Avalon » Publicystyka » Artykuł

Powrót do odległej galaktyki: Epizod IV

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie podcastu Myszmasz tuż przed premierą siódmego epizodu Gwiezdnych Wojen.

Mając pierwsze trzy epizody za sobą, zabrałem się za klasyczną trylogię, przekonany, że po burzliwych wodach prequeli czeka mnie spokojne żeglowanie po dobrze mi znanych oryginalnych filmach.

W zasadzie miałem rację. Nie przewidziałem tylko, że w związku z tym nie bardzo wiem, co napisać.

To chyba będzie krótki tekst.




Nowa nadzieja. Co właściwie można jeszcze napisać o tym filmie, czego jeszcze nie napisano? Czy mam chwalić jego zalety, to, jak Lucas wziął baśń starą jak świat (względnie campbellowski monomit) i zaprezentował ją w niesamowicie wciągający sposób? Wymienić inspiracje Lucasa – Campbella, Kurosawę, Flasha Gordona, filmy wojenne o Drugiej Wojnie Światowej? Czy może przyczepić się do wad, wytykając niepotrzebne wtręty dodane w ramach edycji specjalnej, miejscami kiepskie aktorstwo i pojedyncze ujęcia, w których efekty specjalne brzydko się zestarzały? Można, ale mam wrażenie, że to wszystko już było, i że w sieci są setki jeśli nie tysiące takich tekstów.

Z drugiej strony, ja jeszcze nigdy takiego tekstu nie napisałem. Postanowiłem więc, że to zrobię, obejrzałem Nową nadzieję, zanotowałem różne rzeczy, do których chciałem się odnieść… a potem obejrzałem najnowszy odcinek Cinema Sins i, jakby to delikatnie ująć, ponownie odczułem zwątpienie.


Twórcy tego filmu wypunktowali prawie wszystko, o czym chciałem pisać, więc nie będę po nich powtarzał. Zamiast streszczenia filmu scena po scenie z uwagami, jak to było w poprzednich trzech tekstach, mogę zaoferować tylko garść ogólnych przemyśleń.

Zacznę od tego, jak Nowa nadzieja wygląda, bo pisałem krótką uwagę, którą chciałem wstawić trzy akapity wyżej po wzmiance o efektach specjalnych, ale krótka uwaga na marginesie była się rozrosła. To zdumiewające, ale w tym filmie jest tylko parę ujęć, które dziś kolą w oczy. (I naprawdę chodzi mi o pojedyncze ujęcia, takie jak np. najazd kamery na ostrzeliwaną przez Luke’a powierzchnię Gwiazdy śmierci, gdzie zbyt wyraźnie widać, że mamy do czynienia z plastikowym modelem i dorysowanymi laserowymi wiązkami.) To zawsze był rewelacyjnie zrealizowany film, ale tu akurat kolejne zmiany i remasteringi mogły pomóc, retuszując ewentualne niedoróbki. Przy czym to z mojej strony taka trochę zgadywanka, bo szczerze mówiąc nie wiem, czy kiedykolwiek widziałem autentycznie oryginalną Nową nadzieję. Tak w ogóle to “autentycznie oryginalna” Nowa nadzieja nazywała się po prostu Gwiezdne wojny – dodanie indywidualnego tytułu i numerka epizodu było jedną z pierwszych zmian wprowadzonych przez Lucasa do filmu. Ta akurat nastąpiła jeszcze w 1981 roku, gdy po premierze Imperium kontratakuje Gwiezdne wojny/Nowa nadzieja ponownie zagościła na ekranach amerykańskich kin. Wielokrotne przepisywanie Gwiezdnych wojen przez Lucasa to zresztą temat na osobny artykuł – najbardziej znana jest oczywiście Edycja Specjalna z 1997 roku, gdy oryginalną trylogię z nowymi efektami i dodanymi scenami wyświetlano w kinach na całym świecie. Nowa nadzieja wydłużyła się przy tej okazji aż o cztery minuty. Potem były kolejne poprawki przy okazji wydania trylogii na DVD (2004) – poza kosmetycznym poprawianiem efektów czy nieco bardziej kuriozalnymi zmianami kolorów w niektórych scenach (np nieba nad Artoo jadącym przez pustynię) zaowocowała również drobnymi zmianami w dialogach, ale te chyba ograniczają się do Imperium kontratakuje i Powrotu Jedi. Tak sądzę.


Nie jestem pewien. Przez lata widziałem zbyt wiele wersji tego filmu, wszystko już mi się miesza, a i pamięć płata figle. Bo Lucas grzebał w oryginalnej trylogii również przed Edycją Specjalną. I tak na przykład wersja, którą dziecięciem będąc oglądałem z kaset (w okolicach 1994-1995) różni się od oryginalnej kinowej różnymi technicznymi drobiazgami. A po edycji DVD była jeszcze edycja Blu-Ray (2011), która przyniosła kolejne zmiany. Szczegóły, wyliczankę wszystkich edycji i wprowadzanych przez nie zmian możecie znaleźć tutaj.

A mimo to, choć film poprawiano, względnie maltretowano, tyle razy, to gdy Luke trenuje na pokładzie Sokoła Milenium, jego miecz wciąż jest niemal biały, a nie porządnie niebieski, jak należy…

Skoro już wspomniałem o niej tyle razy – parę słów o Edycji Specjalnej/DVD/Bluray. Nie mam nic przeciwko kosmetyce i poprawianiu starych efektów. Dodawanie nowych scen w zasadzie mi nie przeszkadza – większość to jakieś przejazdy kamery, panoramiczne ujęcia lokacji, których w latach 70/80 nie można było pokazać w takiej skali. Pojazd Jawów jadący przez pustynię, Sokół Milenium wylatujący z portu, przelot między wieżowcami Miasta w Chmurach w następnym filmie – nie ma sprawy. Ale dodawanie nowych efektów do istniejących ujęć – ci wszyscy szturmowcy na wielkich jaszczurach, to zamienianie Mos Eisley w kosmiczny zwierzyniec, po którym biegają kosmiczne szczury i spłoszone kosmiczne wielbłądy (dla maniaków: ronto) – to jest absolutnie niepotrzebne, wręcz rozpraszające. Zwłaszcza, że – niespodzianka! – komputerowo domalowane stwory odstają od wszystkich innych efektów wykorzystanych w filmie.

Oprócz tego są jeszcze, oczywiście, idiotycznie zmieniona scena z Greedo i dodana scena z Jabbą. Scena z Greedo w każdej wersji oprócz oryginalnej wypada gorzej, i chyba nie ma co się nad tym rozwodzić (znowu – wszyscy inni zrobili to przede mną). Scena z Jabbą sama w sobie nie jest zła – zwłaszcza po tym, jak w edycji DVD przerobili Jabbę, tak, by bardziej przypominał siebie; ten z Edycji Specjalnej wyglądał po prostu źle. Tyle tylko, że co ona wnosi do filmu? Po strzelaninie z Greedo wiemy już, że Han jest w opałach, że ma długi, że Jabba jest niebezpieczny. Tymczasem parę minut później ten sam Jabba grozi Hanowi, przychodzi do niego z tuzinem zbirów (ergo: jest niebezpieczny) – po czym daje Hanowi jeszcze trochę czasu. Co to zmienia? Nic to nie zmienia.


Patrząc szerzej, można się zastanawiać, czy dodanie Jabby do Nowej nadziei nie sprawia, że gdy pojawia się w Powrocie Jedi jest nam już znany, dzięki czemu trylogia staje się nieco bardziej spójna. Ale czy to naprawdę jest potrzebne? Nie wydaje mi się. Na dodatek trochę trudno uwierzyć, by ten Jabba z Powrotu Jedi – czy nawet ten z Mrocznego Widma, witany oklaskami tysięcy widzów czekających na wyścig podów – miał się osobiście fatygować, bo jakiś przemytnik wisi mu kieszonkowe. A jakby tego było mało, ta scena podkopuje jeszcze wizerunek Boby Fetta, sprowadzonego tu do roli najemnego zbira stojącego w tłumie anonimowych najemnych zbirów.

I teraz się zastanawiam – jak to jest, że po dwudziestu latach ta scena w końcu znalazła się w filmie, ale wciąż nie ma w nim Biggsa na Tatooine? Jak wszyscy wiemy, Biggs, najlepszy przyjaciel Luke’a, przedstawia się widzom tuż przed finałową bitwą, w której ginie. Jedyny ślad, że Luke faktycznie ma takiego przyjaciela, to jedna wzmianka na początku, gdy Skywalker zajmuje się dopiero co zakupionymi R2-D2 i C3PO, i mówi do siebie, że “Biggs miał rację”. Ale Lucas nakręcił sporo scen rozgrywających się na Tatooine, które wprowadzały Luke’a na ekran, jeszcze zanim spotykają go droidy. Widać w nich stację Tosche, przyjaciół z którymi Luke marnuje czas – i Biggsa. Jest mowa o tym, że zamierza dołączyć do Rebelii, i o pilotażu Luke’a. Może są to informacje, które w ten czy inny sposób i tak pojawiają się w filmie, ale skoro Biggs pojawia się tylko po to, by zginąć – wolałbym, gdyby pojawił się wcześniej.

Argumentem przeciwko dodaniu tej sceny jest oczywiście to, że i tak spędzamy na Tatooine mnóstwo czasu (nasi bohaterowie ostatecznie opuszczają planetę dopiero w 56 minucie filmu) , ale skoro znalazło się miejsce na to, by błąkające się po pustyni droidy rozstały się, ruszając w przeciwnych kierunkach tylko po to, by trzy minuty później znaleźć się razem w rękach Jawów, to i dla Biggsa znalazłoby się miejsce.

Możecie zresztą przekonać się o tym sami – alternatywne wprowadzenie Luke’a, stację Tosche i Biggsa można obejrzeć tutaj:




Jeszcze trochę o tej scenie, w ramach rubryki “czas według Lucasa”: gdyby znalazła się w filmie, ile czasu musiałyby zajmować wszystkie inne wydarzenia (śmierć wujostwa, podróż na Alderaan, uwalnianie księżniczki i podróż na Yavin), by Biggs zdążył w międzyczasie wrócić na swój okręt, zdezerterować, skontaktować z Rebeliantami i zaciągnąć do nich? No ale sceny w filmie nie ma, więc – nie ma problemu.

Wciąż w ramach rozważań o upływie czasu – jak pisałem w poprzednich tekstach, w Nowej nadziei widzimy, że podróże w nadprzestrzeni nie są natychmiastowe. Ile dokładnie trwają – nie wiadomo, ale Obi-Wan ma chwilę, by nauczyć Luke’a absolutnych podstaw korzystania z Mocy, a dla Chewiego lot trwa tyle, że zabija czas grając w holoszachy (dla maniaków: w dejarika) z Artoo.

To może być dobry moment, by spojrzeć całościowo na tempo filmu. Pierwsza godzina, choć ma swoje ekscytujące momenty, jest – może nie “powolna”, jak chciałem napisać, ale na pewno “niespieszna”. Wprowadza bohaterów, wprowadza złoczyńców, ale przede wszystkim – wprowadza w świat. Nawet, gdy to, co widzimy na ekranie sprowadza się do ciągnącej się po horyzont pustyni, wiemy, że tam w górze, pośród gwiazd, jest coś więcej. A po odwiedzeniu kantyny w Mos Eisley domyślamy się, że jest tego dużo, dużo więcej.




A potem opuszczamy Tatooine i trafiamy na Gwiazdę Śmierci, i nagle tempo zmienia się kompletnie. Bohaterowie cały czas są w niebezpieczeństwie, i jest to niebezpieczeństwo, które ciągle się zmienia, więc napięcie nieustannie eskaluje. Najpierw grozi im samo nakrycie, potem – strzelanina, potem – potwór w śmieciach […zeugl? (Tak, wiem, dianoga)], potem – zgniecenie, jeszcze później – pogoń myśliwców. Potem widownia dostaje parę minut na złapanie oddechu i zaczyna się bitwa, po której następuje już tylko króciutki epilog z rozdaniem medali (#gdziemedaldlachewbacci), więc gdy film się kończy, te wszystkie emocje nie zdążyły jeszcze ulecieć. Nowa nadzieja nie do końca “zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rośnie” – to znaczy może i zaczyna się od trzęsienia ziemi, ale na Tatooine jest sporo czasu, by się wyciszyć. Ale jak już napięcie naprawdę zaczyna rosnąć, to robi to przez następne pół filmu.

A przecież od początku wiemy, że historia szlachetnego wieśniaka ratującego księżniczkę z posępnego zamku, w którego fosie czyha potwór, i pokonującego złego rycerza przy pomocy łotrzyka o złotym sercu, może się skończyć tylko w jeden sposób.

A propos szlachetnego wieśniaka – słowo o kreacji postaci. Luke jest dobry, Luke jest prawy, Luke marzy o Rebelii i nie lubi Imperium, choć mieszka na odludziu zadupia, gdzie jedno i drugie nic tak naprawdę nie znaczy (a przynajmniej tak wynika z dialogów, choć po ulicach krążą imperialni szturmowcy). Do tego jest użalającym się nad sobą nastolatkiem, przynajmniej na samym początku filmu. Te cechy drażnią niektórych widzów, ale ja takiego Luke’a lubię. Niektórzy dopatrują się w nim jakiejś cynicznej zagrywki Lucasa, który specjalnie napisał nieco bezbarwnego bohatera, by mogli się z nim utożsamiać mali chłopcy na całym świecie, ale to raczej nie wyrachowanie, a obstawanie przy monomicie i baśniowych inspiracjach sprawiają, że bohater musi zaczynać jako nudnawy nieudacznik, zanim stanie się kimś ciekawszym i bardziej doświadczonym.



Nie, koncepcja Luke’a mi nie przeszkadza. Drażnią mnie inne elementy – to, że film nie pokazuje jego umiejętności pilotażu przed finałową bitwą (słyszymy tylko zapewnienia samego Luke’a i – tuż przed bitwą – Biggsa). Jedynym wyjaśnieniem jego zdolności jest kwestia o tym, jak to latał na Tatooine jakimś pojazdem, którego nigdy nie widzimy – trochę mało, by przełknąć to, że nagle, siedząc za sterami bojowego myśliwca, okazuje się prawdziwym asem.

Ale to w sumie detal. Gorzej wypada żałoba po wujku i cioci, ograniczona do dwóch scen i nie mająca potem wpływu na bohatera, czy też to, że Leia – której dopiero co zniszczono planetę, na której się wychowywała, na której zginęli jej najbliżsi i znakomita większość osób, które kiedykolwiek znała – musi go pocieszać po śmierci Obi-Wana.

Z drugiej strony, przyzwyczajonego do rozmaitych klisz odbiorcę zaskoczyć może to, że bohater otrzymuje magiczną broń, z której nie korzysta przez resztę filmu. Miecz świetlny służy do pokazania, że Luke może coś z tą całą Mocą zrobić (gdy udaje mu się odbić parę strzałów na pokładzie Sokoła Milenium), ale nie odgrywa później żadnej kluczowej roli, nie wraca w finale, nic. A myślałby kto, że ten miecz się jeszcze przyda. Na marginesie – w kontekście całej Sagi można się zastanawiać, czemu Luke nie próbował wyciąć mieczem dziury w ścianie, by uciec ze zgniatarki śmieci, ale w tym epizodzie miecze w ogóle nie tną niczego poza Obi-Wanem.

Jednym z zarzutów wysuwanych wobec Nowej nadziei, który zresztą przypomniałem we wstępie, jest miejscami takie sobie aktorstwo. Zarzuty te najczęściej wysuwane są wobec Marka Hamilla – moim zdaniem niesłusznie; zakładam, że tak jak Hayden Christensen dwadzieścia parę lat później, gra irytującego nastolatka, bo Lucas tak mu kazał. Anglojęzyczni odbiorcy zarzucają również Carrie Fisher, że próbuje mówić z brytyjskim akcentem, tylko robi to źle, a jedynym rezultatem jest to, że brzmi dziwnie przez cały film. Oglądając Gwiezdne wojny regularnie jako dziecko, zanim sam nauczyłem się angielskiego, zdążyłem się przyzwyczaić i nie potrafię tego ocenić. Ale tak, aktorom w Nowej nadziei zdarza się wypadać płasko i nienaturalnie. Przy czym mi zawsze najbardziej rzucała się w oczy scena z Harrisonem Fordem, którego te zarzuty zazwyczaj pomijają, gdy po zniszczeniu ścigających Sokoła myśliwców Han Solo rozmawia z Leią. Ford jest sympatyczny i charyzmatyczny, więc zawsze się go przyjemnie ogląda, ale nie zawsze chce mu się grać. Tutaj mu się nie chciało.




Zdarza się oczywiście, że dialogi nie pomagają. Choć Nowej nadziei daleko do koszmarków z prequeli, to przecież Harrison Ford powiedział “You can type this shit, George, but you sure can’t say it”. W filmie jest wiele zdań, które brzmią dziwnie, sztywno, źle lub po prostu głupio, ale większość przelatuje niezauważona, bo to nie one są najważniejsze w scenach, w których padają. Choć są wyjątki, np. dialog Obi-Wana i Vadera jest słaby i dziwnie brzmiący, zwłaszcza w kontekście całej Sagi.

– When I left you, I was but the learner. Now I am the master.
– Only a master of evil, Darth.

Serio, od czego zacząć? Przyczepić się do dziwacznego “learner” użytego zamiast prostszego “student” czy “apprentice”? A może do strasznie banalnego “tylko mistrzem zła”? Czy raczej wskazać, że Obi-Wan zwraca się do Vadera per “Darth”, jakby to było jego imię? To ostatnie oczywiście jest trochę nie fair, bo w 1977 to po prostu było jego imię, a nie tytuł (zresztą na tym etapie Lucas nie wpadł jeszcze na pomysł, by Vader był Anakinem), ale dzisiaj brzmi to dziwacznie. Zwłaszcza, że nawet w pozostałych filmach oryginalnej trylogii nikt nigdy nie mówi do Vadera “Darth”.

Skoro jesteśmy przy Obi-Wanie – wiadomo, Alec Guiness zdefiniował rolę. Rola nie wykracza co prawda poza standard “starszego mędrca”, ale Guiness zagrał właściwie wzorzec z Sèvres starszego mędrca. Nawet, jeśli mu się nie chciało. A może mu się chciało? O stosunku Guinessa do Gwiezdnych wojen krąży mnóstwo opowieści, ale niektóre przeczą innym, więc kto go tam ostatecznie wie.

Więcej można napisać o Obi-Wanie w kontekście całej Sagi. Co prawda z Nowej nadziei to nie wynika, ale już po Imperium kontratakuje i Powrocie Jedi wiedzieliśmy, że Obi-Wan to i owo przemilczał, tu i tam nagiął prawdę.

Po prequelach wiemy zaś, że łgał jak pies przez cały film. A jakby dopisać znaczenie do sceny spotkania z Lukiem, które zdecydowanie nie było zamierzone przez Lucasa w 1977, to jeszcze nakłonił Artoo do zmowy milczenia. Ale nawet ta interpretacja nie pozwala wyjaśnić wszystkich nieścisłości (jak Leii mówiącej Obi-Wanowi “służyłeś mojemu ojcu w Wojnach Klonów”). Ot, detale.

O Hanie nie mam do powiedzenia nic ponad to, co już napisałem. Leia na pierwszy rzut oka wypada ciekawie, ale jak się bliżej przyjrzeć – nie do końca. Z jednej strony jest twarda, nie daje się złamać ani torturom fizycznym, ani emocjonalnym, nie rzuca się w ramiona swoim wybawcom, gdy wyciągają ją z celi, ani nie kończy filmu w ramionach jednego z bohaterów. Wydawałoby się, że zdecydowanie nie jest stereotypową damą w opałach. Z drugiej strony, jeśli spojrzymy na jej rolę w fabule – sprowadza się do siedzenia w celi i czekania na ratunek. Raz jeden Leia bierze sprawy w swoje ręce, skacząc do zsypu na śmieci – i to właściwie cały jej aktywny udział w wydarzeniach. Jest to więc dobrze wykreowana postać – której fabuła nie daje nic do roboty. Choć Leia jako jedyna zostaje skonfrontowana z głównym złoczyńcą odcinka – Tarkinem.



Złoczyńców mamy oczywiście dwóch, Tarkina i Vadera, ale z kilku powodów w Nowej Nadziei to Tarkin jest większym złem. Po pierwsze – bo Vader mu podlega. I to nie tylko oficjalnie – widzimy, że jest mu posłuszny. Po drugie – może to Vader jest fizycznym zagrożeniem, zabija Obi-Wana i poluje na Luke’a w finale, ale to Tarkin podejmuje wszystkie decyzje. Po trzecie – bo Peter Cushing jest przerażający. Powtórzcie sobie scenę tuż przed zniszczeniem Alderaanu, gdzie Leia jest wciśnięta między Tarkina i Vadera, a przekonacie się, który z nich jest tu groźniejszy. Wreszcie, po czwarte – bo Darth Vader w Nowej nadziei to nie jest jeszcze “ten” Vader. Nie do końca.

To ostatnie trzeba trochę rozwinąć. Jeśli będziecie sobie powtarzać Nową nadzieję, przyjrzyjcie się Vaderowi, i porównajcie go z Vaderem z Imperium kontratakuje. Różnic – mniejszych i większych – jest co niemiara. Co prawda Vader poddusza Mocą pyskującego oficera, ale na samym początku dusi Rebelianta ręcznie, co nie jest jego typowym modus operandi. James Earl Jones wygłasza swoje kwestie szybciej, niż będzie to robił w kolejnych filmach – Vader w Nowej nadziei brzmi inaczej. Również koncepcyjnie Vader nie jest jeszcze tym potworem, którego boją się nawet jego podwładni. Może i ucisza pyskującego oficera, ale w Imperium kontratakuje to, że ktokolwiek mógłby mu pyskować, będzie nie do pomyślenia. David Prowse w zasadzie porusza się na planie tak, jak będzie to robił później (nie licząc, oczywiście, choreografii pojedynku z Obi-Wanem), ale kamera nie pokazuje Vadera tak, jak będzie to robić w Imperium kontratakuje. Vader w Nowej nadziei nie dominuje nad otoczeniem. Może góruje nad Leią, ale to dlatego, że Carrie Fisher jest nieco wyrośniętą hobbitką – nad Leią góruje również Tarkin, wszyscy szturmowcy i Han Solo. Nawet nie takiemu znowu wysokiemu Luke’owi ledwo sięga do ramienia.

Podsumowując, Darth Vader wypada w Nowej nadziei nieco… prototypowo.




Zbliżamy się do końca tekstu, więc w ramach rozluźnienia, słowo o humorze Nowej nadziei. Mam wrażenie, że popularne jest bezrefleksyjne powtarzanie, jak to droidy robią tu za comic relief, ale przecież humor filmu nie opiera się wyłącznie na nich – na pewno nie po pierwszej półgodzinie. Później wszyscy bohaterowie, nawet Obi-Wan, biorą udział w całkiem dowcipnych słownych przepychankach. Ba, nawet Vaderowe “I find your lack of faith disturbing” jest przecież zabawne. Do tego humor jest zróżnicowany, bo poza dowcipami zawartymi w dialogach mamy do czynienia również z komicznymi zachowaniami droidów i Chewbacci oraz humorem sytuacyjnym. Część dowcipów jest wysunięta na pierwszy plan, to na nich ma się skupić uwaga widzów w danej scenie, kiedy indziej – po prostu są. Może nie schowane w tle, ale nie są kluczowe. Zwróćcie na przykład uwagę na mowę ciała Hana i Luke’a, gdy przebrani za szturmowców eskortują Chewbaccę. Są najbardziej rozedrganymi, niezdyscyplinowanymi i zagubionymi szturmowcami we wszechświecie, ale śledząc akcję filmu można tego nie zauważyć. Innymi słowy, Nowa nadzieja jest przesycona humorem, który – w przeciwieństwie do prequeli – działa. Nawet miauczący znerwicowany C3PO nie jest drażniący. Jeszcze.

Dość o humorze, czas kończyć.

Zacząłem od tego, jak ten film wygląda, i na tym również skończę. W ostatnim kwadransie Nowa nadzieja wyciąga z rękawa X-Wingi – najfajniejsze kosmiczne myśliwce, jakie kiedykolwiek gościły na ekranach – i przez dziesięć minut obserwujemy, jak śmigają nad Gwiazdą Śmierci. O tym, że parę ujęć odstaje od reszty filmu też już pisałem, ale teraz powtórzę, że ta reszta filmu wciąż wygląda fenomenalnie. Lucas brał ujęcia wprost z filmów o podniebnych pojedynkach Drugiej Wojny Światowej, i zmontował je we wspaniałą całość.




Czy można się do czegoś przyczepić? Oczywiście. Jeśli ktoś nie potrafi kupić konwencji kosmicznego fantasy, może się czepiać kompletnego zignorowania fizyki. Kosmiczne myśliwce latają jakby były w atmosferze, a w kosmosie wszyscy usłyszą twój krzyk, bo dźwięk roznosi się w gwiezdnowojennej próżni. Ale jeśli ktoś nie kupi tej konwencji, to raczej wyjdzie z kina wcześniej. Ja sam nie rozumiem logiki rebelianckich pilotów, którzy szturmują Gwiazdę Śmierci trójkami, ale kiedy dowódca klucza namierza cel, pozostała dwójka nie robi nic, by pozbyć się siedzących im na ogonach TIE-Fighterów i dają się po kolei zestrzelić. Do tego dochodzi jeszcze brak konsekwencji w prezentowaniu statków, choć to raczej zarzut do całej trylogii, niż do samej Nowej nadziei. Imperialne niszczyciele, które w Powrocie Jedi będą się statecznie strzelać burta w burtę z rebelianckimi statkami, niczym napoleońskie okręty, w Nowej nadziei są wystarczająco szybkie, by ścigać Sokoła Milenium. Sokół Milenium z kolei jest niemal statyczny, gdy ucieka przed TIE-Fighterami, za to w Imperium kontratakuje będzie kręcił beczki i śruby. Wreszcie – film pokazuje mi X-Wingi i Y-Wingi, które na logikę powinny się czymś różnić, po czym nie pokazuje żadnych różnic. Powrót Jedi doda jeszcze A-Wingi i B-Wingi, i one również w filmie będą latać jak wszystkie inne pojazdy. A na dodatek w tamtej bitwie Sokół Milenium najwyraźniej lata z nieobsadzonymi wieżyczkami, które przecież są w Nowej nadziei kluczowe podczas ucieczki przed TIE-Fighterami.

Swoją drogą po pięciu przeróbkach, edycjach specjalnych, blurejach i innych takich, TIE-Fightery w tamtej scenie eksplodują dużo bardziej efektownie, niż Gwiazda Śmierci w finale filmu.

Ale to wszystko detale i czepianie się na siłę, które nijak nie zmienia tego, że finał Nowej nadziei wygląda świetnie. Co prawda sześć lat później przebije go finał Powrotu Jedi, (który jest obciążony swoimi własnymi problemami), ale o nim napiszę za niecałe dwa tygodnie.



I to jest Nowa nadzieja. Otwarcie, które przeszło do historii kina, godzina na Tatooine, emocjonujące podchody na Gwieździe Śmierci, boleśnie powolny pojedynek na pokładzie tejże, i oszałamiające pojedynki w kosmosie. To nigdy nie był mój ulubiony epizod – gdy byłem mały godzina na Tatooine za bardzo mi się dłużyła, teraz dostrzegam w nim inne problemy (a jeśli ktoś zapyta “jakie?”, to najwyraźniej ten tekst mi się zupełnie nie udał).

Ale to wciąż dwie godziny fantastycznej rozrywki.

Krzysiek "Krzycer" Ceran

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.