Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja komiksu - Uncanny X-Men: Dobry, zły, Inhuman - Krzysiek Ceran

Ostatni tom Uncanny X-Men wydany przez Egmont, Dobry, zły, Inhuman, rzuca bohaterów po całym świecie, od Londynu, przez Tabula Rasa, po Madripoor, skupiając się przy tym na paru postaciach z drugiego szeregu. Ale czy wyszedł z tego dobry komiks?



Najnowszy album „Uncanny X-Men” składa się z pięciu zeszytów i oferuje czytelnikom pięć odrębnych, niepowiązanych ze sobą historii, narysowanych przez trzech różnych rysowników. Słowem: trudno byłoby o bardziej niespójny album. A jednak to najlepszy album, jaki się w tej serii dotąd ukazał. Zresztą o ile dobrze pamiętam oryginalne wydania tej serii, lepszy już się w niej nie okaże. 

Pięć zeszytów, pięć historii. Oto, z czym po kolei mamy do czynienia. 

Zeszyt #14, rysowany przez Bachalo, skupia się na Benjaminie Deedsie – jednym z nowych mutantów, którzy dotąd byli raczej na dalszym planie. Tu trafia pod skrzydła Emmy, która stawia sobie za cel wyszkolenie go na porządnego X-Mana. Dzięki temu dowiadujemy się więcej o jego mocy i charakterze. A jednocześnie mamy na pierwszym planie porządną Emmę. Emma jest przede wszystkim nauczycielką, której autentycznie zależy na jej uczniach – i to jest numer, w którym Bendis sobie o tym przypomina. 

Zeszyt #15, rysowany przez Ankę, to typowy przerywnik. Bohaterki – Kukułki Stepford, Tempus i nastoletnia Jean Grey – przekonują Magik i Emmę Frost, że muszą skoczyć na zakupy i wraz z Shadowcat teleportują się do Londynu, by odpocząć. Mamy tu sporo fajnych interakcji między postaciami, szczególnie między Jean Grey i stałą obsadą „Uncanny X-Men”, a Kris Anka może się wyszaleć, rysując bohaterki w modnych strojach, co wychodzi mu najlepiej. Tu mogę na marginesie dodać, że kompletnie nie rozumiem decyzji, która stała za tym, że w tej serii Emma Frost – White Queen – porzuciła typową dla siebie biel i zaczęła się nosić na czarno. Ani tym bardziej czemu jej cywilne stroje zaczęły wyglądać jak ubrania nastolatki, co zresztą zostaje wypunktowane w tym zeszycie. 

Wracając do meritum, ta sympatyczna historia niestety zostaje zakłócona dramatem związanym z globalną Terrigenezą (patrz: „Nieskończoność”). Z jednej strony to typowe – X-Men nie są w stanie wziąć dnia wolnego, żeby coś nie wybuchło. Z drugiej strony – nie wypada to ciekawie, a co gorsza wątek urywa się bez konkretnego rozwiązania. O ile dobrze pamiętam, autor już nigdy więcej do niego nie wrócił. (Kompletnie obok jest pytanie, czemu właściwie autor postanowił nawiązać do jednej ze starych historii z „Ultimate Spide-Mana”, wprowadzając na łamy komiksu Latveriańczyka imieniem Gheldoff.) 

Zeszyt #16, narysowany przez Bachalo, to solowa przygoda Magneto. Erik zostaje przekonany, by przyjrzał się Madripoorowi – wyspiarskiemu miastu-państwu, którym na łamach „All-New X-Men” niedawno zainteresowała się Mystique. Udaje się tam incognito, choć ten stan nie utrzymuje się długo. Jest tu kilka świetnych scen, zwłaszcza wizyta w barze, która wydaje się nawiązywać do sceny z argentyńskiego baru z „X-Men: First Class”. 
Bendis jest scenarzystą, któremu zdarza się niepotrzebnie rozwlekać historie na zbyt wiele numerów. Tu akurat mamy do czynienia z sytuacją odwrotną – myślę, że wizyta Magneto w Madripoorze zyskałaby, gdyby Bendis rozpisał ją na dwa numery. Ale jeśli ostatecznie moim zarzutem do komiksu jest to, że „chciałbym więcej”, to raczej dobrze. 

Zeszyt #17, narysowany przez Bachalo, to kolejny po wypadzie do Londynu iksmeński samograj. Tym razem Bendis wykorzystuje schemat pt. „młodzi mutanci zostają w ramach treningu pozostawieni sami w trudnym środowisku”. (Trudnym środowiskiem w tym wypadku jest Tabula Rasa, choć nie zostaje tak nazwana – a motyw jego powstania na łamach „Uncanny X-Force” zostaje sprowadzony do stwierdzenia, że „to długa historia”.) Ów schemat to samograj, który sprawdza się również tutaj. Zmuszeni do stawienia czoła różnym trudnościom młodzi stają na wysokości zadania – albo i nie. Pojawia się również zagadka związana z Tempus, na której rozwiązanie przyjdzie poczekać. 

Zeszyt #18, narysowany przez Rudy’ego, korzysta z retrospekcji. Retrospekcje są wstępem do tego albumu – pokazują, jak reszta Oryginalnej Piątki (bohaterowie „All-New X-Men”) trafiła pod skrzydła Cyclopsa z perspektywy bohaterów „Uncanny X-Men”. Otrzymujemy dzięki temu kilka ładnych scen – czy to spotkanie starych przyjaciółek, Kitty i Illyany, czy niezręczne rozmowy dorosłego Cyclopsa z nastoletnią Jean Grey i sobą. Tyle retrospekcje, tymczasem w warstwie współczesnej bohaterowie wracają do swojej kryjówki, by odkryć, że Oryginalna Piątka zniknęła, co jest wprowadzeniem do „Procesu Jean Grey”. 
Ten numer wyróżniają rysunki Rudy’ego, a konkretnie – przede wszystkim sposób, w jaki aranżuje układ kadrów na kolejnych stronach. Zamiast typowych prostokątnych ramek mamy płynne, nieregularne kadry o krzywych granicach, czasami wręcz wpisane w spiralne motywy. W rezultacie mamy do czynienia z bardzo efektownymi kompozycjami. Chaotycznymi, tak, ale retrospekcje, które są w ten sposób ukazane są wspomnieniami Cyclopsa, więc ten chaos – niemalże strumień świadomości w formie graficznej – jak najbardziej ma sens. Choć ekstradiegetyczne dopiski porządkujące chronologię – „dwa tygodnie temu”, „tydzień później” – trochę rozbijają ten pomysł. Z drugiej strony bez nich historia mogłaby być nieczytelna. 

Odniosłem się do rysunków Anki i Rudy’ego jako wyjątków, słowem nie wspomniałem o Bachalo – dlatego, że Bachalo jest stałym rysownikiem i wydaje mi się, że napisałem o nim wszystko w poprzednich recenzjach. Sprowadza się to do tego, że kiedy jest dobry, to jest dobry. Kiedy się nie stara, ludzie mają bohomazy zamiast rysów twarzy, a kobiety zamieniają się w węże. W tym albumie, niestety, czasami się nie stara. (Przyjrzyjcie się sylwetkom bohaterek w #17 – ten zeszyt roi się od kobiet-węży.) 

Słowo o tłumaczeniu – jest porządne. A jednak uwypukla pewien problem, jaki mam z dialogami Bendisa. To jest komiks, w którym Emma Frost zwraca się do kogoś per „gościu”. Kojarzę oryginalne wydanie, wiem, że to po prostu wierne oddanie oryginalnej kwestii – i tu leży pies pogrzebany, bo Emma Frost po prostu nie powinna się tak kolokwialnie odzywać. 

Mimo wszystko miejscami szwankujące rysunki Bachalo i miejscami szwankujące dialogi Bendisa to tylko irytujące drobiazgi. Tak, bez nich ten album byłby lepszy, ale nawet z nimi jest całkiem przyjemny. Dostajemy tutaj pięć porządnych historii, możemy przyjrzeć się postaciom, które normalnie nie dostają zbyt wiele miejsca na pierwszym planie i wgryźć się w relacje między bohaterami. Nie ma tu większej historii – ale też większe historie rzadko kiedy dobrze Bendisowi wychodzą. Natomiast pisanie interakcji między bohaterami to coś, w czym ciągle się sprawdza. Ten album pozwala mu skupić się na tym, co wychodzi mu dobrze. 

Jakoś tak się utarło, że recenzje wydań zbiorczych to jedyne teksty, w których korzystam z oceniania przy pomocy cyferek. Ten tom zasługuje na 4/5

Krzysiek „Krzycer” Ceran

Recenzje powiązanych komiksów:


Uncanny X-Men: Dobry, zły, Inhuman 
Scenariusz: Brian Michael Bendis 
Rysunki: Chris Bachalo, Kris Anka i Marco Rudy 
Zawiera: Uncanny X-Men #14-18 
Wydawnictwo: Egmont
Tłumaczenie: Kamil Śmiałkowski
Liczba stron: 120
Format: 165x255 mm
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Data wydania: Kwiecień 2017
Cena: 39,99 zł 

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.