Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #34 (10.03.2008)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 10 marzec 2008 Numer: 10/2008 (34)


Secret Invasion coraz bliżej - przez ostatnie tygodnie Marvel zasypywał nas kolejnymi zapowiedziami graficznymi, potem przyszła pora na filmik utrzymany w konwencji Blair Witch Project, a w końcu dostaliśmy listę komiksów składających się na Secret Invasion. Nic więc dziwnego, że coraz częściej pojawiają się typy na to, kto jest, a kto nie jest Skrullem.
Who do you trust? W tym tygodniu na pewno nie można było zaufać Edowi Brubakerowi i najnowszemu Uncanny X-Men jego autorstwa. Kto sięgnął po ten numer już wie, kto zginie w planowanym na kwiecień Giant-Size Astonishing X-Men, więc zalecamy ostrożność.



Secret Invasion: tie-iny
Demogorgon: No to znamy juz trochę pozycji. Poza oczywistymi oczywistościami (New, Mighty Avengers), oraz zapowiedzianymi seriami (Captain Britain and MI:13 oraz Incredible Hercules) mamy też parę nowości. Secret Invasion: Runaways - znowu zepsują spoilerami Run Whedona, ale może być ciekawie. Thunderbolts - możliwe, że to będzie najlepszy tie-in serii. Do tego dwa tytuły PADa - widać ktoś się tutaj napalił na Inwazję. Może będą jakoś bardziej zintegrowane?
S_O: U la la! Zapowiada się całkiem ciekawie! Ktoś w Mutant Town okaże się marszczobrodym w X-Factor, Jazinda i Xavin spotkają swoich ziomków, a do lipca zdąży się skończyć historia "Caged Angels" w Thunderbolts! A do tego już wcześniej potwierdzony występ Johna the Skrulla (i może nawet całego Skrull Beatles) w Captain Britain & MI:13 oraz spodziewane wciągnięcie Ms. Marvel. Tylko dołączenie do eventu Reggiego Hudlina z Black Pantherem smuci, bo zapewne gdzieś w piwnicy trzyma wichajster skonstruowany przez dziadziunia na właśnie taką okazję.
Swoją drogą, Marvel najwyraźniej wyciągnął naukę z Civil War, bo na wypadek opóźnień podał tylko pierwszą połowę listy. Cwaniaki.




Anita Blake, Vampire Hunter: Guilty Pleasures #9
Fylyp3g: Wbiłem się w tę historie dosyć późno. Nie przeszkadza mi to w stwierdzeniu, że jest bardzo kiepska. Kadrowanie słabe, dialogi drętwe. Z tego wszystkiego najgorzej wypadają rysunki. Zwyczajne okropieństwo. 1 na 6 – dno.

Amazing Spider-Man #552 avalonpulse0034d.jpg
Gil: Pierwsze, co zrobiłem po przeczytaniu tego numeru, to sprawdziłem, kim u diabła jest Bob Gale, że zasłużył sobie na miejsce wśród scenarzystów BND. Przez cały numer czułem się, jakbym czytał kiepskiego Supermana z lat '80, więc zdziwiłem się, że nie ujrzałem go w dorobku tego pana. Właściwie to z komiksów jest tam tylko Daredevil (całe 6 numerów) i to wiele tłumaczy, bo... Jest kiepsko. Cofanie się do starych dobrych czasów zaniosło nas w rejony, kiedy królowała nuda i schemat. Ani razu się nie uśmiechnąłem, ani razu nie zachwyciłem, a nawet warknąć pod nosem mi się nie chciało. Jak w polskim filmie, normalnie. Rysunki też nie pomagają, bo chociaż zazwyczaj są dobre, to sam Spider-Man jest płaski jak Flatman po prasowaniu. Tym razem, Brand New Day zawiódł. Nie sądziłem, że kiedyś to powiem, ale tęsknię do Guggenheima.
Ocena: 4/10. Soundtrack: Gosia Andrzejewicz - Pozwól Żyć.
Crov: Bob Gale, scenarzysta serii rewelacyjnych filmów "Back to the Future" i twórca wspaniałego "Interstate 60" z Jamesem Marsdenem w roli głównej. Wygląda na wybitnego twórcę, prawda? Prawda, ale widać, że na film zużył całe swoje umiejętności. Kiczowaty Daredevil był bardzo bolesnym przeżyciem, zwłaszcza że historia pisana przez Gale'a mieściła się między historią Davida Macka i Briana Bendisa. Kiedy tylko przeczytałem, że Bob jest jednym z nowych scenarzystów ASM, to wiedziałem, że nie wróży to najlepiej. Moje przeczucia zdawały się potwierdzić po pierwszym numerze post-OMD, a teraz zaczynam się nad zagraniem z moim przeczuciem w Lotto. Już dotychczasowe numery BND raziły kiczem i powrotem do lat 70-ych, to tutaj jest to dwa razy bardziej widoczne. Słabiutkie dialogi, żarciki i fabuła - bo co można powiedzieć o złoczyńcy, który zostaje opanowany przez swoje genetycznie zmodyfikowane wymiociny? Nie pomaga też bardzo klasyczny styl rysowania Phila Jimeneza, który jest mało dynamiczny, choć dokładny.
Jeszcze tylko przebrnę przez historię Wellsa i chyba pożegnam się z BND, miło byłoby, jakby listy sprzedaży były adekwatne do jakości całego BND.
Foxdie: Stało się. Brand New Day spadło poniżej dopuszczalnej średniej, jednocześnie nie dając dość czasu na zapomnienie o paskudnym One More Day. Ten numer ciągnie się niemiłosiernie długo, a na dodatek jest w nim niewiele konkretów. Co jest jednak najgorsze w tym zeszycie, to fakt, iż autorzy (z dużym wskazaniem na Gale'a) sięgając po nowego przeciwnika Spidera, za bardzo sugerowali się serią Resident Evil. Freak po wyjściu z kokonu wygląda niczym Tyrant w RE2, co prawda oczy ma na miejscu, ale cała reszta od razu przywodzi na myśl przedziwne wytwory G-Virusa (tudzież wersji T). Oczywiście może się okazać, że mutacja wciąż postępuje i na koniec historii dostaniemy coś zupełnie innego. W tle brakuje jeszcze tylko niedożywionych zombiaków, obdartych ze skóry dobermanów i kroczącego Nemesisa powtarzającego "Spideeer-man". Wypisz, wymaluj Resident Evil: Spider-Man Edition. Do tego słabe rysunki Jimeneza.... Ocena: 4/10
Jaro: Gale fatalnie rozpoczął swoją pierwszą historię. Raz, o ile wcześniej poziom oldschoolu był albo dobrze wyważony, albo po prostu dobrze się komiks czytało, o tyle tutaj mamy do czynienia z czymś zupełnie odwrotnym - nie dość, że "oldschoolowość" gryzie tu w oczy, to jeszcze cały komiks jest wyjątkowo nieudolnie napisany. Razi miałkość dialogów, które próbują być na luzie, ale niestety im nie wychodzi, irytują do bólu banalne sytuacje i brak polotu, z jakim to wszystko jest prezentowane, a jaki był jednak w poprzednich numerach i dzięki temu to wszystko miało swój klimat. Rysunki Jimeneza są trochę więcej niż poprawne, jednak na pewno nie ratują całości.
Ocena: 3/10; soundtrack: Kazik - O, kuchwa
Demogorgon: Dobra, dosyć tego! Żądam kategorycznie, aby wszyscy scenarzyści w końcu dogadali się, jaką to osobowość ma pan Bennet! U Dana facet ma obsesję na punkcie zdrowej żywności, u Marka jest totalnym przeciwieństwem JJJ'a, a u Boba odwrotnie - jest taki sam, jak JJJ. A sama historia jest słaba, humor wydaje się naciągany, a akcja nudzi. Do tego rysunki przypominają wszystko, co najgorsze u Jimeneza - zwłaszcza okropnie wygladający Spider-Man. Źle, źle i jeszcze raz źle. Gale - nie pisz więcej komiksów, filmy wychodzą ci lepiej.
S_O: Kojarzycie, co napisałem przy poprzednim Amazingu? O Marcu G. pijącym piwo z resztą niewydarzonych scriptwriterów? Kolega Bob Gale próbuje się najwyraźniej dostać do paczki, bo ten numer sprawia, że zaczynam tęsknić za Guggenheimem. Dialogi są drewniane, dowcipy suche, monologi Claremontowate, a nowy wróg... hmmm... został zaatakowany przez własne wymiociny, bo wstrzyknął sobie w żyły jakąś nieznaną substancję. Ale musimy mu wybaczyć, w końcu był naćpany. Tak jak Gale, najwyraźniej.
Aha - w związku z tym, że motyw kończącej się sieci był wykorzystywany w poprzednich dwóch historiach, tym razem Peterowi wyczerpały się baterie w aparacie. Taaa...
Fylyp3g: Kiepski to komiks, jednak mnie przyciągnął. Starą szkołą zapachniało. Wszystko jest tak dziwaczne, że aż się podoba. Rysunki ujdą. Historia nieco fekalna, jednak stylowa. Carnage wróć… ekhm, żartowałem. 3 na 6 – dla wybranych.

ClanDestine vol. 2 #2
S_O: OK, numer z przerywaniem opowieści Adama za każdym razem, gdy zaczyna być pikantna, jest lame i za to Alan powinien iść do kąta. Ale ma oldskulową kreskę, dlatego mu wybaczę.
A poza tym, superczuły Dominic najpierw dostaje potwornej migreny, potem odwiedza utopijną planetę z półnagimi kosmitkami (bo gdy myślę "utopia", to myślę "półnagie kobiety"), a na koniec, na wskutek ataku kolejnej wersji Saturnyne, trafia na Excalibur w składzie z początków kariery. Hmmm.
A tymczasem złe bractwo ubrane w kolorowe prześcieradła nadal obserwuje. Mam nadzieję, że zdążą wykonać jakiś ruch, zanim miniseria się skończy.


avalonpulse0034e.jpg Cable vol. 2 #1
Gil: >Ziuu!< Tak mi mignęło, jak pierwszy raz czytałem, więc powtórzyłem czynność i dopiero za drugim razem dotarły do mnie szczegóły. Na pierwszy rzut oka, wszystko dzieje się błyskawicznie. Scenariusz jest absolutnie dekompresyjny i wszystko zawiera się w rysunkach, więc jeśli nie skupimy się na nich, jest efekt >ziu!< Trzeba równo rozłożyć uwagę i wejść w harmonię z formą i treścią, żeby właściwie odebrać całość numeru. A gdy już to zrobimy, odkryjemy, że tak naprawdę ważne są tu dwa fakty: przyszłość i Bishop. Oprócz nich i świetnej sceny z przewijaniem, właściwie nic tu nie ma i to raczej nie zadowala. Można znaleźć ukojenie w popisach Olivettiego jeśli się je lubi, ale ja szybko zacząłem dostrzegać przesadę w rysunkach i cały czar prysł. Pozostaje tylko nadzieja, że seria szybko się rozkręci, a na razie odbiór jest prawie zupełnie jak przy pierwszym numerze X-Force. Ocena: 7/10. Soundtrack: Massive Attack - Future Proof
Hotaru: Tak długo już narzekam na Messiah CompleX i jego spuściznę, że głupio mi, kiedy znów mam to zrobić. Zaczynam się zastanawiać, czy nie jestem aby uprzedzony, podobnie jak do Hudlina, Kirkmana czy Brubakera. Byłem gotów w ogóle nie komentować tego tytułu, ale przecież nie kojarzę ani Swierczynskiego, ani Olivettiego, więc osoby twórców raczej nie spowodowały mojej negatywnej reakcji. A co spowodowało? Na przykład nudna i nieabsorbująca fabuła. Na przykład cholernie statyczne rysunki, sprawiające wrażenie, jakby wszystko było zatopione w plexiglasie. I ten cliffhanger, który rzuca się przed oczy już 1/3 numeru wcześniej, ale myślisz sobie "nie - to by było za głupie". Widać nic nie jest za głupie na Divided we stand.
S_O: "Old West" na wschodzie w przyszłości? To może się sprzedać. Jednak najpierw musi się coś DZIAĆ. Bo jak na razie nowy "Kabel" ma strasznie mało treści - ot, scena ze strzelaniną, scena przewijania z retrospekcjami, scena w barze i - nagle - koniec numeru. Niedobrze, niedobrze. Rysunki Olivettiego to też nic specialnego - typowa dla Ariela reklama sterydów.
Ogólnie rzecz biorąc, na razie robi wrażenie czytadła, które nie zachwyca, ale i nie sprawia, że domagamy się zwrotu czasu, straconego na czytaniu.
Fylyp3g: Spodziewałem się czegoś więcej. Dużo więcej. Często narzekam na zbytni przesyt dialogami. Tutaj mamy ich niewiele, jednak wszystkie są na jedno kopyto. Więcej, powtarzają się bez sensu. Rysunki… tło, co tam jest w tle?!? Daj Panie, by było lepiej w następnym numerze. 3 na 6 – z nadzieją na lepsze dni.
CrissCross:
Powiedzmy, że zaczęło się nieźle. Chociaż nic fantastycznego. Szybko, krótko i konkretnie. Rysunki tylko średnio mi odpowiadają. Kolory są trochę blade, a obaj nasi podróżnicy w czasie są jakby zbyt "rozbudowani". Tak to nawet Pudzian nie wygląda.
Krzycer: F
ajne! Ot, postapokaliptyczny western (nawet ponczo jest!), czyta się szybko (...bo i tekstu niewiele - w tym wypadku to nie wada), komiks wciąga i... każe czekać na następny numer.
Czekam z niecierpliwością. A gdzieś w zakamarkach mózgownicy ciągle stuka pytanko, kim właściwie ta dziewczynka ma być i czego takiego ma dokonać, jak już Kabel nie będzie musiał jej pieluch zmieniać...
Jeszcze słówko o kresce - podoba mi się. Nie byłem pewien po obejrzeniu paru stron zapowiedzi, ale jak teraz - podoba mi się.


Dark Tower - The Long Road Home #1
Gil: Doskonałe rysunki, genialny pomysł, wspaniały skrypt. Już teraz widać, ze seria wymyka się kryteriom ocen, jakie tutaj stosujemy, więc się zamykam i wielbię ją po cichu.
Ocena: nie dotyczy. Soundtrack: Antonin Dvorak - Symphonie no. 9: "New World".
Hotaru: Wiem, że jest dopiero marzec, ale to murowany kandydat na miniserię roku - jeśli nie wygra, to na pewno zajmie miejsce na podium. Wszystko, co uwielbiałem w The Gunslinger Born, powraca tutaj. Nad kunsztem Lee i Isanove'a mógłbym się rozpływać godzinami, podobnie nad poetycką wręcz narracją Petera Davida. Ale tego nie zrobię - zamiast tego przeczytam sobie ten numer jeszcze raz. I kolejny. I jeszcze.
Fylyp3g: Rysunki piękne. Choćby dla nich warto Dark Tower zobaczyć. Hotaru nieświadomie ukradł mi słowa, które chodziły za mną od piątku: "poetycka narracja". Szkoda tych słów, niech wystarczy: 5 na 6 – warto.

Logan #1
avalonpulse0034f.jpg
Gil: Z jednej strony, to po prostu kolejna miniseria z Loganem. Niezależnie od twórców, niezależnie od otoczki, to po prostu kolejna seryjka, w której Logan łazi po śniegu w Japonii i wspomina. Z drugiej strony jednak, gdyby tak wyglądała seria Woverine Origins, nie dostała by nominacji do anihilacji. Trudno powiedzieć coś więcej, ale chętnie zobaczę, czy go tam podsmażyli w tej Hiroshimie?
Ocena: 5/10. Soundtrack: X-Japan - Kurenai.
S_O: Co Wolvie ma w sobie takiego, że lecą na niego wszystkie Japonki, jakie spotka? Lubią niższych? O to chodzi?
W każdym bądź razie, ta miniseria wygląda na taki lepszy Wolverine: Origins. I chociaż w starej, dobrej Japonii, którą odwiedza co drugi miesiąc, nagle pojawia się nowy, nieznany dotąd wróg, a sam Logan we flashbackach w ogóle nie przypomina siebie z Sobiboru, ale i tak magiczne słówko "Hiroshima" zapewni czytelników.
Swoją drogą, całkiem niezłe odwzorowanie mentalności typowego drugowojennego amerykańskiego żołdaka.
Fylyp3g: Niezła historia. Jednak jest też coś takiego jak niesmak, w ramach przesytu tytułowym bohaterem. W co trzecim komiksie Marvela jest Wolverine. Ile można męczyć czytelnika? Wracając do meritum. Rysunki się podobają, treść również. Są jednak dwa "ale". Czy Rosomak musiał uczestniczyć we wszystkich mniejszych, czy większych konfliktach zbrojnych XX wieku? Czy musiał przy każdej okazji przeciąć przy tym kobitę? Czy to nie robi się nudne? 3 na 6 – średni.
MadMarty: Jak wydawać więcej komiksów z Wolverinem, skoro i tak już pojawia się w co drugim, niszcząc continuity? Zrobić serię z retrospekcjami! Albo kilka! No to mamy kolejną serię z retrospekcjami z Rosomakiem. Ale... Charakterystyczne rysunki Risso sprawiły, że czekam na ciąg dalszy. Mamy być może szansę na jakąś fajną, kameralną opowieść o Loganie, taką, jakie w jego własnej serii były najfajniejsze. Zamiast Civil War, rozprawiania się Kanadyjczyka z całym światem, mamy żołnierza na polu bitwy. Mi pasuje.

Moon Knight vol. 5 #16
Gil: Bardzo miłym posunięciem, zapewne ze strony nadzorującego skrypt Hustona, jest nawiązanie do Mechanicznej Pomarańczy. Niestety, to jedyny pozytywny aspekt. Taka ręka, chwytająca się brzytwy, podczas gdy reszta Moon Knighta tonie w mule na dnie. Fakt: seria pada. Pytanie: dlaczego? Odpowiedź: żadna kolejna nie ma szans przeskoczyć pierwszej historii. Ocena: 3/10. Soundrack: Nine Inch Nails - Help Me, I'm In Hell.

Powers 2 #28
Fylyp3g: Nie można odmówić temu tytułowi stylu. Jednak miał lepsze momenty. Nieco przynudza, jednak nie odpycha. Choćby spojrzeć warto, jako to jeden z ciekawszych komiksów ostatnimi czasy. 3 na 6 – przyswajalny, z potencjałem.


avalonpulse0034g.jpg Penance: Relentless #5
redevil: No, taki finał, to ja rozumiem. Od początku wiadomo było, że Baldwin ot tak nie zabije Nitro (a zakładałem, że w ogóle go nie zabije - w końcu to Marvel), to wykonanie tego było mistrzowskie. Dialog wyjaśniający znaczenie cyfr, poziom brutalności, czy nawet "optymizm" płynący z końcówki - Robbie wyjął jeden kolec z wnętrza kostiumu - uwiarygodniły postać w moich oczach. W dalszym ciągu Penance to postać pełna bólu i skłonności masochistycznych. Nawet obecność Logana nie dziwi. Brawo, panie Jenkins. A kolejna opowieść to chyba już w MAXie powinna być.
Gil: Kto się spodziewał niespodziewanego, spodziewał się zbyt wiele. To prawda, że Baldwin nieźle urządził Nitro, ale nie zmienia to faktu, że można było zawrzeć tę samą treść w trzech numerach. Patos jest tu nawet wskazany, ale okazuje się raczej męczący. Szczytem wszystkiego jest jednak najdłuższa w historii komiksu scena eksplozji, Wolverine wyskakujący z pudełka i kelnerka, której ni przypiąć, ni przyłatać. Generalnie, głupie to jakieś wyszło. I brzydkie na dodatek. Ocena: 4/10. Soundtrack: Marilyn Manson - Disposable Teens.
S_O: Dobrze poprowadzona końcówka. A opierając się na zasadzie, że "wszystko dobre, co się dobrze kończy", oznacza, to, że cała miniseria była dobra. A raczej byłaby, gdyby pozostałe numery skondensować w podobny sposób. No ale cóż, jakby było mniej numerów, to nie wystarczyłoby do wypełnienia Paperbacka.
Koniec końców, pokuta zostaje wypełniona, a zemsta dokonana, Robbie staje się jakby mniej emo, a Norman dostaje Nitro w prezencie. Gdyby to jeszcze można było umieścić na osi czasu...
Mute:
świetne zakończenie przeciętnej historii? Tak :) Gdyby oszczędzili całej tej zabawy z Doomem i Robotmasterem (czy jak mu tam było), to cała historia byłaby bardzo dobra (i mogłaby się zamknąć w 3 numerach :)). A tak mamy zakończenie, które pozwala na zadanie kilku ciekawych pytań: co się teraz stanie z Bobbym? Czy wróci do Thunderbolts? Wciąż będzie nosił kolce, ale czy dalej będzie Penance? Co się stanie z Nitro na amerykańskiej ziemi? Co zrobi z nim Osborn? Czy Nitro zostanie nowym Penance (dobra, wymuszone pytanie, ale Baldwin zostawił mu przecież kostium ;))?

Punisher War Journal vol. 2 #17
redevil: Dno fabularne i rysunkowe. Ja przepraszam, ale kogo obchodzi łzawa historyjka o Stu Clarku? A gdzie Kraven, a gdzie humor? Że o Jigsawie nie wspomnę. Ta seria jest strasznie nierówna, powoli jednak zaczynam nabierać przekonania, że dobre numery są dziełem przypadku. I do tego rysowane przez Chaykina - w jego wersji Punisher wygląda jak sprzed 20 lat, Stu jak kartofel z ludzkim ciałem, jedynie kobiety wychodzą mu znośnie, czasem nawet pięknie (raptem 2 rysunki). 2/10
Gil: Ciąg dalszy opowieści o łotrzykach, wysadzonych w barze jakieś 100 numerów temu i tym chuderlawym kumplu Frania na dokładkę. Tym razem bez komedii i raczej bez polotu, ale za to z kiepskimi rysunkami. Tak, zgadliście - nie podobało mi się. Ocena: 3/10. Soundtrack: Nirvana - Negative Creep.
S_O: Takie śmieszne jednonumerowe opowiastki o niczym wydaje się przed jakąś większą historią, prawda? Mam więc nadzieję, że ta historia niedługo się zacznie, bo nie wiem, czy wytrzymam kolejny numer o znajomych Franka C., rysowany w dodatku przez Chaykina. Nie chodzi nawet o to, że są złe, po prostu wieje od nich nudą.
No, ale przynajmniej Stu Clarke, nowy sidekick Punishera, zaliczył. Good for him.
Fylyp3g: Rysunki złe, zbyt krasne jak na Punishera. Dialogi złe, za dużo dialogów. Historia zła, niedobra ona jest. Frank, nie takiego Franka lubię. 2 na 6 – nie warto.

The Twelve #3
avalonpulse0034h.jpg
Gil: I znowu tytuł numeru tygodnia wędruje do dwunastki zagubionych ludzi. Nadal jesteśmy na etapie przybliżania postaci, ale przybiera on nieco inny wyraz. Swoje momenty mają Fiery Mask i Mister E, ale poza tym intensywnie rozwija się wątek Richarda i Claire, rzucając dość oczywiste podejrzenia. Na szczęście są inne wskazówki, które usuwają jednoznaczność z tej serii. Intryga jest mocna, postacie są mocne, seria jest mocna i miejmy nadzieję, że pozostanie taka do końca. Ocena: 8/10. Soundtrack: The Beatles - Helter Skelter.
S_O: Po pierwszych dwóch numerach i dwóch trupach (Electro i Blue Blade) bałem się, że The Twelve będzie czymś w rodzaju "Dziesięciu Murzynków" Agathy Christie. Niepotrzebnie jednak, bo trzeci Tuzin pokazuje, że to zupełnie co innego. W numerze rozwijane są postaci Mistera E, który jako jedyny ma żywą rodzinę, a która się go wyrzekła, a także obie "Maski" - Fiery przedstawia swój origin (heh, Zombie Master, mistrz zombiech. I za to kochamy Złoty Wiek), a Laughing ujawnia się jako zpunisherowany Daredevil. Nie możemy oczywiście zapomnieć o pozostałych postaciach - Phantom Reporter dostaje angaż jako felietonista, a Black Widow wybiera się na nocne łowy. A wszystko to okraszone taką niezwykłą chemią między postaciami. Numer tygodnia.

Secret Invasion Saga
Gil: Można by również zatytułować to coś "Krótka Historia Zielonych Ludzików z Andromedy", bo taka właśnie jest zawartość. Komuś, kto nie zna tego kawałka historii Marvela, może się przydać przed rozpoczęciem eventu. Tym, którzy wiedzą, co i jak, może posłużyć jako podręczny zbiór informacji. Jest w tym jedno zaskoczenie i jeden pozytyw. Okazuje się, że historia o Skrull-gangsterach Hudlina ma bogaty rodowód - kto by pomyślał? A pozytyw? Pierwsza część checklisty tie-inów na końcu wygląda smakowicie. Oceny brak. Soundtrack: white noise.


avalonpulse0034i.jpg Uncanny X-Men #496
Gil: Zacznę od stwierdzenia faktu, że to pierwszy numer UXM Brubakera, który naprawdę mi się spodobał. Co prawda, sceny na Syberii są mało realistyczne, a do kołchozu, w którym wychowywał się Piotrek, jest dużo więcej niż rzut beretem, ale to można sobie wytłumaczyć amerykańskością. Natomiast sklerozę Cyclopsa można wytłumaczyć chyba tylko skrullowatością. Jest za to kilka fajnych nawiązań, które pomagają uporządkować chronologię. Jest kilka naprawdę niezłych rysunków - niech no się ten Choi rozkręca dalej. A przede wszystkim jest spoiler, tak wielki, jak Celestianin w parku Golden Gate. Założę się, że nikt nie będzie wspominał wypitki i wybitki w barze, ale o tym, jak Bru zepsuł finał Whedona, będzie głośno. I po co było się bawić w Giant Size'y, jak grafik był napięty? Czyja to wina? No, ale czytajmy dalej, może w następnym numerze poznamy zakończenie Secret Invasion...? ;) Ocena: 7/10. Soundtrack: Coil - The Spoiler.
Foxdie: Ten numer jest gwoździem do trumny dla ciągle spóźnionego Astonishing X-Men. Zresztą Whedonowi należało się za lekceważenie czytelników i niedotrzymywanie terminów przez ostatnie kilkanaście miesięcy. Jeśli chcecie dowiedzieć się, kto nie wróci z Brakeworldu, to zapraszam do lektury Uncanny. Z drugiej strony, było to do przewidzenia po ostatnim numerze AXM i Messiax Complex, w którym kompletnie zabrakło danej postaci. Poza tym akcja samego numeru wciąż się strasznie ciągnie i na jakieś konkrety musimy poczekać przynajmniej do następnego numeru. Rysunki są w większości średnie, chociaż przypadła mi do gustu Emma spod ręki Choia. Ocena: 6/10
Hotaru: Rysunki Choi'a się poprawiły od ostatniego numeru. Rasputin w jego wykonaniu to prawdziwy przystojniacha, ale Logan wychodzi mu zbyt ułagodzony. Lasek nie komentuję - prawie zawsze w jego wykonaniu wypadają cudownie. Brubaker mnie nie zachwyca. A jeśli w kolejnym numerze okaże się, że "boginią" jest Storm, to potem już nigdy nie będę się dziwił, że nie bywam zdziwiony. Konflikt harmonogramów z Giant-Size Astonishing skomentuję tylko tak - wolę miesiącami czekać na X-Men od Whedona, niż co miesiąc dostawać takie popłuczyny od Brubakera.
S_O: Pierwsza rzecz, o której pomyślałem, gdy zobaczyłem Celestianina, to "o, miło, że ktoś pamięta". Inna rzecz, że Cyclops nie pamiętał. Więc o ile nie było jakiejś historii o tym, że Celestianie wymazali wszystkim pamięć o swoim istnieniu, to shame on Bru za to, że to napisał i shame on jakiś edytor za to, że nie zwrócił mu uwagi.
A propos zwracania uwagi, mamy przespoilerowaną końcówkę runu Whedona w Astonishing. To niemiłe, ale jak znam życie, to gdy Ed to pisał, Giant-Size AXM był zaplanowany na połowę lutego. Eh, Whedon, Whedon...
Jeśli miałbym zgadywać, to obstawiałbym, że sytuacja w San Francisco jest sprawką kogoś z rodzinki Mastermindów. Stawiam na tę brunetkę, stworzoną wieki temu przez Loeba (z czasów, kiedy zdarzało mu się dobrze pisać), ale to może być również tatuś.
Fylyp3g: Jest trochę lepiej niż w numerze poprzednim. Jednak nadal mamy do czynienia z tytułem wydmuszką. Toć to nudy. Rysunki jakieś są, średnie bardzo. Kiepskie dialogi, wplecione w nudnawą historię. Ten tytuł potrzebuje swojego Granta Morrisona. 2 na 6 – poniżej dopuszczalnej średniej.
zedicus:
Żałuję, że czytałem ten numer. Okej, fajne wspominki tria - elf, rosomak, kolos, ale zdradzili zakończenie Astonishing!!! Nie wiem, czy zabić Whedona za opóźnienia, czy Bru za spoiler. Poza akcją w barze i zakończeniem nic ciekawego się nie dzieje. W dodatku Bru chyba sobie po raz pierwszy pozwolił na błąd w stosunku do przeszłości. Scott nie wie, kto to Celestiale?? Przecież z nimi walczył i mieszkał w statku przez nich stworzonym!! Poza tym numer zbędny, znów dostaliśmy numer odpoczynkowy. Raz rozumiem, ale drugi raz z rzędu?? Bez sensu. Za ten komiks Bru na pewno nie dostanie ode mnie już głosu na WW.

X-Force vol. 3 #2
avalonpulse0034j.jpg
Gil: Nie jest źle, ale czy jest dobrze? Sfazowana Rahne i jej motywy są poprawne. Reverand Craig mnie rozbawił swoją przemową. Bastion przejmujący Purifires to duży plus. Tylko jeśli Magus jest tutaj, kogo Richie zastanie na Kvch? I wreszcie sami X-Force... Nie bardzo wiem, co o nich myśleć, bo o ile w scenach akcji wypadają dość wiarygodnie, to gdy przychodzi do rozmowy, zachowują się, jakby im czegoś brakowało. Nie jest to disFUNctional jak w X-Factor, a raczej coś w kierunku... no, cóż - X-Force, ale tego oryginalnego, któremu też czegoś brakowało w moich oczach. Wypłynęło to na fali popularności i będzie się unosić, póki będzie zapotrzebowanie, ale zbyt długo to nie potrwa. Rysunki dużo dobre. Ocena za całokształt: 7/10.
Soundtrack: Metallica - St. Anger.
Hotaru: Kyle i Yost naoglądali sie za dużo Terminator: The Sarah Connor Chronicles - ich X-23 to taka Cameron. Oczywiście to nie jest komplement. Cieszy, że odgrzebują stare wątki. Martwi, że na razie nie wychodzi im to za dobrze. Największym plusem tego tytułu jest jak na razie strona graficzna - właśnie ze względu na talent Craina sięgnę po następny numer. Olivetti powinien się od niego uczyć.
S_O: Heh. Magus. Najwyraźniej pod koniec każdego numeru zostanie przedstawiony nowy wróg, z którym drużyna składająca się z osób, których moc polega na cięciu rzeczy, nie będzie w stanie sobie poradzić.
Co do cliffhangera z poprzedniego numeru, to jednak Risman strzelił, jednak w Rahne i jednak nie w głowę. Fair enough. X-23 powróciła do roli bezdusznej maszyny do zabijania, Loganowi się to nadal nie podoba, a tymczasem Wolfsbane zostaje zjednoczona z "ukochanym" tatusiem (co nie jest niespodzianką, zważywszy na to, że o Craigu wspominano już podczas Messiah Complex). Akcja się rozwija, czyta się miło, ale chciałoby się zobaczyć trzy dodatkowe literki na okładce: M, A oraz X.
Fylyp3g: Pierwszy zeszyt zainteresował, drugi jakoś mniej przyciąga. Jednak ten tytuł ma jeszcze jakiś potencjał. Na pewno nie odmówię mu magnetyzmu. Mimo wszystko 3 na 6 – jeszcze polecam.
Krzycer:
czyli "dlaczego nie należy wskrzeszać złych robotów" lekcja pierwsza. Ciekawe, co Bastionek chce zrobić z tym technoorganicznym frutti di mare. W międzyczasie Rahne spotyka się z tatusiem i ta scena zrobiła na mnie mocne wrażenie, Scott, Logan, Laura i James zostają skonfrontowani z naiwnym old-schoolowym idealizmem Warrena i wypada to nienajgorzej, a potem X-Force masakrują off-panel dziesiątki Purifiers.
Jest dobrze, może być lepiej - i mam nadzieję, że jeszcze będzie.
CrissCross:
Pierwszy numer był niezły, ten jest jeszcze lepszy. Mamy więc tendencję zwyżkową. Oby tak dalej. Troszkę niepokoi mnie ilość wracających postaci. Najpierw był Bastion, teraz Magus... Ciekawe, kto w następnym numerze się pojawi. Nie chciałbym tu mieć za dużo takich powracających i wciskanych na siłę postaci. Ale póki co, jest bardzo dobrze. Logan z palnikiem pokazuje, że jeszcze nie zmiękł całkowicie po tylu latach w X-Men. Kreska jeszcze tu i ówdzie mogłaby być lepsza. W scenie na balkonie Warpath wygląda jakby miał... biust. Ale ogólne wrażenie bardzo pozytywne.



Okładki tygodnia

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

 

Hity tygodnia:

avalonpulse0034c.jpg Dark Tower - The Long Road Home #1

Autor: Mike Deodato Jr

Spence: Bardzo ciekawe podejście, rzadko spotykane w okladkach Marvela - niewielka sylwetka głównego bohatera na koniu, stojącego na skraju skały porośniętej roślinnością i spoglądającego gdzieś w dal. Wszystko zatopione w cieniu i genialnie wykonane - spójrzcie, jak wiatr zarzuca ogonem i grzywą konia i połami płaszcza wędrowca. Gdzieś na dole oświetlona formacja skalna, a większość całości zajmuje niebo. Świetna kolorystyka z nałożonym efektem płótna [Origin się kłania, zresztą kolorysta ten sam]. Oj tak. Oj tak.



avalonpulse0034a.jpgPunisher War Journal vol. 2 #17

Autor: Alex Maleev

Foxdie: Bezapelacyjnym zwycięzcą wśród okładek tego tygodnia jest cover do Punisher War Journal autorstwa Maleeva. Czarno-biała postać Franka na białym tle, spowitym krwistą czerwienią. Piękna. Sam Punisher natomiast nawiązuje do wersji rysowanych przez Jima Lee czy Romitę młodszego, co dodaje całości niesamowitego klimatu. Jedna z lepszych okładek w tym roku.




avalonpulse0034k.jpgLogan #1

Autor: Eduardo Risso

duczmen: To zapewne pierwsza i ostatnia okładka z Rosomakiem, która przypadła mi do gustu. Na pierwszym planie Logan z dziwnym, nienaturalnym wyrazem twarzy. Mamy takie oczka i uśmiech szaleńca, bohater w dole, po kostki w krwi z wysuniętymi pazurami. Nad nim, bagnety i stopy tych, którzy prawdopodobnie go uwięzili, do tego mały kawałem światła wpływający do dołu w którym siedzi Wolverine. To zajmuje nam z 50% okładki. Pozostała część to czarne tło. Okładka jest dziwna, jest zastanawiająca, skupia w jakiś sposób moją uwagę,



Gniot tygodnia:

avalonpulse0034b.jpgAmazing Spider-Man #552

Autor:
Phil Jimenez

Gil: Powiadają, że proste jest piękne. Powiadają, że nie da się brzydko narysować Spider-Mana. Powiadają, że od każdej reguły jest wyjątek. Okładka tego numeru ASM to porażka z wielu względów. Jedyna postać na rysunku z niewiadomych względów jest przesunięta o centymetr od środka, przez co traci dłoń i kolano - błąd na poziomie kursu rysunku w PDK. Górna część ciała jest nieproporcjonalnie rozciągnięta, czego nie usprawiedliwia perspektywa, a zupełnym partactwem jest twarz podłużna i płaska jak naleśnik. Negatywne wrażenie potęguje fotograficznie wyglądające tło, które sugeruje pójście na łatwiznę.




Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2008.02.27



Redaktor prowadzący: Lex
Korektor: S_O
Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.