Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja komiksu - All-New X-Men: Tak Inni - Krzysiek "Krzycer" Ceran

Ostatni tom Wolverine i X-Men to nie jedyny komiks który radzi sobie z reperkusjami Bitwy Atomu. Jak wypadają kolejne przygody All-New X-Men?


Kolejny album All-New X-Men przedstawia reperkusje Bitwy atomu. W finale crossovera Shadowcat postanowiła wraz ze swoją grupą opuścić Szkołę im. Jean Grey na rzecz Nowej Szkoły Charlesa Xaviera. W tym tomie widzimy, jak bohaterowie dostosowują się do nowej rzeczywistości, otrzymują nowe kostiumy, przyjmują w swoje szeregi X-23 i po raz pierwszy mierzą się z Purifiers. 
Szkoda tylko, że jest to koszmarnie chaotycznie napisane, bardzo źle narysowane i urywa się tak nagle, jakby ktoś umieścił w wydaniu zbiorczym tylko pół ostatniego zeszytu. 

Ale po kolei. Tak inni zawierają tylko cztery zeszyty głównej serii. Zaczynając od pozytywów – Stuart Immonen pozostaje świetnym rysownikiem, a zaprojektowane przez niego nowe kostiumy są bardzo ładne. Niestety, Immonen narysował tylko pierwszy zeszyt – najlepszy z całego tomu. Najlepszy, bo zawierający typowe bendisowe zalety. Młodzi, skołowani bohaterowie próbują uporać się ze zmianami, które właśnie zaszły, kłócą się i godzą. Jest zabawnie i miło. 

Z następnym numerem przychodzi Brandon Peterson i jakość rysunków leci na łeb, na szyję. Peterson rysuje specyficzne twarze, wiecznie wykrzywione w grymasach i zwyczajnie brzydkie. Rysuje również specyficzne, wykrzywione sylwetki. Ponadto stosuje kiepskie kadrowanie. Najlepszym przykładem niech będzie kadr, na którym wściekła Jean powala telepatycznie całą grupę Purifiers. Ten pokaz mocy mógłby być imponujący, ale pan artysta postanowił zasłonić dwie trzecie kadru, umieszczając Jean na pierwszym planie, tyłem do czytelnika. Beznadziejna kompozycja, impet sceny zaprzepaszczony, wszystko po to, by ustawić bohaterkę tyłkiem do odbiorcy. 
I wreszcie – kompozycje Petersona są na tyle nijakie, że parę razy łapałem się na tym, że historia traciła rytm, a ja gubiłem się w kolejności paneli. 

Zeszyt 20 oferuje pewne wytchnienie, ponieważ częściowo wyszedł spod ręki Mahmuda Asrara – rysownika o stylu zbliżonym do Immonena, który ma zdecydowanie lepszy warsztat od Petersona. Szczególnie wychodzi mu mowa ciała Cyclopsa w rozmowie z Laurą. 

Wracając do zalet – tak, jak w pierwszym zeszycie Bendis sympatycznie pisze kłótnie Hanka i Celeste Stepford z Jean Grey oraz reakcję Jean na utknięcie między Hankiem a Scottem, tak później bardzo dobrze wychodzi mu relacja Scotta z X-23. Na pierwszy rzut oka pomysł, by Scott Summers dobrze się dogadywał z Laurą wydaje się dziwny, ale wypada to bardzo naturalnie. 
Jest jeszcze jedna zaleta – i trudno mi w to uwierzyć, ale dotyczy rysunków. W pewnym momencie dostajemy retrospekcję z wielebnym Strykerem z czasów God Loves, Man Kills, narysowaną w stylu znakomicie naśladującym rysunki Brenta Andersona z tamtego komiksu. Oczywiście, pasują do reszty albumu jak pięść do nosa, ale to retrospekcja, więc ten kontrast się broni. Nie mam pojęcia, kto je narysował. Egmont znowu nie umieścił okładek wewnątrz albumu. Policzyłem strony i wyszło mi, ze ta sekwencja jest częścią zeszytu 21, a według stopki Peterson rysował go sam – ale biorąc pod uwagę, co zrobił z resztą albumu, trudno mi uwierzyć, by coś tak udanego wyszło spod jego ręki. 

Tyle rysunki i relacje między postaciami. Zajmijmy się piętą achillesową Bendisa, czyli ogólną fabułą. Ogólna fabuła jest taka, że All-New X-Men trafiają do Nowej Szkoły Xaviera. Po krótkiej aklimatyzacji teleportują się na Florydę, by uratować mutantkę – jak się okazuje, X-23 – przed bandą uzbrojonych ludzi – jak się okazuje, Purifiers. Następnie wracają do Nowej Szkoły Xaviera. Po krótkiej aklimatyzacji X-23 mówi im, że może ich doprowadzić do Purifiers, więc teleportują się na Florydę, by stanąć z nimi do kolejnej walki. 

Gdzie tu problem? Rany boskie, od czego zacząć? 

Po pierwsze – dreptamy w kółko. Do szkoły, na Florydę, do szkoły, na Florydę. Po drugie, Purifiers – ludzie, którzy wierzą, że Bóg chce, by pozabijać wszystkich mutantów – to trudny temat. Można ich użyć dobrze – jako zagrożenie bardziej filozoficznie, jak oryginalnie zrobił to Claremont w God Loves, Man Kills. Albo skupić się na tym, że fanatycy religijni są śmiertelnie groźnymi przeciwnikami, jak Kyle i Yost w New X-Men. Bendis poszedł trzecią drogą, robiąc z nich bandę idiotów, którzy sypią cytatami z Biblii, po czym nagle gubią swój fanatyzm blisko finału, bo zaczynają rozmawiać o efekcie motyla i konsekwencjach podróży w czasie i stwierdzają, że lepiej nie bić bohaterów, bo konsekwencje są nieprzewidywalne. 
Serio. Serio, pseudonaukowa rozmowa o tym, że sytuacja All-New X-Men jest dziwna wystarcza, by odwieść Purifiers od ich morderczych zamiarów. 

Rany boskie, jakie to jest złe. 

Na początku wspomniałem, że to wszystko jest chaotycznie napisane. Chodzi o chaos na trzech poziomach. Poziom pierwszy, niezależny od Bendisa – wydawniczy. Aby zrozumieć sytuację X-23, trzeba kojarzyć Avengers Arena, gdyż jest to jej pierwszy występ po tamtej serii. To, co tam przeszła, jest tutaj ledwo zasugerowane. Moim zdaniem nie dość sugestywnie, by czytelnik, który o tamtej serii nic nie wie zrozumiał, o co właściwie chodzi. Ale to nie wina Bendisa, że nikt u nas nie wydał Avengers Arena
Chaos na drugim poziomie – głównym przeciwnikiem, jeśli można tak powiedzieć, jest przywódca tej grupy Purifiers. Jak się okazuje – syn Williama Strykera. Jest to bardzo dziwny retcon – morderstwo popełnione przez Strykera na swojej żonie i nowonarodzonym (w domyśle: zmutowanym) synu było kluczowe dla jego motywacji w God Loves, Man Kills. O co tu właściwie chodzi? Czy retcon mówi nam, że Stryker nie zabił swojego syna? Czy że urodził mu się drugi syn, który również okazał się… Kim on właściwie się okazał? Niby wszystko sugeruje, że jest mutantem, ale wmieszanie w to eksperymentów AIM zaciemnia obraz sprawy. Jeśli jest mutantem, to robi hipokrytę zarówno ze Strykera, a to wywracałoby jego postać do góry nogami. Jeśli nie jest mutantem, to kompletnie nie rozumiem tego wątku. 
Właściwie to tak czy inaczej kompletnie nie rozumiem tego wątku. Jest ledwo zarysowany, a postać – z tego co wiem – już się później nie pojawiła, więc nigdy nie dostaliśmy konkretnego wyjaśnienia. Co zresztą staje się znakiem rozpoznawczym Bendisa, im dalej się zagłębiamy czy to w tę serię, czy to w Uncanny X-Men
Chaos na trzecim poziomie – ten komiks naprawdę urywa się absurdalnie gwałtownie. 

Właściwie to nie, album jest chaotyczny na jeszcze jednym poziomie. Jak pisałem, w jego skład wchodzą cztery numery All-New X-Men – oraz specjalny zeszyt X-Men Gold, zawierający kilka krótkich historii autorstwa różnych scenarzystów i rysowników. Czy mają one związek z tym albumem? Absolutnie nie. Czemu się w nim znalazły? Cholera wie. 

Ale dostaliśmy je, więc przyjrzyjmy im się pokrótce. 

Pierwsza, napisana przez Chrisa Claremonta i narysowana przez Boba McCleoda, rozgrywa się krótko po przyjęciu Rogue do drużyny. Narratorką jest Kitty Pryde – sukces, od biedy można uznać, że jest to argument przemawiający za obecnością historyjki w tym albumie. Fabuła jest żadna – to właściwie jedna, duża scena akcji z krótkim wprowadzeniem i epilogiem. Claremont wykorzystuje ją, by przedstawić sytuację X-Men z tego momentu w historii – nikt nie ufa Rogue, Xavier zabawia się z Lilandrą, Scott jest rozdarty między obowiązkami wobec zespołu i Madelyne Pryor, Starjammers chyba zrobili sobie urlop na ziemskiej orbicie, bo też są w tym komiksie, etc. Jako wycieczka w przeszłość dla nostalgicznych fanów mogłoby się to sprawdzić, gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze, historia sugeruje, że oto widzimy bitwę, dzięki której drużyna przekonała się do Rogue – ale ten wątek został już rozegrany w oryginalnych komiksach, ponad 30 lat temu. Po drugie i zdecydowanie ważniejsze – napisał to współczesny Claremont. Dostajemy więc scenę akcji, która jest absurdalnie i niepotrzebnie przegadana i po prostu nie czyta się tego dobrze. 

Druga historyjka to skecz na kilka stron, wymyślony przez Louise Simonson, napisany przez Stana Lee i narysowany przez Waltera Simonsona. Rozgrywa się na początku istnienia X-Men, więc występuje tu młoda, oryginalna piątka – znowu, można uznać, że obecność historyjki w albumie jest uzasadniona. Zasadniczo jest to komediowa scena rywalizacji Icemana, Angela i Beasta, połączona z odrobiną dramatu między Scottem i Jean. Napisał to Stan Lee, więc dowcipy są mniej więcej tak śmieszne, jak żarty dziewięćdziesięcioletniego wujka na rodzinnym obiedzie. 

Trzecią historyjkę napisał Roy Thomas, a narysował – Pat Olliffe. Sunfire i Banshee toczą krótką walkę, a następnie godzą się, na parę dni przed tym, jak obaj dołączą do X-Men. Jest to chyba najdurniejsza walka w wyniku nieporozumienia i najbardziej idiotyczny powód, by się pogodzić, jaki kiedykolwiek czytałem. 

Czwarta historyjka rozgrywa się dwa dni później, w trakcie Giant-Size X-Men, gdy Xavier i Cyclops wyjaśniają nowym rekrutom, po co ich zrekrutowali. Napisał to Len Wein, narysował Jorge Molina, a historia jest o tym, jak to Wolverine zastanawiał się w tym momencie, jak pozabijać wszystkich w pomieszczeniu. Co, jestem skłonny przyznać, jest czymś, co Wolverine mógł wtedy robić. Nie wiem, czy taki był zamiar Weina, ale Wolverine wychodzi na zadufanego w sobie idiotę – to, jak przekonuje sam siebie, że z łatwością pokonałby Sunfire’a jest urocze w swoim debilizmie. Mimo to – a może nawet dzięki temu – tych kilka stron z łatwością jest drugą najlepszą z historyjek zawartych w tym zeszycie. 

Piątą i ostatnią napisał Fabian Nicieza, a narysował Salvador Larroca. To jest bezapelacyjnie najlepsza z tych krótkometrażówek. Na pierwszy rzut oka wydaje się być wizją alternatywnego, utopijnego świata, zbudowanego wspólnie przez Xaviera i Magneto. Jednak szybko pojawiają się tropy pozwalające zorientować się, co naprawdę widzimy i w którym, bardzo konkretnym momencie z historii X-Men, ta scena się rozgrywa. To nie są subtelne tropy, prawdy można się domyślić błyskawicznie, ale autorzy nie mieli miejsca na coś subtelnego, mając do dyspozycji tylko parę stron. Mimo to – spośród tych pięciu historyjek, tylko o tej jednej mogę powiedzieć, że wnosi coś pozytywnego do historii, do której nawiązuje. 

Jak to wszystko podsumować? Ten album to jeden wielki bajzel. Są tu dobre momenty – ale właśnie tym są: momentami. Pojedynczymi, udanymi scenami, tonącymi w morzu źle napisanej, źle narysowanej, chaotycznej papki. 

2/5 


Krzysiek "Krzycer" Ceran
 

All-New X-Men: Tak inni
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Stuart Immonen, Brandon Peterson
Wydawnictwo: Egmont
Tłumaczenie: Kamil Śmiałkowski
Liczba stron: 132
Format: 165x255 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Data wydania: luty 2017
Sugerowana cena detaliczna: 39,90 zł

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.