Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "Avengers: Wojna bez granic" - Sobb



UWAGA! Recenzja zawiera spoilery dotyczące fabuły filmu!

WOW! Cóż to było za widowisko! Co ja mam o tym myśleć?!? - powiedziałem sam do siebie zaraz po wyjściu z pokazu przedpremierowego Avengers: Wojna bez granic. Kilka miesięcy dzikiej ekscytacji właśnie znalazło ujście i to w tak spektakularny sposób. Film zwieńcza 10 lat historii Marvel Cinematic Universe. O wielu filmach Marvela jest głośno, jednak takiej sytuacji jak w przypadku Wojny Bez Granic nie było jeszcze nigdy. Każdy o nim wiedział, każdy o nim mówił, każdy chciał go zobaczyć. Wydaje się, że produkt finalny okazał się zupełnie inny od tego, jak sobie powszechnie wyobrażano. W każdym razie jednak dostaliśmy coś, czego do tej pory nie było. Dlaczego o tym wszystkim piszę akurat teraz? Do przemyśleń skłania mnie wydanie wersji DVD filmu, która ostatnio pojawiło się w polskich sklepach.

Powiedzieć, że film jest jedyny w swoim rodzaju to mało. Co prawda, kiedy zaczynałem oglądać wydanie DVD, byłem już po kilku seansach, jednak w dalszym ciągu bawiłem się świetnie. Film jest długi - nie można temu zaprzeczyć, jednak kiedy się go ogląda, praktycznie nie czuć upływu czasu. Zwykle przy dłuższych formatach po pewnym czasie czuję pewne znużenie. Oczywiście, chcę żeby akcja działa się dalej, jednak sama długość jest dla mnie męcząca. Tutaj było zupełnie inaczej! Każda minuta filmu powodowała, że chciałem następnej. Bardzo cieszy mnie, że uczucie to występuje mimo faktu, że film znam prawie na pamięć. Jest to trochę zaskakujące. 

Fabuła kręci się wokół bohaterów, których poznaliśmy w trakcie trwania całego Marvel Cinematic Universe. Nie jest więc żadnym zaskoczeniem, że postaci jest dużo. Wydaje się, że zbyt dużo jak na jeden film, jednak jest zupełnie odwrotnie. Osobiście miałem pewne założenie, że moje ulubione postaci dostaną raczej mało czasu na ekranie - przecież wystąpić musi każdy. Cieszyłem się więc jak dziecko, kiedy okazało się, że tak naprawdę każdy dostaje dosyć sporo. Nawet kiedy obiektywnie da się stwierdzić, że Steve Rogers nie występuje zbyt często, ma swoje świetne momenty, a czas na ekranie idealnie odpowiada jego roli. Wszystko tutaj do siebie pasuje. 

Duża liczba postaci kreowała także obawy o jakość relacji postaci. I znowu bracia Russo wyszli z tego obronną ręką. Postaci zostały podzielone na pewne grupki. Grupki te zostały tak dobrze dobrane pod względem charakterów, że aż ciężko to odpisać. Dzięki temu mamy spięcia, śmieszne sytuacje, a także często bardzo wzniosłe chwile. Lepiej nie dało się tego dobrać. Wyobraźcie sobie przykładowo że zamiast Tony'ego Starka u boku Star Lorda ląduje Captain America - nie byłoby to takie dobre.


Oprócz naszych bohaterów mamy tu też kosmiczne zagrożenie. Thanos to szalony tytan chcący wybić połowę życia we wszechświecie za pomocą kamieni nieskończoności. Również przy nim nie można nie pochwalić kilku rzeczy. Przede wszystkim dobrze został rozwiązany problem przedstawienia Thanosa jako szaleńca zakochanego w śmierci. W komiksach polega to mniej więcej na tym, że... Thanos jest szaleńcem zakochanym w Śmierci. Dosłownie. W filmach stworzenie personifikacji śmierci byłoby raczej nie na miejscu, ale wszystko zostało idealnie zachowane. Chociaż cel Thanosa jest szczytny (chce zaprowadzić pokój i dobrobyt we wszechświecie), to jednak jego metody mówią co innego. Przez lata dochodzenia do swoich celów przy pomocy miecza zamiast kamieni nieskończoności na tyle oswoił się ze śmiercią, że widzi w niej jedyne rozwiązanie problemu przeludnienia. Za pomocą kamieni nieskończoności mógłby spokojnie stworzyć większe przestrzenie życiowe, maksymalnie odnawialne źródła etc. Nie robi tego. Dlaczego? Bo jest szaleńczo zakochany w śmierci. 

Mamy tu także sługi Thanosa - Czarny Zakon / Black Order. Nie wiem czemu, ale byłem bardzo podekscytowany tą ekipą. Nie przeliczyłem się. Chociaż względem materiału źródłowego nastąpiły pewne roszady, ciągle jest dobrze. Wygląd postaci bije dosłownie wszystko. Proxima Midnight, chociaż posiada elementy wzięte niewiadomo skąd, to jednak wygląda świetnie. Corvus Glaive jest z kolei chyba jeszcze lepiej zrobiony niż w komiksach. A Ebony Maw… Ebony Maw to już zupełnie inny temat. Przede wszystkim - wiem, powtarzam się - design to kosmos. Z drugiej strony jednak sam pomysł na tę postać! Szaleńczy akolita Thanosa, który z jednej strony wierzy w swoje peany na jego temat, a z drugiej jest bardzo pragmatyczny. Maniera w głosie aktora totalnie kupuje mnie za każdym razem, kiedy ją słyszę. Dodatkowo podobało mi się skierowanie jego mocy w stronę telekinezy. Dało to kilka dobrych scen.

A propos telekinezy - nieodłącznie kojarzy mi się to ze sceną gdzie Ebony Maw torturuje Doctora Strange. Świetne wykorzystanie motywów z komiksu. I to jest następna rzecz, za którą trzeba twórców pochwalić. W filmie znajdujemy kilka bardzo fajnych, ale i subtelnych nawiązań. Mogą one być powiedziane nie wprost, mogą być meta, ale są. I to jest fajne, to cieszy fana, a jednocześnie nie jest nachalne. 

To jest już raczej standard, jeżeli chodzi o MCU, więc nie odkryję Ameryki - film jest zabawny. Relacje pomiędzy postaciami tak dobrze tu grają! Wśród Strażników Galaktyki króluje pod tym względem Star Lord. Jego spotkanie z Thorem totalnie mnie kupiło, zwłaszcza że Quill ambicje może mieć boskie, lecz - umówmy się - to po prostu „facio”. Zdecydowanie jestem także usatysfakcjonowany spotkaniem dwóch gości, których supermocą jest ogromne ego - Iron Mana i Doctora Strange. Wątki również ze Spider-Manem jak zawsze dobre. 

Co można powiedzieć więcej o filmie? Wiele. W tym tekście chciałem Wam przypomnieć, że Avengers: Wojna bez granic to po prostu dobrze zrobiona robota. Każdy fan komiksów, kreskówek czy po prostu filmów Marvela powinien być zadowolony. Oczywiście, na końcu ginie połowa ulubionych bohaterów, ale chyba właśnie o to też chodzi - zamykamy pewien rozdział w spektakularny sposób. Zdajemy sobie sprawę, że to nie jest kolejny lekki film, w którym nazista z czerwoną twarzą będzie chciał zawładnąć światem, ale mu się nie uda i wszystko będzie dobrze. Widzimy, że MCU zrobiło bardzo dużo kroków w przód, dzięki czemu dostajemy dobry kawałek kina superbohaterskiego. Jeżeli ktoś nie był na filmie w kinie - DVD jest pozycją obowiązkową. Jeżeli ktoś przyłożył swój element do zapełnienia sali kinowej - osobiście też polecam kupić. Naprawdę, to się świetnie ogląda nawet po kilku seansach i nie żal na to wydać pieniędzy. 

Sobb

Avengers: Wojna bez Granic
reżyseria: Anthony i Joe Russo
scenariusz: Christopher Markus i Stephen McFeely
występują: Robert Downey Jr., Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Chris Evans, Scarlett Johansson, Benedict Cumberbatch, Don Cheadle, Tom Holland, Chadwick Boseman, Paul Bettany, Elizabeth Olsen, Anthony Mackie, Sebastian Stan, Danai Gurira, Letitia Wright, Dave Bautista, Zoe Saldana, Josh Brolin, Chris Pratt i wielu innych

Dziękujemy Galapagos za egzemplarz filmu do recenzji.


AVENGERS: WOJNA BEZ GRANIC na DVD i Blu-Ray już w sklepach
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.