Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja komiksu - Uncanny Avengers: Pomścić Ziemię - Krzysiek Ceran

Dwa tomy temu bliźnięta Apokalipsy posiały zamęt między bohaterami. W poprzednim tomie doszły do wniosku, że przyszedł czas na Ragnarok. Dlatego teraz bohaterowie mogą już tylko pomścić Ziemię - ale jaki wyszedł z tego komiks? 


W albumie "Czas na Ragnarok" stawki były tak wysokie, że wyższe już być nie mogły. W związku z czym w omawianym tu tomie, będącym bezpośrednią kontynuacją – nie są. A bohaterowie mogą już tylko… "Pomścić Ziemię". 

Pamiętam, że kiedy czytałem to na bieżąco, w zeszytach, odebrałem to jako wadę narracji Remendera. Miałem poczucie, że absurdalnie podbił stawkę – i że całe napięcie uleciało, gdy tylko zobaczyłem ostatnie strony 17. numeru serii. Bo od razu pojawiła się myśl: "aha, czyli za moment to wszystko odkręcą". Myślę, że miałem prawo do tamtej opinii – bo też czytając tę historię w miesięcznych odstępach napięcie faktycznie uleciało, razem z zainteresowaniem. 

Byłem więc miło zaskoczony, gdy przekonałem się, że w wydaniu zbiorczym wypada to dużo lepiej. Ta część historii, która toczy się na Planecie X, nie jest nieistotną dygresją. Owszem, ostatecznie zostanie zakwestionowana, zamieni się w alternatywną przyszłość, do której nigdy nie doszło – ale główni bohaterowie będą pamiętać wszystko, co tam się wydarzyło. Przy okazji dostajemy parę naprawdę dobrych scen, zarówno konfrontacji, jak i pełnych emocji rozmów. Spośród konfrontacji najbardziej zapadła mi w pamięć wspólna scena Magneto i Stryfe'a, a z rozmów – pojednanie Havoka z Cyclopsem. (Szczególnie wymowne, biorąc pod uwagę stan ich relacji w teraźniejszości). 

A kiedy już dochodzi do cofnięcia, gdy bohaterowie zostawiają Planetę X za sobą, otrzymujemy… No właśnie. Spodziewałem się powtórki z poprzedniego albumu, tylko ze zmienionymi rezultatami. Tymczasem – choć faktycznie widzimy kilka scen powtórzonych z poprzedniego tomu – już chwilę później wszystko wskakuje na nowe tory i dostajemy finał. Kolejny, inny finał. Który, owszem, robi wrażenie. I cieszy – poprzednio narzekałem na to, jak scenarzysta spycha mutantów na dalszy plan, w wyniku czego tylko starzy Avengers są pełnoprawnymi bohaterami komiksu. Tymczasem tutaj wszystko spoczywa na barkach mutantów. 
A jednocześnie nie ukrywam, że ten finał nie budzi już aż takich emocji, jak konfrontacja z poprzedniego albumu. Bo może mieliśmy tam do czynienia z absurdalnie wyśrubowanymi stawkami, a napięcie było podbijane kolejnymi zgonami postaci – i może to były tanie chwyty, ale jednak budziły emocje. Tu aż takich emocji nie ma. 

Co nie zmienia tego, że to wciąż bardzo dobry finał. A biorąc pod uwagę to, jak kończył się nie tylko poprzedni album ("Czas na Ragnarok"), ale i jeszcze poprzedni ("Bliźnięta Apokalipsy") – na dobrą sprawę mamy tu do czynienia z zakończeniem jednej, wielkiej, snutej przez trzy tomy historii. I jest to satysfakcjonujące zakończenie. 

Zanim przejdę do rysunków, wróćmy jeszcze na moment do Planety X. Jak już napisałem, to nie jest byle dygresja, tylko wartościowy dodatek. A jednocześnie – znając inne marvelowe serie Remendera – nie sposób nie zauważyć, że ten scenarzysta jest strasznie schematyczny. Bo ostatecznie Planeta X jest taką odskocznią – nagle, tuż przed wielkim finałem, bohaterowie znajdują się w alternatywnej rzeczywistości, gdzie muszą się z czymś uporać, by móc wrócić do właściwej rzeczywistości i wziąć udział w ostatecznej konfrontacji. I to wypada tu całkiem nieźle. Tylko… to jest chyba trzeci raz, gdy ten scenarzysta stosuje dokładnie ten sam zabieg? A może czwarty? Widziałem to wcześniej w Uncanny X-Force – chyba nawet dwa razy – a jeśli dobrze pamiętam, to i w Secret Avengers
To nie jest problem dla czytelników, którzy śledzą tylko Uncanny Avengers. Właściwie w każdej serii, traktowanej jako osobna całość, to nie jest problem. To po prostu oznaka, że Remender ma zasadniczo tylko jeden ogólny schemat fabularny, w który wpisuje większość swoich superbohaterskich komiksów. 

I wreszcie rysunki. Cały album wyszedł spod ręki Daniela Acuñy – jednego ze stałych rysowników serii. To się chwali, zwłaszcza, że większość albumów Egmontu z Marvel Now, które recenzuję, są zlepkiem różnych stylów i zazwyczaj na tym tracą. A jednocześnie – Acuña narysował tylko jeden zeszyt z poprzedniego tomu. Tam finalną konfrontację rysował Steve McNiven – i chyba wolałbym, by to McNiven rysował numery, w których bohaterowie cofają się w czasie do wydarzeń z poprzedniego albumu. Byłoby lepiej, gdyby wydarzenia toczące się w jednym okresie wyszły spod ręki jednego rysownika. A Acuña mógłby nadal narysować tę część historii, która rozgrywa się na Planecie X. 
Tyle moje przemyślenia na temat tego, jaki koncept by się lepiej sprawdził. Jeśli jednak chodzi o recenzowanie tego, co czytelnik naprawdę ma w rękach – cóż, ma w rękach Acuñę. Jak pisałem przy okazji poprzednich tomów – to bardzo specyficzny rysownik. Uważam, że ten album to jedna z jego najlepszych prac – ale to nie pomoże tym, którzy po prostu nie trawią jego stylu. 

Zostało mi na koniec kilka uwag, dla których nie mogłem znaleźć lepszego miejsca. Na przykład – Straż Nieskończoności (Infinity Watch). Nie pojawiają się kompletnie niezapowiadani - na początku albumu jest sporo mowy o tym, że bohaterowie liczą na interwencję Immortusa – ale i tak miałem wrażenie, jakby wbili się na scenę niczym hiszpańska inkwizycja Monty Pythona. A choć całkiem nieźle ogarniam uniwersum Marvela, to i tak rozszyfrowanie, kogo właściwie widzę zajęło mi sporo czasu. A scenarzysta nie poświęcił ani chwili, by jakoś pomóc zagubionym czytelnikom. Innym problemem są otwarte wątki, które pozostają po tym albumie: wątki, które – jeśli dobrze pamiętam – już nigdy w żaden sposób nie wróciły. Wyliczanie wszystkich byłoby nazbyt spojlerowe, napiszę więc tylko, że w końcówce następuje po sobie kilka scen – w niektórych dosłownie ktoś mówi, że "to będzie miało straszne konsekwencje" albo "przyjdzie wam za to zapłacić srogą cenę" – ale nigdy nic z tego nie wyszło. 

Mimo wszystko większość tych moich narzekań dotyczy a to podobieństw do innych komiksów Remendera, a to rzeczy, które miały się później wydarzyć, ale się nie wydarzyło, a to w końcu moich pomysłów na to, co można było zrobić, by ten komiks był jeszcze lepszy. Bo do samego komiksu jest mi naprawdę trudno się przyczepić. To jest bardzo udany finał dużej, emocjonującej historii. 

Wciąż wolę "Dark Angel Saga", ale to już kwestia moich indywidualnych upodobań. 

4/5 


Krzysiek "Krzycer" Ceran

Recenzje powiązanych komiksów:


Uncanny Avengers: Pomścić Ziemię 
Scenariusz: Rick Remender 
Rysunki: Daniel Acuña 
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 120
Format: 165x255mm
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Papier: Kredowy
Zawiera: Uncanny Avengers #18-22 
Cena: 39,99 zł 

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.