Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #40 (21.04.2008)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 21 kwiecień 2008 Numer: 16/2008 (40)


Po fatalnym poprzednim tygodniu, tym razem musiało być lepiej - w minioną środę ukazało się kilka naprawdę intrygujących komiksów.



Zapowiedzi na lipiec

Demogorgon:
Bardzo radośnie obrodziła nam Secret Invasion. Jeżeli Jason Aaron zrobi w swojej trzyczęściowej historii dla Black Panthera to samo, co zrobił dla Ghost Ridera oraz Wolverine'a, to będę więcej niż zadowolony. Wiele dobrego spodziewam się też po Frontline, Avengers: the Initiative oraz Incredible Herculesie, a Captain Britain & MI:13 to dla mnie duża szansa na jeden z najlepszych tytułów. Szczerze rozśmieszyła mnie też okładka do Ms. Marvel. Nie podobają mi się za to inne tytuły - 1985 oraz Fantastic Four -True Story, z samego już założenia. Run Millara w Fantastic Four oceniam jako słaby, więc nie spodziewam się wiele po rodzinie obecnej partnerki Human Torcha, aczkolwiek ciekawi mnie Dr. Banner - czyżby grupa pochodziła z alternatywnej rzeczywistości? Na szczęście run w Wolverine zapowiada sie o wiele lepiej, aczkolwiek znów boję się pomyłki. Życzę powodzenia nowemu Squadron Supreme - oby nowy scenarzysta poradził sobie równie dobrze, jak J. Michael Straczynski, a wszelkie dziwactwa okładki wynikały tylko i wyłcznie z pracy Grega Landa. A na koniec powiem jeszcze, że intryguje mnie one-shot newuniversal. Wreszcie dowiemy się więcej o Philipie Voightcie, który od zawsze mnie intrygował.
S_O: Przede wszystkim: Secret Invasion trwa i dobrze się zapowiada! Do tego lipiec wydaje się być miesiącem stworzonych dla fanów światów alternatywnych - kolejny numer Ultimate Origins, początek nowej serii Squadronu Supreme, one-shot newuniversal... U mutantów też dzieje się nienajgorzej, Uncanny dobija okrągłej pięćsetki, startuje Astonishing Ellisa, X-Factor łączy się z She-Hulk pod piórem "niepokonanego" PADa, a w X-Force lata milioner z metalowymi skrzydełkami. Martwi mnie co prawda wielki czerwony smok na okładce drugiego numeru Skaara, czy brak kolejnej odsłony The Twelve, ale... słonko będzie świecić, a cały kraj nadal będzie pijany po zdobyciu mistrzostwa Europy, więc nie ma sensu się smucić.



Annihilation: Conquest #6 avalonpulse0040c.jpg
Gil: Dlaczego Conquest komiksem tygodnia jest? Otóż dlatego, że dostaliśmy wprost idealny finał. Poprzedni numer zasiał nieco wątpliwości, więc ten chłonąłem z ogromną ulgą i satysfakcją. Każda akcja i każdy tekst jest dokładnie na miejscu. Każdy wątek został poruszony, a prawie każdy domknięty zgrabnie. Zostało co nieco, a wraz z tym zapowiedzi kolejnych wielkich wydarzeń w przyszłości - miejmy nadzieję, że nie tylko w regularnych seriach. Rysunki również osiągnęły szczyt i to nie tylko dzięki obecności Alvesa. Chciałem wybrać jakiś ulubiony moment, ale to niemożliwe, bo cały ten zeszyt składa się z takich momentów. Jak powiedział Richard: It is critical you pay attention this time. Naprawdę warto i na potwierdzenie swoich pozytywnych doznań zrobię coś, co robię bardzo rzadko: wystawię mu 9/10.
Hotaru: Conquest okazało się bardzo porządnym widowiskiem. Chwalę tę miniserię praktycznie od pierwszego numeru i z wielkim zadowoleniem stwierdzam, że zakończenie nie tylko trzyma wysoki poziom, co nawet podwyższa poprzeczkę. Zamknięcie większości wątków jest bardziej niż satysfakcjonujące, praktycznie każda postać miała swoją ważną rolę do odegrania i nie odniosłem wrażenia, żeby cokolwiek wetknięto na siłę i nie pasowało do reszty misternej układanki. Jeśli Guardians of the Galaxy będą równie porządni, to zniosę chyba nawet klapę Secret Invasion.
S_O: Kolejny wielki finał (także objętościowo) i równie wielka, epicka bitwa o Halę. Jest tu wszystko, czego może pragnąć uczciwy nerd - walka z przeważającymi siłami wroga, mega team-up, powrót do żywych, zejście śmiertelne (Praxie RIP... My Skrullowie nie możemy mieć niczego miłego), interesujące wykorzystanie starych i - zdawałoby się - znanych gadżetów, no i przede wszystkim - wielki robot-zabójca. Panie, panowie, we are approaching nerdgasm!
Demogorgon: Bardzo dobrze rozegrany i wspaniały finał wspaniałej historii. Epokowa bitwa o Halę i rozwiązanie wszystkich wątków sprawia, że brakuje mi słów na opisanie, jak dobrze się bawiłem podczas czytania. Dlatego tym razem oszczędzę wam zbędnych wywodów i wystawię zasłużone 9/10

Amazing Spider-Man #557
Gil: Marvel dopiął swego i Spidey prześcignął numeracją F4, yay! Ale nie myślcie, że to najważniejsza rzecz, jeśli o ten komiks chodzi. W środku dzieje się może nie za dużo, ale za to dobrze. Cały wątek z Deity ma ręce i nogi, a nawet skrzydła. Jego rozwiązanie jest może nieco nagłe, ale logiczne. Jego niewątpliwą wadą jest natomiast to, że pewnie więcej nie zobaczymy kościstego bogostwora Majów, bo te ich kalendarze w połączeniu z pamięcią edytorów nic dobrego nie wróżą. Cóż, przynajmniej raz dobrze się czytało. I było też na co popatrzeć, bo Chris dobrze się sprawił. Nie zabrakło też dobrych żarcików i sytuacji, odpowiednich wyjaśnień oraz pewnych posunięć w prywatnym życiu Piotrusia. Dobrze jest i nadal zasługuje na swoje 7/10.
S_O: Finał najlepszej jak na razie historii spod szyldu Brand New Day. Mamy tu wszystko - damę w opałach, szalonego naukowca, niezwyciężone bóstwo, niezły zwrot akcji na korzyść bohatera (Hobo Squad GO!), rozwiązanie problemu nieograniczające się do obicia mordy niemilcowi, nienatarczywy humor, a to wszystko polane sosem z jak najbardziej współczesnej narracji (Gale, ucz się!). Nie obraziłbym się, gdyby Wells (oczywiście po tym, jak Joe Q wróci, zrzuci ze swego tronu Skrullsadę, stwierdzi, że pomysł z BND nie wypalił i przywróci stan rzeczy sprzed OMD) przejął tytuł na stałe.
Krzycer: N
o i koniec majowego miesiąca. Wiadomo było, że zły zostanie pokonany, dziewczyna ocalona, a ulice oczyszczone ze śniegu (który po raz kolejny zaskoczył drogowców), więc zaskoczeń tu nie ma. Pozostaje wykonanie - a to jest bardzo porządne, jak zresztą w całej historii. Brand New Day w najlepszym wydaniu.
Znaczy - jest dobrze, jakby ktoś miał wątpliwości, jak odbierać tę ostatnią uwagę ;)


avalonpulse0040d.jpg Avengers: Initiative #11
Gil: Finałowe starcie z KIA przynosi nam sporo radochy. Gościnne występy pozwalają zobaczyć, jak różni bohaterowie dostają po pysku w całkowicie uzasadniony i logiczny sposób (w przeciwieństwie do zeszłotygodniowej F4). Rozwałka jest osią całej historii, ale nie brakuje też wyraźnego i dobrego tła, które popycha do przodu wątki poboczne. Nie brak też zaskoczeń. Udział Mighty Avengers mogę zdradzić na zachętę, ale co zrobiła Abby i kto trzyma klucz do przyszłości wszystkich klonów, musicie już zobaczyć sami. Szkoda, że zabrakło kompanii Taskmastera, ale znowu ukradliby numer, więc może to i lepiej, bo skupiamy się na głównych bohaterach. Zabrakło też Skrulla, więc trzeba poczekać cierpliwie na następny numer. A tymczasem, niech będzie nawet 8/10.
Hotaru: Mordobicia ciąg dalszy. Nie powiem, czyta się to całkiem przyjemnie, rysunki też niczego sobie, a na deser Mighty Avengers. Rozwiązanie problemu wydaje się dość oczywiste, ale i tak go nie przewidziałem, więc chylę czoła przed scenarzystami. Trochę nie pasują mi wydarzenia z ostatniej stronicy (nie cierpię tego clowna), ale cóż... pozostałe stronice jakoś to rekompensują. Odnoszę wrażenie, że po 11 numerach Initiative w końcu odnalazła swój głos, a ponieważ odpowiada mi jego tembr, to i następnym razem chętnie posłucham.
S_O: Kolejny finał historii i kolejna wielka bitwa. Pierwsze od rozpoczęcia serii spojrzenie na twarz War Machine (a także jego badass nigga' mode), chwytająca za serce scena z Hardballem i Komodo, no i Abby może zaśpiewać za Steczkowską "Seksapil, to nasza broń kobieca". Oczywiście, numer i tak kradną Gyrich z Blitzschlagiem.
Krzycer:
Konkluzja Killed in Action. Nie ma Taskmastera i Ant-Mana, ale i tak jest dobrze. Najlepszym punktem numeru jest wymiana zdań między Gyrichem a von Blitzschlagiem - za humor. Ale w finale historii jest kilka mocnych, ładnie przeprowadzonych scen dramatycznych - operacja Hardballa na Komodo, akcja Cloud 9, jej rozmowa z MVP w końcówce... no i Slapstick, który ma szansę na przebicie się do grupy moich ulubionych bohaterów tego tytułu.
A że jest ich z tuzin, to chyba świadczy jakoś o tym, jak Slott sobie radzi w tym tytule...

Captain America vol. 4 #37
avalonpulse0040e.jpg
Gil: Gdyby tak wziąć po trzy ostatnie strony z kilku numerów, uzbierałby się jeden naprawdę ciekawy, ale tak, znowu dostajemy ciągutki. Wspomnienia, marzenia, pogaduchy, kompletnie bezsensowna akcja z Bartonem... Jedynie rozmowa Sama z Antkiem i ostatnie odkrycie Sharon coś tu wnoszą. A co wnoszą? No, jeśli to nie klon, ani Skrull, ani de ril ting, to... Był kiedyś taki koleś, który uważał się za Steve'a Rogersa. Tak w latach pięćdziesiątych. W sam raz, żeby przeleżeć pół wieku w konserwie i dać się omotać Faustusowi. Ale spokojnie, lubiciele Brubakera, tak sobie tylko piszę, co mi na myśl przyszło... Tylko za te kilka logicznych stron dam 6/10.
S_O: Dla odmiany, tym razem początek nowej historii - i jak na rozpoczęcie nie wypada zbyt dobrze. Ot, Bucky'ego Americę odwiedza dwóch niezadowolonych z noszenia przez niego flagi Avengerów i sobie gadają. Jako student politologii nie mogłem nie zauważyć jednak, że doszło do zmiany systemu partyjnego w Ameryce i do Republikanów i Demokratów doszła trzecia siła. Aha - z lodówki wyjęto zapasowego Steve'a.
Krzycer: Akcja się rozwija. Ciągle. Tak, jak rozwija się od wielu numerów. I to nadal czyta się przyjemnie... ale zaskoczeń coraz mniej i mniej... Nawet wyciągnięta z puszki konserwa nie szokuje, bo nadal nie wiadomo, o co właściwie kaman.
Bru musi kolejnego szokującego asa z rękawa wyciągnąć. Bo ciągle jest dobrze... ale już od paru numerów nie było emocjonująco.
CrissCross: Dalej jest fajnie, ale... coś to się do przodu przestało posuwać. Nic się nowego nie dzieje. Po dobrym Deadly Genesis i słabym Rise & Fall of The Shi'Ar Empire zaczynam uważać, iż Bru dobrze radzi sobie w krótkich historiach, ale na dłuższe dystanse wyraźnie brakuje mu pomysłu. Być może ta historia powinna się wreszcie skończyć.

Captain Marvel vol. 5 #5
Gil: Ach! A więc jednak! Brian Reed nieźle to wykombinował. Najpierw kazał nam myśleć, że Miss Marvel jest Skrullem, a teraz kazał nam myśleć, że Captain Marvel... A, nie powiem! :P Powiem za to, że nawet pozorny brak zaskoczenia można przekuć w ogromne zaskoczenie. To, co się tu stało, tłumaczy w pewien sposób akcję Marvela z Secret Invasion, ale chętnie poznam jej dokładne uzasadnienie. Poboczne wątki także ładnie się zbiegają, ale zastanawia, dlaczego nie wyjaśniono do końca, co z Heather Sante? Nie da sie ukryć, że ujawnianie tajemnic okazało się nieco mniej ekscytujące od ich budowania, ale nie osłabia to oceny całej serii, ani tego numeru, który zasługuje na mocne 7/10, tuż przy granicy z ósemką.
Hotaru: Wydawałoby się, że mamy tylko dwie możliwości. To trochę jak z komputerami i jedynym słusznym systemem zero-jedynkowym: albo jest Skrullem, albo nie jest. I wtedy pojawiają się komputery kwantowe z ich trzecim stanem "albo-albo". I tak jest w tym przypadku - Brian Reed napisał kawałek naprawdę dobrej historii. Podobnie jak w przypadku Conquest żałuję, że to już koniec i trochę wściekam się na Inwazję, że to z jej powodu. Póki co, świetna lektura.
S_O: Po krótkiej przerwie wracamy do finałów historii. A konkretnie - do finału najlepszej miniserii półrocza (przed ogłoszeniem jej miniserią roku powstrzymuje mnie świadomość rozpoczynającej się Secret Invasion). Pojawienie się Marva wyjaśnione bardzo dobrze, aż szkoda, że taki numer już więcej nie zadziała. Śmierć Captaina M. (czyli najprawdopodobniej jedyna ciekawa rzecz, którą zrobił) nie została zbezczeszczona, co nie przeszkadza mu być tu i teraz. I w dodatku nasz Skrull-Vell będzie teraz zapewne próbował dorównać legendzie. Powodzenia (ty śmierdzący zdrajco rasy)!

avalonpulse0040f.jpg Incredible Hercules #116
Gil: Hercowej jazdy ciąg dalszy! Świetnie wykorzystano wątek Eternals, a jego szybkie i efektowne rozegranie przemawia tyko na korzyść. Prawidłowo wykorzystano też fakty z marvelowej historii, chociaż przez chwilę ośmieliłem się w to wątpić. Rozwałka jest na najwyższym poziomie, ale i tak numer kradnie Atena. Nie mam tu na myśli tylko tego, co wyciągnęła z torby i jej telefonu do przyjaciela, ale serię świetnych komentarzy i niemniej udane wtrącenie do akcji. Teraz mamy solidne podwaliny pod kolejną historię i w pewnym sensie wstęp do ongoinga z Eternals. Jest dobrze, zapowiada się nawet lepiej. Ocena: również mocne 7/10.
S_O: Bardzo dobry numer, czy to jeśli patrzeć na niego jako samodzielną historię, czy jako reklamówkę nowej serii o Eternals, czy jako początek tie-inu do Secret Invasion. I trudno się dziwić, skoro pisze to lepszy z Gregów Paków. Sam pomysł "pomylenia" Herca z Gilgameshem genialny, a świetne teksty wkładane przez scenarzystę w usta Greka jeszcze zwiększają jakość produktu. No i jeszcze powalająca końcówka... Gdzie można kupić taką torbę (najlepiej z zawartością)?
Demogorgon: Lubię Paka za zdolność połączenia tylu różnych funkcji, jakie ma spełniać komiks, w jedną całość. Tutaj scalił on reklamówkę nowej serii Eternals, która naprawdę się podoba, równie dobry prolog do prawdopodobnie ważnego (ze względu na religijność Skrullów) tie-inu Secret Invasion oraz zwyczajną opowieść o Herculesie w stylu poprzednich numerów. Wyszło wspaniale, daję 8/10
Krzycer:
Dobre! Pak pokazuje, jak pisać komiksy. Nie tylko udowadnia, że świetnie pisze Dynamic Duo Herc&Cho - w zasadzie to od początku genialnie mu wychodzą - ale i Atena przesympatycznie mu wychodzi. Całe zamieszanie z Eternalami w zasadzie zapycha pół komiksu bez powodu (po tym - i po wzmiance o Złotym w UXM - nabieram przekonania, że jakiś decydent w Marvelu postanowił, że w tylu i tylu komiksach Eternals jakoś się pojawią, żeby czytelnicy sobie o nich przypomnieli przed startem nowej serii...), ale czyta się to na tyle przyjemnie, że nie przeszkadza. No, a potem dostajemy naradę, która rozpocznie Sacred Invasion. Ostatni kadr zaś... no cóż, w takich to nowych, zielonych czasach żyjemy.

Ghost Rider vol. 5 #22
S_O: Obecna historia (której wyjątkowo do finału trochę brakuje) naprawdę mi się podoba - tak, jak dobry slasher czy świadomie kiczowaty grindhouse'owaty horror. Mamy tu wiele typowych dla tego gatunku rzeczy - żywi ludożercy, martwi ludożercy, bojowe pielęgniarki na motocyklach, a przede wszystkim gościa z płonącą czaszką zamiast głowy i wielką kosą w ręku i siedzącego na zarąbiście dużym motocyklu. Czego chcieć więcej od tego typu rozrywki?


Iron Man vol. 4 #28 avalonpulse0040g.jpg
Gil: Zaczynam mieć wrażenie, że oglądamy fabularyzowany przegląd pancerzy z lamusa i pewnie przyczepiłbym się tego, gdyby ta fabuła nie była tak dobra. Bo chociaż wszystko dzieje się zdecydowanie za szybko i lepiej wyszłoby w dwóch numerach, jest dobrze. Akcja Maryśki i DDD w ONZ jest świetna, kolejne starcie z Temem już nieco mniej - to właśnie ono sprawia wrażenie na siłę uproszczonego. Jest też kilka dobrych tekstów i rysunki na stałym, porządnym poziomie.
Mimo pośpiechu zasługuje na swoje 7/10.
S_O: Tak, zgadliście, kolejny wielki finał (i znowu objętościowo także). Genialny "nickfurowy" plan Dugana, świetnie ukazany podążający za dedukcją Sherlock Stark, nadzwyczaj dobrze ukazana walka Irona z Mandaryną, no i sposób zniszczenia głowic z Extremis (ale stopa do wymiany). O tym numerze można się wypowiadać tylko w superlatywach.
I jeszcze wspomniano o agentce Brand ze S.W.O.R.D.. Tego nie można pominąć.
Krzycer:
G.E.N.I.A.L.N.E. To może być numer tygodnia. Wypchany akcją i jej zaskakującymi zwrotami... Maria Hill ponownie zaskarbia sobie sympatię czytelników, Stark pokazuje, jaki z niego bohater (i ból mu nie straszny, zresztą co tam pięty, pięty odrastają)... Żal tylko, że Dum Dum Dugan jest Skrullem, bo cudownie gra na poziomie "Nick Fury dirty".
A "escape pod" i mini-łódź podwodna - takie to uroczo oldschoolowe...
Oldschoolowa jest również sama, samiusia końcóweczka. Nie ma to jak porządne arcyłotrowskie zejście ze sceny. I nawet niedzisiejszy zapis nazw chińskich lokacji mi nie przeszkadzał :)

Iron Man: Legacy Of Doom #1
Gil: Tak, jak przewidywałem, jest to wyrwana z continuity historyjka o dwóch panach w żelaznych pidżamach. Spodziewałem się powtórki z ich klasycznej przygody w Camelot, ale znalazło się tu tylko nawiązanie do niej. I żałuję, bo wolałbym czytać odświeżoną wersję tego, niż mało sensowną opowiastkę o tym, jak jeden drugiego posłał do diabła. Chyba daruję sobie dalszy ciąg. Ocena: 4/10.
S_O: Początek historii (ale jednocześnie finał trylogii. To też się liczy, prawda?). I jak na razie nieszczególnie zachwyca. Ale to może być tylko z powodu małej ilości relacji Tony-Victor (które, jak już się pojawią, stoją na najwyższym poziomie), spowodowanej trwającą pół numeru walką z piekielnymi glutami. No i cliffhanger trochę taki... psiach...

avalonpulse0040h.jpg WWH Aftersmash: Warbound #5
Gil: Nareszcie koniec popłuczyn po WWH. W tym przypadku, koniec całkiem przyzwoity. Cztery numery rozwałki prowadzą wprawdzie do większej ilości rozwałki, ale ostatecznie wychodzi z niej jedna twarda laska i mam wrażenie, że do tego wszystko zmierzało. Jest pewne zaskoczenie i to plus. Mimo wszystko faktu, że seria jest najwyżej średnia, nic już nie zmieni i nie zdziwię się, jeśli usłyszymy o Warbound jedynie w innym komiksie Paka. Takie sobie czytadło, więc dostanie 5/10.
Demogorgon: Są takie przypadki, kiedy komiks potrafi zaskoczyć czytelnika. Tak jest w tym. Trzeci i czwarty numer tej serii wydawały mi się słabe, nie spodziewałem się wiele po finale. Byłem niemal pewien, że w jakiś cudowny, magiczny sposób, za pomocą jakiejś niesamowicie naiwnej deus ex machina, Warbound zdoła pokonać Leadera, pani doktor zdejmie kopułę, a potem namówi wspaniałą grupę kosmitów, aby zostali wspaniałymi bohaterami, działającymi zgodnie z prawem, za przyzwoleniem i błogosławieństwem Starka. Myliłem się. I jestem z tego powodu niezmiernie wręcz szczęśliwy. Co prawda zastanawiam się, kiedy znów ktoś powróci do wątku Gammaworld, albowiem ciekaw jestem, kiedy znów będę mógł zobaczyć Elloe oraz odnowioną doktor Waynesboro. Dam temu komiksowi 7/10, być może nie jest najlepszy na świecie, ale mnie przypadł do gustu.
S_O: Kolejny finał, proszę państwa. Średni, jak cała miniseria, przepełniony akcją, której nam skąpiono przez poprzednie cztery numery, ale przez to odczuwa się pewien przesyt. Na siedmiu stronach (liczyłem!) mamy trzy śmierci, dwa odrodzenia i jedną przemianę, a jako bonus - olbrzymiego Hiroima. Przeczytana jako jedna całość, historia zapewne dawałaby radę, jednak jako oddzielny numer, jest tylko średnio. A Grrgp'ak zostanie przeteleportowany z powrotem na nasz statek.

Wolverine: Origins #24
Gil: W ramach akcji NO WAY! postanowiłem upewnić się, że nie błądzę. Nie. Nie błądzę. Błądzi Daniel Way, grzebiąc brudnymi łapskami w historii dwóch postaci, których nigdy nie powinien był dotknąć. Tragedii ciąg dalszy, a wrażenie pogarsza zastraszająca ilość głupich wstawek. Jakbym chciał czytać o gadających kreskówkowych zwierzakach, to bym czytał Kaczora Donalda, a nie *&$%& Wolverine'a! Ocena: 1/10 plus klątwa na sześć pokoleń.
S_O: Nie podobało mi się w trochę mniejszym stopniu, niż poprzednie numery. Głownie dlatego, że Way przestał nas męczyć głupimi i wcale NIE śmiesznymi jednolinijkowcami, jak to ma w zwyczaju. Przerzucił się jednak na psychoanalizę naszych ulubionych zabójców i wyciąganie na wieszch "daddy issues", a to też nie jest dla niego zdrowe (to znaczy, nie będzie, jak go w końcu fani Deadpoola znajdą). Fabian, wróć!

X-Factor vol. 3 #30
avalonpulse0040i.jpg
Gil: Kiedy większość numerów jest bardzo dobra, jeden po prostu dobry wydaje się spadkiem formy. To właśnie ten jeden. Rozgrywka z Arcadem jest w porządku, ale zabrakło konfrontacji. Historia o ludku, który to wszystko wykombinował, również ma sens i jest chyba najmocniejszym punktem. Nasi bohaterowie wydają się jednak nieco ospali - z wyjątkiem zszokowanej Monet. Rysownik mógłby się bardziej postarać, ale za fryzurę M i skarpetki Arcade'a ma plusa. Tak, jak wspomniałem na początku - numer tylko dobry, ale dobry. Taki 7/10 dobry.
S_O: Trochę za bardzo PAD się pośpieszył z uwolnieniem się faktorów i kontratakiem, a tak chciałem popatrzeć na pomysły Arcade'a. Teraz, jak wszyscy są razem i wiedzą, co się dzieje, nie jest już tak ciekawie. Jednak dialogi nadal na najwyższym poziomie. I mimo, że spodziewałem się, że Purifiers stoją za atakiem Arcade'a, to nie pomyślałem o tym, jaki konkretnie pretekst może mieć zleceniodawca. I za ten pomysł należy się dodatkowy plus.
Krzycer: J
ak zwykle - dobra rzecz. Kilka świetnych scen - matka z dzieckiem, Madrox kontra on sam, porażona M... Mimo to w numerze za dużo jest akcji, a za mało tego, co w XF najlepsze, czyli dialogów. Przynajmniej drużyna jest znowu razem... ciągle bez Rahne i Layli, rzecz jasna, i w komiksie ciągle czuć brak elementów, które zapewniały. Mam nadzieję, że PAD wie, co rob,i ściągając na ich miejsce Darwina i Longshota... Ale to jeszcze nie przez kilka numerów.
W międzyczasie dowiadujemy się, kim jest zleceniodawca Arcade'a. Umotywowany jest porządnie, paralela jego losu z losem mutantów przeprowadzona jest dobrze... Pozostaje pytanie, skąd on niby miał kasę na wynajęcie Arcade'a, ale kto by się przejmował taką drobnostką.

CrissCross: Nadal jest fajnie, tylko brakuje tej ironii i humoru, który wprowadzała Layla. Mam nadzieję, że wreszcie wróci. Monet natomiast w wysokiej formie, choć dostała niezłego "kopa". Rysunki natomiast piękne.

War Is Hell - The First Flight Of the Phantom Eagle #2
S_O: Jakoś mnie ta historia nie pociąga. Czytając ją czuję się, jakbym wykonywał przykry obowiązek (chociaż to może dlatego, że był to dziesiąty komiks pod rząd). Ot, nasz tytułowy bohater dowiedział się, co to znaczy współpraca, zabił kolejnego Niemiaszka, a potem, jak przystało na pilota, przeleciał panienkę. Go, Karl! Aż mi się nie chce na kreskę Howarda narzekać.


avalonpulse0040j.jpg X-Men: Divided We Stand #1
Gil: No i trafił nam się zapychacz dziur. Z pięciu historyjek naprawdę ciekawych jest... jedna. Ta z Anole, w której Skottie Young udowodnił, że nie tylko rysować, ale też pisać umie. A co z resztą? Młody gniewny Hellion i starszy gniewny Cannonballs są raczej schematyczni. Powody może i mają swoje, ale odreagowują to w podręcznikowy sposób. Opowiastkę o Nezhno może przyjąłbym lepiej, gdybym nie był cięty na Wakandę i choć trochę interesował się tą postacią. Przynajmniej jest na czym oko zawiesić. Dla odmiany piąta historyjka przypomina mi to, co Fraction uprawia w War Journalu, ale ze zboczeniem w kierunku The Order. Nie podoba mi się i nie jestem zachwycony jego supportowym przejściem do Uncanny.
Ocena wypadkowa całości: 4/10.
Hotaru: Cóż, opłacało się wydać ten numer chociażby dla jednej historii autorstwa Skottiego Younga, który okazał się wszechstronnie uzdolniony. Słowo - podobnie jak rysunek - uginają się pod jego fachowym dotykiem i formują przepiękne kształty. Z pozostałych historii warto jeszcze wskazać opowieść o Nezhno, porządną zarówno od strony graficznej, co i tekstowej, i... to by było na tyle. Powiem jeszcze tylko, że jeśli historia Fractiona jest jakimkolwiek wskaźnikiem co do jego podejścia do mutantów, to nie spodziewam się żadnego wzrostu poziomu scenariuszy Uncanny po jego przyłączeniu się do Brubakera.
S_O: Zbiór takich krótkich historii to czasem jedyny sposób, by pokazać reperkusje crossovera, zwłaszcza, gdy wywołuje on rozpad sporej przecież drużyny. Świetna była trzecia - o Anole'u, autorstwa Skottiego Younga, nieco za nią znajduje się ta o Nezhno, chociaż pozostałe też nie schodzą poniżej pewnego poziomu. No i dzięki pierwszej poznajemy powody, dla których Sunspot mógł zebrać Bractwo, jakie znamy z Young X-Men.
MrG:
Cud, miód i orzeszki.
Historia o Guthriem mimo że najsłabsza, i tak mocna. Cannonball nie miał żadnego prawie wpływu na to, co się działo i w końcu wylazło z niego wszystko, co kotłował w nim Carey. 8/10
O Gentle też świetna. Wszędzie obcy, nawet w domu niechciany. Wakanda to też nie jest dobre miejsce dla mutantów, bardzo dobrze wyjaśnione jego specyficzne podejście do X-Men. 9/10
Historia o Anole zaskakująco dobra (pisął ją Skottie Young, to rysownik niby tylko), jego sytuacja wręcz odwrotna od Nezhno... Tylko bezczelność Northstara trochę dziwi. Ale w końcu po śmierci mógł się zmienić. 9/10
Heller - najlepsza historia w zestawie, mimo słabych rysunków. Młody, gniewny, opuszczony. Świetnie pokazany Magneto. Wydaje się logiczne, że Keller nie wróci do X-Men. Może dołączy do Selene... Hellion i Wither. Helluva duo by było. 10/10
Ostatnia historia - nie tyle o Wagnerze, co o Scalphunterze. Nie mogę się powstrzymać... MÓWIŁEM, ŻE FRACTION JEST DOBRY? Jednak wartości Xaviera może upadły, ale X-Men nadal mają własne zasady. 9.5/10
Wychodzi mocne 9/10. I to jest komiks, do którego warto będzie wracać.

CrissCross: To jest właśnie to, czego brakowało po MC. Historyjki wszystkie razem całkiem fajne. Każda mówi o czymś innym, ale razem tworzą obraz tego, co pozostało po ostatnim zamieszaniu. Rysunki z pierwszej historii szczególnie przypadły mi do gustu. Natomiast historia Scalphuntera chyba najdłużej pozostanie w mojej pamięci.
hitano: MC przejrzałem raczej niż mnie wciągnęło, jednak nie ukrywam, numer odsłaniający odczucia wielu po rozwiązaniu X-Men to genialne posunięcie z genialnym wykonaniem. Mnie samemu najbardziej podeszła historia Cannonballa. Musiał się wyżyć. Fajna też była historia z Nezhno. Liczę iż pojawi się jeszcze w którejś z serii X-Men lub w Black Panther choć przy Hudlinie to zastanawiać się muszę czy jest sens. Rysunki we wszystkich częściach są fajne. 9,5/10



Okładki tygodnia

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

 

Hit tygodnia:

avalonpulse0040a.jpgAnnihilation: Conquest #6

Autor:
Aleksi Briclot

Gil: Do finału Conquestu idealnie pasuje okładka, która nie wprost daje do zrozumienia, co czeka czytelnika w środku. Po pierwsze, grupa bohaterów. Rozmieszczenie postaci i ich postawy odpowiadają w jakiś sposób ich roli w historii. Zdradzają przy tym pewien element fabuły, ale dla uważnego czytelnika nie powinno to być zaskoczeniem, więc nic nie tracimy. Po drugie - tło. Przypomina nam o dwóch rzeczach zasadniczych: a) to jest wojna i b) w kosmosie. Po trzecie - kolory. One również wpasowują się w zawartość, bo ogniste czerwienie zapowiadają, że będzie gorąco. I jest - okładka spełnia swoje zadanie.


avalonpulse0040b.jpg Ghost Rider vol. 5 #22

Autor:
Marko Djurdjevic

Duczmen: Ostatnio, gdy pisałem o okładce autorstwa Djurdjevica, to znalazła się w kategorii "shit". Tym razem jest na szczęście o niebo lepiej. Czytelnika nie atakują z każdej strony pielęgniarki, a mamy stojącego w monumentalnej pozie Ghost Ridera. W rękach trzyma pięknie narysowaną kosę, czaszka dymi, a nawet płonie w piękny sposób, a z pleców odchodzą jakby skrzydła. Wszystko to razem może nie jest jakoś oryginalne, ale wygląda bardzo ładnie.






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2008.04.16



Redaktor prowadzący: Lex
Korektor: S_O
Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.