Avalon » Publicystyka » Artykuł

Bankructwo Giganta

W dzisiejszych czasach wydawnictwo zwane popularnie "Domem pomysłów" kojarzy nam się przede wszystkim z dobrobytem. Jest to o tyle zaskakujące, że jeszcze przed kilkoma laty taki stan traktowany był jak "marzenie ściętej głowy" - spółka popadła bowiem w poważne tarapaty finansowe i w końcu, w 1996 roku, ogłosiła tzw. rozdział 11. bankructwa, czyli reogranizację.

W dzisiejszych czasach wydawnictwo zwane popularnie "Domem pomysłów" kojarzy nam się przede wszystkim z dobrobytem. Po niemal 24 miesiącach od objęcia władzy przez panów Billa Jemasa i Joe Quesadę możemy z całą pewnością stwierdzić, że przedsiębiorstwo to zbudowało dla siebie stabilną bazę finansową i po niemal dekadzie "pod kreską" wreszcie zaczęło przynosić zyski. Jest to o tyle zaskakujące, że jeszcze przed kilkoma laty taki stan traktowany był jak "marzenie ściętej głowy" - spółka popadła bowiem w poważne tarapaty finansowe i w końcu, w 1996 roku, ogłosiła tzw. rozdział 11. bankructwa, czyli reogranizację. Było to smutnym zakończeniem serii katastrofalnych posunięć, jakie dokonało drugie co do wieku wydawnictwo amerykańskie. Przed udziałowcami stanęło widmo konieczności rozsprzedania własności intelektualnej innym wydawnictwom, w celu spłacenia akumulującego się przez lata długu wynoszącego ostatecznie ponad 1.5 miliarda dolarów. Wielu pracownikom przyszło przedwcześnie pożegnać się z firmą. Takie oto fatalne następstwa miało wykupienie Marvela przez człowieka, który nic nie wiedział o komiksach - Rona Perelmana (właściciela firmy Revlon), biznesmena działającego od lat na rynku medycyny, zwanego chyba trochę na wyrost "czarodziejem". Ale zacznijmy od początku...

BANKRUCTWO GIGANTA

Nie jest żadną tajemnicą fakt, że Marvel jest swego rodzaju fenomenem na rynku komiksowym. Z małego rodzinnego przedsiębiorstwa założonego przez Martina Goodmana przerodził się w firmę, która zrewolucjonizowała branżę i zwróciła uwagę całego świata na wykreowane przez siebie uniwersum. Przechodziła ona przez szereg transformacji, lecz bohaterowie tacy jak Fantastic Four, Spider-Man, czy X-Men byli niezmiennie atrakcyjni dla fanów historyjek obrazkowych, bowiem wnosili do nich nową jakość, w niemałym stopniu dzięki inwencji dwóch ludzi - Stana Lee i Jacka Kirby'ego. W 1989 r. szereg inwestorów złożył oferty wykupienia byłego Timely Comics, lecz ku zaskoczeniu wszystkich to właśnie Perelman zwyciężył tę bitwę, przebijając swoją ofertą o wiele bardziej znaczących w świecie biznesu nazwisk. Stwierdził, że upatruje w swym nowym nabytku "Mini-Disneya pod względem własności intelektualnej" i obiecał, że wzniesie go na szczyt dzięki świetnym komiksom, wszelkiej maści gadżetom i - przede wszystkim - udanym filmowym adapatacjom najlepszych wydawanych pozycji. Perelman zapoczątkował agresywną promocję produktów swojej firmy i przez kilka lat był niezwyciężony, jednak połowa lat dziwięćdziesiątych miała pokazać, jak słabo rozumiał on funkcjonowanie tego specyficznego rynku.

Po przejęciu wydawnictwa rozpoczął się zapowiadany "merchandising boom": wykorzystując firmy podlegające Marvelowi, "czarodziej" chciał zdominować branżę zabawkową (poprzez Toy Biz - firmę, na czele której stał jeden z dwóch obecnych właścicieli Marvela - Avi Arad), kart do gry (Fleer - ówczesna własność Billa Jemasa) oraz naklejek (Panini). "Wizard" obsadził na kluczowych dla spółki pozycjach ludzi o podobnym toku rozumowania co on, którzy byli przekonani bez najmniejszego cienia wątpliwości, że potencjalni klienci są gotowi zakupić każdą ilość produktów wypuszczonych na rynek, sygnowanych logiem Marvela. Racjonalnym posunięciem było dla nich zainicjowanie własnego systemu rozprowadzania komiksów i dlatego też zakupiono niewielką firmę dystrybucyjną Heroes World. Był to pierwszy krok na drodze do otworzenia na terenie całego kraju sieci sklepów z gadżetami na wzór tych należących do Warner Bros. czy właśnie Disneya. Jednak sposób, w jaki Perelman i spółka chcieli tego dokonać róznił się diametralnie od jakiegokolwiek planu wymyślonego wcześniej. Po pierwsze należy wiedzieć, że niegdyś komiksy sprzedawane były w niemalże każdym amerykańskim sklepie czy kiosku z prasą. W latach dziwięćdziesiątych działo się to - głównie za sprawą spadku popularności tej formy rozrywki - już właściwie tylko za pomocą specjalistycznych sklepów, zwanych retail stores, które były obsługiwane przez ponad tuzin dystrybutorów. Konkurencja pomiędzy tymi ostatnimi pozwoliła właścicelom sklepów się utrzymać. Marvel jednak wprowadził drakoński system zniżek, który promował tylko te sklepy, które zamawiają dostatecznie duże ilości ich komiksów. Perelman bowiem zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że nie byłyby one w stanie sprowadzać marvelowskich pozycji bez oferowanych przez wydawnictwo zniżek, oraz że przy tym systemie chcąc nadal dysponować najnowszymi numerami Spider-Mana, X-Men, czy Hulka, sprzedawcy musieliby zrezygnować z pozycji wprowadzanych na półki przez konkurentów, tj. DC, Image, czy Dark Horse. Ludzie "czarodzieja" byli przekonani, że retail stores nie mogą funkcjonować bez fanatyków "Domu pomysłów", zaspokajających swój głód comiesięczną porcją komiksów, więc system zniżkowy niósłby za sobą ogromnie korzystne zjawisko: skoro bowiem sklepy zamawiałyby tylko i wyłącznie ich produkty, pozostałe wydawnictwa automatycznie wypadłyby z rynku i sklepy te stałyby się automatycznie sklepami marvelowskimi. Następnie możliwe stałoby się wprowadzenie do nich wszelkiej maści gadżetów - zabawek, kubków, koszulek itp. Plany te jednak legły w gruzach.

Tego, co stało sie później, nikt nie był w stanie przewidzieć. Większość małych sklepików poprostu zrezygnowała z pozycji Marvela - nie mogli sobie bowiem pozwolić na rezygnację z komiksów innych potentantów branży komiksowej i nie chcieli uzależnić się od jednego dystrybutora, ponieważ takie rozwiązanie było dla nich zbyt ryzykowne. Poza tym, sam system rozprowadzania korporacji Perelmana był dla nich w ostatecznym rozrachunku niekorzystny, pomimo zniżek. Dodatkowo eksperci szacują, że za sprawą nieodpowiedzialnej polityki nowojorskiego giganta aż 8% tych sklepów w całych Stanach Zjednoczynych było zmuszone zawiesic działalność. Mówi się, że właśnie te 8% mogło uratować rynek przed kryzysem, w jakim znajdował się jeszcze do niedawna. Pozwolę sobie tu przytoczyć pewne liczby: aktualnie spośród tytułów, które figurują na liście 100 najlepiej sprzedających się pozycji, publikowanej przez Diamond Comics, tylko pierwsza piątka rozchodzi się w liczbie nieznacznie przekraczającej 100 tys. kopii. Dla porównania, kiedy w 1997 roku Marvel zdecydował się zawiesić, z powodu małej popularności, X-Factor oraz Excalibur, oba te komiksy osiągały wyniki sprzedaży nieznacznie gorsze od tych, znadujących się obecnie w czołówce. Spore znaczenie miało także niemal całkowite zignorowanie wydań zbiorczych, czyli tzw. trade paper-backów, które obecnie przynoszą lwią część zysków z działu wydawniczego, i za sprawą których komiksy trafiają do czytelników książek. Szefowie "Domu pomysłów" godzili się na przedrukowywanie jedynie tych najważniejszych i najpopularniejszych komiksów, jak choćby cross-over "Age of Apocalypse".

Na kolejny efekt uboczny całego przedsięwzięcia nie trzeba było długo czekać: w związku z kurczącą się siecią dystrybucyjną, nowych numerów sprzedawało się coraz mniej. Rozpoczęło się więc masowe dymisjonowanie - legiony pracowników opuściły spółkę. O ile w każdej innej branży byłoby to całkiem rozsądne wyjście z kryzysy finansowego, tak w przypadku tej niezwykle specyficznej gałęzi rozrywki, jaką jest rynek komiksów, mogło ono przynieść tylko jeden skutek - jakość produktu uległa dramatycznemu spadkowi. Nie mówiąc już o fakcie, że Perelmana nie było stać na opłacenie najlepszych scenarzystów i rysowników, to na dodatek usiłowano sztucznie "uatrakcyjnić" towar dla potencjalnego klienta: zaczęło się więc radosne przyczepianie hologramów do okładek, kilka wersji tychże dla każdego numeru, dodawanie do każdego egzemplarza karty, naklejki itd. Wszystko to miało na celu, aby fan "Domu pomysłów" kupił jego produkt, a potem kupił go jeszcze raz i jeszcze raz i... wiadomo. Dodatkowo "Wizard" próbował jeszcze bardziej rozbudować swe imperium poprzez nabycie kolejnego wydawnictwa - Malibu Comics. Zakup ten okazał się zupełnie niepotrzebny i - poprzez totalne zignorowanie jego niezwykle bogatej biblioteki postaci i tytułów - przysporzył Perelmanowi jedynie kolejnych wrogów w postaci fanów tego, niegdyś wielkiego, wydawnictwa, wściekłych o to, że jedyny ślad, jaki obecnie pozostał po tej firmie to... nazwa "Exiles" wykorzystana do serii pisanej przez Judda Winicka.

Należałoby jeszcze wspomnieć o obiecywanych "udanych filmowych adaptacjach": otóż fani Marvela mieli wątpliwą przyjemność obejrzenia dwóch filmów, niekoniecznie ze swymi ulubionymi bohaterami, a mianowicie "S.H.I.E.L.D." i "Generation X". Były to, podobnie jak wcześniej wyprodukowane "Punisher" i "Captain America", kompletne klapy, które nie zwróciły nawet pieniędzy, które trzeba było wydać na ich nakręcenie. Trzeba natomiast uczciwie przyznać, że za czasów władzy Perelmana dynamicznie rozwinął się dział animacji. Na ekranach TV zagościło kilka mniej lub bardziej udanych kreskówek: "X-Men: The Animated Series", "Spider-Man", czy "The Fantastic Four". Jest to chyba jednak w większym stopniu zasługa innej "wielkiej szychy" - zarządzajacego tym działem Marvel Studios Aviego Arada...

Stało się nieuniknione - nieudolne rządy ludzi, którym zabrakło kompetencji i koniecznego doświadczenia, aby utrzymać się w branży komiksowej, doprowadziły finansowego kolosa do bankructwa. Nieoficjalnie mówi sie, że takiemu obrotowi spraw "pomógł" również fakt, że Ron Perelman przywłaszczył sobie sporą sumkę dolarów (od 180 do 240 mln) - nie są to jednak informacje w pełni potwierdzone.

Nie wiadomo czy Marvel Entertainment istniałby dziś w ogóle, gdyby nie interwencja dwóch Izraelitów - Izaaka Perlmuttera i wspomnianego wczesniej Aviego Arada, którzy wykupili wiekszość akcji i stali się włascicielami spółki. Ci doskonale wiedzieli co należy uczynić, aby sprowadzić Marvel Comics na właściwą drogę. Paradoksalnie, ich założenia nie różniły się aż tak bardzo od założeń Perelmana - także sądzili, że jedynym sposobem na odrodzenie jest przeniesienie czołowych pozycji na "Srebrny Ekran" i właśnie w kierunku Marvel Studios skierowali strumień gotówki. Tylko że w przeciwieństwie do "Czarodzieja", dwaj biznesmeni dołożyli wszelkich starań, aby filmowe adaptacje prezentowały naprawdę wysoki poziom. Warto jednak dodać, że pierwsze kroki były nieco niepewne - w przypadku produkcji "Blade'a" zdecydowano, że logo Marvela nie zostanie użyte przy promocji tego obrazu w obawie przed ewentualnym, jeszcze większym, pogorszeniem wizerunku korporacji. Dalej jednak było juz coraz lepiej - najpierw do kin wszedł wyreżyserowany przez Bryana Singera, długo wyczekiwany "X-Men", z którego zyski były nadspodziewanie duże. Nie inaczej było choćby ze "Spider-Manem". Filmy "Daredevil" i "Hulk" wprawdzie nie osiągnęły spektakularnych wyników kasowych, ale za to rozpostarły skrzydła w edycjach DVD. Czołowe wytwórnie nie zignorowały tego trendu i kilka z nich, jak np. Artisan, już podpisało umowę na kilka nowych filmów, które dopiero przyjdzie nam zobaczyć. Koncentracja kapitału na produkcji coraz to nowszych adaptacji nie pozostało niestety bez echa, jeśli chodzi o dział wydawniczy, którego prezydentem jeszcze przez niecałe 2 miesiące będzie Bill Jemas (w styczniu zastąpi go Dan Buckley). Znacznie ograniczono bowiem przeznaczone nań fundusze, co sprawia, że niekiedy nawet te dobre tytuły, jak chociażby "Agent X", są zawieszane, jeśli nie sprzedają się w odpowiedniej ilości kopii. Na szczęście i tutaj dostrzegalne są niewątpliwie pozytywne zjawiska: komiksy, a raczej tzw. "powieści graficzne" powracają do czołowych sieci amerykańskich księgarń, takich jak "Barnes & Noble", czy "Best-Book".

Marvel musiał więc zacząć wszystko od początku, lecz Perlmutter i Arad wyszli z tego obronną ręką. Jest to, co prawda - cytując Joe Quesadę - firma "licząca sobie zaledwie trzy lata", lecz publikowane przez wszystkie wydawnictwa cokwartalne raporty kondycji finansowej pozwalają zachować optymizm. Przykładowo, rok 2001 przynióśł w stosunku do roku 2000 zyski wyższe o ponad 40%. Jest to liczba wręcz oszałamiająca, jeśli weźmiemy pod uwagę, że rok 1999 był jeszcze rokiem deficytowym. Szefowie Marvela nie zamierzają teraz zwalniać tempa. Bezustanie poszukują nowych rynków, w które możnaby zainwestować. Podpisano już umowy na kilka smakowicie zapowiadających się gier komputerowych, lecz także na serial telewizyjny luźno powiązanym z komiksem "Weapon X". Fanom "Domu pomysłów" pozostaje jedynie zacierać z zadowolenia ręce...

Killah

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.