Avalon » Publicystyka » Artykuł

16. urodziny Avalonu: komiksy, do których mamy największy sentyment

Świętując 16. urodziny Avalonu postanowiliśmy sięgnąć pamięcią do komiksów, które darzymy największym sentymentem. Niewielu powinno dziwić, że w naszych wspomnieniach najmocniej zapisał się Spider-Man i X-Men. 


Rodzyn: Moim pierwszym komiksem Marvela był Amazing Spider-Man 5/94 - kto przy takiej okładce nie sięgnąłby po komiks? Choć dobrze wspominam ten tytuł, to inna zeszytówka na dobre wciągnęła mnie w świat komiksów: X-Men 2/94 (Uncanny X-Men 225-226), czyli początek Upadku Mutantów od Chrisa Claremonta i Marca Silvestri. Wygrzebany z masy innych komiksów w antykwariacie na starym katowickim dworcu przykuł szybko moją uwagę (jeszcze więcej bohaterów na okładce niż wcześniej), po czym nie zawiódł mnie swoją historią i rysunkami. Po poprzednim zdaniu można słusznie przypuszczać, że gdy TM-Semic wydawało ten numer, mnie na świecie jeszcze nie było. 

Uwielbiałem oglądać X-Men TAS i X-Men: Evolution, więc możliwość przeczytania przygód o jeszcze innym zespole była dużą atrakcją. Kogo my tu mamy? Znani mi już wtedy Wolverine, Rogue i Colossus, ale też całkiem nowi dla mnie Dazzler, Psylocke, Longshot, Havok i Madelyne Pryor. Oczywiście są tu też Mystique i jej Freedom Force, którzy świetnie się prezentowali i do dziś także do nich mam spory sentyment. To, co mnie urzekło w tym komiksie to nie tylko klasyczne już sceny walk, chociażby z Blobem, ale te spokojniejsze momenty. Koncert Dazzler; Havok i Longshot przechadzający się ulicami miasta, pomagający przypadkowym kobietom; Rogue na siłowni w rozmowie z Mystique; Colossus rysujący tajemniczą kobietę i jego rozmyślania nad własnym losem. Czułem, że te postaci to nie są tylko świetni superbohaterowie, ale ludzie z krwi i kości. No coż, będąc małym chłopcem równie mocno ciekawiły mnie wewnętrzne rozterki postaci i to, jak moja ulubiona drużyna bohaterów radzi sobie w walce z przeciwnikiem. Do tego świadomość, że pod koniec mamy do czynienia z ważnym wydarzeniem dla bohaterów, gdzie nie wiadomo, czy uda im się przezwyciężyć własny los. Wszystko to narysowane świetnie przez Marca Silvestri, który w późniejszych swych dziełach nie był już dla mnie tak atrakcyjny. Chris Claremont pokazał tu wszystko, za co kochałem tę drużynę i co teraz ciężko jest scenarzystom znów dobrze pokazać.

Co ciekawe, zakończenie tej historii udało mi się poznać dopiero ponad dekadę później. O ile pozostałe zeszyty o mutantach wydawane przez TM-Semic udało mi się szybko dokupić (i czytało się praktycznie wszystko świetne), tak ten jedyny zeszyt dołączył do kolekcji praktycznie na samym końcu. I cóż, zakończenie historii było dla mnie trochę oderwane swym klimatem od opisywanej tu części i lekkim zawodem. X-Men 2/94 pozostał jednak jednym z moich ulubionych komiksów, do którego lubię wracać.


S_O: Jestem pewien, że większość z nas ma pewien wyidealizowany obraz idealnego Spider-Mana. I jestem pewien, że większość z nich czymś się różni – strojem, metodą tworzenia sieci, stanem cywilnym, może nawet imieniem... Ale jest coś, co się nie zmienia: jego oddanie do idei wielkiej odpowiedzialności idącej w parze z wielką siłą, którą zdobył. Jak może być inaczej? Przecież było to integralną częścią Spider-Mana od początku, prawda? 

Problem w tym, że nie do końca. Młody, licealny Peter Parker był całkiem inny od tego, jak ktoś nieobeznany z tamtym okresem mógłby go sobie wyobrazić – był pyskatym, wywyższającym się mizantropem. I nie, nie mówię o Peterze sprzed śmierci wujka Bena – w tamtych czasach głównie pomstował ludziom, których nienawidził, jedynie za ich plecami. To dzięki swoim mocom miał odwagę na to, żeby lżyć im w twarz i, w jednym przypadku, wdać się w bójkę. Najwyraźniej w cywilu jego wielka odpowiedzialność ograniczała się do upewnienia się, że nie zrani Flasha Thompsona ZA BARDZO. Są w końcu powody, dla których Pająk od Ditko bywa określany jako "school shooter Parker". 

Dlatego właśnie uważam Amazing Spider-Man #33 za tak istotny. Ostatnia z trzech części historii o izotopie, którego Spidey potrzebuje do uratowania cioci May, a którego również, w bliżej nieokreślonych niecnych zamiarach, poszukuje Doctor Octopus, zaczyna się ze Spider-Manem uwięzionym pod górą gruzu w rozpadającej się – i wypełniającej się wodą – podwodnej bazie Ocka. Nie będąc pewien, czy wystarczy mu siły na to, by się uwolnić, Spidey przypomina sobie, czemu wyruszył na tę misję i, z pomocą całkiem nieźle trzymającego się nawet po przeszło pięćdziesięciu latach monologu zmieniwszy siłę woli na siłę siły, uwalnia się i kontynuuje swoją walkę – powalając pomagierów Octopusa, dostarczając izotop do doktora Connorsa i gotowy medykament do szpitala, wracając w okolice bazy i robiąc zdjęcia, sprzedając je następnie Jamesonowi, żeby mieć finanse na pobyt May w szpitalu, i zgadzając się na to, by odpocząć dopiero po upewnieniu się, że jego ciocia wyzdrowieje. 

Jest to świetna historia o woli walki, o przekraczaniu granic i o wielkiej sile, którą można osiągnąć, czując wielką odpowiedzialność i po mojemu pierwszy komiks, w którym pojawia się Spider-Man – przeszło trzy lata po swoim własnym debiucie. Tym bardziej imponujące, że udało się to osiągnąć, gdy za zamkniętymi drzwiami Steve Ditko nie odzywał się już do Stana Lee.


Krzycer: Na pytanie o komiks, do którego mam sentyment, w pierwszej chwili chciałem wymienić cały run Mike'a Careya w X-Men/X-Men: Legacy. Ale po chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że jest pojedyncza historia, która skupia w sobie najlepsze elementy nie tylko tej serii, ale i całej linii ówczesnych mutancich komiksów - Messiah Complex

Kiedyś podejrzewałem, że mój sentyment do MC wynika tylko z tego, że był to pierwszy wielki mutanci crossover, jaki czytałem na bieżąco - ale wracałem do niego wielokrotnie, zapoznałem się z paroma starszymi, przeczytałem nie wiem ile późniejszych i raz po raz utwierdzam się w przekonaniu, że Kompleks jest nie tylko jednym z najlepszych mutancich crossoverów, ale i zdecydowanie najlepszym, jaki ukazał się w ich nowożytnej, post-Claremontowskiej historii.

To nie jest głęboki komiks. Ale jest to świetnie zrealizowany thriller, w którym ściera się wiele sił, przeciwnicy są o parę kroków przed X-Men, jednocześnie zagraża im tajemniczy zdrajca, a sceny walk są jednymi z najlepiej zrealizowanych w mutanciej historii. 

Widać w Kompleksie zalety poszczególnych autorów, którzy budowali tę historię - zabawne dialogi Petera Davida, barwne postaci z trzeciego szeregu Craiga Kyle'a i Christophera Yosta, no i te wspaniałe drużynowe starcia Mike'a Careya - scenarzysty, który jak mało kto pilnuje tego, by żadna postać nie zapomniała o swoich mocach, by walki miały dobre tempo i logiczny przebieg, słowem - by nie sprowadzały się do ordynarnych naparzanek gdzie rysownik narysuje dwadzieścia postaci strzelających laserami i wszyscy uznają, że to wystarczy. 

A jednocześnie linia wydawnicza komiksów o mutantach chyba już nigdy nie była tak dobrze skoordynowana, jak wtedy. Carey w X-Men kładłpodwaliny pod Kompleks i ta historia jest zwieńczeniem pierwszego etapu jego runu. Wyprawa w przyszłość kompletnie zmienia losy X-Factor. A dla New X-Men jest to wielki finał, w którym młodzi mutanci walczą ramię w ramię ze starą gwardią jako pełnoprawni X-Men. 

Nie da się ukryć, że crossover ma też nieco słabszy element w postaci Uncanny X-Men Eda Brubakera. Nie, żeby ta część była jakoś wyraźnie słabsza, po prostu ten tytuł nie miał wtedy konkretnego charakteru i wyraźnego kierunku, więc gubi się pośród trzech pozostałych. Ale to nie zmienia tego, że Messiah Complex jest jednym z moich ulubionych momentów w historii X-Men i wielokrotnie do niego wracałem.


Darth: Kiedy przy okazji rocznicy powstania Avalonu, zadałem sobie pytanie o komiks Marvela, do którego mam obecnie największy sentyment, pewny byłem dwóch rzeczy: że to musi być komiks z czasów Tm-Semic, a także dotyczyć przygód mojego ulubionego bohatera z czasów młodości - Spider-Mana. O ile pierwsza kwestia, powinna być zrozumiała, dla każdego kto swoją przygodę z komiksami zaczynał w latach 90., o tyle informacja o Spider-Manie jako moim dawnym ulubieńcu, może dla niektórych być sporym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę mój mocno negatywny stosunek do jego przygód od czasów One More Day. Brak poszanowania dla jednych z moich ulubionych historii z jego udziałem, skutecznie zabiło moje wydawało się niewzruszone uwielbienie dla ścianołaza. Z tego powodu, musiałem zrezygnować z przedstawienia klasyków pokroju: "Ślub!", „Najlepsi wrogowie!", a w szczególności "Dar" z Amazing Spider-Man 2/98. Nie zrozumcie mnie źle, wciąż je lubię i mam do nich sentyment, ale trudno mi patrzeć na nie, kiedy praktycznie nie istnieją lub kluczowe momenty okazują się nieprawdziwe (o tobie myślę fałszywa May Parker). Zanim jednak ten tekst zmieni się w jeden wielki potok pretensji wobec włodarzy Marvela, przejdźmy może do mojego wyboru „sentymentalnego komiksu” z ich wydawnictwa: "Formalności pogrzebowe: Porachunki" z Amazing Spider-Man 7/93 (Spectacular Spider-Man #186-188).

Vulture umiera tu na raka, dlatego przed śmiercią chce zakończyć wszystkie swoje zaległe "interesy" na tym świecie. Przede wszystkim są to sprawy związane ze Spider-Manem, jak również May Parker. Jak się okazuje, przybywa do niej prosić o wybaczenie za śmierci bliskiego jej sercu Nathana Lubenskiego. Starsza pani nie zamierza jednak udzielić mu przebaczenia, co prowadzi do drobnego kryzysu, w którym oczywiście bierze udział Spider-Man. Jeśli macie wrażenia, iż Peter Parker nie jest tu główną postacią, to macie zupełną rację. Bierze co prawda aktywny udział w historii i oczywiście dochodzi między nim a Vulterem do konfrontacji w finale, ale pajęczy-heros wydaje się nieco odstawiony na dalszy tor. Scenarzysta J.M. DeMatteis skupia bardziej uwagę na May Parker i głównym antagoniście tego komiksu. To była moja pierwsza historia jaką pamiętam, umieszczająca May Parker oraz Vultura w centrum wydarzeń i nie przeszkadzało mi to ani trochę będąc gówniarzem. Po latach stwierdzam, że teraz jest nawet lepsza niż wtedy. Poruszane są w niej takie ważne kwestie, jak utrata bliskiej osoby, która może mieć na nas negatywny efekt. Komiks pokazuje, że kwestia wybaczenia za grzechy nie jest taka łatwa, interesująco też przedstawia stan emocjonalny osoby która spodziewa się rychłego końca. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, jak dojrzałe podejście do takich tematów prezentuje ten komiks i jak umiejętnie umieszcza je w realiach prostych przygód super-bohaterskich dla mas. No co? Tym właśnie jest większość komiksów Marvela, DC i całej reszty wydawnictw. Taka prawda.

Myślę, że historia ta podoba mi się aż tak z uwagi kreację Adriana Toomsa, która po dziś dzień budzi we mnie masę sprzecznych emocji jak żal i przerażenie jego czynami. Staruch w zielonym stroiku ze skrzydłami potrafi być w tej historii straszny, to jest osiągniecie. Duża w tym zasługa tego, że sam Vulture prezentuje całą gammę różnych postaw, co jest jak najbardziej zrozumiałe biorąc pod uwagę jego stan. Najbardziej jednak imponuje mi fakt, iż jestem w stanie czuć do niego współczucie i sympatię, chociaż jest pisany definitywnie jako postać negatywna. W komiksie jest nawet scena z Peterem Parkerem, która idealnie obrazuje moje własne emocje, kiedy przeskakuje od żalu do obrzydzenia w stosunku do niego. Moją ulubioną sekwencją jest jednak ta, kiedy Tooms ma swój monolog do jednej ze swoich ofiar, gdzie rysownik idealnie oddaje w kilku kadrach jakie emocje nim targają. Sal Buscema wykonuje świetną robotę przy tym komiksie. Ok, przyznaje, iż jego styl bywa momentami zniekształcony, a sama May ma dość dziwny kształt czaszki, ale nie psuje mi to lektury. Skoro już ponownie wywołałem May, to muszę zwrócić uwagę na fakt, iż to był dla mniej pierwszy komiks z nią w roli głównej, kiedy zerwała z rolą miłej i łagodnej staruszki. Podoba mi się to, że jest w pełni świadoma i przerażona nienawiścią jaka się z niej wylewa, ilekroć przychodzi jej spotkać się z mordercą bliskiej jej osoby, ale zwyczajnie nie jest w stanie nic z tym zrobić. Jestem również usatysfakcjonowany zakończeniem komiksu, które nie daje jednoznacznego rozwiązania problemów osobistych z jakimi musieli zmierzyć się May oraz Tooms. Byłbym nawet bardziej, gdyby to był ostatni występ Adriana Toomsa, ale niestety, ktoś tam postanowił go odmłodzić, potem postarzyć itd., a cała ta sprawa z Lubenskim poszła nieco w zapomnienie, choć nie tak jak historie wymienione przeze mnie na początku.

Avalonu ulega przekształceniu, a czy na lepsze czy gorsze zależy w dużej mierze od czytelników. Niemniej trzeba pamiętać, że wciąż jest aktywny po ponad 10 latach, nadal starając się przybliżyć czytelnikom świat Marvela, a ostatnimi czasem nawet więcej komiksowego medium. Liczę na to, iż ta jedna rzecz nie ulegnie jednak zmianie i stronka pozostanie jeszcze na długo w waszej pamięci, otoczona sympatią, która w pełni jej oraz wszystkim którzy przyczynili się do jej egzystencji, w zupełności należy. Pozostaje mi tylko zakrzyknąć: „Excelsior”, patrząc w przyszłość. 


Łukasz: Amazing Spider-Man 8/92 od wydawnictwa Tm-Semic to mój pierwszy komiks z Marvela, jaki miałem okazję przeczytać. Historia, która się z tym wiąże, zdarzyła się nieco ponad 25 lat temu i w dużym skrócie wyglądała tak, że na jednej z przerw w szkole podstawowej kolega z klasy pochwalił się przed częścią klasy niedawno zakupionym numerem The Amazing Spider-Man 8/92 od wydawnictwa Tm-Semic. Ja zaciekawiony tym nowym doznaniem postanowiłem nie tylko przeczytać ów zeszyt, ale również kilka miesięcy później samemu zacząć zbierać przygody Człowieka Pająka. 

W historiach zatytułowanych „Próba ognia” oraz „Okrutna próba sił” do scenariusza J.M. DeMattiesa nie sposób nie zachwycić się ich wyjątkowością z kilku powodów. Twórca wrzuca Petera Parkera w wir nie tylko potyczek siłowych pomiędzy nim a Pumą (Thomasem Fireheartem - na co dzień szanowanym biznesmenem o indiańskich korzeniach), ale również przedstawia ich obu w pojedynku umieszczonych w sferze duchów tak często wspominanej w wielu wierzeniach rdzennych mieszkańców USA. Na uwagę zasługuje również część rysunkowa. Szata graficzna stworzona przez rysownika Sale Buscemę w owym czasie wydawała się dla mnie trochę paskudna, przerażająca, ale i fascynująca zarazem. Dopiero po latach stopniowo zacząłem doceniać styl tego artysty. 

Dla mnie ośmio czy dziewięciolatka obserwowanie pojedynku pomiędzy Pająkiem a Pumą w dwóch sferach, tej naturalnej oraz tej duchowej było czymś niesamowitym. Pomimo iż tego akurat zeszytu nie mam już niestety w swojej komiksowej kolekcji, to ogromny sentyment nadal dla niego we mnie pozostał. Właśnie dzięki temu konkretnemu numerowi zaczęła się moja przygoda z Marvelem, która z mniejszymi lub większymi przerwami trwa do dziś. Dzięki byciu fanem Domu Pomysłów mogę od kilku już lat dostarczać Wam czytelnicy oraz fani Avalonu różnego rodzaju treści na temat rzeczy wydawanych czy też opartych na tworach z Waszego ulubionego wydawnictwa. Mam nadzieję, że ta przygoda jeszcze długo się nie skończy.


Dengar: Komiksem, który najbardziej mi zapadł w pamięci z lat młodości był oczywiście Amazing Spider-Man wydawany przez legendarne wydawnictwo Tm-Semic. Najbardziej chyba spodobały mi się numery od 11/95 do 5/95, na łamach których pojawiła się historia Maximum Carnage. Komiksy te wpadły w moje ręce kilka lat po swojej premierze, ale wciąż budziły we mnie zachwyt. Jako nastolatek mający raczej blade pojęcie o świecie Marvela (poza tym co znałem właśnie z Tm-semicowych komiksów) byłem zachwycony ilością pojawiających się tu postaci – części z nich nawet w ogóle nie kojarzyłem. Brak znajomości pewnych zdarzeń i faktów jednak nie utrudnił czytania tego komiksu. Bo i czego można chcieć więcej? 

Mieliśmy tutaj nie tylko Spider-Mana ale też Venoma, Carnage’a (co już zwiastowało niezłą napierdzielankę), po raz chyba pierwszy zobaczyliśmy Shriek, był też Doppleganger, duet Cloak i Dagger, Demogoblin, Black Cat, Carrion, Morbius, Deathlok, Firestar, gościnnie pojawili się także Iron Fist czy Kapitan Ameryka. Tak więc bohaterów i złoczyńców mieliśmy zatrzęsienie, co zwiastowało bezustanną akcję i emocje. Spider-Man stawał na głowie żeby poradzić sobie z chaosem wywołanym przez Carnage’a i jego rodzinkę. Byliśmy świadkami brutalnych starć między Pająkiem wspieranym przez sojuszników i przyjaciół z brutalnymi złoczyńcami, dla których liczyło się tylko jedno: rzeź! 

Miałem to szczęście, że pod ręką miałem wtedy wszystkie numery tej serii, bo raczej ciężko by mi było wytrzymać kolejny miesiąc by przeczytać kolejne rozdziały… oj tak, ten komiks wciągnął mnie do reszty. Ładne rysunki, bardzo bardzo wciągająca i ciekawa fabuła, no i przede wszystkim skojarzenie z latami młodości. Chyba dlatego mam do tej serii tak duży sentyment. Bardzo bym się ucieszył, gdyby na naszym rynku pojawiło się wznowienie Maximum Carnage z odświeżonymi kolorami i w twardej oprawie. Bez wątpienia byłoby to dla mnie must have!


A Wam jaki komiks zapadł najmocniej w pamięci? 
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.