Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #38 (07.04.2008)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 7 kwiecień 2008 Numer: 14/2008 (38)


Po miesiącach oczekiwania fani wreszcie otrzymali Secret Invasion #1. Reakcje czytelników były pełne pozytywów, a nawet euforii, więc crossover wystartował bardzo udanie. Całe szczęście, bo pozostałe propozycje Marvela z tego tygodnia nie były specjalnie udane.



Amazing Spider-Man #555
avalonpulse0038c.jpg
Gil: Wow! Jest jedna rzecz, którą Chris Bachalo potrafi rysować najlepiej na świecie: śnieżne sceny. W tym numerze mamy ich pod dostatkiem i wszystko wygląda przepięknie... poza kilkoma zbyt kanciastymi Wolverine'ami. Pajęczak w wykonaniu Chrisa również wygląda interesująco i jakoś wyjątkowo mi pasuje, chociaż nie jest specjalnie gibki. To tyle zachwytów nad stroną wizualną, pora na fabułę. Tutaj nie jest źle. Może rewelacji nie ma, ale nagłość wydarzeń pozwala oderwać się trochę od tego, co inni scenarzyści zaserwowali, a po dokonaniach Gale'a jest to ogromny plus. Historia jest dość tajemnicza, ale przyjemna. Majowscy terroryści to coś zdecydowanie nowego. Fajnie się czytało, oglądało się z przyjemnością, a suma daje mocne 7/10.
Jaro: Inny scenarzysta, poziom głupoty na cm2 spadł dość mocno i znów jest w miarę dobrze, jakościowo podobnie do tego, co było w pierwszych dwóch historiach. Numer czyta się szybko i przyjemnie, sprawdza się on też jako wprowadzenie do historii. I wreszcie rysunki - Bachalo się postarał i chyba spośród wszystkich rysowników do tej pory on pasuje do Spidera najbardziej. O pracy Wellsa więcej będzie można powiedzieć po następnych numerach, bo wywarcie dobrego wrażenia nie jest trudnym zadaniem po tym, co pokazał Gale. Ocena: 6,5/10; soundtrack: Massive Attack - Weather Storm
S_O: Tak pozytywnych wrażeń po pierwszym numerze story-arca nie miałem chyba od historii Slotta. Kreska Bachalo nie jest tak... charakterystyczna, jak potrafi, żarty są nienachalne, a sama historia też nie aż tak boleśnie oldskulowa, jak chociażby poprzednia. Jak zauważył CrissCross w Spoilerowni, numer ten kłóci się trochę z continuity i "Back in Black", ale przecież BiB się nigdy nie wydarzyło, nie? I trochę szkoda, że tak lamersko będą to pewnie tłumaczyć...
CrissCross:
Eeee tam... Teksty takie nawet dobre, ale intryga wcale nie jest jakaś przesadnie wciągająca, a poza tym... Bachalo. Nie znoszę jego kreski. Przeszkadza w odbiorze. Poza tym ZNOWU leży chronologia! Dostajemy New Avengers z Dr Strangem jeszcze i Pająka w czerwono-niebieskim wdzianku. O ile pamiętam NA Annual 2 (a przed chwilą go przejrzałem), to gdy Strange odchodził z NA, Piotruś był jeszcze Back in Black. Gratuluję więc kolejny raz twórcom Spidera. Znowu nawalili.
Olka:
Bachalo. JEDYNY powód mojego sięgnięcia po Spiderka ponownie. Wielbię go i kocham. (tylko dlaczego w jednym panelu zrobił Logana takiego... Ramosowatego :() Smutna minka tej maskotki, którą trzyma Spidey w panelu z pojawieniem się Strange'a... obłędna. "Long uderwear?" "Something like that."
(spider-man footie pajamas! - I miss MJ :( ).


Clandestine vol. 2 #3
S_O: Davis postanowił wsadzić do kotła swoją ulubioną brytyjską drużynę herosów (zgadnijcie kogo), a zła blondyna z innego wymiaru okazała się panienką Newtona, który najwyraźniej lubi role-playe. Hmmm. Poza tym jednak, nie jest tak źle, Omegianie zaczynają coś kombinować przeciwko swemu stwórcy, Adam dowiaduje się, gdzie powinien iść, Ravenscroft zostaje zaatakowane, a bliźnięta... spotykają całkiem przypadkowych wampirów. O-key, może nie wszystko nie jest złe.

avalonpulse0038d.jpg Cable vol. 2 #2
Gil: Ten Forge to ma pecha. Tylko coś zmajstruje, a ktoś zaraz go w łeb walnie i ukradnie. Tym razem, jednoręki ukradł rękę. Różne bzdury już widziałem w komiksach, ale ta zajmie miejsce w pobliżu szczytu. Do połowy zeżarty Bishop przypala się Sunfirem, a potem spokojnie przebywa pół świata, żeby przyczepić sobie ot tak skradzione cybernetyczne ramię, które zupełnie przypadkowo ma wbudowany wehikuł czasu. Bullshit na resorach! Ale Kabla i tak to nie rusza. Dzieciaka też nie, chociaż zwalił się na niego typ postury Pudziana. Zdecydowanie nie tego się spodziewałem po tym tytule. A patrząc na tę kaszankę i zapowiedzi nowego antydzieła Waya, ciśnie się na myśl pytanie: I komu przeszkadzał Cable & Deadpool?!? Nie jest dobrze, a przez zawiedzione nadzieje daję 3/10.
Jaro: Pokazanie zdobycia łapki przez Bishopa było wprawdzie potrzebne, ale do najoryginalniejszych nie należy, więc szkoda, że zajmuje większą część numeru. Do tego jeszcze dość oczywisty we wszelakich podróżach w czasie cliffhanger i oprawa graficzna, do której można się wprawdzie przyzwyczaić, ale na pewno nie da się nią zachwycić. Ogólnie, ani to dobre, ani złe, czyli jednym słowem: nuda. Po poprzednim numerze spodziewałem się czegoś lepszego.
Ocena: 4/10; soundtrack: Kazik - Down in Another Hole
S_O: OK, historia Bishopa nie jest ani sensowna, ani fizycznie możliwa, ale przynajmniej trzyma się względnie kupy. Walka w przyszłości wypada podobnie, ale jedno pytanie muszę zadać - od kiedy Bishop potrafi rzucać TIRami? No i te nazwy różnorakich rąk u Forge'a - genialne... Ech...
CrissCross: C
ałkiem niezłe. W sumie akcja nie posuwa się daleko do przodu, ale dostajemy troszkę wyjaśnień. "Pościg" w czasie Bishopa za Cablem trochę naciągany (bo to chyba nie jest takie proste, teleportować się w czasie i patrzeć, czy coś się zmieniło), ale ujdzie w tłoku. Forge powinien zainstalować jakieś zabezpieczenie typu "anty-Bishop", bo to już drugi raz w krótkim okresie czasu jak zostaje przez niego znokautowany. Zresztą to też nieco naciągane, bo przecież Indianin dopiero co leżał zakrwawiony (chyba) i nieprzytomny, a tu już wygląda całkiem nieźle. A przecież czasu minęło tak naprawdę niewiele. Jako, że lubię się przyczepić do nierealnych nagłych wyzdrowień, to i tu powinienem się zirytować, ale jakoś w porównaniu do niektórych innych przypadków tutaj jeszcze dam sobie spokój, bo tak naprawdę nie wiadomo, jak poważnie był ranny wcześniej. Daję kredyt zaufania na następny numer, ale oczekuję już czegoś naprawdę mocnego.

Dark Tower: The Long Road Home #2
Hotaru: Wiem, że to trochę niebezpieczne myślenie, ale najwyraźniej - podobnie jak The Gunslinger Born - The Long Road Home to jeden z tych tytułów, które nigdy nie zawiodą. I może to stwierdzenie trochę na wyrost po przeczytaniu dopiero drugiego numeru (dziewiątego, licząc pierwszą miniserię), ale jestem święcie przekonany, że się nie mylę. Bo wystarczy upewnić się, że jest tu wszystko, co miały poprzednie numery: intrygująca fabuła Furth, poetycki wręcz skrypt Davida, arcypiękne rysunki Lee i Isanove'a. Tylko i aż tyle. Na razie starczy tego rozpływania, żeby Was nie zanudzić, bo nadchodzą jeszcze trzy numery tego samego. Poezja.


Kick-Ass
#2
avalonpulse0038e.jpg
Gil: Część pierwszą rozumiałem jako doskonały przykład, dlaczego durny dzieciak nie powinien się bawić w bohatera. Część druga to już jednak lekkie przegięcie. Coś w stylu: jeśli jesteś za głupi, żeby rozumieć część pierwszą, pokażemy ci to jeszcze wyraźniej. Miałoby to sens, gdyby nie druga połowa numeru, w której widzimy, że durny dzieciak niczego się nie nauczył i jeszcze dostał za to nagrodę. Ten mały sukces pewnie też wróci i ugryzie go w dupę, ale i z tego niczego się z pewnością nie nauczy. Zgaduję, że tytuł ma szokować swoją dosadnością, ale bez przesady... Jeśli łepek jest za głupi, żeby wbić sobie do głowy najprostsze rzeczy, to nie wzbudzi litości, ale coś wręcz przeciwnego. Jakby to ujął Stan March: "Dude, it's all fucked up in here!" Ocena: 3/10
Demogorgon: Millar wielkim scenarzystą jest, a każdego jego dzieło prawdziwie zachwyca....Powiedział nauczyciel, głupi jak to nauczyciel. "Jak ma zachwycać, jak nie zachwyca?" - Powiedział pewien porządny pisarz, mądry jak to porządny pisarz. Nudziłem się potwornie, a nawalanka mi się nie podobała. Lubię Romitę Juniora, ale muszę to przyznać - część, w której się biją, nie wyszła mu ani trochę. A z innej beczki - dostaliśmy próbkę scenariusza na zakończenie. Chociaż ja wolę wierzyć, że to tylko niesmaczny żart. Jak tak wygląda scenariusz profesjonalisty, to chyba ktoś tu ma nie po kolei w głowie. Poważnie, to jest napisane tak byle jak, że powinniśmy dopisać Romitę jako współautora scenariusza za zrobienie czegoś sensownego z tego stosu ogólników. 3/10
Jaro: Podobny poziom, jak w zeszłym miesiacu - niby czyta się dobrze, ale do zachwytów daleko. Napisane i narysowane jest to zgrabnie, "czegoś" jednak brakuje. Paradoksalnie, zaszkodziło tu właśnie nakręcanie apetytu przed wydaniem serii, przez które czytelnik chciałby co najmniej pięć razy na numer zbierać szczękę z podłogi. Tak się nie da, Kick-Ass czyta się może fajnie, ale nic poza tym. Zobaczymy, w jakie kłopoty wpędzi bohatera czyjaś różowa motorolka z opcją nagrywania filmów, bo jednak jakiś kopniak historii by się przydał.
Ocena: 5,5/10; soundtrack: Pantera - Rise
S_O: Pytanie pierwsze: Ile miesięcy rekonwalescencji potrzeba, by durny dzieciak nauczył się, że nie tak łatwo skopać tyłki przeważającym liczbom wroga (zwłaszcza, jak każden jeden jest ze dwa razy wyższy i trzy razy cięższy od ciebie)? Pytanie drugie: Czemu durny dzieciak zostaje skopany przez grupkę graficiarzy, ale daje po mordzie trzem mięśniakom na usługach mafii (bo pewnie to oni mu później zafundują jajecznicę na akumulatorze)? Romita też jakoś w gorszej formie, ale co zrobić, skoro musiał pracować ze scenariuszem w stylu "On wali ich gdzieś. Wymyśl, gdzie. Oni walą go czymś. Wymyśl, czym."
Olka:
Mówiłam sobie, "wszystkim się podoba", mówiłam sobie, "może do Millara i Romity uprzedzona jestem", mówiłam sobie, "dać szansę"... I wciąż mi się nie podoba... Nie przemawia do mnie jakoś scenariusz, nie trafia jakoś do mnie.

Logan #2

Gil: Opowiastki jakich wiele ciąg dalszy. Zabijają Loganowi panienkę, ten zły okazuje się jakiś taki niezniszczalny i po latach wraca się mścić. Pikanterii dodaje nieco użycie magicznego słowa Hiroshima, ale szybko traci ono znaczenie, bo tak wymowne zdarzenie sprowadzone zostaje do roli tła - ewentualne pretekstu do wyjaśnienia, dlaczego ten zły jest płonącym szkieletem. Przeżycie nuklearnej eksplozji przez Logana pachnie przegięciem. A jednak w ogólności nie wygląda to źle, dlatego dostanie 5/10.
J
aro: Jeśli kogoś ciekawi, czy Wolvie jest większym kozakiem niż bomba atomowa, odpowiedź na to pytanie znajdzie w tym numerze. Ale trzeba też przyznać, że czyta się to wszystko całkiem przyjemnie, nawet jeśli historia zrobiła się okrutnie schematyczna. Najpierw Firebreak, teraz to (plus obecna i następna historia w regularnej serii) - chyba Marvel robi fanom Rosomaka jakąś terapię po Loebie. I jako coś takiego ten numer się sprawdza bardzo dobrze.
Ocena: 5,5/10; soundtrack: L7 - Fuel My Fire
S_O: Wszyscy, którzy myśleli, że Vaughan wysłał Wolviego do Hiroshimy na spotkanie z trzynastoma do szesnastu kilotonami, mieli rację. Wszyscy, którzy myśleli, że to spotkanie odbyło się nie tylko po to, żeby pokazać, że Wolvie nawet to przeżyje, racji nie mieli (przynajmniej na razie).
Poza tym, historia raczej schematyczna. Logan zalicza Japonkę, Japonka ginie, Logan się mści. Next, please.


Moon Knight vol. 5 #17

Gil: Trup. Oficjalnie uznaję tę serię za zarżniętą i rozstaję się z nią. Fabuła nie oferuje nic interesującego, chociaż z początku miała przynajmniej potencjał. Rysunki Texeiry generalnie niezłe, ale kilka jego pomysłów jest jak cios ołówkiem w oko. Jeśli pierwsza historia wyznaczyła poziom dna (w końcu nazywała się "The Bottom") to ta jest jakieś siedemnaście metrów poniżej. Dwója. 2/10

New Exiles #4
S_O: Proszę państwa, to drugi komiks w tym tygodniu, w którym ludzie przeżywają bombę nuklearną wybuchającą im w twarz. Jeszcze jeden taki numer, a zacznę się poważnie zastanawiać, o co było tyle szumu z tą całą Zimną Wojną, skoro i tak atomówki na nikogo nie działają. Miło też, że najwyraźniej w końcu ktoś szturchnął Claremonta i powiedział "Hej, Chris, zdajesz sobie sprawę z tego, że Psylocke ma moce?". Dobre i to.
A poza tym, proszę państwa, jedna z najgłupszych deus ex machina ostatnich czasów - rodzinkę Black Namora oraz Exiles ratuje kolejna córka tego pierwszego, o której wszyscy wcześniej zapomnieli wspomnieć. A jeśli dodamy do tego fakt, że grupa przez trzy numery zapierniczała w te i we wte po Afryce, żeby dowiedzieć, się, że ich misja polegała na zabraniu następnego członka, to wychodzi typowy powód, dla którego Claremont powinien udać się na emeryturkę.


Omega: The Unknown vol. 2 #7

Gil: Nie wiem, co wciąga autor scenariusza, ale chętnie poznałbym jego dilera. Pomysł z komiksem w komiksie jest wprost genialny i w końcu rozjaśnia trochę sytuację. Akcja rozwija się ciekawie i widać, że zmierza w kierunku bardzo konkretnego finału. Jest też wyjątkowy moment - ten ze szczurem. I jeszcze dodam, że z tego i poprzedniego numeru Brubaker mógłby się nauczyć tego i owego o uciekających rękach. Dam mu 6/10.

avalonpulse0038f.jpgSecret Invasion #1
Foxdie: Po pierwsze, jeśli nie możecie pogodzić się z tym, że Brian Michael Bendis wygrał WW, to zapraszam do pierwszego numeru Secret Invasion. Po drugie, "Who do You trust?". Zaczęło się! Po miesiącach oczekiwań i tygodniach mniejszych lub większych spoilerów, dotarliśmy do rozpoczęcia największej "kaszany", jaką świat Marvela widział. Pierwszy numer rozpoczyna się dość spokojnie, aby na 24 stronie dać nam konkretnego kopa, rozpiżdżając każdą większą agencję obrony kraju/świata, więzienia, czy odpalając nawet Negative Zone. W całej tej akcji najsłabiej wypada spadający na Nowy Jork Helicarrier, bo to nie pierwszyzna, kiedy tak się dzieje. Zresztą co tam Helicarrier, zieloni byli w stanie (tymczasowo) ubić samego Tony'ego Starka. Co jeszcze ciekawego? Zieloni działają niczym fanatyczni wyznawcy Allaha. Spustoszenie jest ogromne, a flota Skrullowskich statków kosmicznych sięga daleko w kosmiczną otchłań. Podoba mi się religijna otoczka. Podoba mi się rozmach, który w przypadku tego crossa widać od pierwszego numeru, nie to co WWH, które nie wyszło poza NY. Na dodatek podoba mi się kreska, która należy do znienawidzonego przeze mnie Yu! Nie wiem, co brał tworząc New Avengers, ale najwyraźniej to odstawił albo bierze coś lepszego. Jeśli tak dalej pójdzie, to z listy najbardziej znienawidzonych, Yu trafi do mojego Top 10 rysowników. Oczywiście najpiękniej prezentuje się jego naga Skrull Elektra i Mr. Fantastic w wersji "ręka, noga, mózg na ścianie".....ups, a miało być bez spoilerów....Pozycja obowiązkowa, dla wszystkich. Ocena: 10/10 He Loves You.
Gamart: Co tu dużo mówić. Spoilery popsuły radość w jakimś stopniu, ale i tak mną zamiotło. Pomysł wypalił jak na razie, dużo wątków otwartych perfekcyjnie, świetne zwroty akcji i fajne dialogi. Do tego Yu, jakiego się nie spodziewałem. O, i FF lepsze na paru stronach niż w dwóch numerach Millara. Zresztą co się bedę wysilał. Kupić i czytać. 10/10
Gil: Przeklęte spoilery popsuły mi połowę zabawy! Gdyby nie to, pewnie wstrzymywałbym oddech przez cały czas czytania, zamiast co chwilę powtarzać w myślach "a, to pewnie teraz..." Spoilerom mówimy nie! A sama historia? Jest nieco poszatkowana, ale to niezbędne, by pokazać, jak dużo się dzieje. Wszelkie niedogodności konstrukcyjne nadrabia jednak zawartość, bo dzieje się nie tylko dużo, ale i dobrze. Jakościowo dobrze. Są odpowiedzi na kilka pytań, jest więcej pytań, są sytuacje, które mogą zaskoczyć i są też dobre dialogi. Secret Invasion #1 spełnia swoje zadanie całkowicie - czekam niecierpliwie na dalszy ciąg. Osobną sprawą są rysunki. Widziałem dużo lepsze prace Yu, które nie były okraszone komentarzem: "naprawdę się postarał". Niech on już się nie stara, a po prostu rysuje w swoim zwykłym stylu, bo od tego starania mu się zbrzydło. Pierwszy plan jest dobry, ale zwłaszcza postacie w tle leżą. Tak czy inaczej, dobrze jest. Numer tygodnia, te sprawy... A ocenę na razie nieco wyhamuję i bez przedwczesnego wybuchu emocji dam 8/10.
Demogorgon: No, to się zaczęło. Skrullowie rozwalają wszystko, co się da - S.H.I.E.L.D., S.W.O.R.D., firmę Starka, samego Starka, Fantastic Four, Thunderbolts (to zdecydowanie najlepsza scena - muszę tylko przeczytać ostatni numer Captain Marvel, żeby wiedzieć, gdzie to wsadzić....). A ci goście pod koniec - idę o zakład, że to Skrullowie chcą co nieco namieszać i tyle. Inaczej to bez sensu... Bendis zjada wszystko, 10/10
Hotaru: Czytałem gorsze komiksy. Ale i lepsze. Sytuacja z pierwszym numerem Sekretnej Inwazji przypomina mi trochę analogiczną sytuację z pierwszym numerem Fantastic Four duetu Millar-Hitch - tak długo o tym trąbiono, tak zachwalono, że kiedy wreszcie komiks ujrzał światło dzienne i okazał się "jedynie" dobry, wzbudził mój zawód. Bo przyznaję, chociaż miejscami Secretavalonpulse0038g.jpg Invasion #1 przypomina skleconą przez dział marketingu reklamówkę tie-inów, to jestem w stanie to zrozumieć, zignorować i docenić to, że pozostałe fragmenty trzymają się kupy. Jestem średnio zaintrygowany całym skrullowatym planem i żywię cichą nadzieję, że kilka lubianych przeze mnie postaci, które ostatnimi czasy trafiły pod skrzydła "zdolnych inaczej" scenarzystów, okaże się agentami zielonych i ich honor zostanie ocalony. Doceniam też, że rysownikowi Yu starczyło zapału aż na połowę numeru i skopał mniej, niż wcześniej byłbym w stanie od niego oczekiwać. Wiem, że to dopiero początek i może to nawet lepiej, że nie odebrałem go jako trzęsienia ziemi, bo potem mogłoby być tylko gorzej, a tak mamy miejsce na ulepszenia. Oby je wykorzystano.
Jaro: Kilku spoilerów nie uniknąłem, lecz w porę się opamiętałem, zaoponowałem. Spoilery zachęcały, w końcu za wygraną dały, a ja nieskalany zbytnią wiedzą mogłem cieszyć się tym, co przygotowali Bendis i Yu. I co? I wyszło. Jako otwarcie numer sprawdza się znakomicie. Czyta się go szybko, prawie jednym tchem, dostając w tym czasie na talerzu kilku Skrullów, kolejne pytania, splatające się stare wątki i otwierające się nowe, do wykorzystania w tie-inach. Kreska Yu - świetna, mniej chaotyczna i brudna niż w NA, za to pasująca do "crossoverowatości". SI lepiej zacząć się nie mogła i miejmy nadzieję, że taki (a nawet lepszy) poziom wykonania i miodności zachowa do samego końca.
Ocena: 9/10; soundtrack: The Cavalera Conspiracy - Nevertrust
S_O: Ten komiks nie istnieje. To była tylko zbiorowa halucynacja, spowodowana odbiciem światła Wenus od gazu bagiennego. Mąciciele, próbujący Państwu wmówić nieprawdę o jakiejś "Inwazji zmiennokształtnych kosmitów", zostaną ukarani. Możecie spokojnie rozejść się do domów. Życzymy miłego dnia. On was kocha. Miłego dnia.
A tak poważnie - Bendis zaczyna z grubej rury i aż żal mi po tym numerze, że w finale WW zagłosowałem na Bru. Nieco słabszy jest fragment, w którym po otwarciu wraku narracja skacze z jednego miejsca na drugie, reklamując jak najwięcej tie-inów, chociaż ktoś mniej złośliwy mógłby to odebrać jako pokazanie, że Inwazja odbywa się na wielu frontach.

The Punisher: War Journal vol. 2 #18
S_O: Nie lubię Chaykina. Będę to powtarzał w kółko, aż niebiosa się nade mną zlitują i Howarda dopadnie artretyzm albo co. Jeśli chodzi o scenariusz, to mamy do czynienia z kolejną punisherową opowieścią bez Punishera. Tym razem, choć nie widać tego na pierwszy rzut oka, główną postacią jest Jigsaw i jeśli wierzyć temu, co o tym numerze pisano w zapowiedziach, jest to preludium do większej opowieści z puzzlomordym bandytą. I jako taka wypada całkiem nieźle, muszę rzec.


avalonpulse0038i.jpgYoung Avengers Presents #3
Gil: Seria leci sinusoidą - raz szczytuje, raz ociera się o dno. Dobrze było w poprzednim numerze, więc dla równowagi dostajemy kiszkę. Raberto Sacassa zrobił swoje w średnim stylu. Z takim tematem jakiś Reed czy inny Bendis mógłby wyczyniać cuda, ale tu jest tylko dostatecznie i miejscami ciekawie. Szkoda, że tak naprawdę nic z tego nie wynika i trudno nawet mówić o rozwoju postaci.
A jeśli chodzi o rysunki... no cóż - tra-ge-dia! Nazwisko rysowniczki pobrzmiewa z rosyjska, więc ośmielę się zasugerować, że powinna pozostać przy ozdabianiu matrioszek, a od komiksów trzymać się z daleka. To właśnie ta tragedia zmusiła mnie do obniżenia oceny o jeden punkt i wystawienia 4/10.
Hotaru: Wreszcie! Trzeci numer tej miniserii, który po tragicznej zbrodni Brubakera na Patriocie i nudnej historyjce Reeda o Hulklingu, z czystym sumieniem mogę określić jako "bardzo dobry". Rzadko się zdarza, że gotowy produkt spełnia wszystkie wzbudzone reklamami nadzieje, lecz tym razem rzeczywiście się tak stało i przyznaję, że w wywiadach promocyjnych mówiono o tym komiksie samą prawdę. Poszukiwania Scarlet Witch są jedynie drugoplanowym pretekstem do rozbudowania postaci Wiccana i Speeda. Czyż nie dlatego tak uwielbiane były Young Avengers Heinberga? Za genialnie poprowadzone postaci? Ten numer tak wywindował poziom, że to aż wątpliwe, by kolejny był równie dobry. Ale nadzieja pozostaje, szczególnie podtrzymywana takimi perełkami.
S_O: Przed premierą bałem się, że Wiccan ze Speedem znajdą mamuśkę i tylko walka z Master Pandemonium przeszkodzi im w zjednoczeniu rodziny. Na szczęście nic takiego się nie stało i dostajemy całkiem niezły komiks okraszony relacjami między rodzeństwem. Fajnie to wyszło, a że ma być tu wskazówka co do zbliżającego się Unholy War, zgaduję, że będzie to miało coś wspólnego z powrotem pewnej wszechpotężnej rudej bohaterki. Może przy okazji odkręci się kilka uwierających w tyłek czarów, jak ten z HoM czy OMD... Ech, marzenia...

The Twelve #4
Gil: Na tapecie dla odmiany Laughing Mask i Rockman. Pierwszy w teraźniejszości, drugi we własnych wspomnieniach, które jednocześnie budzą wątpliwości i dają nadzieję, że coś z tego wątku wyjdzie znaczącego. Oprócz tego, kontynuacja zaczętych wcześniej wątków i pewna zapowiedź, na kogo światła zostaną skierowane następnym razem. Plus wszelkie konieczne dowody dla tych, którzy jeszcze wątpią, że Claire jest super hot. Drobnym minusem jest nieco mniej akcji w czasie rzeczywistym, ale to nie przeszkoda. Ocena: 8/10.
S_O: Czwarty tuzin za nami i bez przesady stwierdzam, że obok SI #1 jest to numer tygodnia. Poznajemy origin Rockmana, poznajemy śmieszną anegdotkę o pierwszej akcji Laughing Mask w naszej rzeczywistości, poznajemy trochę bliżej Black Widow (OMG Boobies!!1!one), a do tego skromna libacyjka w gronie hibernatusów (ten cały Berlin, który zdobywali w '45... weszli od zachodu, czy wschodu?). Seria daje nam odpocząć od - było, nie było - dość schematycznych opowieści o superherosach i to jest jej siłą.

Young X-Men #1
avalonpulse0038h.jpg
Gil: Nie jest to może tragedia, ale porażka już jak najbardziej. Co komu strzeliło do głowy, żeby w najciekawszym momencie wsadzić New X-Men w dupę, a na jego miejsce wystawić jej zawartość? Wybaczcie słownictwo, ale inaczej nazwać tego nie mogę. Guggenheim silił się na nawiązanie do Giant Size X-Men i różnorodność postaci, a wyszedł mu schematyczny zlepek banałów. Na dodatek, rysunki są na strasznie niskim poziomie, zwłaszcza jak na debiutanta, który powinien zachęcać, a nie odstraszać. Jeśli to się sprzeda, to chyba najwyższy czas na komiksową emeryturę. Oceną charakterystyczną dla dzisiejszego tygodnia zostanie 3/10.
Hotaru: Jakoś od początku miałem negatywne odczucia co do tego tytułu. Może to dlatego, że anulowano wydawanie fajnego New X-Men bez żadnej historii zamykającej, a może dlatego, że same zapowiedzi tego tytułu wydawały się mało entuzjastyczne. Totalnie zignorowano fanów, którzy mając prawo czuć rozgoryczenie pytali o obsadę New, a w odpowiedzi dostawali tanie uniki typu "niektórzy pojawią się w Young X-Men" albo "zobaczycie ich w Divided we stand". Cóż, ośmiostronicowa historyjka na pewno nie naprawi katastrofalnego błędu, a teraz już mogę powiedzieć, że ten tytuł też tego nie zrobi. Pomijając już koszmarne rysunki (bo tego się spodziewałem, mając próbkę "talentu" w Ultimate X-Men), to dawno nie czytałem komiksu, w którym scenarzysta tak bardzo chybił w charakterystyce postaci. Nie będę się rozwodził nad brakiem jakiegokolwiek sensu za pomysłem osi fabularnej tego tytułu, ale takiego potraktowania postaci nie zdzierżę. Nawet jeśli Marvel zrobił to specjalnie i postanowił ich zepsuć z premedytacją, żeby nie chciało się za nimi tęsknić. Cyclops, po schematycznym nudziarstwie, popadł w kolejny schemat - mającego ciągłe zatwardzenie idioty z kompleksami na punkcie tego, co ma w majtkach. Wolf Cub nagle postanowił zrobić konkurencję Loganowi. Blindfold pozbyła się urokliwej maniery mówienia, wyrzuciła wszystkie oryginalne ciuchy w nieco mistycznym stylu na rzecz nudnych jeansów i t-shirtów i przestała być spooky. Dust z wrażliwej muzułmanki przeistoczyła się w Strażnika Bliskowschodniego Teksasu. A nowe postaci (tak, po to zostało ich tylko 198, żeby wymyślać co chwila nowych) są zupełnie nieabsorbujące i zwyczajnie nudne. Przyznanie temu komiksowi zera w skali 1-10 byłoby rozrzutnością.
Jaro: Jakieś to takie nijakie. Numer zaczyna się przyzwoicie wizją Ruth, jednak późniejsze zbieranie rekrutów przez pojawiającego się zawsze we właściwym miejscu i czasie Cyke'a jest zwyczajnie irytujące. X-Brotherhood skupione wokół DaCosty i Hellfire Club wydaje się być czymś stworzonym zupełnie na siłę, co też nie rokuje za dobrze dla tytułu. Rysunki pasują do treści idealnie - są równie jak ona nijakie. Może później będzie lepiej, na razie jednak - buuuuuuu.
Ocena: 3,5/10; soundtrack: Mudvayne - Everything and Nothing
S_O: Guggenheima też nie lubię. I po tym numerze na pewno nie zacznę. Denerwujący, "claremontowaty" narrator, obracanie o 180 stopni charakterów postaci, paskudne ograniczenie maniery językowej Blindfold, brak jakichkolwiek wyjaśnień, wprowadzanie kolejnych mutantów (OK, zostało ich "kilkaset", ale bez przesady, znanych charakterów nie było?)... Nie mam nawet szczególnie lubianych postaci, dzięki którym mógłbym usprawiedliwiać czytanie tej serii, więc pewnie będę to robił dla samej radości narzekania.
Krzycer:
Nie jest tak źle, jak się obawiałem. No i na całe szczęście charaktery postaci zostały zachowane (circa about, ale Wolf Cuba w wersji hardcore jestem w stanie wybaczyć...). Zobaczymy, co będzie dalej.



Okładki tygodnia

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

 

Hit tygodnia:

avalonpulse0038a.jpg Amazing Spider-Man #555

Autor: Simone Bianchi

Gil: Okładki pana Bianchi powoli zaczynają wyrastać na moje ulubione. Ich niewątpliwą zaletą jest realizm, który stoi w opozycji do, na przykład, plastyczności Djurdjevica. W przeciwieństwie do wnętrza, na okładce można pozwolić sobie na uwydatnienie szczegółów takich, jak faktura materiału, szwy na masce czy niedogolona twarz, co dodaje postaciom życia. Nie przypominam sobie, bym wcześniej widział Spider-Mana w wersji Bianchiego, więc to swego rodzaju nowość. Pozytywna nowość - jak najbardziej.


avalonpulse0038b.jpgCable vol. 2 #2 (Finch Variant)

Autor: David Finch

Foxdie: W tym tygodniu ładnych okładek jak na lekarstwo, a Finch wznosi się wysoko ponad konkurentów (jak zwykle). Powala ogromną ilością szczegółów i dynamiką. Poza tym Bishop dostaje bęcki. Same plusy, jakby nie patrzeć.








Wieści redakcyjne:
W ostatnich tygodniach do redakcji dołączyli: Fylyp3g (dział filmowy), grem (korekta), Globi (katalog postaci), sCaRy (recenzje) oraz Wallenstein (streszczenia).



Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2008.04.02



Redaktor prowadzący: Lex
Korektor: S_O
Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.