Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "Iron Man" - Foxdie

Do tej pory nie każda komiksowa adaptacja była w stanie jednocześnie uszczęśliwić wielbicieli obrazkowych historii i zwykłych zjadaczy chleba, żądnych obejrzenia dobrego filmu. Iron Man bez problemu powinien trafić w gusta jednych, i drugich. Oczekiwania wobec tego obrazu miałem spore, zwłaszcza po świetnych trailerach i innych dodatkach promocyjnych. Pomimo tego, iż nie jestem w pełni usatysfakcjonowany, to śmiało mogę umieścić Iron Mana pośród pięciu najlepszych, jak do tej pory, adaptacji.

Do tej pory nie każda komiksowa adaptacja była w stanie jednocześnie uszczęśliwić wielbicieli obrazkowych historii i zwykłych zjadaczy chleba, żądnych obejrzenia dobrego filmu. Iron Man bez problemu powinien trafić w gusta jednych, i drugich. Oczekiwania wobec tego obrazu miałem spore, zwłaszcza po świetnych trailerach i innych dodatkach promocyjnych. Pomimo tego, iż nie jestem w pełni usatysfakcjonowany, to śmiało mogę umieścić Iron Mana pośród pięciu najlepszych, jak do tej pory, adaptacji.

 

Fabuła, chociaż niezbyt skomplikowana, od początku przykuwa uwagę widza dzięki zastosowanemu flashbackowi. Po zaprezentowaniu sylwetki Starka zostajemy przeniesieni do momentu originu Iron Mana, który bardzo dobrze obrazuje, dlaczego playboy, czerpiący z życia pełnymi garściami, zostaje bohaterem. Spora część filmu poświęcona jest samej zbroi, procesowi jej tworzenia, kolejnych modyfikacji i testów. W tle rozwija się wątek głównego zagrożenia, jakim jest Obadiah Stane, a swoje pięć minut dostają również Rhodey i Pepper, którzy zapewne będą mogli rozwinąć skrzydła w kolejnych filmach. Jedyne, co może zmęczyć widza, to czas trwania filmu, który można by skrócić spokojnie o jakieś dziesięć minut.

 

Film pełen jest odniesień do pierwowzoru, a scena ucieczki Starka z obozu idealnie odzwierciedla tę przedstawioną w komiksie (o ile oczywiście pominiemy różnice "kulturowe"). Oprócz postaci Iron Mana, Pepper, Rhodesa, Obediaha czy Yinsena, które mają swoje odbicie w konkretnych aktorach, nie brakuje nawiązań do innych bohaterów czy wątków znanych z komiksu. W ten sposób lokaj Jarvis został zastąpiony inteligentnym systemem komputerowym. Whiplash (jeden z klasycznych przeciwników Iron Mana) to kod wywoławczy myśliwców, a grupa terrorystów działająca pod nazwą "Dziesięciu Pierścieni" przywodzi na myśl samego Mandarina. Nie martwcie się, S.H.I.E.L.D. też ma swoje pięć minut. Muszę również wspomnieć o przekozackiej prezentacji sylwetki Anthony'ego Starka, która ma miejsce na początku filmu. Te wszystkie artykuły w gazetach i okładki najpoczytniejszych pism świata sprawiają, iż niejeden byłby w stanie uwierzyć, że Tony Stark naprawdę istnieje.

 

Jeśli chodzi o samych aktorów, to Robert Downey Jr. swoją kreacją Tony'ego Starka bije na głowę Petera Parkera w wykonaniu Maguire'a i tylko Hugh Jackman jako Wolverine dzieli go od pierwszego miejsca na podium w kategorii "najlepiej zagrana postać komiksowa". Nie wyobrażam sobie kolejnych odsłon Iron Mana bez udziału Downey'a. Równie przekonujący jest Obadiah Stane grany przez Jeffa Bridgesa i chociaż odbiega znacznie od oryginału, to idealnie wpasowuje się w realia filmu. Jedynie Gwyneth Paltrow wzbudza we mnie mieszane uczucia, gdyż na początku grana przez nią Pepper Potts [w filmie ani razu (!) nie pada jej prawdziwe imię] sprawia wrażenie rozgarniętej, dbającej o interesy swojego szefa, asystentkę. Natomiast pod koniec w obliczu zagrożenia zamienia się w głupiutką blondynkę. A co z Rhodsem i War Machine, zapytacie. Powiem tylko tyle: "Next time, baby".

 

Czym jednak byłby film o super bohaterze bez efektów specjalnych? W przypadku Iron Mana są one niezbędne. Większość scen z udziałem zbroi nie obeszła by się bez odpowiedniej oprawy graficznej, a ta stoi na wysokim poziomie. Zbroja jest bogata w szczegóły, a sceny lotu czy walki wyglądają naturalnie. Nie obeszło się jednak bez kilku wpadek, które naprawdę nie powinny mieć miejsca przy takiej produkcji. Weźmy dla przykładu moment przelotu Iron Mana nad taflą wody, która ani drgnie. Albo scena, w której generator łukowy (ten okrągły, świecący bajer, dający energię zbroi i utrzymujący Starka przy życiu), zamiast być schowanym pod koszulką jest przymocowany... na koszulce.

 

Całości dopełnia świetna rockowa muzyka, a na ścieżce dźwiękowej pojawił się nawet pamiętny utwór z serialu animowanego "Invincible Iron Man". Mam też nadzieję, że motyw przewodni pozostanie już na stałe przypisany produkcjom z udziałem Człowieka z Żelaza.

 

Pozostaje jeszcze popsioczyć na tłumaczenie, które nie jest tak fatalne, jak przy pamiętnym X-Men 3, ale sporo kwestii wypada dużo gorzej niż w oryginale, a błędne tłumaczenie gry zręcznościowej znanej u nas jako "Operacja" u większości widzów nie wywoła oczekiwanego uśmiechu na twarzy. Mimo wszystko, jesteśmy na dobrej drodze ku lepszemu.

 

Bez dwóch zdań polecam ten film każdemu, niezależnie od tego, czy jest zapaleńczym fanem [pozdro Gamart], czy też zwykłym widzem, chcącym obejrzeć dobre kino akcji. Aha, i pamiętajcie, nie wychodźcie z kina, dopóki nie skończą się napisy, chyba, że nie chcecie zobaczyć Samuela L. Jacksona w roli Nicka Fury'ego.

 

PS: Pomijając kwestię samego filmu, chciałbym się podzielić doświadczeniami wyniesionymi z dwóch szczecińskich kin. Jednego dnia obejrzałem dwa seanse Iron Mana. Pierwszy w Multikinie, gdzie początek filmu, około 5 minut, musiałem oglądać w wersji: górna połowa filmu na dole ekranu, dolna połowa filmu na górze ekranu. Takie "drobne" niedopatrzenie osoby odpowiedzialnej za ustawienia projektora. Jednak to nie wszystko. W chwilę po tym, gdy pozycja obrazu została naprawiona, całkowicie wyłączono film i zapalono światła. Po około 2 minutach film został włączony od momentu, w którym go przerwano, i dalej obeszło się bez zbędnych komplikacji.

W przypadku drugiego seansu, udałem się do kina Helios. Na początku zostałem mile zaskoczony, gdyż Iron Man był jedynym (i chyba pierwszym w ogóle) filmem wyświetlanym w technice cyfrowej (generalnie to tak jak HD dla domowych telewizorów), co oznaczało znaczną poprawę jakości obrazu i takowa nastąpiła. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że zaraz po rozpoczęciu napisów końcowych film wyłączono, a na sali zgaszono światła. Tym oto sposobem nie udało mi się zobaczyć powtórnie dodatkowej sceny z Nickiem Furym. Mimo wszystko, cyfrowy obraz w Heliosie rozkłada na łopatki złą konfigurację projektora w Multikinie.

Autor: Foxdie

 

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.