Avalon » Publicystyka » Artykuł

Marvel Comics - kryzys i odrodzenie

Jest rok 1963. Rynek komiksowy w Stanach Zjednoczonych właśnie wydobywa się z trwającej wiele lat recesji, która przyszła po spadku zainteresowania takimi ikonami popkultury jak Batman czy Superman, a także wprowadzeniu cenzury w celu utrzymania w dystrybucji komiksu jako takiego. Wtedy na "scenie" pojawił się pan Stan Lee.

Jest rok 1963. Rynek komiksowy w Stanach Zjednoczonych właśnie wydobywa się z trwającej wiele lat recesji, która przyszła po spadku zainteresowania takimi ikonami popkultury jak Batman czy Superman, a także wprowadzeniu cenzury w celu utrzymania w dystrybucji komiksu jako takiego. To, co zawierały one przed pojawieniem się na ich okładkach znaczka z napisem "Approved by the comics code authority" sprawiało, że stały się celem nagonki wielu ludzi u władzy. Cały czas szukano rozsądnej alternatywy dla ugrzecznionych bohaterów wydawnictwa DC. Wtedy na "scenie" pojawił się pan Stan Lee. W wieku 18 lat, wskutek opuszczenia firmy przez niemalże każdego edytora, obejmuje on stanowisko Editor-In-Chief w Timely Comics. Rewolucja się rozpoczęła. Stworzył on, wraz z takimi osobistościami jak Jack Kirby, Steve Ditko, Joe Kubert i John Romita cały tabun nowych superherosów, tj. "Spider-Man", "The Fantastic Four", "The Incredible Hulk" i - co chyba dla nas najważniejsze - grupkę mutantów zwaną "X-Men".

MARVEL COMICS - KRYZYS I ODRODZENIE

Ten nieco przydługi wstęp mógłby sugerować, że celem artykułu jest uświadomienie czytelnikowi, jak odkrywczy był pomysł Stanleya Martina Liebera i jak bardzo współczesna wersja przygód tych bohaterów odbiega od jego pierwotnej wizji. Nie jest tak jednak. Zamiast tego, chciałbym przedstawić sposób działania ludzi znajdujących się "na górze", czyli włodarzy nowojorskiego giganta i odpowiedzieć na pytania: czemu kolejni writerzy jak jeden mąż opuszczali "The Uncanny X-Men" sfrustrowani, w poczuciu niespełnienia oraz dlaczego czołowe talenty branży komiksowej na odgłos słowa "Marvel" dostają (a przynajmniej dostawały, do niedawna) spazmów. A więc po kolei...

"Wkład edytorski"
W 1975 coraz gorzej radzącą sobie serię "X-Men" objął niejaki Chris Claremont. To właśnie on, wraz z tabunem rysowników współpracujących z nim na różnych etapach jego kariery, przemienił ten tytuł w pełnoprawną ikonę popkultury. Takie historie jak "The Dark Phoenix Saga", czy "Fall of The Mutants" przyniosły mu status supergwiazdy. Jako, że wówczas mało kogo obchodził los "naszych" mutantów, miał pełną swobodę twórczą. "Siadaliśmy wtedy wspólnie przy stole, a ja mówiłem: Mam taki i taki pomysł, ktoś ma z tym jakiś problem?" - mówi Claremont. "Gdy oddałeś scenariusz do sprawdzenia, zostawał praktycznie zawsze przyjmowany za pierwszym razem". Czasy jednak się zmieniają. W listopadzie 1987 roku stanowisko naczelnego objął Tom DeFalco, pozbawiając go Jima Shootera, a na miejsce szefa linii tytułów spod znaku "X", zajmowanego dotąd przez panią Ann Nocenti, wprowadził ambitnego mężczyznę o imieniu Bob Harras. Ten człowiek od 1982 był w Marvelu asystentem edytora Ralpha Macchio i od tego czasu zawarł wiele znajomości z tuzami branży komiksowej. Uniwersum stworzone przez Stana Lee zostało decyzją szefostwa podzielone na pięć niezależnych części: tytułów o X-Men, Spider-Manie, postaciach tj. Avengers, Iron-Man i Hulk, pozycjach z gatunku horror i o komiksach tworzonych na podstawie licencji kinowych i telewizyjnych. Po kilku latach pracy, to właśnie Harras stał się szefem pierwszego z tych odłamów. Był znany równie dobrze ze swego oddania dla tych boahterów, jak i nieustępliwości wobec podwładnych. Nie ugiął się nawet przed guru X-fanów - Claremontem. Ten zasłużony dla serii scenarzysta po 17 latach (!!!) podziękował szefowi za pracę słowami: "skończyłem z pisaniem X-Men raz na zawsze" ( Teraz już wiemy, że prawda jest nieco inna). "Był taki okres, gdzie wzywano mnie, abym dopisywał elementy historii do scenariusza, który sam stworzyłem, ale nad którym nie miałem już żadnej kontroli" - dodaje.

"Szef ma zawsze rację..."
Bob Harras stał się kluczowym czynnikiem we wspinaniu się "X-Men" po kolejnych szczeblach listy bestsellerów. Jesienią 1995 roku doszło do ponownej fuzji wszystkich pięciu wszechświatów, a on sam został awansowany na stanowisko Editor-in-Chief całego wydawnictwa. Podobnie jak jego poprzednik, poszczególne miejsca pracy obsadził po pewnym czasie ludźmi, wespół z którymi stworzył później coś na wzór reżimu: Markiem Powersem, Petem Franco, Benem Raabem i Jasonem Liebigiem. Oni dzielili jego wizję tego, jak owo uniwersum powinno funkcjonować. Przez krótki czas po odejściu Claremonta, tworzeniem scenariuszy zajmowali się: jego były partner John Byrne, oraz Whilce Portacio.
W niedługim czasie po odejściu mistrza Harras szybko wezwał do siebie Scotta Lobdella, nie przejmując się tym, że stanowisko writera było nieobsadzone jeszcze na dwa dni przed oddaniem kolejnego numeru do druku i kazał właśnie w tyle czasu Scottowi go napisać. Podpisał z nim lukratywny kontrakt na wyłączność, co oznaczało, że nowy nabytek tworzyć mógł tylko dla Marvela. Powierzył mu później kilka "spin-offów", jak "Generation X". A on czynił swą powinność począwszy od numeru #286 przez okrągłe pięć latek, podczas których spłodził kilka mniej lub bardziej udanych historii, wychwalając przy okazji wywiadów na prawo i lewo cały sztab Harrasa. Zmienił swój stosunek doń dopiero, gdy w burzliwych okolicznościach jako następny pożegnał się z serią, jako przyczynę podając ciągłe ingerowanie w jego pracę i narzucanie mu zmiany istotnych wątków fabuły. "Zdaje się, że przepisywałem scenariusz do Uncanny X-Men #325 sześć razy, całkowicie od nowa, dopóki nie stworzyłem wersji, z którą nie miałbym problemu pod względem moralnym" - mówi. "Pracowało mi się dobrze pod Bobem do czasu, kiedy ten objął stanowisko Redaktora naczelnego. Środowisko pracy wokół 'X-Men' ucierpiało wówczas drastycznie, a jemu samemu trudno było się skoncentrować".
Podobny los spotkał Fabiana Niciezę. Nazwisko tego człowieka stało się niemal synonimem nazwy przedsiębiorstwa wówczas, gdy pisał 7 tytułów, sprzedających się w łącznej liczbie 1.9 miliona egzemplarzy miesięcznie! Swój exodus podsumował zdaniem: "Nigdy, przenigdy nie napiszę znowu żadnego numeru z 'X' w tytule".
Mark Waid, który na tym "gorącym krześle" wytrzymał tylko sześć miesięcy, także nie szczędził swym byłym szefom cierpkich komentarzy. Powód konfliktu był następujący: To on wymyślił całe cross-over, którego głównym złoczyńcą był Onslaught - istota początkowo mająca mieć w sobie jedynie cząstkę Profesora X, jednak chlebodawca nakazał, że ma posiadać także część Magneto. Waidowi pomysł ten nie przypadł do gustu i pokłócił się zarówno z szefostwem, jak i z samym Scottem Lobdellem.
Żeby jednak czwórka rozgoryczonych scenarzystów nie poczuła się osamotniona, w ich szeregi przyszło również wstąpić Steve'owi Seagle i Joe Kelly'emu, którzy objęli odpowiednio "The Uncanny X-Men" i "X-Men". Ich ambicją było odświeżenie nieco leciwych już mutantów i uczynienie ich bardziej przystępnymi dla nowych, potencjalnych klientów lecz im także nie dano tego zrobić. Planowali podzielić dwa tytuły poprzez przydzielenie im odrębnych składów, spośród których jedna seria miałaby młodszych herosów, jak Cannonball, Jubilee, Marrow i Maggot, pod przywództwem Beasta, a druga opowiadałaby o perypetiach ich starszych kolegów, jak Cyclops, Wolverine, czy Phoenix. Zapadła jednak decyzja, że muszą się wymieniać postaciami i utrzymać komiksy te w ścisłym związku. Musieli także sprowadzić z powrotem przebywającego na wygnaniu Gambita, ponieważ tego domagali się w listach fani. Harras po prostu nie umiał dogadać się ze swymi współpracownikami. Bronił się przed zarzutami, mówiąc: "Zdaje się istnieć taki mit o wielkiej, złej klice ludzi w Marvelu dyktującej zmiany, lecz rzeczywistość jest zupełnie inna". Jednak według writerów, edytorzy na siłę wpychają się na ich terytorium. "Nie postrzegam wkładu edytorskiego jako wielkiego grzechu" - ripostuje ówczesny E-I-C. "Nieuniknionym jest, że kolejni pisarze będą przychodzić i odchodzić. My (edytorzy) musimy się upewnić, że postacie będą zjadliwe dla czytelników dzisiaj, za kilka dni i za kilka lat." Harras nieugięcie obstawiał przy swoim, co zaowocowało kolejnymi konfliktami. Nie rozumiał, jak to jest być rysownikiem i scenarzystą. Zbyt nadgorliwie starał się nadzorować wszystko, trzymać pod kontrolą. Scenarzyści opisywali swoją pracę jako układankę, do której większość elementów otrzymywali gotowych, a ich zadaniem było stworzyć z nich całość. "Nigdy nie wiedziałem, jak dany numer będzie wyglądać w wersji ostatecznej, ponieważ ingerowano w moją pracę na każdym etapie" - mówi Kelly. Innym zarzutem było to, że swoją osobą Harras skutecznie do przedsiębiorstwa zniechęcał wielkich tej branży. Warren Ellis stwierdził, że nie pisze nic dla nowojorskiego wydawcy, ponieważ gdy ten zlecił mu stworzenie nowej serii, dla nieco bardziej dojrzałych odbiorców ktoś po kilku miesiącach zdecydował, że wszystkie ich pozycje powinny być przystępne dla młodego czytelnika, więc projekt upadł. Alan Moore z kolei, który w Anglii zasłynął komiksem "Marvelman" zraził się faktem, że koncern nakazał mu zmienić nazwę, z powodu zbieżności z ich własną. I tak dalej, dopóki nikt, poza wąską grupą twórców nie chciał tworzyć dla nich ich licznej i najczęściej kiepskiej jakości linii tytułów.

"Zmiana warty"
Po bankructwie giganta w 1998 w Marvelu pojawił się Joe Quesada, Jimmy Palmiotti i reżyser Kevin Smith, tworząc szaleńczo popularny imprint "Marvela Knights". Przyczyną sukcesu było świeże spojrzenie na bohaterów, którzy poprzez wiele lat nagromadzania wątków straciły swój unikalny charakter. Ludzie stojący nad Harrasem widząc, jak "Daredevil", "Black Panther", "Inhumans" i "The Punisher" dzielnie rywalizują o pierwsze miejsca na listach najlepszych komiksów postanowili pójść w ślady kreatorów "Knightsów" i powziąć decyzję o założeniu zawiązku linii Ultimate, choć ostateczny jej kształt i nazwa miały dopiero zostać uzgodnione. Prezes Oddziału Wydawniczego poradził się jego oraz Quesady, kogo należy nakłonić do pracy nad przyszłymi mega-hitami. Harras zaproponował swych starych znajomych: Scotta Lobdella, Fabiana Niciezę, Adama Pollinę, Terry'ego Kavanagh i Howarda Mackie. drugi natomiast wyłożył "kawę na ławę", oferując usługi panów Bendisa, Millara, Morrisona i Gartha Ennisa. Nadchodziło nieuniknione. Kroplą, która przelała kielich goryczy dla Boba Harrasa, był stworzony latem 2000 roku film "X-Men" wytwórni 20th Century Fox. E-I-C nie był w stanie wykorzystać sukcesu kasowego obrazu, który wyznaczył nowy standard dla ekranizacji komiksów. Dokładnie 30 sierpnia 2000 roku, po całym dniu dzikich spekulacji i pogłosek, Sztab Dyrektorów Marvel Entertainment Group zdymisjonował go, na jego następcę powołując właśnie Quesadę, upatrując w jego licznych koneksjach wewnątrz branży szansy dla pełnego odrodzenia się bankruta z popiołów. Wielu profesjonalistów uważało, że jest on właściwym człowiekiem na właściwym miejscu i wróżyli jemu oraz jego szefom świetlaną przyszłość.
Nie pomylili się. Nowy E-I-C nakłonił bowiem najwybitniejszych scenarzystów i rysowników, aby pracowali właśnie dla niego, a prócz tego potrafił zatrzymać najlepszych ze "starej gwardii" u swego boku. Do słynnego "Marvel Bullpen" zawitały takie talenty, jak wymienieni już Brian Bendis, Mark Millar, Garth Ennis, a także Grant Morrison, John Cassaday, Greg Rucka, Brian K. Vaughan, Bryan Hitch, Alex Maleev, Frank Quitely, czy Phil Jimenez - nazwiska budzące powszechny respekt. W przeciwieństwie do Harrasa, nie patrzył im podczas pracy przez ramię i dał nieporównywalnie większą swobodę pod względem kreatywności. Zainicjował kilka świetnych projektów, jak choćby Origin (Choć zdażały się też niewypały - vide "Marville"). Quesada nie bał się wstrząsnąć nieco uniwersum, którego stał się panem. Przemienił tytuły, które straciły wielką niegdyś popularność i ponownie uczynił je bestsellerami. Wraz z Prezesem Billem Jemasem postanowił także wciągnąć do branży artystów nie pracujących dotąd w komiksach. Za przykład posłużyć mogą Kevin Smith (reżyser filmów "Clerks" czy "Jay i Cichy Bob Kontratakują"), Geoff Johns (czołowy scenarzysta Hollywoodu), czy Richard Isanove (uznany grafik komputerowy). Zatrudnił świetna kadrę edytorską, jak choćby Axela Alonso, który tchnął w nowe życie w tytuły o "Człowieku-Pająku", "X-Force" oraz stworzył linię "Marvel Max".
Wszystko to sprawiło, że Marvel Comics zostało uznane za najlepszego wydawcę roku 2002. Pomimo całego sukcesu, nie sposób nie zauważyć, że nie uchronił się także od kilku "wpadek". Priorytetem jego stało się bowiem, aby komiksy wychodziły na czas. Twórców, którzy nie potrafili się dostosować do tego standardu zdymisjonował. Taki los spotkał choćby niesamowicie popularnego Ethana Van Scivera (widziany m.in. w "New X-Men"), którego potem "podłapało" DC i podpisało z nim kontrakt na wyłączność. Promował także kreatorów, którzy nie potrafili znaleźć uznania w oczach czytelników, jak Igor Kordey. Najnowszą "wtopą" jest zdjęcie Salvadora Larroci z mega-popularnego "X-Treme X-Men" i przypisanie do nowopowstałej serii "Namor", celem zwiększenia jej szans na wciąż mało stabilnym rynku. Innym błędem, na który jednak Quesada nie ma wpływu, jest odchodzenie niektórych artystów właśnie do DC. Dynamicznie zdobywające bazę fanów "Exiles", utraciło w ten sposób zarówno scenarzystę, jak i rysownika - Judd Winick żegna się z serią w 2004, a Mike McKone już to uczynił. Wszystko przez to, że potentat medialny AOL/Time Warner posiada niewyobrażalne pokłady pieniędzy i był gotów wyłożyć każdą ich sumę, aby "best of the best" tworzyli dla nich Batmana, czy Supermana. Ale nie ma co robić z tego katastrofy - w wydawnictwie, którego jeszcze nie można uznać za stabilne finansowo, jest wciąż wiele do zrobienia. Należy jednak mieć nadzieję, że jeśli Quesada będzie kontynuował swoją politykę i zaskakiwał klientów ciekawymi projektami oraz wytrwale inwestował w nowe twarze to Marvel Entertainment Group ponownie ugruntuje swą pozycję w branży jako "Dom Pomysłów".

Killah

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.