Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "Spider-Man Homecoming" - Krzysiek Ceran




Spider-Man Homecoming to film, który od samego początku miał pod górkę. To nie tylko trzecie podejście do postaci, ale i szósty film o niej w ciągu 15 lat, a jakby tego było mało – tym razem to część MCU, więc będzie porównywany z poprzednimi 15 filmami z cyklu. Już na starcie nie miałem żadnych oczekiwań względem tego filmu, a potem jeszcze pojawiły się zwiastuny, które zdawały się opowiadać całą historię. I faktycznie – w zwiastunach zawarto praktycznie cały film, poza jednym twistem. A mimo to wyszedłem z kina bardzo zadowolony z tego, co zobaczyłem. I bardzo pozytywnie zaskoczony. 

Przede wszystkim dlatego, że Homecoming okazał się bardzo odmiennym filmem od tych dwudziestu poprzednich, które wspomniałem wyżej. Od Pająków Raimiego i Webba różni się wiarygodnym osadzeniem akcji w liceum. Tobey Maguire grał licealistę mając 27 lat, Andrew Garfield – 28. Tom Holland dopiero co skończył 21 lat i wciąż wygląda jak dzieciak, podobnie jak towarzyszący mu aktorzy wcielający się w licealnych przyjaciół, znajomych i wrogów Petera. Kolejną różnicą jest to, że liceum nie jest tu tylko tłem na którym rozgrywa się relacja Parkera z obiektem jego uczuć – Homecoming jestt młodzieżowym filmem o odnajdywaniu swojego miejsca w szkole, pośród rówieśników i ogólnie w życiu. Nie bez powodu zostaje tu zacytowany Ferris Bueller's Day Off – twórcy celują właśnie w ten rodzaj opowieści o młodych ludziach. 

Następną nowinką jest wpisanie Spider-Mana w relację mentor-uczeń z Iron Manem, co oczywiście jest możliwe dopiero teraz, gdy bohater funkcjonuje w MCU. Osobiście bałem się, czy Tony Stark nie ukradnie tego filmu, czy nie będzie go tu po prostu za dużo. Na szczęście twórcy sięgnęli po odstawioną na boczny tor postać Happy'ego Hogana, który służy za pośrednika między Peterem i Starkiem, jednocześnie ograniczając czas ekranowy tego drugiego. 

Nawiasem mówiąc, skoro o ograniczonym czasie ekranowym mowa – w tym filmie jest zdecydowanie mniej cioci May, niż się spodziewałem. Ale między liceum, Happym, Starkiem i konfliktem z głównym złym czyjś wątek trzeba było przyciąć. Co nijak nie przeszkadza, bo w tych kilku scenach Petera z May daje się wyczuć ciepłą relację łączącą tę dwójkę. Zdecydowanie bardziej partnerską niż to dotąd widzieliśmy. Zresztą odmłodzenie cioci May (która nigdy nie miała dla mnie sensu jako posiwiała staruszka, czy to w komiksach, czy to w poprzednich filmach) było jedną z najlepszych decyzji, jakie podjęli twórcy. 

Podsumowując – od poprzednich pięciu Pająków Homecoming różni się młodszą obsadą, skupieniem na nastoletnich problemach (co wypada naprawdę sympatycznie) i tym, że starszy superbohater bierze Spider-Mana pod swoje skrzydła. Co w rezultacie daje nam naprawdę świeży film. 

A jak wypada porównanie z poprzednimi 15 częściami MCU? Tutaj Homecoming wygrywa małą skalą. Spider-Man nie musi ratować świata przed wielką dziurą w niebie, ba, nikt tu nawet nie zagraża całemu miastu. Właściwie to nikt tu nikomu tak na poważnie nie grozi – Adrian Toomes jest prostym człowiekiem, który został przestępcą ze względu na niefortunny zbieg okoliczności – i który jest tym przestępcą tylko dlatego, że ma rodzinę na utrzymaniu. Więc kradnie. I tyle. Żadnych planów podboju świata, żadnej oślepiającej żądzy zemsty. Tylko prosty człowiek z wiarygodną motywacją, któremu można do pewnego stopnia współczuć. Tylko tyle, a w rezultacie otrzymujemy jednego z najlepszych antagonistów całego MCU (oczywiście, poprzeczka wciąż jest żałośnie nisko zawieszona). Ale poza tym, że Vulture jest porządnie napisany, pomagają mu jeszcze dwie rzeczy. To, że gra go Michael Keaton, który jest po prostu bardzo dobrym aktorem, oraz to, że Toomes ma tu stosunkowo dużo czasu ekranowego. Zdecydowanie więcej niż te wszystkie Ronany, Malekithy i Ultrony – wystarczająco dużo, by dało się poznać jego postać, docenić jego spryt i swoisty kodeks honorowy. 

Kiedy piszę, że "Homecoming" cechuje się małą skalą, nie mam na myśli tylko złego, który nie cierpi na przerost ambicji. To jest najbardziej street-levelowy film MCU – i dobrze, w końcu Spider-Man to street-levelowy bohater. Ale tak naprawdę dopiero tutaj pokazano nam, jak w tym świecie funkcjonują zwykli ludzie. Oczywiście, to jest to, co miały nam zapewnić seriale, ale chyba wszyscy wiemy, że MCU udaje, że seriale nie istnieją. 

Co jeszcze można o tym filmie napisać? Ma zdumiewająco obszerną obsadę – poza Peterem, ciocią May, Happym i Starkiem mamy tutaj bandę licealistów z Nedem (najlepszy przyjaciel) i Liz (obiekt uczuć) na czele, a i Vulture nie funkcjonuje w próżni – ma swoją ekipę, w skład której wchodzą m.in. Shocker i Tinkerer (choć nikt tej ksywy nie używa). W filmie przewijają się również Prowler (znowu, ksywa nie pada – chodzi o granego przez Donalda Glovera Aarona Davisa) oraz postać, co do której mamy sugestię, że będzie antagonistą w sequelu. Powiedzmy, że to malutki spojler, więc nie będę wymieniał, o kogo chodzi. Wszyscy są dobrze obsadzeni, nawet jeśli grają niewielkie rólki (jak ww Glover). 

Wielu aktorów zostało obsadzonych wbrew temu, jak wyglądały komiksowe pierwowzory postaci. Absolutnie nie mam z tym problemu – z jednym wyjątkiem. I jest to dziwny wyjątek. Bo jeśli miałbym jakieś zastrzeżenia do Homecoming, to chyba największym będzie to, że jest to film o Peterze Parkerze. A to dlatego, że poza ciocią May i sceną z podnoszeniem kupy gruzu, nawiązującą do jednego z klasycznych starych komiksów, wszystkie elementy, dzięki którym Homecoming wyróżnia się na tle poprzednich filmów zostały swobodnie zapożyczone z komiksów o Milesie Moralesie. Najbardziej oczywistym jest rzecz jasna jego przyjaciel. W filmie nazywają go Ned Leeds, ale to pod każdym względem Ganke. To jest najbardziej oczywisty przykład, ale jest tego więcej – mentorska relacja ze starszym superbohaterem to przecież też coś, czego komiksowy Peter nigdy nie miał w liceum. 

Ostatecznie trochę nie wiem co myśleć o Homecoming. To prawdopodobnie najlepszy film o Spider-Manie, jaki dotąd powstał (choć wciąż żywię ciepłe uczucia do "Spider-Mana 2" Raimiego). Jest to również jeden z najlepszych filmów MCU. Ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to powinien być film o Milesie. 

I jeszcze słówko na koniec – producent wykonawczy i generalny zarządca MCU, Kevin Feige, powiedział, że Miles Morales również istnieje w tym świecie. I nie mam pojęcia, co mogą z nim w przyszłości zrobić, skoro obdarzyli Petera Parkera wszystkimi cechami, które odróżniają komiksowego Milesa od komiksowego Petera. 

Poza kolorem skóry, oczywiście. 

Krzysiek "Krzycer" Ceran


Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.