Avalon » Publicystyka » Artykuł

Reakcja Atomowa #41 - Old Man Logan vol. #31



Old Man Logan #31: "Scarlet Samurai" - Part 1 
Scenariusz: Ed Brisson 
Rysunki: Mike Deodato Jr. 
Kolory: Frank Martin 

Najnowszy zeszyt Old Man Logana rozpoczyna drugą historię pisaną przez Eda Brissona, który przejął rolę scenarzysty po Jeffie Lemire. Ponad rok temu recenzowałem w ramach Reakcji Atomowych jeden ze środkowych numerów z runu Lemire'a, gdzie narzekałem, że komiks jest dobry, ale brakuje mu wyraźnego kierunku. 
I choć upłynął rok i zmienił się scenarzysta, wygląda na to, że w tym tytule wiele się nie zmieniło. 

Za kadencji Lemire'a ten komiks był bardzo nastrojowy. Fabuła ostatecznie prowadziła donikąd – ot, stary Logan przeżył parę luźno powiązanych ze sobą przygód i raz po raz wyciągał dwa przeciwstawne wnioski. A to coś utwierdzało go w przekonaniu, że jest w swojej przeszłości i może zmienić losy świata, a to uczył się, że to nie jest jego świat i musi się pogodzić tak z przeszłością, jak i z tym, że ma przed sobą przyszłość w tym świecie. A potem od nowa, bo Lemire nie mógł się zdecydować. 

Brisson, dla odmiany, zdaje się w ogóle nie przejmować tą kwestią. Z drugiej strony we wszystkich komiksach spod szyldu Legacy na ostatnich stronach znajduje się streszczenie, kim jest bohater danego tytułu. Ściągawka o losach starego Logana mówi wprost - "nie mogę uratować swojej rodziny, ale w tym świecie będę walczył by pomóc tym, którym mogę". Więc może Brisson to przeczytał, stwierdził, że sprawa się rozwiązała i postanowił zająć się czymś innym. 

Na swoje nieszczęście, a także moje i – zakładam – wielu innych czytelników również, Brisson postanowił zacząć od historii, w której stary Logan walczy z Maestro i kilkudziesięcioma Hulkami ze świata z którego sam pochodzi. Było to piramidalnie głupie, głównie ze względu na to, że stary Logan z osłabionym czynnikiem gojącym (co jest podkreślane chyba w każdym numerze) miał tam być wiarygodnym przeciwnikiem dla armii Hulków i wiarygodnie wyjść z tego starcia zwycięsko. I może lepszy scenarzysta zdołałby to wiarygodnie napisać, ale Brissonowi się ta sztuka nie udała. 

W nowej historii nie ma Hulków, więc od razu jest lepiej. Jest za to stary Logan w Japonii. Standard. Co tu robi? Ot, przyjechał, bo było mu tęskno. Stary Logan natyka się na zbirów na ulicy i wdaje się z nimi w bójkę. Nadal standard. Następnie orientuje się, że zbiry regenerują utracone kończyny i postanawia wytropić źródło ich mocy. I tu się gubię, bo jest to niebywale pretekstowe. Ponieważ komiks nie daje tu żadnego uzasadnienia, muszę założyć, że motorem napędowym działań starego Logana jest tutaj nuda. 

Podczas, gdy znudzony stary Logan tropi swój wątek, reszta komiksu poświęcona zostaje konfliktowi Hand z Silver Samuraiem (Shingenem Haradą, wprowadzonym do komiksów przez Jasona Aarona pięć lat temu) oraz przedstawieniu debiutującej tutaj tytułowej Scarlet Samurai. Oba wątki są ze sobą ściśle powiązane – firma Shingena wytwarzała specyfik, który obdarzył przypadkowych gangsterów mocą regeneracji – ale przetną się dopiero w następnym numerze. Na razie nie dostajemy również żadnych przesłanek co do tożsamości Scarlet Samurai, choć na wspaniałej okładce Mukesha Singha ona i stary Logan zdają się być w zażyłej komitywie, aczkolwiek podszytej nutą niepewności. 
Czytaj: obejmują się jak do pocałunku, a ona szykuje się, by wbić Loganowi nóż w plecy. Ale to naprawdę bardzo ładna okładka. 

Wydawało mi się, że jakiś trop dotyczący tożsamości Scarlet Samurai został podany w zapowiedziach, więc przejrzałem je teraz na szybko i jestem skonfundowany. Zapowiedzi mówią, że "stara miłość wciąga Logana w starcie z Hand". Ma się to nijak do tego numeru – jak pisałem, Logan szedł ulicą i napatoczył się na zbirów. Być może zapowiedzi coś pomieszały i w następnym numerze pojawi się, bo ja wiem, Yukio. Albo okaże się, że Scarlet Samurai jest kolejną japońską ukochaną Logana z przeszłości, o której nigdy wcześniej nie słyszeliśmy. 

Sięgam już do wróżenia z zapowiedzi, bo mam problem, by znaleźć coś jeszcze do powiedzenia o tym numerze. Jest to wyjątkowo pretekstowe zawiązanie akcji, połączone z najbardziej wyświechtaną kliszą dotyczącą wprowadzania nowych postaci – wiecie, żeby nowy antagonista zrobił wrażenie na odbiorcach, scenarzysta każe mu wyeliminować jakąś w miarę znaną drugoplanową postać. 

I tak jak rok temu pisałem o dziewiątym zeszycie serii, tak teraz mogę napisać o tym – to nie jest zły komiks. Jest w porządku. Ma dobre rysunki, choć Deodato sam kopie pod sobą dołki niepotrzebną – czy może nieporadną – kompozycją. Jest taki kadr, na którym dziesiątki ninja wspinają się po wieżowcu. I to jest dobry rysunek, mógłby robić duże wrażenie, mógł zająć całą stronę, ba, nadawałby się nawet na dwustronną rozkładówkę. Tylko z jakiegoś powodu Deodato postanowił pociąć go na małe kawałeczki. I nic z nimi nie robi, kolejne kadry prezentują tę samą perspektywę, ten sam czas – są to po prostu kawałki większego rysunku pokrytego niepotrzebną siateczką. 

Więc tak, to jest porządny komiks z porządnymi, choć niepotrzebnie udziwnionymi rysunkami. Ale jest przy tym zupełnie nijaki. Poza tym – i jest to coś, czego czepiam się za każdym razem – nijak nie uzasadnia bycia komiksem o starym Loganie. Gdyby nie siwizna, nie dałoby się poznać, że występujący tu bohater nie jest "naszym" Wolverinem. I czepiam się tego za każdym razem, bo w moich oczach to po prostu przekreśla każdy taki komiks. Jak już mamy starego Logana, to niech do diabła czymś się różni od klasycznego Wolverine'a. Ten tutaj nie różni się niczym. 

Krzysiek "Krzycer" Ceran

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.