzedaż – dzięki temu każdy zeszyt miał „numer 1” na okładce – ale jeśli ktoś chciałby przeczytać, dajmy na to, tylko one-shoty z „X-Men” w tytule, otrzymywał wyrwany z kontekstu i pozbawiony sensu wycinek historii.

Ale tak, nominalnie „Wakanda Forever: X-Men” i „Typhoid Fever: X-Men” były pojedynczymi one-shotami w których mutanci, odpowiednio, współpracują z Dora Milaje i stawiają czoła Typhoid Mary.


Najnowszy nowy początek

Jeszcze raz – moim zdaniem po zeszłorocznych komiksach wyraźnie widać, że w redakcji starły się dwie koncepcje na to, jak zrewitalizować mutantów. Stąd masowe zamykanie serii, które dopiero co zaczynały wchodzić w nowy etap, z nowymi bohaterami i nowymi pomysłami na rozwój fabuły.

Ale ostatecznie postawiono na inny kierunek rozwoju – i tu wchodzi nowa odsłona „Uncanny X-Men”, której zeszyty od listopada ukazują się co tydzień, przynajmniej do końca pierwszej historii. Na koniec roku był to jedyny tytuł z „X-Men” w nazwie, zresztą w ogóle w całej linii są teraz tylko trzy tytuły drużynowe - „Uncanny X-Men”, „X-Force” i „Exiles”.

I zdecydowanie jest to nowe otwarcie. Gdy zaczyna się akcja, nigdzie nie ma nastoletnich X-Men z przeszłości ani Staruszka Logana. A jednocześnie gdyby nie te dwie zwalczające się koncepcje, gdyby ten nowy początek zaplanowano z góry, może dałoby się ułożyć bardziej uporządkowany plan wydawniczy. Bo gdy „Uncanny X-Men” zaczęło się ukazywać, nastoletni X-Men wciąż biegali po teraźniejszości w „Extermination”. O Staruszku Loganie nawet nie ma co w tym kontekście wspominać, bo kończąca jego historię maxiseria „Dead Man Logan” zakończy się dopiero w drugiej połowie 2019 roku.

Żałuję, że zamiast „Extermination”, „Hunt for/Return of Wolverine” i „Dead Man Logan” nie zdecydowano się na jakąś pojedynczą historię, którą można by traktować jako zwieńczenie kilku ostatnich lat – dajmy na to okresu od 2015 (po „Secret Wars”) do 2018. Pojedynczą historię, w ramach której nastoletni X-Men wracają do przeszłości, stary Logan wraca do swojego świata albo bohatersko się poświęca, a nieco mniej stary Logan wraca. Może byłaby to przeładowana wątkami historia, ale przynajmniej plan wydawniczy byłby bardziej poukładany.

Ale jeszcze bardziej żałuję tego, że „Uncanny X-Men” nie jest tym nowym początkiem, który reklamowano – jest zaledwie wstępem do niego. Rozpisana na pierwszych dziesięć zeszytów historia „Disassembled” jest prologiem do eventu „Age of X-Man”, a prawdziwy nowy początek dostaniemy dopiero wraz z numerem 11. Zapowiedzi sugerują, że świeżo zmartwychwstali Cyclops i Wolverine zbiorą wtedy nową drużynę – a ponieważ będzie to pisał Matthew Rosenberg, a na okładce #14 mamy m.in. Havoka, Banshee, Danielle Moonstar i Madroxa, zakładam, że w takiej czy innej formie kontynuowane będą tam wątki z „Astonishing X-Men” i „New Mutants: Dead Souls”.

Ale żeby Scott i Logan musieli zebrać nowy zespół, coś musi się stać ze starym. I temu ma służyć „Disassembled” (tytuł nawiązuje oczywiście do rewolucji w historii Avengers, która zaczęła się od „Avengers: Disassembled” Briana Bendisa).

Problemy są dwa – po pierwsze, sama historia „Disassembled” nie do końca trzyma w napięciu, bo wynik znamy z góry. X-Men nie zdołają powstrzymać X-Mana, inaczej Marvel nie reklamowałby eventu „Age of X-Man”. Po drugie - „Disassembled” nie jest szokującym końcem X-Men, nie jest nawet szokującym końcem tej drużyny X-Men, bo ta drużyna X-Men nie istniała przed „Uncanny X-Men”. Czemu na obchodzić nas los tej konkretnej ekipy, skoro nie dane nam było śledzić jej przygód?

Jeśli spojrzymy na skład drużyny, mamy tu postaci z „X-Men Gold”, „X-Men Red”, „Astonishing X-Men”, a nawet „X-Men Blue” (Polaris) – ale nie było momentu, w którym te postaci stworzyły jedną drużynę. Pod względem zachowywania ciągłości mogę co najwyżej powiedzieć, ze wszystkie te postaci brały udział w walce z Ahabem na łamach „Extermination”, więc ewentualnie można by uznać, że tam doszło do powstania tej drużyny. Ale „Extermination” wciąż trwało, gdy zaczęło się ukazywać „Uncanny X-Men”, więc nawet takie rozwiązanie – w którym sam dopowiadam sobie część historii – nie bardzo działa.

Oczywiście, zachowywanie ciągłości między różnymi tytułami – czy to ukazującymi się jednocześnie, czy to po sobie – dawno spadło z listy priorytetów redakcji Marvela. Jestem do tego przyzwyczajony.

Ale to jest problem, jeśli pomysł na „Disassembled” polega na tym, że na początek dostajemy długą historię, po której trzeba będzie zebrać nową drużynę. Powinienem coś czuć, gdy stara zawodzi – ale ten zespół nie ma żadnej wspólnej przeszłości.

A teraz, napisawszy to wszystko i skrytykowawszy całą koncepcję tego najnowszego nowego początku w dziejach X-Men, muszę powiedzieć, że „Uncanny X-Men” jest całkiem niezłe. Nieco chaotyczne, ale już kilka razy okazywało się, że coś, co na pierwszy rzut oka nie miało sensu było jednak przemyślane. W odbiorze historii pomaga również szybkie tempo publikacji – gdybym miał czekać dziesięć miesięcy, aż zakończy się historia o której wiem, że jest tylko wstępem do czegoś większego, byłbym strasznie zniecierpliwiony. Ale te dziesięć zeszytów ukaże się w trzy miesiące, a tyle jestem w stanie poczekać.


Tempora mutantur

2018 był rokiem zmian, które przyszły w dwóch falach – a druga podmyła prawie wszystko, co przyniosła pierwsza. Ale mniejsza już o to, jak do tego doszło – ważne, że zmiany się dokonały. Jakie są więc perspektywy na 2019 rok?

„Disassembled” jest pisane przez Matthew Rosenberga, Eda Brissona i Kelly Thompson, ale od #11 Rosenberg przejmie „Uncanny X-Men” na wyłączność. Flagowy tytuł o mutantach w jego rękach to coś, co bardzo mnie interesuje. Rosenberg jest autorem, który ma dużo pomysłów i całkiem sprawnie je realizuje.

Brisson będzie miał swoje „X-Force”. Czy to będzie dobry komiks czy boleśnie przeciętny średniak – trudno powiedzieć, Brisson pisał już dla Marvela jedno i drugie.

Pytanie, czy Thompson zostanie przy „Mr and Mrs X”, czy może ona również otrzyma jakąś drużynową serię. Zresztą to w ogóle jest bardzo szerokie pytanie – czy „Uncanny X-Men” pozostanie przez dłuższy czas jedynym drużynowym tytułem o X-Men? Bardzo bym chciał, żeby tak było – żeby ta seria zdążyła okrzepnąć, żeby faktycznie stała się flagowym tytułem, który będzie prowadził główną historię mutantów – i do którego z czasem, ewentualnie, dodane zostaną tytuły poboczne.

Ale też nie miałbym nic przeciwko temu, żeby w ogóle przez rok albo nawet parę lat ukazywało się tylko „Uncanny X-Men”. To wciąż zostawia pole dla innych tytułów o mutantach – takich jak „X-Force”.

Przede wszystkim zaś chciałbym, żeby znowu zaczął ukazywać się tytuł o młodych mutantach. Obecność Armor, Pixie, Rockslide’a i Globa na pierwszym planie w „Uncanny X-Men” daje mi nadzieję, że ten wątek właśnie do tego prowadzi – i kto wie, może to właśnie Kelly Thompson poprowadziłaby taki tytuł?

Ale to już nie są perspektywy na 2019, tylko myślenie życzeniowe i wróżenie z fusów. Natomiast perspektywy, oceniając po tym, jak komiksy o mutantach wyglądają w styczniu 2019, są całkiem obiecujące. Jest na co czekać.

Tylko niech się nie okaże, że za trzy miesiące przyjdzie trzecia fala zmian, która pogrzebie wszystko to, co jest robione obecnie. Niech redakcja wytyczy kierunek i niech się go przez parę lat trzyma.

Krzysiek „Krzycer” Ceran


Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2019 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.