Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "Iron Man" - Fylyp3g

Filmowe adaptacje komiksów mają to do siebie, że wypadają świetnie lub wyjątkowo słabo. Trudno tu doszukiwać produkcji pomiędzy i ponadto. "Iron Man" nie wybija się pod tym względem. Pomimo, iż nie jest dziełem przełomowym, to z całą odpowiedzialnością można go umieścić na półce najlepszych ekranizacji przygód o superbohaterach.

RECENZJA FILMU IRON MAN

 

Filmowe adaptacje komiksów mają to do siebie, że wypadają świetnie lub wyjątkowo słabo. Trudno tu doszukiwać produkcji pomiędzy i ponadto. "Iron Man" nie wybija się pod tym względem. Pomimo, iż nie jest dziełem przełomowym, to z całą odpowiedzialnością można go umieścić na półce najlepszych ekranizacji przygód o superbohaterach.

 

 

Każdy szanujący się fan amerykańskich historii obrazkowych wie, kim jest Tony Stark. Obrońcą dobra z głębokim portfelem. Codziennie sypia z inną, wozi się najdroższymi samochodami, pije najlepsze alkohole, o których recenzent filmowy może tylko pomarzyć. Komiksowy James Bond. Tak jak odpowiednik postaci z opowiadań Fleminga, Stark uwielbia ryzyko i naprawianie świata po swojemu. Ma jednak coś ponadto. Sam produkuje swoje elektroniczne cacuszka, które robią dużo większe zamieszanie, niż te od pomagierów Agenta Jej Królewskiej Mości. Jest dodatkowo o wiele ciekawszą osobowością, bardziej barwną. Z jednej strony wpływowy biznesmen, a daje się rolować we własnej firmie. Postać z pierwszych stron brukowców, pewny siebie, wpływowy filantrop, jednak w głębi ciągle zagubiony w wielkim świecie dzieciak z trzydziestką na karku. Produkuje broń, a jednocześnie wierzy, iż dzięki niemu ludzie czują się bezpieczniej. By w pewnym momencie niemal całkowicie zanegować swoją dotychczasową działalność, zkładając zbroję Iron Mana. Pomysł jak się patrzy do wielkiej produkcji prosto z Hollywood.

 

Bohatera poznajemy w nieciekawych okolicznościach. Biznesmen, przyzwyczajony do luksusów, zostaje porwany przez terrorystów. Od co, Tony Stark nie pojechał konwojem dla nudziarzy, by odlecieć całkowicie odmienionym. Jest to przeobrażenie dwojakie. Z jednej strony bohater nieco dorasta, jednocześnie nie tracąc swojego infantylnego charakteru. Z drugiej, co oczywiste, przywdziewa produkowaną w pocie czoła zbroję. To niejako przekreśla jego wcześniejsze życie, tworząc z siebie herosa z krwi i stopów metalowych.

 

W filmie pojawiają się cztery zbroje. Wypadły znakomicie. Każda ma swój klimat, a efekt końcowy wprost zachwyca. Dodatkowo, mnóstwo tu ciekawych gadżetów. Choćby stół projekcyjny Starka i jego super komputer. Wszystko okraszają świetne efekty specjalne. Prawda, ostatni "Spider-Man" to pod tym względem dzieło sztuki, jednak tutaj też wszystko jest na miejscu i widz nie dostaje uczucia przesytu wodotryskami komputerowymi. Podniebne akrobacje wypadły niesamowicie, a testowanie metalowego uniformu wzbudziło kilka razy śmiech na sali (w pozytywnym słowa znaczeniu).

 

Bo humoru tu dużo. Z odpowiednią jego dozą potraktowano relacje między Starkiem, a jego sekretarką, czy najlepszym przyjacielem. Wszystko wypadło przekonująco dzięki świetnej grze aktorskiej. Robert Downey Junior wybitnie poradził sobie w swojej roli. Prawdopodobnie jest to najlepszy odtwórca bohatera ekranizacji komiksu w dziejach. Tony Stark to postać wręcz stworzona dla niego wizualnie, a i charakteru mu nie brak. Jeff Bridges, jak zwykle ujmuję. Tego faceta nawet, gdy gra drania, nie można nie lubić. Potrafi urobić na swoje podobieństwo mało znaną postać Obadiaha Stane’a, będąc jednocześnie jego fizycznym odbiciem dzięki pracy charakteryzatorskiej. To się nazywa perfekcyjna sztuka aktorska. Gwyneth Paltrow też nie można niczego ująć. Jak zwykle, na ekranie prezentuje się ślicznie, gra dobrze, a jej postać wypadła przekonująco. Terrence Howard także nie zawodzi, choć na tym tle wypadł blado. Najprawdopodobniej w niedalekiej przyszłości Rhodes pokaże, na co go stać.

 

Dialogi i idąca za nimi interakcja między bohaterami to coś, czego tej produkcji może pozazdrościć większość podobnych tytułów. Widz niejednokrotnie czuje, że z ekranu puszcza się do niego oczko. A znający postać jeszcze z komiksu, czuje się wyróżniony po dwakroć. Pojawienie się Nicka Fury'ego po napisach końcowych, dające do zrozumienia, że pomimo kończącego się filmu mamy do czynienia z początkiem czegoś większego [o czym wiedzą tylko ci, którzy przetrzymali niezbyt przychylne oko obsługi kinowej – przypis, poirytowany Fylyp3g]. Podobnie ma się sprawa z Generałem Rhodesem, który przygląda się jednemu z prototypów zbroi, którą jak wiedzą fani komiksu, po ulepszeniach przywdziewa i nosi się jako War Machine. Oczywiście, pojawił się także najznamienitszy Stan Lee i w ciągu swojego kilkusekundowego występu, jako Hugh Heffner, skradł ponownie serca fanów. To te dobitniejsze przykłady niuansów, a jest ich o wiele więcej.

 

Film starał się na przypasowanie do panujących realiów. Trudno jest wypowiadać się na tematy czysto techniczne. Jednak wojsko już od jakiegoś czasu testuje specjalne zbroje na podobieństwo tych z kart komiksu o Iron Manie. Jedna ze scen to kopia przemówień terrorystów, którzy przetrzymują jeńców z workiem na głowie, jakie nieraz widzieliście w telewizji. Jedyne, czego zabrakło, to nie pociągnięcie konsekwentnie wątku wojny z terrorem. Film zapewne mógłby wiele zyskać na rozgłosie, jak i na treści, gdyby tylko postarał się o głębsze podłoże w tej materii.

 

Montaż to iście szalona sprawa w tym wypadku. Akcja raz przeskakuje z chwili na chwilę, by w pewnym momencie przystanąć i pokazać Starka projektującego. Zdarzyły się przy tym drobne potknięcia. Źle pocięte sceny. Lecz, po pierwszym seansie dostrzegłem zaledwie dwa takie mankamenty, aż nieistotne. Podobnie jest z muzyką. Mamy tu głównie ostre gitary, a wraz z nimi mocne partie perkusyjne. Co dobrze wpisuje się w akcję, nie siląc się na wybitność. W tego typu produkcji trudno o majstersztyki w tej dziedzinie. Wszelkie odgłosy, czy też przetworzona mowa, wypadły znakomicie.

 

Są osoby, którym może nie przypaść do gustu otwartość fabularna. Podskórnie czujemy, że to dopiero rozgrzewka. Adaptacje Spider-Mana czy X-Men potwierdzają, iż taki chwyt jest bardzo wymierny marketingowo. Trudno też doszukiwać się jakichś niespodzianek. Przedstawiono bohatera skazanego na sukces. Zazwyczaj taki wybieg fabularny przeszkadza, nuży, jednak w tym przypadku świetnie się sprawdził.

 

Komu można polecić "Iron Mana"? Po pierwsze, każdemu czytelnikowi komiksu, ale także wszystkim tym, którzy po prostu lubią dobre kino akcji. Uwielbiamy chodzić do kina lub przysiąść przed telewizorem, by zrelaksować się przy tego typu produkcji. Mamy tu do czynienia z jednym z najlepszych filmów rozrywkowych ostatnich lat. James Bond naszych czasów. Naprawdę wart polecenia i czekamy na więcej. W końcu to, co dobre, zawsze jest w cenie.

 

Ocena: 5

 

Autor: Fylyp3g

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.