Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #42 (05.05.2008)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 5 maj 2008 Numer: 18/2008 (42)


Najważniejszym wydarzeniem zeszłego tygodnia była bez wątpienia premiera Iron Mana. Większość widzów była bardzo zadowolona po seansie, więc informacje o planowanej kontynuacji spotkały się z zadowoleniem fanów. Do tego momentu zostało jeszcze sporo czasu, za to już teraz możecie wygrać kolekcję gadżetów związanych z filmem w trzech organizowanych przez nas konkursach (
Konkurs I: Iron Mania, Konkurs II: recenzja "Iron Mana" i Konkurs III: rysunek i FanFic).
Zwolennicy papierowych przygód superbohaterów też mają powody do radości: ukazało się kilka świetnych komiksów, a do premiery Secret Invasion #2 zostały już tylko dwa dni!



Immortal Iron Fist #14 avalonpulse0042e.jpg
Gil: Wielki finał, czyli bijatyka między siedmioma Nieśmiertelnymi Broniami, a niezliczoną bandą agentów Hydry. Poprowadzona i narysowana jest świetnie, ale sama by nie wystarczyła. Na szczęście, ta bitka to nie wszystko. Jest jeszcze rewolucja w K'un-L'un, która przynosi wielkie zmiany. Jest finał historii w tle z udziałem Wendella. No i wreszcie są konsekwencje, które wróżą ciekawą przyszłość, a o dobrych tekstach i sytuacjach również zapomnieć nie można. To aż dziwne, że Fraction i Bru tak dobrze sobie tutaj radzą zważywszy, że jeden samodzielnie jest kiepski, a drugi ma tendencję zniżkową. Tylko szkoda, że rysunki nie dorównały jakością scenariuszowi, bo chociaż poziom dwóch rysowników został wyrównany, jak dla mnie, prezentują oni nieco zbyt uproszczony styl. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego, więc pozostaje się zadowolić pojedynkiem Danny'ego z pociągiem.
Zasługuje na mocne 7/10.
Gamart: Świetne zakończenie. Tak powinny wyglądać komiksy akcji i w sumie mamy gotowy materiał na kinową wersję przygód Danny'ego Randa. Czego tu nie ma! Zatrzymywanie pociągu pięścią, kłamstwa, zmiany stron. Pocieszne, jak zawsze, nazwy ataków [Bastard's Black Heartcrusher to chyba najlepsza nazwa dla ataku, jaką znam], otwarcie nowych wątków i najlepsze, czyli Immortal Weapons zostają na Ziemi. Liczę, że dostaną swoją serię, bo to może byc wielki przebój. Czekam na więcej, bo to najlepsza rzecz związana z kung-fu od ładnych parunastu lat.
hitano:
Numer tygodnia. Fraction i Bru na dokładkę dają radę na całego. Bitka jest, nie ma co, klawa. Dostajemy niby konkluzję, jednak dalej Fraction robi coś, czego nie przypuszczałem. W kolejnej serii (po Incredible Herc) dostajemy od scenarzystów nowy chwilowy (oby jak najdłużej) team. Tym razem to siódemka Nieśmiertelnych Broni. Posunięcie jak dla mnie numer dwa tego roku ze strony scenarzystów Marvela. Fraction i Bru dali też naprawdę ładny kamień węgielny pod przyszłe historie z Dannym na temat ósmego miasta.
Krzycer:
Jest finał historii. Jest mocno. Biją się wszyscy ze wszystkimi, herosi udowadniają, jacy są heroiczni, źli... źli się nie popisali - jeden wydobrzał, drugi zwiał, a trzeci runął w przepaść, bełkocząc o ósmym mieście...
Ale mimo braku konkretnej walki jeden na jeden numer jest popisowym zwieńczeniem historii. A ponieważ od deski do deski wypełniają go walki cieszy mnie, co następuje:
A) Nieśmiertelne Bronie nie zatraciły swoich unikalnych stylów
B) Nieśmiertelne Bronie i Armia Gromu, wszyscy wyszkoleni w walce tak wręcz, jak i wprost niewiarygodną ilością broni białej, nie korzystają ze swoich umiejętności, by pozbawiać przeciwników przytomności. Walczą, jak należy. Tak, żeby położyć przeciwników. Takiej ilości zabitych i okaleczonych w niemaksowym komiksie nie widziałem chyba od unicestwienia Genoshy (a wtedy było poza kadrem). Przyznaję, że przez to numer wypełniony walką mnie o wiele bardziej usatysfakcjonował.
Aha, no i nie zauważyłem, żeby po ucięciu takiego czy innego członka panom z HYDRY odrastały dwa nowe...
No - sześć Nieśmiertelnych Broni wędrujących po naszym świecie, jak - nie przymierzając - w Legendach Kung Fu. Będzie się działo :D
Czekam na następny numer, żeby przekonać się, ile do tytułu wnosił Bru i jak Ułamek sobie bez niego poradzi...

Avengers: The Initiative #12
Gil: Nostalgicznie się zrobiło przy tej zmianie warty. Rekrutów, do których już zdążyliśmy się przyzwyczaić, a niektórych nawet polubić, rozdzielono między różne grupy. No cóż, przynajmniej mamy pewność, że coś się z tą Inicjatywą dzieje. Reszta ekipy również przeżywa swoje wzloty, upadki i rachunki sumienia, a niesie to ze sobą mniej lub bardziej wyraźne konsekwencje i emocje. Innymi słowy, jest podsumowanie, jakie nam obiecano. Teraz czekam na nowy nabór i nowe wątki, miejmy nadzieję, że nie mniej ekscytujące. Ale ukryć się nie da, że lepiej czytałoby się ten numer z innymi rysunkami. Chociaż z pomocą kolorystów udało się coś wydobyć z tej grafiki, Uy nadal pozostaje przeciwnością Yu nie tylko w nazwisku. Na szczęście, warstwę fabularną uważam za ważniejszą i dlatego numer otrzyma swoje 7/10.
Hotaru: Rysunki Uy'a do tytułu o Inicjatywie pasują jak Reginald Hudlin na zebraniu Ku Klux Klanu. Tylko naprawdę wyjątkowy scenariusz nadrobiłby braki, jakie ten numer zalicza przez szkaradną kreskę - a ten nie nadrabia. Nie tylko nie jest wyjątkowy, ale nawet nie jest dobry. Przesłuchanie Gyricha to farsa, zmartwychwstanie Traumy, którego śmierć tak mnie bolała, to zgroza do takiego stopnia, że już wolałbym aby pozostał martwy. Kiepski numer, tak jak kiepskim numerem był szósty. Niech się nauczą na błędach i nie powtarzają tego więcej.
S_O: Matko, czemu to rysuje Uy? Zaważyłoby to mocno na ocenie tego numeru, jakbym je wystawiał.
W warwie fabularnej już lepiej, choć nie wbija w fotel tak, jak #11 - no, ale czego się spodziewać po numerze wypełnionym gadaniną? Ale gadaniną wysokiej jakości, zwłaszcza podczas przesłuchiwania Gyricha. A skoro o Henrym mowa - nieoceniona Sally Floyd wskoczyła na jeden kadr i od razu uderzyła mocno jednym z najlepszych tekstów w numerze. Co do Traumy, to trzeba się zastanowić, kto bał się go zobaczyć martwym, skoro się zmienił w trupa.
No i poznajemy kolejną drużynę Inicjatywy - tym razem z Montany. Ale to zawsze lepiej niż nic.


avalonpulse0042f.jpg Marvel Comics Presents #8
S_O: Dwie trzecie serii już za nami, więc wypadałoby zacząć dawać odpowiedzi. To samo najwyraźniej stwierdził Marc Guggenheim i przedstawił nam tożsamość denata ze swojej historii. Naciągana trochę, ale niechaj już będzie.
Kolejna historia to początek opowieści o Aaronie Stacku. I z przykrością muszę stwierdzić, że pan Brandon nie potrafi prowadzić postaci znextwave'owanego Machine Mana jak Brian Reed (że o ponownym twórcy postaci - Warrenie Ellisie - nie wspomnę). Chociaż to dopiero początek, może się rozkręci.
Cyclops i Wolverine wybierają się na polowanie. I muszę powiedzieć, że ani trochę nie czuję, że Scott właśnie stracił ojca (bo o tym w założeniu miała być historia). Przykro mi, tu autor się nie popisał.
W Weapon Omega pierwszą niespodzianką była zmiana rysownika. Poza tym, krótki sparring przeradza się w prawdziwą jatkę, a USAgent zaczyna domyślać się prawdy, tylko musi przeżyć. I najwyraźniej mamy do czynienia z jedną stroną więcej, niż dotychczas myśleliśmy. Zaczyna mnie to wciągać.

Gil: To przełomowy numer tej serii, z którego dowiadujemy się, że:
Guggenheim nie może przeżyć tego, że ktoś inny zabił Kapitana, więc sobie stworzył i ukatrupił Pułkownika, żeby mieć na koncie wyższego rangą Americę. Dobra wiadomość: może to jednak elseworld?
Aaron Stack pije benzynę i ma po tym zwały - pewnie domieszkowana biopaliwem. Nie jest to może nextłejwowy Aaron, ale jeszcze coś z niego może być i przynajmniej rysunki oryginalne.
Cyclops w depresji udaje Wolverine'a, uganiając się po lesie za tatusiem Bambi. Dobra wiadomość: nie zabił go.
Guardianweaponomegacollectivemichaelpointer pokazał, co potrafi na osobie USAgenta. Należało mu się, bo to buc straszny. Może jednak coś z tych dwunastu części wyniknie. Zmiany rysownika nie zauważyłem od razu, ale na drugi rzut oka wyszła na plus.
A tak w ogóle, to chyba jeden z lepszych numerów MCP, więc mogę dać mu 6/10.

Daredevil: Blood Of Tarantula
Gil: Po wydarzeniach w ostatnim Annualu wiele wskazywało, że będzie to ciekawa pozycja i na szczęście tym razem nasze oczekiwania nie zostały zawiedzione. Black Tarantula nadal jest ciekawą postacią, poszukującą swojego miejsca, którą powracająca przeszłość gryzie w tyłek. Pomysł jakby już gdzieś widziałem, ale za to wykonanie jest na tyle oryginalne, że czyta się przyjemnie. Nieco do życzenia pozostawiają szczegóły, ale ogólnie jest dobrze i występ Daredevila również trzyma poziom, chociaż jest w kiepskim nastroju. Rysunki są miejscami dobre, ale bardzo nierówne. Samnee tylko raz narysował wyraźnie tatuaż Carlosa, podczas gdy przez pozostałą część numeru były to jakieś bazgroły. Nie o to chyba chodzi, żeby dodawać postaci szczegółów, a potem je olewać.
Jak na ten tydzień, to będzie 7/10.
Demogorgon: Moje pierwsze spotkanie z Black Tarantulą miałem za sprawą komiksów o Spider-Girl, gdzie średnio przypadł mi on do gustu, głównie ze względu na jego skłonności wobec nieletnich superbohaterek (owszem, nie zaprzeczam, że Spider-Girl jest atrakcyjna, ale ten człowiek zdecydowanie przesadził). Jednak jego osoba zachęciła mnie na tyle, aby poczytać trochę o poprzednim Black Tarantuli. Po lekturze tego komiksu polubiłem Carlosa i to w wielkim stopniu. To jest ten typ postaci, który zawsze ujmuje człowieka, a jego losy są wciągające. Mam nadzieję, że będzie pojawiał się coraz częściej, nie miałbym też nic przeciwko jego własnej mini-serii. 7/10
Krzycer:
Po co ten Daredevil w nazwie? Znaczy, pewnie, pojawia się... ale podobnie jak poprzedni daredevilowo-tarantulowy one-shot, tak i ten opowiada przede wszystkim o tym drugim.
Przynajmniej przygody latynoskiego Robin Hooda nadal wciągają. Ciekawe, kiedy dostanie miniserię?

hitano: Przyznam, że nie spotkałem się wcześniej z postacią Tarantuli, jednak numer to wynagrodził, ponieważ czytało się go naprawdę przyjemnie. Oczywiście mało było Matta, jednak myślę, że Bru poprzez one-shota przygotowuje przez chwilę czytelników na możliwe kolejne spotkanie Carlosa z Mattem, tym razem bezpośrednio w serii, co po tym numerze zapowiadałoby się świetnie.

New Avengers #40
avalonpulse0042g.jpg
redevil: Niemal dwadzieścia stron wyjaśniania motywów Skrullów, ich sposobu myślenia itd, itp - nuudy!! I na koniec ta jedna, jedyna stronniczka. Piękna. Od razu zastanawiam się, czy to 100% potwierdzenie skrullowatości, czy podpucha BMB. Bo królowa na 1 str. następnego numeru powie: "Wolę ukryć się jako mężczyzna". Klimat eventu coraz lepszy - moja ocena 9/10.
Foxdie: Jakby to powiedzieć.... Ziemianie mają konkretnie przesrane! Numer całkowicie zdominowany przez Skrullów, ale dzięki temu odkrywamy kolejne sekrety inwazji. Oczywiście największym hitem numeru jest ostatnia strona, odsłaniająca, w kogo wcieliła się sama Skrull-królowa, aby dokonać największego spustoszenia. Czyżby nawet Nick Fury dał się wyrolować? Jeśli chodzi o rysunki, to Cheung daje radę. Hit tygodnia. Ocena: 8/10
Gil: Zieloono mi... tak skrullowo... zielono mi... Trudno, żeby nie było zielono, skoro cały numer poświęcony został Skrullom. Dowiadujemy się z niego, co wydarzyło się po pamiętnej wizycie Illuminati w imperium, a przed rozpoczęciem właściwej inwazji. Zieloni nie próżnowali, a chociaż część tego numeru to bardziej przypominanie, niż odkrywanie nowości, nadal dobrze jest. Wiemy już, że pierwsze skrzypce gra księżniczka Veranke, ale sekrety jej zelockiej wiary wciąż czekają na odkrycie. Ostatnia strona stawia potężny znak zapytania na Jessice Drew, ale jak dla mnie, jest to trochę zbyt oczywiste. Chyba, że się mylę. Perłą numeru jest rozstrzelanie Richardsa przez Imperatora - sam miałbym na to ochotę. A jeśli o rysunki chodzi, to Jim Cheung po prostu robi swoje w zwyczajowo dobrym stylu. Szkoda tylko, że tak właściwie ten numer nie posuwa historii do przodu, a zabrakło Avengers.
Tak czy inaczej, 7/10 się należy.
Hotaru: Wiem, że zabrzmi to złośliwie, ale muszę stwierdzić ten fakt - Bendis dobrze pisze scenariusze do Avengers wtedy, kiedy nie występują w nich żadni Avengers. Po fajnym numerze Mighty poświęconym Fury'emu, mamy kolejny fajny numer, tym razem New, poświęcony religijnemu podłożu Inwazji. I chociaż fabuła nie jest pozbawiona zgrzytów, to i tak to o niebo lepiej w porównaniu do niektórych wybryków Bendisa przy Mścicielach. Na pozytywny odbiór wpływają jeszcze rysunki Jimmy'ego Cheunga, którego nigdy nie mam dość i za którym tęsknię od czasów Young Avengers i Illuminati. Zastanawia mnie tylko, czy przypadkiem za duży fabularny ciężar nie oparto na tytułach o Mścicielach - boję się, że główna seria Secret Invasion zostanie pozbawiona substancji i będzie jedynie spoiwem. Ale pożyjemy, zobaczymy.
S_O: W tym numerze dostajemy odpowiedzi na bardzo ważne pytania: "Kto?" "Jak?" i "Kiedy?". No i poniekąd "Dlaczego?". I muszę przyznać, że Bendis poradził sobie z tym znakomicie, aż szkoda kończyć czytanie po ostatniej stronie. Chciałbym też od razu rozwiać wątpliwości kolegi Hotaru - jak na razie, oba "Avengersy" opowiadają o czasach przed inwazją, a główna miniseria opowiada o teraźniejszości. Teraz tylko muszę sam w to uwierzyć.
MadMarty: Cały komiks to mogłaby być właściwie ostatnia strona. A cała historia mogła się zmieścić na mniejszej ilości paneli. Ale co z tego? Ostatnia strona powoduje błogi uśmiech. Czyżbyśmy się dowiedzieli, czemu jedna z osób nie zareagowała, kiedy pewna postać dzwoniła do konkurencji? Nawet pewna scena z zeszłotygodniowego Fury'ego nabiera nowego znaczenia. Albo to ściema. Tak czy siak, jest kapitalnie. Skrull tygodnia.

New Warriors vol. 4 #11
Gil: To największe zaskoczenie tego tygodnia, bo sięgnąłem po serię, żeby upewnić się o jej ostatecznym skreśleniu, a znalazłem coś całkiem ciekawego. Wygląda na to, że nowi Nowi i starzy Nowi wkrótce się spotkają - chętnie to zobaczę. Ciekawy jest występ Machinesmitha, który trochę przypomina Nimroda tutaj i rozmowa Zośki z Kat. No i wreszcie ktoś zauważył, że Junior Guardsmen są jak Hitler Jugend. Co prawda, nadal z tej zbieraniny postaci rozpoznaję tylko Jubes, Jono i Zośkę, ale jakoś tym razem w niczym mi to nie przeszkadzało. W porównaniu z poprzednim numerem postęp jest znaczny i nawet mogę dać mu 6/10.
Demogorgon: Jest lepiej. Podobnie jak Gil byłem święcie przekonany, że ten numer będzie kompletną pomyłką, ale okazał się nawet niezły. Po raz pierwszy od zakończenia "Defiant" jestem ciekawy, co takiego będzie dalej. I jestem nawet zadowolony z tego, do czego najwidoczniej zmierza relacja Jono i Jubilee. 6/10
S_O: Nie wiem, czy to sugestia innych redaktorów, ale mi również podobało się trochę bardziej, niż poprzednie numery. Więcej akcji, mniej gadania, knucia i tych anty-rządowych bzdur. No i nieoceniona Sally Floyd, która zauważa to, o czym internauci mówią już od jakiegoś czasu. Gdyby oduczyć Kevina tej maniery gadania bez sensu o hmmm.. Maryni, to z chęcią oddałbym w jego ręce "Black Panthera". Hudlin też powinien się zgodzić, w końcu co "brat", to "brat".

avalonpulse0042h.jpgThor: Ages Of Thunder
Gil: Kolejny one-shot, z którym pewne nadzieje wiązałem, ale tym razem tylko połowicznie spełniła swoje zadanie. Nie zawiodła warstwa rysunkowa, bo Patrick Zircher jest jak zawsze świetny i nie ukrywam, że to głównie ze względu na niego sięgnąłem po ten zeszyt. Jim Chung też dał radę, chociaż odrobinę słabiej. Natomiast jeśli chodzi o fabułę... nie bardzo jest o czym mówić. Chociaż zapowiedziano kontynuację, tak naprawdę obie historyjki są o niczym. Według Fractiona, Thor jest bawidamkiem, który wychodzi z sypialni tylko po to, żeby rozwalić łeb gigantowi, a w dodatku jest strasznie pazerny na jabłka. Dla odmiany lodowi giganci myślą tylko o tym, żeby dobrać się do Idun (przy okazji, to nie jest Enchantress, panie Fraction) i dać sobie łeb rozwalić. Stylizowana na mitologiczną narracja jest strasznie rozbudowana i nudna. Stylistyka przypomina tę z najbardziej tradycyjnego Thora, czyli tę, która doprowadziła do zamknięcia serii. Wolę nową konwencję.
Jedyny plus za cytat z No Quarter Led Zeppelin. Ogólnie jakieś to neutralne wyszło - takie na 5/10.

S_O: Znany również pod nazwą "Ultimate Splash-Page Extravaganza". Kolejny w tym tygodniu komiks autorstwa Fractiona i również średni. Głównym winowajcą jest sposób opowiadania historii. Na prawie czterdziestu stronach znajduje się około pięćdziesięciu dymków (liczyłem!), a wszytko zawarte jest w tysiącach tysięcy i miriadach miriad boxów narracyjnych.
Inna rzecz, że przez tysiące lat jeden Lodowy Gigant za drugim próbowali zdobyć Idun, ale zamiast omotać ją wzrokiem i powiedzieć "How ya doin'?", jak uczą mądre księgi, próbują jakoś wykiwać Asgardczyków, co zawsze kończy się tak samo - lobotomią w wykonaniu Thora (lobothorią?). Po którymś z kolei razie zaczyna to nudzić bardziej, niż beznadziejna narracja.
Krzycer:
I znowu bohater tytułowy gra w tym tygodniu drugie skrzypce. Mamy Asgard, mamy bogów, mamy Lokiego - dużo Lokiego - Thor zaś pełni rolę, za przeproszeniem, deus ex machina.
Ale czyta się to bardzo przyjemnie, a nieustanna, podniosła narracja skonfrontowana z rzeczywistością z kadrów parę razy mnie porządnie ubawiła. Fraction daje radę.
Zirchera zaś wolałem w Terrorze, ale tutaj też się ładnie spisuje. Podsumowując - niezła rzecz.

The Order vol. 2 #10
Gil: Zakończenie utrzymuje poziom serii, czyli poziom dna. Wojowniczy Zakonnicy przestają być super, bo im wyciągnięto wtyczkę, ale nie przeszkadza im to w zgrywaniu bohaterów, czyli... No, właśnie - w czym? Domniemany potomek Obiego biega po mieście jak kreskówkowy złoczyńca z lat trzydziestych, nosząc na plecach dziewczynkę o świecącej głowie. Jak King Kong wdrapuje się z nią na najwyższą wieżę, żeby usmażyła mózgi wszystkim w mieście. Potem trochę bla-bla-bla, małe bu-hu-hu, więcej bla-bla-bla i okazuje się, że nic właściwie się nie stało, a ta cała seria to tak dla picu, żeby zareklamować Invincible Iron Mana. Już się boję tej nowej serii z żelaznym. Innymi słowy, Fraction zszedł z drabiny, na której pisze Iron Fista na swój właściwy poziom, a Kitson położył się, żeby rysunki mu dorównały. Jeśli ktokolwiek kupował tę serię, radzę sprzedać zeszyty, bo ich wartość spadnie szybciej niż cena dolara.
Ocena całościowa: 3/10.
S_O: No i koniec serii. Zespół się trochę skurczył, w jednym przypadku z pomocą Anthema... Przynajmniej prawdziwe wyjaśnienie "powrotu" mocy Holly nie jest tak głupie, jak pierwotne. Ogólnie nie jest tak źle, jak sugeruje Gil, ale niesmak, który powstał po ukazaniu się zapowiedzi "Invincible Iron Mana" i pojawieniu się Stane'a juniora, pozostaje.

Ultimate X-Men #93 avalonpulse0042i.jpg
Hotaru: Kirkman miał na tyle przyzwoitości, by po sobie z grubsza posprzątać. I może niektórzy będą mu za to wdzięczni, ale ja zapytam raczej, po ciężką cholerę w ogóle zrobił burdel? Cały jego run, każdy jeden numer, spisuję na straty. Co gorsza, na straty muszę też spisać niektóre wcześniejsze wątki, które ten grafoman zbeszcześcił. Szkoda. Rysunki dorównują poziomem scenariuszowi: od zmieniających rozmiar cycków Phoenix, po obrzydliwy tors Cyclopsa na przedostatniej stronie. Cóż, ten koszmar mamy już za sobą - teraz może być tylko lepiej... prawda?
Krzycer: O
statni odcinek dobrze się zapowiadającego runu Kirkmana. I co? I jego największym osiągnięciem jest to, że... posprzątał po sobie. Oprócz większej części zespołu nikt na świecie nie wie, że run Kirkmana miał miejsce (a przynajmniej spora jego część).
I tak - jako pojedynczy odcinek ten numer jest... dobry. Pojedynek gigantów, sąd Phoenix - tak nad Apocalypsem, jak i Xavierem - a potem biały błysk i uporządkowana, spokojna końcówka, ładnie kontrastująca z chaosem ostatnich paru numerów.
Jako pojedynczy numer jest to dobra rzecz.
Jeśli jednak oceniać cały run, to Kirkman zawiódł. Miał pomysły, to na pewno, zrealizował je od początku do końca, dał iksmanom drugą szansę, nowy początek, postawił grubą kreskę i takie tam - i z tego może wyjść coś dobrego - ale jego numery... Może nie rozczarowywały, po prostu - nie wszystko tam grało jak należy.
Teraz mamy ten etap za sobą. Zobaczymy, co przyniesie kolejny scenarzysta. Debiutant - czyli czysta karta, nie ma jak go oceniać, ciężko się czegokolwiek spodziewać... Ale to współpracownik Loeba z Heroes - i jego iksy mają się zgrywać z nadchodzącym Loebtimatum.
A to nie wróży dobrze...

CrissCross: Koniec. Wreszcie. Nie mogłem się doczekać. Numer taki, jak cały run Kirkmana, a więc niby dużo, niby się dzieje, tylko albo to chaotyczne, albo bez polotu. Nie ukrywam, że ostatnie ileśtam numerów całkowicie mi nie odpowiadało i ten był tylko nieco lepszy. Może dlatego, że nastąpiło pewne zamknięcie całości, chociaż nie jestem pewien, czy kompletne. Wyszło na to, że: jak się zabije kilku mutantów, to można się przemienić w Apocalypse'a (przydałoby się trochę wyjaśnień jak to działa, skąd się Apocalypse wziął w ogóle i takie tam), Jean widziała gobliny, a potem zamieniła się w Phoenix i odleciała w siną dal (szkoda, że nie powiedziała gdzie i po co, no i ciekawe, gdzie podziały się nagle gobliny), a Xavier jest niby winny całego bałaganu (nie wiem, czemu akurat on, a nie Sinister przykładowo, bo o ile się orientuję, to nie Xavier siał destrukcję itp, itd). Ogólnie rzecz biorąc, nie rozumiałem runu Kirkmana i się nic nie zmieniło. Tak jakby facet miał masę pomysłów i koniecznie chciał je wszystkie przedstawić w jak najkrótszym czasie, przez co sam się troszkę pogubił, albo nie przedstawił niektórych rzeczy tak, jak powinien. Dobrze, że to już koniec.
MadMarty: Jeśli spojrzymy na ten numer jako one shot mający dać serii szansę na przyszłość - jest nienajgorzej. Nie zmienia to jednak faktu, że cała ostatnia historia i większość runu Kirkmana były strasznie słabe. No i takie zakończenie pachnie trochę OMD, nie? Co się stało z Cablem? On i Xavier mieli powalczyć z Apocalypsem? O ile dobrze pamiętam, to wyszło im przez 2 kadry, potem Cable się zabrał całkowicie. A ktoś wie, jak mógł brzmieć cudowny plan Cable'a?
Jest pozamiatane, następca Kirkmana ma czyste konto i nie ciągną się za nim żądne głupie wątki. Z drugiej strony jednak, niektóre wątki z 616 zostały zmarnowane w strasznie głupi sposób - Apocalypse'a żal mi bardzo, Sinistera też, Shadowking dostał 1 numer itd. Niech dociągną to do setki, zrobią restart i oddadzą Hitchowi i Millarowi, którzy się gdzieś deklarowali, że chcieliby razem tworzyć X-Men.

Ultimate Human #4
Crov: Chałtuuura. Ellisa stać na więcej, a ta miniseria to tylko zainkasowanie forsy za wskazówki dla rysownika. Warto dodać, że jakieś nieporadne, bądź niestarannego rysownika. Grafika w tej serii wygląda wyjątkowo beznadziejnie - i rysunki, i kolory. Rozmazane, niewyraźne i nierówne. Jeden czy dwa fajne momenty w całej serii (m.in. odkrycie, że Wisdom to Leader), ale to tyle. Ellis się nie popisał tym razem.
Słuchając: Kowalski - Irlandia Zielona

Gil: Finał historii, zgodnie z oczekiwaniami, przyniósł rozwałkę. Jest ona logiczna i poprawna, miejscami nawet ekscytująca - w końcu jak się Hulkuje gościa z wielką głową, to musi być niezła zabawa - ale jednak brakuje mi tu wymowy. Może dlatego, że nie mogę sobie wyobrazić wpływu tych wydarzeń na mało mi znany świat Ultimate. Cóż, czytało się fajnie, oglądało się również przyjemnie, ale jednak nie mogę się nią zachwycić. Ocena będzie gdzieś między 6 a 7/10 w zależności od tego, jak bardzo lubicie Ultimate.
Krzycer:
Zawodzi. Niewiarygodne, jak szybko przeczytałem ten numer - w nim po prostu nie ma treści. A rezultat całej rozróby? "Banner ocalił przyjaciela, ale przez to pozostanie Hulkiem".
Po pierwsze: było! Wystarczy obejrzeć losowy odcinek animowanego Hulka z FoxKids. Pardon, Jetix.
Po drugie: to, że schematyczne nie znaczy, że nie może wyjść ładnie. Proszę spojrzeć na Samuraja Jacka i jego niekończącą się podróż do domu (przeszłości).
Po trzecie: skoro już ustaliliśmy, że schematy nadal mogą bawić, pragnę tylko powtórzyć, że UH #4 zawodzi... No i po co było marnować Wisdoma na Ultimate Leadera, skoro najwyraźniej już po nim?


avalonpulse0042j.jpg X-Men Legacy #210
Gil: Ktoś nazwał ten numer pojedynkiem człowieka po lobotomii ze średniowiecznym Indianinem. Pomijając fakt, że Exodus nie jest Indianinem, to właściwie prawda. Ot, tłuką się na płaszczyźnie psychicznej, wywlekając tragedie z życia Chucka. Wygląda to nieźle, bo jakoś udało się Landowi upodobnić swój styl do Cassadaya (podejrzewam zasługę inkerów i koloru), ale emocji raczej brak. Poprzedni numer był znacznie ciekawszy i nie zmienia tego nawet niby-zaskakująca propozycja, by Charlie przejął Acolytes. Cała nadzieja w tym, że Rogue wreszcie wróci, a z wątku Hellfire Club coś się wykluje (a chyba nawet już się wykluło). Co ciekawe, występ Sunspota tutaj i Pierce'a w ostatnim X-Force coraz głębiej zakopują Young X-Men Guggenheima. Ocena: 6/10.
Hotaru: Niedorzeczności ciąg dalszy. Emocjonalny ładunek "potężnej" telepatycznej bitwy pomiędzy "najpotężniejszymi" telepatami na Ziemi (z których jeden jest czerwony, a drugi ma pół mózgu) porównywalny jest z tym, jaki odczuwam w chwili wyklucia się kijanki w kałuży przy drodze 66. Podobnie emocje towarzyszące odryciu przez Scotta i Emmę, że Xavier żyje. Scenarzysto - kim jesteś i co zrobiłeś z Mikiem Carey'em?
S_O: Przecież Exodus ma czerwoną skórę, nie? Pierwszym, co mi się nie spodobało, to fakt, że po ukazaniu mu jego największych grzechów, Charlie pada zamęczony na kolana, aby zaraz potem się podnieść i stwierdzając "ha-ha, fooled ya!" trzasnąć Exodusa psycho-blastem. Druga rzecz, to że po przegranej walce (która trwała ponad połowę numeru) Bennet stwierdza, że wcale walczyć nie chciał (no i dwa dolce w błoto). Charlie odchodzi, by odnaleźć siebie (dosłownie), mam nadzieję, że przy okazji znajdzie Careya, bo moi zieloni rodacy na fotelach scenarzystów nienajlepiej się czują.
CrissCross:
Już nie będę się znęcał nad wątkiem żyjącego w niezłym zdrowiu faceta z kulą w głowie. Dobrze, że się ta bzdura skończyła tak, a nie inaczej. Może ktoś teraz Xaviera odkurzy i zrobi z niego ciekawą postać, bo ostatnio słaniał się tylko za plecami Cyclopsa płacząc, że nie ma już wpływu na X-Men. Teraz zobaczymy, co kombinuje Rogue. Natomiast nie wiem, co planuje Shaw, ale zapowiada się dość ciekawie...
MadMarty: Chyba jednak wolałem, jak walki na planie astralnym polegały na tym, że bohaterowie się okładali po pyskach, tylko byli inaczej kolorowani. Rozumiem plan zarzucenia Xaviera jego własnymi wyrzutami sumienia. Szkoda tylko, że Exodus wali mu retrospekcjami przez kilka stron, po czym Charlie stwierdza, że ma to w dupie, bo większości nie pamięta. Mam ochotę traktować ten kilka numerów jako wstęp do czegoś, co dopiero się zacznie, bo póki co, to ta seria mnie trochę nudzi...
hitano: No i wyjaśnia się. Pomysł Carey'a z Xavierem jako przywódcą Acolytes ciekawy, nawet bardzo. Sama walka taka sobie z tym pokazywaniem błędów psorka. Fajnie, że Carey próbuje odświeżyć nam Xaviera. Zakończenie interesujące, oby ciekawych starych przyjaciół, jak i wrogów, Xavier spotkał w następnych numerach tej serii.



Okładki tygodnia

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

 

Hit tygodnia:

avalonpulse0042a.jpg Thor: Ages Of Thunder

autor: Marko Djurdjevic

Duczmen: Marko narysował okładkę, którą miesiąc temu uznałem za shit, a 2 tygodnie temu wyróżniłem. Teraz znowu pora na pochwały. Thor stojący na głowie giganta wygląda świetnie, jego czarny ubiór bardzo fajnie kontrastuje z białym tłem i szarą deptaną postacią. Tło jest jasne, jakby pokryte lodem, co wyszło bardzo ładnie. Sam nordycki bóg również wygląda bardzo dobrze. Czerwona peleryna, strzępiona, powiewa na wietrze, świetnie odbijający światło hełm, oraz realistyczne mięśnie. Oby więcej tak rysowanego Thora.


Gniot tygodnia:


avalonpulse0042b.jpgNew Warriors vol. 4 #11

Autor:
Nic Klein

Gil: Oto przykład, jak okładki robić nie należy. Zamiast porządnego tuszowania, używać ołówka i tysiąca niezgrabnych kresek. Zamiast dokładnie kłaść kolory, naciapać czegoś farbkami, nie patrząc, czy ma się to jakoś do rzeczywistości. Zamiast głowić się nad kompozycją, walnąć coś tu i coś tam, bez ładu i składu. Broń Boże, nie robić niczego starannie, bo to popsuje efekt! A na dokładkę wkleić napis, który nijak nie pasuje do schematu kolorystycznego reszty.






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2008.04.30



Redaktor prowadzący: Lex
Korektor: S_O
Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.