Avalon » Publicystyka » Artykuł

Coś się kończy, a wiele rzeczy zapowiada - komentarz do Civil War II #8


Drodzy czytelnicy, komiksowi bracia i siostry, radujcie się wszyscy razem. Oto bowiem nadszedł ten piękny dzień, w którym wreszcie zakończyła się główna seria eventu Civil War II. I niech dzięki za to będą najwyższej mocy/istocie, którą czcicie, gdyż w końcu nikt nie będzie musiał się katować się kartkowaniem kolejnych stron tej historii. Mój stosunek do tego komiksu nie jest tajemnicą i powinien być znany każdemu, kto podjął trud zapoznania się choćby z jednej z moich analiz-recenzji kolejnych numerów, które nieregularnie pojawiały się na stronie. Możliwe, że ktoś zastanawia się, czy chociaż pod sam koniec nie zdobędę się na jakiś sensowny pozytyw względem tej historii i podaruję sobie wylewanie kolejnych porcji pomyj... OK, to jest niedorzeczne. Sam fakt, że staram się udawać, iż ktokolwiek spodziewa się nie-negatywnej opinii po tym wszystkim, co dotychczas o niej napisałem, jest na swój sposób obraźliwy dla inteligencji czytających. Bardzo Was wszystkich przepraszam. Nawet jeśli w Civil War II pojawiają się jakieś pozytywy, to są one przykryte warstwą dronty i szmiry, wylewającej się z kartek. I niestety nie jest inaczej również z wielkim finałem tej serii. Zanim jednak przejdziemy dalej, drobne wyjaśnienie w kwestii nieobecności komentarza do numeru siódmego. Jest to spowodowane Atomową Reakcją mojego kolegi redakcyjnego, Krzycera, który zgrabnie i krótko omówił ów numer, nie obfitujący w żadne istotne wydarzenia. Zwyczajnie wyszedłem wówczas z założenia, że gdybym miał się brać za jego analizę, moim największym wkładem w jego krytykę (szok, nie był dobry), byłoby dogłębsze rozwodzenie się nad kolejną z wizji Ulyssesa i czy powinna być traktowana serio. Czyli zasadniczo niewiele wartego uwagi. Ale, skoro tym razem nie zanosi się, bym miał konkurencję w krytyce tego eventu, mogę swobodnie przejść do samego numeru, z nadzieją, że nie zanudzę zbytnio czytelników. To do dzieła. 

Tłuką się, tłuką 

Numer zaczyna się od pokazania nam kontynuacji starcia pomiędzy głównymi aktorami tej historii, w niezwykle debilny sposób zainicjowanego przez Starka. Nie mam nic na jego obronę, zwyczajnie Tony'emu odbiło bez wyraźnego powodu i postanowił najwyraźniej zamordować Carol, zamiast przykładowo zamknąć ją w kuli energii i zgodnie z priorytetem wykorzystać sytuację do zabrania Milesa Moralesa w bezpieczne miejsce, jak nakazuje rozsądek. No wiecie, coś, czego wielu postaciom brakuje w tej serii. Nie ukrywam, że cała ta sekwencja walki, nawet pomimo solidnej warstwy graficznej, jest naprawdę ciężka w obiorze, głównie dlatego, że Stark zachowuje się jak jakiś psychol. Teoretycznie jest to moment, w którym Carol popchnęła go do ostateczności, ale naprawdę próżno szukać w samej serii momentu, który miałby być takową "iskrą na beczkę prochu". Hej, jeśli przejrzycie ostatnie numery i zwrócicie uwagę, co Tony robił przed tą konfrontacją, wyjdziecie z założenia, iż zachowywał się wtedy raczej rozsądnie i w miarę spokojnie przyjął do wiadomości fakt, że nie wszystkie wizje się sprawdziły. A tutaj nagle "bum", nagle pojawia się w zbroi bojowej i bez dobrej przyczyny postanowia walczyć z Captain Marvel, ogłaszając, że zwariowała do reszty i waląc w nią wszystkim, co ma pod ręką, ignorując zniszczenia i ofiary, jakich może dokonać w trakcie. Jego zachowanie zamiast być rozsądnie wytłumaczone przez ostatnie wydarzenia, sprawia wrażenie dostosowanego do potrzeb scenariusza i kolejnego "aktu" historii. A może po prostu Stark jest skrycie zakochany w Moralesie i świruje z powodu świadomości, iż jego lubemu może stać się krzywda? Głupia teoria? Pewnie, ale to wciąż jest jakieś wyjaśnienie jego zachowania, w przeciwieństwie do jego braku, oferowanego przez autorów tego komiksu. 


Czyli jednak nic nie robić? 


A co robią S.H.I.E.L.D., Alpha Flight i reszta zwolenników Carol, kiedy w sąsiedztwie budynku rządowego i zatłoczonej ulicy pełnej ludzi odbywa się pozbawione wszelkich hamulców starcie jednych z najpotężniejszych osób na Ziemi? Stoją i się przyglądają. Nasi bohaterowie, panie i panowie. Mogliby zakończyć tę aferę w kilka minut, gdyby wszyscy rzucili się na osamotnionego Iron Mana, ale nie zrobią tego, ponieważ otrzymali rozkaz, aby nie interweniować i nie chcą mieć wielkiej super bitwy w pobliżu Kapitolu, bo to, co się dzieje teraz, to tylko taka drobna niedogodność, bez większego znaczenia. Nie zrobią nawet nic, aby wysłać swoje siły w celu ewakuacji lub zabezpieczenia okolicznych terenów, chroniąc tym samym cywilów przed efektami odbywającego się w pobliżu starcia. Pocieszające, że wielu z nich jest i będzie w głównej mierze odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo całej planety. Ale sytuacja ulega zmianie, ponieważ Inhumans kontaktują się z nimi i informują o konieczności przerwania walki, albowiem ich wróżbita miał kolejną wizję, która wymaga przerwania walki. I dopiero uzbrojona w tę wiedzę Maria Hill postanawia jednak wydać rozkaz interwencji, ponieważ gdyby Ulysses nic nie powiedział, to pewnie stałaby i się patrzyła. Nie no, rewelacja. Wychodzi na to, że tak przyzwyczaili się do słuchania Carol/Ulyssesa, że nie są w stanie myśleć samodzielnie i podejmować decyzji bez otrzymanych od nich wytycznych. Powinienem też zwrócić uwagę na to, jak wolno zwolennicy Danvers udają się na miejsce, chociaż mają po swojej stronie teleportera i co najmniej dwóch nadludzi o super-szybkości… więc to zrobię. Dlaczego tak się wleczecie, do diabła? Nie powinniście być tam błyskawicznie, skoro wasz wróżbita dał wam sygnał jakie to ważne, by jak najszybciej to przerwać? Inhumans za to się nie patyczkują i przenoszą się natychmiast na miejsce walki, aby ją zakończyć i zabierają ze sobą nie-kontaktującego Ulyssesa, co jest dziwne, ponieważ w poprzednim numerze widzieliśmy go ostatnio, jak swobodnie komunikował się z innymi i bez tych jarzących się ślepi, ale być może wrócił do tego stanu off-panel. Albo też twórców niespecjalnie obchodzi, jak to z nim było zaledwie numer temu. Miewali już trudności z zapamiętaniem, co się działo między stronami, więc to całkiem możliwe. Nie rozumiem też do końca, po co zaciągają go ze sobą? Czy on jest jakimś guru, którego wszyscy się słuchają bezrefleksyjnie? A no tak, jest kimś takim dla Carol i spółki. Ale to przecież nie powstrzyma Iron Mana, który zasadniczo jest teraz głównym źródłem problemu i niespecjalnie go przecież interesuje, co on mówi. Nie wspominając, że magiczne słowa "Ulysses powiedział", zapewne miałyby raczej ten sam skutek na Carol, jak jego obecność na polu walki. No ale bez obaw, to i tak nie ma większego znaczenia. 


Pora na trailer 


Wszyscy zjawiają się za późno, by zrobić cokolwiek (nie żeby nie mogli, gdyby choć trochę się postarali) i Carol Danvers zadaje Starkowi ostateczny cios, poprzedzony małą sekwencją, kiedy to dosłownie obija go bardzo dotkliwie, a on sam nie wykonuje żadnych ruchów kontrujących. Prawdopodobnie bardziej bym się tym przejął, gdyby Tony nie dostał nagle bzika z byle powodu. Dziwne jest to, iż jej "ostatni strzał" jest w stanie rozwalić całą zbroję na kawałeczki, a ciało jego posiadacza wydaje się nietknięte. Nie wydaje mi się, że tak potrafi, ale mniejsza. Bo sekundę potem Ulysses włącza znowu tryb wizji, pokazując nam, co nas czeka w przyszłości. Cóż za zręczne podsumowanie, czym jest cała te seria. Niczym więcej, jak tylko przydługim trailerem do kolejnej serii filmów z cyklu "eventy komiksowego Marvela". Zaraz, co tam robi Nova, w wizji rzekomo zapowiadającej IvX? Acha, Nova, jak dowiedział się, gdzie jest Miles, przyleciał na miejsce walki w mgnieniu oka z Brooklynu. To nie ma znaczenia dla samej historii. Tylko co on robi w tej wizji? A, teraz załapałem, to Ulysses, Nova, Miles Morales, Medusa i Captain Marvel doświadczają teraz tego, co ma rzekomo nastąpić w przyszłości. Mamy więc Monsters Unleashed, IvX, jakkolwiek nazywa się finałowa historia z Captainem Hydrą, Killravena walczącego z Marsjanami, Sentinela i zdaje się martwych mutantów (Days of Future Past II czy inne cholerstwo?), Age of Ultron II jak sądzę i… em, kolejny Ragnarok? W sumie nie wiem, i kogo to obchodzi? Po zmarnowaniu jakichś siedmiu stron, przed Ulyssesm pojawia się Eternity we własnej osobie, oznajmujący, że ten stał się częścią czegoś większego i najwyraźniej zmienił się w byt kosmiczny. Wychodzi na to, że jego moce uczyniły z niego bóstwo lub ewoluował na zupełnie nowy poziom, ale to nie jest zbyt jasne i zostaje zbyte przez twórców jakimiś ogólnikami. I to jest ostatni raz, kiedy widzimy Ulyssesa. Nie żartuję, znika, zostaje pochłonięty, osiąga stan ponadmaterialny czy coś w ten deseń, i to wszystko bez żadnej konkretnej podbudowy, sceny pożegnania lub czegokolwiek, co by sprawiło, aby jego los obchodził czytelnika. Postać, która była punktem zapalnym całego eventu, nie otrzymała praktycznie żadnych interesujących cech charakteru, nie poznaliśmy, jak bardzo sytuacja, którą powoduje, oddziałuje na jego decyzje i stan psychiczny, ani głębszych relacji ze środowiskiem, które go otacza (chyba, że czytaliście odpowiedni tie-in z jego udziałem. Tak, potrzeba tie-ina, by jedna z centralnych postaci historii cokolwiek Was obeszła). Był niczym więcej jak przedmiotem, swoistym McGuffinem, którego zadaniem było poruszyć lawinę (w mało przekonujący sposób), a gdy wykonał swoje zadanie, stał się już zbędny, bezceremonialnie pozbyto się go z historii i nikt się tym w sumie nie przejmuje. Mistrzostwo pisania postaci. Normalnie pogratulować. 


Nie. Zwyczajnie nie


Wracamy do świata realnego, gdzie widzimy rzekomo martwego Starka i trzymającego go Spider-Mana… zaraz, gdzie JA to widziałem? Tapozycja wydaje mi się dziwnie znajoma. O nie. Nie, nie, nie, nie, nie i powtarzam swoje "nie" w nieskończoności. Przecież to wizerunek Piety watykańskiej Michała Anioła z Bazyliki św. Piotra. Nie żartuję, porównajcie sobie, widać wyraźnie, na czym wzorowano tę scenę, przecież normalnie tak się nie trzyma drugiego człowieka. Na litość boską, gdzie niby mam zacząć? Dla przypomnienia, Pieta watykańska to słynne dzieło przedstawia Maryję trzymającą w ramionach zdjętego z krzyża Jezusa. To prawdopodobnie najbardziej przejmująca scena Nowego Testemantu, przepełniona bólem i smutkiem utraty ukochanej osoby, w którym autor zawarł skłaniający do refleksji spokój poprzez wizerunek Matki Boskiej, zdającej się akceptować wolę Boga, do którego droga wiedzie właśnie za pośrednictwem Syna Bożego oraz poświęcenia, jakie poniósł dla ludzkości. Mając to wszystko na uwadze, można śmiało więc powiedzieć, że ten moment w komiksie nie ma ani trochę sensu. Czy ktokolwiek uważa, ze Tony Stark umieszczony na miejscu mesjasza, zbawcy ludzkości, który poświecił się dla jej dobra, ma jakiekolwiek uzasadnienie w samym komiksie? Czy ktokolwiek czytający ten komiks patrzy na to i stwierdza, "rozumiem, skąd taka decyzja, dostrzegam podobieństwo jego losów z chrześcijańskim Synem Bożym"? Czy to ma być sygnał dla czytelników, że Iron Man był prawdziwym herosem w tej historii i poświęcił się dla dobra innych? Podobna rzecz jest w kwestii Moralesa, który w żaden sposób nie pasuje na miejsce Matki Boskiej, gdyż nie dość, że ich stosunki są diametralne różne, to sama bliskość miedzy tą dwójką nigdy nie była na tyle duża, aby mógł pełnić taką rolę. W dodatku jego twarz, jeden z najważniejszych elementów rzeźby, która uczyniła ją sławną na cały świat, jest zasłonięta, co czyni to wszystko jeszcze gorszym. Ale to jeszcze nic. Wiecie, jaki jest ostateczny element, który rujnuje ten obraz ostatecznie? Tony Stark tak naprawdę nie umarł ani w tym momencie, ani w tym komiksie. Postanowiono umieścić w tym komiksie symboliczny wizerunek jednej z najważniejszych śmierci znanej ludzkości, bez faktycznego uśmiercenia kogokolwiek. W ten oto właśnie sposób, ten jak sądzę w zamiarze przejmujący moment, z powodu kompletnej nieznajomości przesłania płynącego za dziełem Michała Anioła, budzi w najlepszym wypadku jedynie zażenowanie, niezrozumienie lub skrępowanie wśród czytelników, nie wspominając o tym, że co poniektórzy mogą poczuć się obrażeni takim nieodpowiednim potraktowaniem symbolu religijnego i mają pełne prawo, by tak się czuli. Tak to jest, kiedy patrzysz na jakiś symbol religijny i postanawiasz umieścić go w historii, bo wygląda fajnie i nie zadajesz sobie trudu, by rozumieć jego kontekst, aby przypadkiem nie urazić niczyich odczuć. Pokazaliście klasę, panowie twórcy, jak również edytorzy, że dopuściliście do czegoś takiego. 


Martwy czy nie, to bez znaczenia 


Mam wielką ochotę przestać w tym momencie. Naprawdę brakuje mi sił, abym w dalszym ciągu komentował cokolwiek, po takim pokazie lenistwa i niekompetencji, jakiego żem nie widział dawno w komiksie. Ale obiecałem sobie, że doprowadzę sprawę do końca i muszę to zrobić. Gdzie JA byłem? A no tak, szefostwo Marvela wyszło z założenia, że gdyby Carol faktycznie zabiła Starka, to jej popularność wśród czytelników spadłaby gwałtowanie i musieliby wymyśleć przekombinowany powód, dla którego nie zostałaby skazana za morderstwo, dlatego postanowiono oszczędzić Iron Mana. W pewnym sensie. Zasadniczo jest teraz w stanie śpiączki czy czegoś podobnego, która jest efektem jego eksperymentów na sobie w ciągu ostatnich lat. Poległem w moich próbach znalezienia w komiksie czegokolwiek, co by potwierdzało tego typu działania z jego strony, dlatego póki co uważam to za wyjaśnienie wrzucone w ostatniej chwili, aby jednak nie umarł. Ale czujcie się swobodnie w ponownej lekturze komiksu i wszystkich innych, aby wyprowadzić mnie z błędu, jeśli macie na to ochotę oraz czas. Przy okazji, gdyby nie... cokolwiek Stark sobie zrobił, to najpewniej byłby teraz martwy, co najpewniej bardzo ucieszy fanów Carol Danvers. Ale hej, przynajmniej Stark nie jest technicznie martwy i może w każdej chwili wrócić. Ale czy to ma aż naprawdę takie znaczenie? Osiągnęliśmy przecież stan, w którym śmierć to drobna niedogodność. Choroba, z której się można wyleczyć po jakimś czasie, jak to zrobił Doc Samson w na łamach tej historii. W mijającym roku 2016, otrzymaliśmy historię ze Spider-Manem pod hasłem "Dead No More", tyle że ta zasada obejmuje uniwersum Marvela już od dłuższego czasu i obawiam się, że w przyszłości doprowadzi do upadku całego jego świata, jeśli nikt nie przejmie nad tym kontroli i nie przywróci stanowi śmierci właściwego znaczenia, które nie może zostać zbyte byle kaprysem scenarzysty. I zanim ktokolwiek zacznie mi wyrzucać, że przecież coś czułem w przypadku śmierci Bruce'a Bannera, to chciałbym przypomnieć, iż przeszkadzał mi styl jego śmierci oraz fakt, że zmarnowano nią potencjał na wszelkie historie z Brucem Bannerem jako postaci działającej przez Hulka. To jest zasadnicza różnica. 

Patrząc w niepewną przyszłość



Ech, wzięło mnie na rozmyślania, a miałem skupić się na komiksie. A więc Beast w rozmowie z Carol stwierdza, że Iron Man nie walczył z Capatain Marvel, tylko tak naprawdę chodziło mu o bezpieczeństwo innych, że obawiał się, co inni mogą zrobić z wiedzą o przyszłości, jak to ufał jej cały czas i blablabla. Nawet jako osoba, która trzymała stronę Starka (na zasadzie mniejszego zła), uważam to za bełkot i stek bzdur pozbawiony twardych dowodów, zwłaszcza po tym, jak Stark się zachowywał w ciągu ostatnich paru numerów w stosunku do Carol. Potem wpada Hawkeye, który oznajmia, że rusza w podróż i prosi Danvers, żeby mu zaufała. Czemu miałby jej raportować, co zamierza zrobić, skoro w świetle prawa jest wolnym człowiekiem i może robić, co chce? Odpowiedź: w ten sposób chcemy Was, drodzy czytelnicy, zachęcić do sięgnięcia po nową serię z jego udziałem, która już od dawna jest w sprzedaży i pewnie już podjęliście decyzję, czy Was ona interesuje, czy też nie. Wspominałem, że ta seria to jeden wielki przydługi trailer czy też reklama dla kolejnych tytułów? Potem wracamy do miejsca, gdzie zaczęła się ta historia... a nie, wróć, to była nowojorska sala sądowa. W takim razie: jednego z miejsc z początku historii, którym jest Biały Dom. Dostajemy niby takie podsumowanie, jak wygląda sytuacja, które zasadniczo jest kolejną mini-reklamą serii, które już zdążyły się ukazać. Miles najwyraźniej został puszczony wolno i nikogo nie obchodzi ziszczenie się wizji z jego udziałem, ale trudno powiedzieć, bo komiks ma ważniejsze rzeczy do zrobienia, jak promocja innych serii. A historia kończy się tym, jak Carol staje naprzeciw człowieka o zaciemnionej twarzy (prezydent USA), gratulującego jej wygranej i oferuje swoje wsparcie przy tworzeniu lepszego świata pod jej przewodnictwem, co koniec końców wypada dość złowieszczo. Nawet ostatnie słowa Captain Marvel, zamiast uspokoić czytelnika, brzmią bardzo niepokojąco, zupełnie, jakby skusiła się na otrzymanie wpływów i władzy, aby przerobić świat wedle swego widzimisię. Nie jestem w stanie brać ich na spokojnie, ponieważ w ciągu trwania całej serii nie pokazała nam żadnej konkretnej wizji tego, jakie działania należy zrobić, aby polepszyć świat. Pewnie dlatego, że wszystkie jej działania skupiały się wokół kwestii: "Ulysses przewidział to, działamy prewencyjnie", a skoro już go nie ma, to nie mam pojęcia, jaki może być teraz jej "program działania". Rehabilitacja przestępców? System przywidujący permanentne kary dla recydywistów? Podział ludzi na niebezpiecznych i tych mniej, nie potrzebujących stałej obserwacji? Nie mam pojęcia, co zamierza i to jest najgorsze w tym wszystkim, bo seria nie dała mi żadnych przesłanek ku temu, że jest w stanie udźwignąć ciężar władzy, jaki teraz na niej spoczywa i podjąć odpowiednie decyzje. Tak być nie powinno i nie powinienem tak bardzo wątpić w jej kompetencję, ale skoro jak wspomniałem, fabuła serii nie dostarcza mi na to odpowiednich argumentów, to co mam zrobić innego? Nie pomaga też nagły obraz grup herosów z różnych okresów działalności, który nagle pod koniec pojawił się na ekranie za plecami zaciemnionego człowieka, jakby to była jakaś forma sugestii posthipnotycznej czy inne cholerstwo. No spójrzcie na ten kadr na górze i powiedzcie, że nie wygląda ani trochę niepokojąco. Śmiało, wyzywam Was. I tym szalenie nie-optymistycznym akcentem kończy się właściwa historia kolejnego z linii słabych eventów, które wydawnictwo nam zaprezentowało. Co za radość. 


Jeszcze na sam koniec, słów kilkanaście


Co mi pozostało jeszcze do napisania na temat tej nędznej wydmuszki? Dlaczego to musiało być Civil War? Poza oczywiście zagraniem marketingowym ze strony wydawnictwa, wierzącego, że czytelnicy to zgraja pustaków, co rzuca się do masowego kupowania produktów mających nazwę budzącą pozytywne skojarzenia (w tym wypadku głównie film)? Mamy tutaj do czynienia z prywatną wojenką między tylko dwoma personami, bez wyraźnego zaangażowania się innych herosów lub chociażby zwykłego społeczeństwa. Ktokolwiek potrafi mi wskazać moment, w którym amerykańskie społeczeństwo wskazuje, jak rozdzielone są jego sympatie w samym komiksie? Czy jest pokazany ich stosunek do tego, jak reagują na to co, się dzieje wokół nich? Jedyny moment, w którym wydają sią angażować w spór, jest sprawa procesu Hawkeye'a, który bardziej wynika z kwestii tego, jak bardzo Hulk jest nienawidzony przez dużą część społeczeństwa, niż faktycznej kwestii stosowania wróżbiarstwa do prewencji danych wydarzeń. A jeśli chodzi o innych herosów, to jeśli przyjrzeć się komiksowi na spokojnie, to dochodzi w nim tylko do jednego, pojedynczego starcia między grupkami herosów i to dopiero w piątym numerze serii, po którym większość z nich znika i nie odgrywa w komiksie żadnej istotnej roli. 

Tworzy to inny, znacznie poważniejszy problem niż "czy tytuł jest adekwatny do samej historii", bo nie jest nam dane przyjrzeć się motywacjom wielu postaci i nigdy nie dowiadujemy się, dlaczego niby mieli wesprzeć jedną ze stron konfliktu. Przynajmniej w oryginalnym Civil War, kiedy sprawa dotyczyła aktu rejestracyjnego, można było z góry założyć, że jego zwolennikami będą osoby, których tożsamość jest znana, a przeciwko ci, którzy wciąż działają w ukryciu, obawiających się ewentualnych konsekwencji. Natomiast w tym komiksie podział wydaje się bardzo losowy i bardziej na zasadzie: "lider tego stronnictwa należy do tej grupy, a zatem jej członkowie podażą za nim jak stado baranów". O tym, że poza Carol i Starkiem reszta postaci to tylko statyści, potrzebni tylko do sceny walki, świadczy również fakt, jak to część zwolenników Iron Mana dosłownie wyparowała w pewnym momencie i nikt więcej ich nie wspomina. Od czasu do czasu zdarza się, że jedna postać wchodzi na główny plan, ale tylko po to, by popchnąć fabułę do przodu. Kilka przykładów: She-Hulk – jest jedną z ofiar Thanosa, której słowa niejako motywują Carol do robienia tego, co uważa za słuszne. Budzi się ze śpiączki w 4 numerze, przemieniona i wyraźnie niezadowolona z tego czego się dowiedziała. I tyle ją widzieliśmy w samej historii. Bruce Banner – potrzebny był nam kolejny trup i coś, co wzbudzi kontrowersje. Hawkeye – zostaje umieszczony w centrum wydarzeń po zabójstwie Bannera. Kiedy zostaje wypuszczony na wolność, znika na resztę historii i wraca pod sam koniec, by zareklamować swoją serię. Beast – chodząca ekspozycja. Black Panther – praktycznie znikąd zmienia stronę konfliktu i podaje dodatkowe informacje w kwestii działań Ulyssesa. Więcej się nie pojawia i w żaden sposób nie angażuje się we wsparciu sprawy Starka. Powiedział co chciał, przekazał informacje i tyleśmy go widzieli. Miles Morales – postać w centrum wydarzeń pod koniec serii, której rola sprowadza się do rozpaczania i wywoływania żalu u czytelników, a także bycia bezpośrednią przyczyną "ostatniego starcia", który spędza zamknięty w kuli energii, pokrzykując. I nawet nie każcie mi zaczynać z Ulyssem McGuffinem, którego działania pod sam koniec nie wywołują żadnych refleksji na temat tego, jak działa przeznaczenie, czy powinno się wierzyć w innych i wielu innych rzeczy, które poruszano już nie raz w wielu filmach, książkach oraz serialach. Jedynymi postaciami, które liczą się w tym konflikcie są Carol i Tony, ale z powodu koszmarnie napisanego scenariusza, w którym skaczemy od jednego punktu fabularnego do drugiego, bez sensownej podbudowy, wypadają bardzo, ale to bardzo źle, podejmują kompletnie niezrozumiałe lub po prostu głupie decyzje, przez co nie można z czystym sumieniem poprzeć żadnego z nich, gdyż ich działania jedynie zniechęcają ich do siebie, zamiast zapewniać poparcie. Postacie, które w normalnych warunkach dawno znalazłyby nić porozumienia, albo chociaż starały się wypracować kompromis, na potrzeby scenariusza muszą uparcie stać na własnych stanowiskach na zasadzie ani kroku w tył, dostarczając nam masę jałowych dyskusji miedzy nimi, które skutecznie omijają sedno problemów, nad którymi powinni się pochylić. Hmmm. Jak teraz o tym myślę, to jest zasadniczo pewien punkt wspólny z oryginalnym Civil War, który także unikał jak ognia konkretów w sprawie głównego źródła sporu (jak konkretnie miałby wyglądać proces rejestracyjny). A zatem mogę sobie pogratulować, znalazłem wspólną płaszczyznę obu tych eventów. Szkoda tylko, że jest to aspekt, który mocno krzywdzi odbiór obydwu historii. 

Najgorszą rzeczą z masy złych w Civil War II, jest jednak sama historia, będąca w sumie zlepkiem wydarzeń, które nieudolnie starano się połączyć w jedną całość. Niektóre z nich zostają kompletnie zapomniane lub zignorowane na łamach serii co, jak wspomniałem, rzutuje negatywne na ukazane w nim postacie. Czy ktoś pamięta o tym, że na początku historii przyjaciółka Ulyssesa również uległa przemianie w potwora z powodu Terrigenu? Deklaracja o zmianie strony przez Black Panthera w żaden widoczny sposób nie zaszkodziła sprawie Carol, ani nie zmieniła działania zwolenników Starka. Nikogo nie wydaje się obchodzić cholerny Thanos, niszczyciel światów, który jest trzymany teraz na Ziemi, a szczególnie Iron Mana, chociaż jest on bezpośrednio odpowiedzialny za śmierć jego druha. Nie dowiadujemy się, jak to w końcu było z tą domniemaną agentką HYDRY i kto ostatecznie ją uwolnił. Zero reakcji ze strony środowiska herosów na szalenie łagodny wyrok sądowy w sprawie zabójstwa z premedytacją jednego z nich. Decyzja o odcięciu się młodych herosów od starszych, w żaden sposób nie oddziałuje na samą historię. Sprawia głównie wrażenie "wykalkulowanej" tak, żeby dać pseudo-argument, jaka to seria była istotna i tym podobne, nawet jeśli masa z nich wynika z rzeczy zapoczątkowanych w innych seriach i sprawia wrażenie próby podpięcia się pod to, na czym inni scenarzyści pracowali. Mógłbym jeszcze tak długo wymieniać, ale myślę, że wystarczy. Wszystko wskazuje na to, że Civil War II to nic innego, jak reklama dla przyszłych wydarzeń. Promocja "nowej fali" tytułów Marvela. Koronny dowód na to, że celem eventów jest przede wszystkim tymczasowa zmiana statusu quo, aby przyciągnąć jak najwięcej nowych czytelników obietnicami "zaczynamy od nowa, będzie wszystko łatwiejsze do zrozumienia do Was". W tej sytuacji zastanawiam się, po co w ogóle wkładać jakikolwiek wysiłek w opowiadanie historii, skoro możecie wydać jeden olbrzymi przewodnik streszczający to, co się zdarzyło i zawierający opisy nowych serii z głównymi postaciami. Osiągnie się w ten sposób cel nadrzędny i przynajmniej oszczędzi się czytelnikom wydawania pieniędzy na głupie i irytujące historie, których jakość kompletnie nie interesuje twórców (którym zdarza się zapomnieć, gdzie kto był pomiędzy stronami), bo i tak się sprzeda, poprzez zapowiedzi, jaka to jest ona "ważna i trzeba ją znać". No ale koniec końców, to i tak nie ma znaczenia, bo nareszcie osiągamy koniec i możemy mieć tylko nadzieję, że w przyszłości czekają nas lepsze komiksy, co jest całkiem prawdopodobne, bo trudno spaść pod poziom dna. Na sam koniec, podziękowania i gratulancie dla wszystkich, którzy poświęcili swój czas, aby czytać moje wypociny w ciągu ostatnich paru miesięcy. Mam nadzieję, że nie uważacie tego czasu za stracony i w przyszłości, będziecie zainteresowani zapoznaniem się z podobnymi tekstami pojawiającymi się na stronie. Jeszcze raz dzięki i życzę Wam, abyście w przyszłości doświadczali przyjemności z lektur komików. 

PS 
Ostatnia grafika, pochodzi z trzeciego numeru serii Grat Lake Avengers, stosunkowo nowego tytułu, który nie został ani trochę wypromowany w tej serii. Mam nadzieję, że zachęciłem was w ten sposób, aby sprawdzić ten komiks. 
Darth

Poprzednie części:

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.