Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja komiksu - Uncanny X-Men: Mutant Omega - Krzysiek Ceran


Ten komiks strasznie mnie irytuje. Nie jest zły. Wprost przeciwnie, wiele jego elementów jest bardzo dobrych. A jednak bierze mnie pod włos. 

Album zaczyna się dokładnie tam, gdzie skończył się poprzedni – X-Men właśnie poznali testament Charlesa Xaviera, wraz z klauzulą wymagającą, by zajęli się Matthew Malloyem. Tenże Matthew Malloy - „najpotężniejszy mutant w historii świata” - przeżywa bardzo zły dzień, po tym jak w poprzednim albumie przypadkiem zabił swoimi nowo odkrytymi mocami wiele osób. Ekstremalna sytuacja wymaga współpracy grupy Cyclopsa z pozostałymi X-Men. Pojawienie się Malloya testuje ich oddanie profesorowi Xavierowi i jego ideałom, sprawia, że zaczynają kwestionować swoje postawy. 

To wszystko to bardzo dobre fundamenty historii. Zwłaszcza trzeszcząca od napięć i nieskrywanych antypatii współpraca nielubiących się zespołów X-Men i kwestionowanie postaw i ideałów przez bohaterów wychodzi Bendisowi bardzo dobrze. Rysunki w tym albumie są dobre, choć nierówne. Style Anki i Bachalo nie bardzo do siebie pasują, ale można na to przymknąć oko. Bachalo bardzo dobrze sprawdza się w scenach pełnych chaosu, więc prezentowanie efektów mocy Malloya wychodzi mu świetnie. Największy problem z szatą graficzną polega na tym, że przy zeszytach rysowanych przez Bachalo pracowało siedmiu inkerów (!) i czterech kolorystów. Zdarza się, że dwie sąsiadujące strony wyglądają, jakby pochodziły z dwóch różnych komiksów, choć obie narysował Bachalo. 

Jak dotąd wymieniam same zalety – więc skąd ta irytacja? 

Zacznijmy od nadmuchanego zagrożenia. Choć Matthew Malloy jest po stokroć nazywany „mutantem omegą” i „najpotężniejszym mutantem w historii świata”, to Bendisowi zabrakło wyobraźni, by pokazać jego moce w sposób odpowiadający temu opisowi. Wszystko, co robi Malloy, podpada pod reality warping – a X-Men mieli już do czynienia z postaciami o takiej mocy, żeby wymienić tylko Proteusa i Franklina Richardsa. Zwłaszcza ten drugi kompletnie deklasuje Malloya. Tak, Matthew jest potężny, ale naprawdę nie prezentuje sobą niczego, czego X-Men już nie widzieli. Ale pomysł na historię jest taki, że Malloy jest najpotężniejszy, więc musimy zapomnieć o innych postaciach, które dorównywały lub przewyższały go swoją mocą, bo bez tego nie ma historii. 

Dalej sprawa się komplikuje. Pewne elementy – postaci, wydarzenia – w tym albumie pojawiają się na kompletnie niewłaściwych miejscach. Ni z tego ni z owego na scenę wchodzi Exodus w roli agenta SHIELD, a Cyclops deklaruje, że profesor Xavier stracił władzę w nogach przez Magneto. To pierwsze jest jakąś piramidalną bzdurą, ale ewentualnie można przyjąć, że gdzieś poza kadrem doszło do ciągu wydarzeń, który doprowadził do takiej dziwnej sytuacji. 

To drugie jest po prostu nieprawdą. 

Rzecz w tym, że Brian Michael Bendis jest scenarzystą, który regularnie ignoruje continuity. Więc mógłbym potraktować te przypadki jako przejawy tej jego cechy. 

Ale. 

Mutant Omega jest historią, w ramach której dochodzi do zmiany wydarzeń w przeszłości, rzutujących na całą linię czasu. Wydaje mi się, że zamysł Bendisa był taki, że te dziwne, niepasujące elementy są częścią tej linii czasu, która ostatecznie się nie zrealizowała, bo została zmieniona. Ten trop potwierdza ponowne odczytanie testamentu Xaviera na końcu albumu – nie ma w nim mowy o ślubie z Mystique, o którym dowiedzieliśmy się przy pierwszym czytaniu. Rzeczywistość została zmieniona. 

Problem w tym… od czego zacząć? Problem w tym, że to nigdzie nie zostaje wyłożone czarno na białym. Problem w tym, że nie wiadomo, co miało być tym intencjonalnie niepasującym elementem, który został wymazany z historii, a co było tylko wynikiem zwykłego ignorowania continuity przez Bendisa. Problem w tym, że na koniec historii nie wiemy, co dokładnie się zmieniło i co jeszcze – poza ślubem z Mystique – zostało wymazane z historii. Problem w tym, że nie mamy żadnych wskazówek co do tego, czy ta zmiana historii dotyczy tylko tego, co widzieliśmy w tym albumie, czy może całego runu Bendisa. 

Problem w tym, że zostajemy z masą pytań, na które nigdy nie otrzymamy odpowiedzi. 

A jednocześnie w całym tym chaosie jest mnóstwo świetnych scen – efektownych wizualnie albo pełnych dramatycznego napięcia. Konfrontacje Cyclopsa z Magneto, utarczki obu grup X-Men, napięcia w gronie uczniów Cyclopsa, czy wreszcie wszystko, co w tym albumie robi Eva Bell, z jej konfrontacjami z paroma mentorami na czele. To są znakomite sceny, jedne z najlepszych, jakie Bendis napisał podczas swojej pracy z mutantami. 

Szkoda, że te wszystkie świetne elementy są zawieszone w takim chaotycznym bałaganie. A mimo to… te świetne elementy wystarczą, bym miał bardzo dobre zdanie o tym albumie. Tylko nic nie poradzę, że po prostu mnie irytuje. 

4/5 

Krzysiek „Krzycer” Ceran 

Uncanny X-Men tom 5 Mutant Omega
Uncanny X-Men: Mutant Omega 
scenariusz: Brian Michael Bendis 
rysunki: Chris Bachalo i Kris Anka 
zawiera: Uncanny X-Men #26-31 
cena: 39,99 zł 


Dziękujemy wydawnictwu Egmont za egzemplarz do recenzji.

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.