Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #32 (25.02.2008)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 25 luty 2008 Numer: 8/2008 (32)


Jeśli w tygodniu wychodzą dwa komiksy Jepha Loeba, to wiadomo, że redakcja Avalonu będzie w ponurym nastroju. Może to wpłynęło na ostre oceny pozostałych tytułów, a może po prostu niewiele dobrego ukazało się w zeszłym tygodniu? Na szczęście humor poprawiły trochę majowe zapowiedzi, które niosą falę nowych tytułów.



Zapowiedzi na maj
Gil: Po konsultacji z synoptykami i najstarszymi góralami, potwierdzam to, co wszyscy podejrzewaliśmy: maj w tym roku będzie gorący. Mamy tu aż 10 nowych tytułów, z których większość wygląda co najmniej interesująco, oraz 7 one-shotów, które również nieźle się zapowiadają, a jakby tego było mało, zapowiada się także kilka ekscytujących finałów. Większość uwagi skupi się z pewnością na Secret Invasion, ale mutanci nie pozostaną daleko w tyle, zbliżając się do swojego wielkiego święta. Aż trudno powiedzieć, co będzie najbardziej smakowitym kąskiem, by chyba czeka nas uczta. Jest na co czekać, więc czekam niecierpliwie.
Demogorgon: Wydawało mi się, że w BND miało nie być historii do zapełnienia TPB, a tymczasem na to właśnie wygląda mi pajęczy maj. Secret Invasion mało mnie obchodzi, najbardziej chyba jej Herculesowa część, która może wyjść całkiem nieźle. Zapowiedź Daimona Hellstorma w Obrońcach może zmusić mnie do poczytania sobie, co to takiego. Nova spotka Galactusa, a Guardians of Galaxy zepsuli mi lekko zabawę z czytania Conquestu - wiemy już, że Drax i Gamora zostaną zdephalanxowani, Star-Lord, Rocket Racoon, Quasar i Adam przeżyją cały event. A to wszystko przez okładkę. Dochodzi nowy spin-off Spider-Girl, tym razem American Dream dostaje własną mini. Ale to wszystko pryszcz. Najważniejsza jest jedna rzecz: NEWUNIVERSAL: SCHOCKFRONT! Normalnie czuję się, jakby ktoś z Marvela zrobił mi prezent urodzinowy.



Amazing Spider-Man #551 avalonpulse0032d.jpg
Foxdie: Po poprzednim numerze, zaczynałem wątpić w to, iż Mary Jane Watson ukrywa się pod maską Jackpot i niepotrzebnie, bo widać, że to jednak MJ, tylko sprawa jest bardziej zagmatwana, niż nam się wydaje. Zaskakująca śmierć kandydatki na burmistrza, która znacznie podnosi ocenę numeru, w połączeniu z kilkoma dobrymi tekstami Spidera i niezłymi rysunkami zasługuje na ocenę 7/10.
Gil: Jestem mile zaskoczony, bo wreszcie spod pióra Guggenheima wyszło coś, co mi się podoba. Początek jest jeszcze średni, ale końcówka całkowicie mnie zaskoczyła i to jest wielki plus. Ogólnie cała akcja z panią radną wypada świetnie, a wizyta u Sary jest intrygująca. Rysunki też jakby lepsze, a Jackpot bardziej przypomina Carlie niż MJ i to również jest intrygujące. Pajęcze żarty śmieszą, humor sytuacyjny też, a brak JJJ wynagradza pan Bennett. Mam tylko nadzieję, że to początek rozwoju Guggenheima w dobrą stronę, a nie jednorazowy przebłysk. Ocena: 7/10. A skoro nastała moda na dobieranie soundtracków, to ja też się pobawię i wybieram: Radiohead - Lucky.
Gamart: Zdecydowanie najciekawszy numer, jak na razie, BND. Teksty są zabawne, akcja całkiem wartka i do tego błąd Jackpot, który lepiej gra na emocjach, niż całe OMD. Rysunki dosyć średnie i strasznie przekręcanie nazwiska Parkera jest nieśmieszne, ale całość wypada naprawdę dobrze. Jackpot może stać się ważną postacią w świecie Spidera, mam nadzieję, bo jej kontakty z tytułowym bohaterem wypadają ciekawie. Czekam na więcej zdecydowanie!
Soundtrack: Elvis Costello - Accidents Will Happen
Crov: Nudna historia, w której interesujące, czy też może zaskakujące, jest jedynie zabójstwo. Fałszywa sekretna tożsamość podana Spideyowi to banał, chyba nawet większy niż tożsasmość Mr. Negative'a. Jedynie interesująca jest reakcja Sary, gdy odwiedza ją Spider-Man - wydaje się być zapowiedzią głębszej tajemnicy. Coraz bardziej irytują mnie przydługie, na siłę śmieszne dialogi, które nie śmieszą często. Rysunki są słabiutkie, nie tak słabe jak w #549, ale są niezbyt angażujące. Parę fajnych kadrów to za mało. 5/10
redevil: Ja wysiadam z pociągu Brand New Day. Komiks o jednej z najlepszych postaci Marvela, z tak wielkim potencjałem, jest nudny, nic a nic zabawny, źle narysowany i (powtórzmy to jeszcze raz!) nudny. Spider-Man zatracił to, co do tej pory charakteryzowało go w moich oczach - lekki stosunek do życia, ciekawe przygody i spektakularne walki z niesamowitymi wrogami, wszystko przedstawione z lekkim dystansem, bez patosu, oblane humorystycznym sosem, dużą ilością tego sosu. Jakby mało, że główny bohater odstrasza od komiksu, zamiast przyciągać, to inni bohaterowie występujący w numerze są jeszcze gorsi, niż Spidey - Jackpot już teraz ma mój głos na najgorszą postać roku, Menace jest blisko. Komiksu nie ratują sceny, gdy Peter jest w "cywilu" bo jest ich zbyt mało, by pociągnąć numer. A zupełnym dnem jest scena śmierci pani radnej, Spidey wydaje się mieć na końcu języka tekst "She's dead, so tragic... wanna' eat pizza?". Straczynski wróć, nawet w wersji OMD!
Demogorgon: W przeciwieństwie do zeszłego miesiąca, ostatni numer nie jest słabszy, ale lepszy od poprzednich dwóch. Dalej nie podobają mi się rysunki Salvadora, ale o fabule nie można powiedzieć, ze jest jakaś znowu za. Jest średnio, ale ponad poziom wybija się przypadkowa śmierć, spowodowana przez Jackpot. Podoba mi się, bo cała ta rejestracyjna wojna była po to, żeby superbohaterowie nie popełniali takich wpadek, a tu proszę, działający nielegalnie Spider spisuje się na medal, a zarejestrowana bohaterka wywołuje katastrofę. Po tytule następnej historii spodziewam się, że Tony zrzuci winę na Petera, ale mimo to można się ucieszyć.
S_O: Oh, Spider-Man uciekł ścigającym go SWATom. Coś niespodziewanego. I prawie się zabił, bo nie miał sieci. To jest coś, czego wcześniej nikt nie wykorzystał. Z innych rzeczy - Jackpot zrobiła głupi błąd i przepłaciła to życiem. Na szczęście nie własnym. No, przynajmniej pani niedoszła Burmistrz się trochę zabawiła przed śmiercią - jako nadzwyczaj nieforemna piłka. Aha - i jeszcze koniec, czyli niespodziewana niespodzianka - Jackpot podała fałszywe nazwisko. Kto mógł się tego spodziewać?
Ogólnie rzecz biorąc, wygląda to tak, jakby Marc obudził się po piątkowej imprezie z Reggiem, Dwaynem, Jephem, Danem i Chrisem (są ziomami. Jestem całkiem pewien) i po obejrzeniu Teleexpressu stwierdził, że na jutro ma deadline na ostatni numer Spidera. I takie są rezultaty.
Jaro: Zgrabnie to wyszło, pomimo trochę naciąganej podwózki przez policję. Ale pewne braki rekompensuje niespodziewana śmierć kandydatki na burmistrza. Wydarzenie ładnie kontrastuje z lekkim klimatem poprzednich numerów, dobrze też, że jest to skutek niedoświadczenia Jackpot, bo takie zdarzenia postaci tylko mogą na dobre wyjść. Porządnie została też rozwiązana kwestia tożsamości rudej-w-zielonym - nic się nie wyjaśnia, ale za to mamy interesującą tajemnicę. I żeby było jeszcze lepiej, całość jest dobrze narysowana przez Salvę.
Ocena: 7/10; soundtrack: Deftones - Street Carp


avalonpulse0032e.jpg Cable & Deadpool #50
S_O: Czyli Deadpool & everybody in the MU w podwójnej wielkości numerze końcowym! Wielka rozwałka w NY z symbiotowymi dinozaurami (dinozaury=awesome) w roli głównej - czego chcieć więcej? A do tego powrót King-Sized Agenta X, Venomowaty 'Pool, podniecona pani Bobowa i... "gość, którego nie znam". Oh yeah, momma, jak już schodzić, to z hukiem.
Właśnie, schodzić... Oto i koniec serii, która przez ostatnie cztery lata nas rozśmieszała, a czasem wprowadzała w zadumę (ale nie na długo. Headache now). Jak dobra to była seria, przekonamy się dopiero w marcu, kiedy nie będzie na nas czekał kolejny numer... Farewell, Cable & Deadpool, we salute you.
Chimichanga.
Gil: Jak już odchodzić, to koniecznie z hukiem! I tak, w ostatnim numerze połowicznie swojej serii, Deadpool hukął. Wszystko tutaj jest tak awesome, że gdyby jeszcze dołożyć gdzieś pomarszczoną brodę, komiks by eksplodował. Serio mówię. Dinozaury, symbioty, Avengers, Spider-Man, Fantastic Four, Agency X, Bob, Weasel, Irene... Normalnie wszystko! A co najważniejsze, wszystko na totalnym luzie, bez wstrzymywania się. Wade ma chyba największą jazdę swojego życia, a jakby tego było mało, ma też wyjątkową wenę i teksty, które przebijają wszystko. No i mamy precedens - ktoś wie o układach Pająka z diabłem, więc można to odkręcić. Cóż więcej dodać? Zakończenie jest takie słodko rodzinne, rysunki chyba najlepsze, na jakie Browna stać, a całość psuje tylko mglista wizja tego wszystkiego, zarzynanego w niedalekiej przyszłości przez Waya. Namawiam więc do uczestnictwa w akcji biernego oporu pod hasłem "No Way!", a tymczasem ocena również awesome: 8/10. Soundtrack (żeby było z klasą): Frank Sinatra - My Way.

Immortal Iron Fist: Orson Randall & The Green Mist Of Death
Gil: Zgodnie z obietnicą z poprzedniego numeru serii, dostajemy okazję przyjrzenia się fragmentom obszernej historii Orsona Randalla, w których przecinała się ona z historią Johna Amana a.k.a. Prince of Orphans. Jest to ciekawe doświadczenie, które rozwija wątki serii, ale o rewelacji nie można mówić, bo chociaż słodka prostota konstrukcji jest przyjemna, momentami wydaje mi się nieco zbyt naiwna. Zwłaszcza motyw młodego Frankensteina. Równie interesującym elementem całości są rysunki czterech różnych artystów, które, chociaż nie do końca współgrają, dość dobrze oddają klimat poszczególnych scen. Teraz zobaczymy, co wyjdzie ze spotkania Johna z Dannym. Ocena: 6/10. Soundtrack: Jimi Hendrix - Purple Haze.


Hulk vol. 2 #2
avalonpulse0032f.jpg
Gil: Hej, znacie ten dowcip zaczynający się od "Ilu Iron Manów potrzeba do rozwalenia Helicarriera"? Tak, właśnie ten, który NIE JEST ŚMIESZNY. Cały ten numer przypomina Loebtimetes, zarówno chaotyczną konstrukcją i brakiem polotu, jak i natłokiem kiepskich pomysłów. Przyznaję, udało się panu Loebowi nabrać nas, bo Rick Jones nie jest Krasnym Hulkiem. Ale robić z niego niebieskiego Abomination? Niby z jakiej paki? No i skoro jedynym nieobecnym jest Samson, teraz wszystkie podejrzenia o hulkowatość skierowane są na niego i to też kiepski pomysł. Dlaczego kiepski? Ano dlatego, że kładzie wszystkie dotychczasowe zasady oddziaływania promieniowania gamma na człowieka. Ale hej, w końcu to Jeph "I can do what I want, 'cause I have friends in the board" Loeb. jest jeszcze Ed McGuinnes, którego wpływ na odbiór nie pozostaje bez znaczenia i również pozytywny nie jest. Ocena: 3/10. Soundtrack: Sex Pistols - No Fun.
Gamart: Pierwsza część komiksu bardzo mi sie podobała, takie typowe superhero, ze świetnym występem Iron Mana, Marii Hill czy Rossa, nawet to nachalne wskazywanie na Samsona jako Hulka nie razi, ale od chwili pojawienia sie Ricka i ostatniej strony, zacząłem załować, że to czytałem. Co za bezsensowny cliffhanger! Nie wiem jak Loeb to wytłumaczy, ale zapowiada się drugie Loebtimates. Niestety pewnie zobaczę kolejne części, bo McGuinessa kreskę lubię i jak mam okazję, to zawsze miło ogląda się jego prace.
Soundtrack: Héroes del Silencio - Avalancha
S_O: Hmmm... Więc Rick Jones nie jest Czerwonym Hulkiem? Przy obrocie spraw, który został zeprezentowany pod koniec numeru, wolałbym, żeby był i żeby Loeb dalej obrażał naszą inteligencję. A tak, zapewne w następnym numerze okaże się, że Samson, którego teraz Jeph nam podsuwa, nie okaże się Prekrasnym, ale zielonym Hulkiem, z którym nasz nowy ulubieniec stoczy walkę w numerze czwartym.
Jaro: Początek był nawet bardziej niż znośny, ale im dalej w numer, tym więcej Loeba. Jakby mało było tego, że cały czas brutalnie jest sugerowane, że Samson to Czerwony, to jeszcze okazuje się, że Rick Jones to Niebieski. A że jeszcze po okolicy kręci się Zielona, to wypada tylko jakiegoś Czarnego zawołać (taki Black Panther jest najczarniejszy) i mamy gotowe Power Rangers. Ech. Szkoda, że Loeb dostaje takie, dość ważne przecież, tytuły.
Ocena: 3/10; soundtrack: Just 5 - Kolorowe sny
Mute:
Rick Jones to nie czerwony Hulk!!! Właściwie logiczne, bo zielony Hulk zawsze miał włosy jak Banner, ale mimo wszystko niektórzy czytający ze mną ten numer byli zaskoczeni... Poza tym miło popatrzeć, jak Stark dostaje bęcki od czerwonego i nowiutki złoty hellicarrier trafia do recyclingu :)

avalonpulse0032g.jpg Incredible Hercules #114
Gil: Przyznam, że dostrzegam tutaj pewne objawy syndromu trzeciego numeru, ale na szczęście są one skutecznie niwelowane przez dynamiczną akcję i mitologiczną otoczkę. Herc tripuje, Ares pokazuje, że w głębi nadal jest badassem, Wonder Man czaruje laski, a Natasha... No cóż, Natasha musi być wrednym Skrullem, bo żaden bohater nie skrzywdziłby szczeniaczka! Ty wredna >ocenzurowano< >ocenzurowano<, jak mogłaś?!? Szczeniaczka?!? Dobra, trzeba się uspokoić i racjonalnie ocenić. A racjonalnie, to znaczy na 7/10, bo czyta sie świetnie. Soundtrack: Skinny Puppy - Anger.
Gamart: Widać wyraźnie, że seria zmierza w dobrym kierunku i robi to w świetnym stylu. Oczywiście gwiazdą jak zawsze jest Ares, który kradnie auta wykorzystując to, że jest w Avengers. Osobiste porachunki przypominają, że tak do końca to on dobry nie jest i po coś tym bóstwem wojny jest. Hercules natomiast stał się naprawdę fajną postacią w teamie z Cho. Nawiązania do mitologii również chyba najlepsze od czasów "Aresa" Oeminga.
Soundtrack: Lynyrd Skynyrd - Free Bird
S_O: No i to się nazywa dobry spin-off (nie to, co niektóre komiksy)! Ares jest badassem, Natasha przyznaje się do fiksacji na punkcie Herca (i psuje kojoty), a sam Herc najpierw pali się do smashowania, a potem po prostu się pali. no i Wonder Man, który rwie przypadkowe panienki.
Na autostradzie. W Jersey. W JERSEY!
A Cho jest jeszcze bardziej badassowy, niż Ares i tylko krok dzieli nas od deszczu Hellicarrierów. Dude, awesome!
Jaro: Tendencja zwyżkowa trwa. Trochę mniej tym razem było wstawek mitologicznych, ale rekompensują nam to dobrze prowadzone postacie, wśród których prym wiodą Ares i Natasha. Do tego dochodzi ziazi zrobione szczeniaczkowi, które może zamienić Amadeusa w jakiegoś Dartha Vadera... Ale zwierzak raczej przeżyje, bo w końcu nie ogłaszaliby akcji internetowego nadawania imienia trupowi.
Ocena: 7/10; soundtrack: Machine Head - Blood for Blood


Iron Man vol. 4 #26

Gil: W czerwonym narożniku Anthony "zapomniałem, jak używać swojej starej zbroi" Stark. W niebieskim narożniku Tem "władca pierścieni" Mandarin. Fight! Ale wiecie, co - moim zdaniem, ten pojedynek, chociaż bardzo dobrze wyreżyserowany, schodzi na drugi plan, bo na pierwszym stoi Maria Hill, której nikt dotąd nie scharakteryzował tak dobrze. No i jest jeszcze tajna broń, która... wessała Iron Mana? No way! Można Antosia lubić lub nie, ale nie można zaprzeczyć, że Knaufowie zafundowali mu świetny pojedynek, ze zwrotami akcji i cliffhangerem, który mimo wszystko pozostawia trochę niepewności. To zdecydowanie najlepsza historia z Iron Manem, jaką czytałem. mało tego - to numer tygodnia z oceną 8/10 i ścieżką dźwiękową: Blind Guardian - The Edge.
S_O: Rozwałka. Po prostu - oldskulowa walka między dwoma arch-nemesisami z wykorzystaniem wszystkiego, co się pod rękę nawinie. Do tego świetnie napisane i równie dobrze narysowane. Mniam, palce lizać. Tylko źle, że Hill się robi ludzka w tej serii, szkoda ją będzie stracić po Inwazji.

Mighty Avengers #9
avalonpulse0032h.jpg
Gil: Zaczyna się od niespodzianki w postaci kilku stron z rysunkami Marko Djurdjevica, a później... nie jest już tak dobrze. Wielki nalot na zamek niewinnego Dooma. Trzy podwójne strony bijatyki, która może podobała się Aresowi, ale nie mnie, bo wyrysowana została okropnie statycznie. Dość ciekawy pojedynek Antosia z Wiktorkiem, ale to głównie ze względu na porównanie działania ich pancerzy. I wreszcie drugie w tym tygodniu wessanie Iron Mana do... komiksu z lat sześćdziesiątych? Trochę to wszystko naciągane, a ponieważ wiem, że Bendis potrafi lepiej, nie mogę dać więcej niż 5/10. Soundtrack: Silverchair - Pure Massacre.
Gamart: DOOM! Bardzo mi się podobał ten numer! Bo jak mógłby mi się nie spodobać komiks, gdzie spotykają się trzy postacie, które są w czołówce moich ulubionych, jedna z nich zachowuje się ubercool jak zawsze [Ares], a dwie inne mają świetne swietne starcie, w którym pokazują, kto ma lepszy "sprzęt". Do tego panele, które oczywiście, mogą zdenerwować tym, że zajmują dużo miejsca, ale Bagley tak dobrze rozrysował te walki, że nie ma się czego przyczepić. Do tego mamy Djurdjevica i strony robione w stylu starych komiksów. Interesujące zakończenie, jak to jeszcze ze Skrullami połączą, to naprawdę może być świetnie! Chyba najlepszy na razie numer Mighty.
Soundtrack: Avril Lavigne - Hot
redevil: Nie pamiętam, żebym czytał jakiś komiks szybciej od czasów numerów nuff' said. 3xsplashpages średniej jakości, Bagley stylem przypomina Amazing Spider-Mana, a nie raczej Ultimate, praktycznie brak scenariusza i dialogów, żenujące dymki myślowe. Jednym słowem wygląda to jak komiks zrobiony na odpi%$*(. Źle to wróży nadchodzącej Inwazji, jeśli BMB ma taki poziom i tam.
Demogorgon: To Doom skacze sobie w czasie, by romansować z Morganą LeFay? Tutaj miałem małe zdziwko. Dalej komiks to to, do czego przyzwyczaiła nas ta seria - nieskomplikowana sieczka, czyli to, co Bedinsowi wychodzi najgorzej. Na szczęście Bagley nie zawodzi i czyta się bardzo dobrze, choć trzy podwójne strony walki pod rząd denerwują. Za to pojedynek Iron Mana z Doomem to coś, co bardzo lubię, zwłaszcza, że ci dwaj są bardzo podobni. Praktycznie jedyną różnicą jest to, że Victor ma magię, a Tosiek satelity. Za to końcówka mi się nie podoba. Coś takiego pasowałoby może do serii komediowych, ale zdecydowanie nie tutaj. No i nazbyt przypomina mi to różne inne, czasowe perypetie Starka i Dooma.
Hotaru: Nie przez wszystkie komiksy można tak szybko przebrnąć. Niektóre wciągają jak ruchome piaski, bo mają tak absorbującą fabułę. Inne czytam równie szybko, bo nie ma w nich co czytać, są pozbawione treści. Ten numer należy do tej drugiej kategorii. Jedyne, co warto zobaczyć, to kilka paneli Djurdjevica. Bagley rysuje koszmarnie. A jedyny fakt, o jakim można powiedzieć, że stał obok czegoś interesującego, to to, że Stark i Doom zainstalowali w swoich zbrojach oprogramowanie tego samego producenta. I sądząc po tym, jak się restartują, chyba wiem, co to za producent. Żenada.
S_O: Kilka dobrych minut spędziłem na szukaniu na tych dwustronicówkach jakiegoś spiczastego ucha albo pomarszczonej brody. Nie znalazłem, ale wiecie - ja jestem ślepy. Na pewno komuś się uda - w końcu musi być jakiś powód (poza wypełnieniem pozbawionego treści numeru), żeby je wsadzić, nie?
Koniec końców jako jedyne pozytywy uznaję początek, narysowany przez Djurdjevica, i okrzyk Aresa ("Have at Thee!"), który obudził piękne wspomnienia, których jako gość, który przed erą Straczynskiego nie czytał Thora, nie powinienem mieć.
Brian, kurczę, przecież wiemy, że umiesz lepiej! Co z tobą?
Jaro: Jak na Bendisa, to jest bardzo marnie. Początek z Morganą i Doomem wypadł dobrze (w czym jednak niemała zasługa oprawy graficznej), jednak dalej mamy tępą rozwałkę, niespecjalnie nawet ubarwioną jakimiś "momentami". I jeszcze to nieszczęsne zagubienie w czasie... Buu.
Ocena: 4/10; soundtrack: Hatebreed - Spitting Venom


avalonpulse0032i.jpg Runaways 2 #29
Gil: Zdążyłem już zapomnieć, o co w tych Runawaysach chodziło i niestety, nie do końca udało mi się wciągnąć z powrotem. Zgubiłem gdzieś to uczucie, które zwykle towarzyszyło czytaniu ich przygód i przez to odebrałem ten numer tylko jako dość dobre czytadło. Coś mi się przypomniało od czasu do czasu, ale generalnie zero odczuć. Mimo wszystko wrażenie jest pozytywne, więc ocena również: 6/10. Soundtrack: Air - Lost Message.
Demogorgon: Nie wiem, o co tu chodzi, nic a nic z tego nie rozumiem, ale niech mnie drzwi, podobało mi się! Starodawni superbohaterowie i superprzestępcy wypadli wspaniale, a całość, łącznie z rozwałką pod koniec, zapierała wprost dech w piersiach. Numer tygodnia.
Hotaru: Wielka szkoda. Runaways za czasów Vaughana były naprawdę świetnym komiksem. Niestety, od kiedy przejął go Whedon, coś się zaczęło psuć. Scenarzysta Astonishing ma swoje momenty - są fajne teksty, bywają fajne motywy, ale brakuje "tego czegoś", co czyniło z Runaways Vaughana tak świeży i fajny w odbiorze kawałek obrazkowej sztuki. Whedon nie zdołał uchwycić tej magii. Nie wiem, czy to z powodu strasznie długich opóźnień, czy też braku pomysłu na ten tytuł, ale fakt pozostaje faktem. Uciekinierzy zmienili się, i to nie na lepsze.
S_O: Widzicie? Taki jest problem z fanami. Fani mają głupie pomysły dotyczące swoich ulubieńców. Fani nie powinni pisać scenariuszy, tylko fanficki. Ale Joss dorwał się do pisania scenariusza Runaways. I gdzieś prysł czar Runaways, gdzieś prysł czar Astonishing X-Men, a została tylko dysfunkcyjna drużyna nastolatków przeniesiona sto lat w przeszłość. Nie sądziłem, że powiem to o Uciekinierach i nie sądziłem, że powiem to o pracy Whedona - ale Runaways #29 jest słabe. I w dodatku się spóźnia.
Jaro: Czytało się to nawet fajnie, ale zanim przypomniałem sobie, co było w poprzednich numerach, zdążyłem skończyć czytać ten. Poza tym, dialogi są ok, postacie poprowadzone też dobrze, rysunki ładne, ale brakuje tego klimatu, który był u Vaughana. A podróże w czasie ssają, tak poza tym.
Ocena: 6/10; soundtrack: The Seatbelts - Piano Black
Krzycer: J
est dobrze. Reakcja Klary na całuśne dziewczyny zrozumiała, reakcja Molly na reakcję Klary też i wszystko to wypada ładnie. Victor coś za szybko zapomniał o Nico, ale mu wybaczymy, z kolei wiedźma whatsherface ma względnie przyjazne zamiary względem w/w Nico, co było pewnym zaskoczeniem.
A na końcu robi się burda nie mniejsza od tej z końcówki UXM, tylko tutaj Yorkesowie dorzucili do wszystkiego bombkę. Whedon w formie. I gdyby tylko jego tytuły były miesięcznikami... no nic, pozostaje mieć nadzieję, że przynajmniej Giant-Size AXM ukaże się w miarę szybko.


The Ultimates 3 #3 avalonpulse0032l.jpg
Gil: Wow... now that's... crap. Niby w końcu dochodzimy do jakiegoś wyjaśnienia w sprawie Wandy, ale... czy do tego potrzebny był fakt, ze Wolvie bzyknął żonę Magsa? Niby Ultimates w końcu decydują się na jakiś krok, który ma trochę sensu, ale... gdzie ten sens w treści? Na dodatek, Loebowi coś się pomyliło i każe Kapitanowi upominać Hawkeye'a za słownictwo. Z tego co mi wiadomo, ten Steve powiedziałby raczej "shut the fuck up", a nie "watch that language, mister". Ale przynajmniej w usta tegoż Hawkeye'a Loeb wsadził tekst, który najlepiej opisuje to wszystko: "I don't want to understand it. It's sick." Ponieważ rysunki powoli przestają na mnie działać, nie będę już bawić się w osobne oceny i całości dam 3/10. Soundtrack: Tool - Ticks & Leeches (a właściwie to pierwsza linijka tekstu).
Foxdie: Tragedia. Tak można by jednym słowem zrecenzować ten komiks. Black Panther sam się odnalazł akurat w momencie, gdy grupa wylatuje do Savage Land - tragedia. Wolverine prawdopodobnym ojcem Wandy - tragedia. Rysunki obrazujące stosunek Magdy i Logana - ciut mniejsza tragedia. Captain America dbający o poprawną angielszczyznę - tragedia. Ultimate (chyba) Ultron na koniec - tragedia. Wnoszę za zmianą tytułu z Ultimates na Ultimate Tragedy. Ocena: 2/10.
Gamart: Ta Magda to całkiem niezłą figurę i piersi miała. Chcoiaż kobiet Magneto się nie puka, bo potem wychodzą ładne dzieci, które są tak piekne, że w kazirodczy związek wchodzą. Co tam jeszcze? Aaa, Tony nie jest Tonym, Panther America udowadnia, że zawsze chciał być czarny i w ogóle to wszystko jast takie you know totally... i mean cool... totally cool! Jak w ogóle można było zepsuć taki komiks? Soundtrack: The Who - I Can't Explain
Crov: Na początku - a nie mówiłem? Wolverine może być ojcem Wandy. Wspaniale, czyż nie? Dostajemy niesamowicie wzruszającą historię o tym, jak Logan poznał matkę Wandy i Pietro, a potem... zaraz, zaraz. Czy Logan już przed "Ultimate X-Men" znał swoje prawdziwe imię? No nic, pomyłka moja albo Loeba. Abstrahując od głupawego zachowania postaci, mamy do czynienia z wieśniackim zapełnianiem stron - najpierw Wolverine mówi nam, że pocisk, który zabił Wandę, był ustawiony specjalnie na jej DNA (sic!), a potem powtarza to Ultron Man, zajmując dokładnie jedną stronę. Dodatkowo dowiadujemy się, że pocisk ustawiony na DNA Wandy mógł zabić tylko Wandę. 1/10 [Lista rzeczy, których nauczyłem się z "Ultimates #3":] 1) Przypominanie komuś o tym, że jego żona i dzieci zginęli niedawno nie jest fajne; 2) Thor jest jeszcze seksowniejszy gdy się złości; 3) jeśli pocisk jest ustawiony wyłącznie na Twoje DNA, to zabije tylko i wyłącznie Ciebie.
redevil: Ultimatum rozpoczęte - tak, tak! Nie dałem się zwieść pozorom, Ultimatum to nie będzie bowiem crossover Loeba, a fakt, że przejmie on każdą z serii z uniwersum Ultimate, niemniej efekt pozostaje taki sam - to uniwersum umiera za sprawą loebowirusa. Żegnaj, piękny świecie!
I tak na koniec, że co? Panther to Cap w przebraniu? Nic z tego komiksu już nie rozumiem.
Hotaru: Rysunki są całkiem ładne. I to jedyne, co dobrego można powiedzieć o tym komiksie. Scenariusz Loeba to zgroza - może ktoś w Marvelu się zorientuje i zdoła odebrać mu Ultimatum, inaczej biada nam wszystkim - linia Ultimate trafi do śmietnika.
Mute:
a więc Wanda może być córką Logana, Black Panther jest kimś, kogo zna Wolverine, może być nawet samym Captainem A., bo nie zdziwi mnie już nic w tym komiksie (poza tym BP i CA chyba na żadnym kadrze nie byli razem)... ale przynajmniej sytuacja zaczyna się wyjaśniać, bo wielki zły, który za wszystkim stoi, to Ultron. Ogółem trzyma niski poziom poprzednich 2 numerów, ale rysunki Joe Madureiry, pokolorowane przez Christiana Lichtnera, mi się podobają, więc będę czytał dalej, z nadzieją, że coś może jednak jeszcze dobrego z tego wyjdzie :)

avalonpulse0032j.jpg Ultimate Human #2
Gil: Najpierw efektowna bijatyka, później sensowne pogaduchy i w końcu szczegóły planu człowieka z wielką głową. Jest dobrze. Jeśli coś jeszcze może uratować Ultiverse, to właśnie historie w tym stylu. Powiem więcej - ta seria ma w sobie więcej z Ultimates, niż obecni zloebizowani Ultimates. Nie ma się co rozwodzić, bo wciąż dochodzimy do punktu kulminacyjnego, ale dobrze jest. Ocena: 7/10. Soundtrack: Placebo - Black Eyed.
Gamart: Dobrze, ze Ellis zabrał się za prowadzenie Ultimate tak, jak powinno być zawsze i robi kontynuację Ultimates. Zapomnijcie o Loebtimates. Tutaj mamy parządną walkę, świetne wymiany zdań między bohaterami, dużo technogadki, która nie nudzi i zakończenie, które każe nam czekać na następne numery. Warto!
Soundtrack: Pearl Jam - Even Flow
Jaro: Pokonanie Hulka logiczne, dalsze działania Starka też, plan Leadera ładnie wcielany w życie, sama jego motywacja też bez zarzutu i jeszcze bardzo-bardzo rysunki, na których Bruce Banner wygląda jak Edward Norton bardziej niż Tony Stark jak Robert Downey Jr. Co mnie tknęło po lekturze tego komiksu - naprawdę to Ultimate jest takie złe, że aż trzeba je jakimś Ultimatum niszczyć?
Ocena: 8/10; soundtrack: Gojira - The Link


Terror Inc. vol. 2 #5
Gil: Terror nie zawodzi do końca! Wszystko, co się tu dzieje, jest na swój sposób spektakularne, a rozwiązanie okazuje się zaskakujące, choć nie zawadziłoby, gdyby było nieco bardziej rozbudowane. Jest niepewność, jest rozwałka, jest trochę humoru i co najważniejsze, są pewne widoki na ciąg dalszy. Nie ma co się szczypać - ta seria to perła imprintu MAX. Oczywiście, nie mogę nie wspomnieć o rysunkach, bo Patrick Zircher nadal się rozwija i zachwyca. Jest świetnie i tylko pewna nutka niedosytu sprawia, że inny zeszyt dostanie tytuł numeru tygodnia. Niemniej, ocena: 8/10. Soudtrack: Slipknot - Vermilion pt. 2
S_O: Ostre, krwawe i wybuchowe zakończenie miniserii. Ostateczna rozgrywka, mimo swojej "ostatecznorozgrywkowości" dobra i wartka. A samo zakończenie jest naprawdę zaskakujące - spodziewałem się wszystkiego, oprócz happy endu! Ale kto powiedział, że to źle?
Krzycer:
Świetne zakończenie świetnej miniserii. Dostajemy dużo wnętrzności, trochę roznegliżowanych dziewczyn (mniej niż zwykle, bo to w końcu epicki finał), dużo giwer i czarnego humoru. Słowem - mieszanka w stylu MAX, sprawdzająca się w 100%.
Epilog w szpitalu - powalający, zwłaszcza szarmancki Terror. Chyba sobie zmienię awatarek...


Ultimate X-Men #91
avalonpulse0032k.jpg
Gil: No dobra, przeczytałem i... wiem już, dlaczego ludzie nie kochają UX Kirkmana. Nic tu nie ma. O ile przemiana Sinistera w Apocalypse'a z poprzedniego numeru była dość ciekawa, tak tutaj okazuje się, że ten Apocalypse nic sobą nie reprezentuje, a wszyscy istniejący mutanci po prostu rzucają się na niego bez powodzenia i sensu. Nie czytam dalej. Ocena: 4/10. Soudtrack: Nine Inch Nails - Gave Up.
Hotaru: Nie mam do dodania niczego, czego już bym na temat Kirkmana nie powiedział. Ten numer wpisuje się w najgorszy z możliwych trend, w jaki Ultimate X-Men wpadł, od kiedy to antytalencie przejęło stołek scenarzysty. Wrzucenie do scenariusza innych postaci pokazuje tylko, jak desperacko Kirkman stara się uczynić swe prace interesującymi - po tym, jak zdewaluował tłum x-postaci, chwyta się tego, czego jego grafomaństwo jeszcze nie zdążyło popsuć. Bez skutku. Ten tytuł to jeden z najgorszych na rynku, a rysunki Larocci wcale nie pomagają.
CrissCross:
Takie to nijakie. Niby coś się dzieje, ale ani to porywające, ani jakieś konkretnie wyjaśnione. Sinister zastrzelił 10 przypadkowych mutantów i tak z niczego zamienił się w super-hiper-wymiatacza, który wszystkich niszczy i potrafi kontrolować mutantów. I rozwala wszystko tak po prostu, bo ma taką manierę. Wow! Jestem pod wrażeniem... banału. Na końcu oczywiście pojawiają się dwie tajemne postaci. Jedna to pewnie Xavier. Druga to albo Cable, albo Magneto (w zależności, który z nich to Xavier). Szczerze mówiąc, jak zobaczyłem typa z wielkim "X" na twarzy to pomyślałem, że mundurek ukradł żołnierzom Imperium z Gwiezdnych Wojen. Krótko mówiąc numer jest żenująco słaby.
Krzycer: B
iorąc pod uwagę, że numer wcześniej Apo był tylko głosem w głowie Sinistera, a tutaj twierdzi, że "żył przez milenia" to zgaduję, że reinkarnuje się w kolejnych pokoleniach. Good for him. A sam numer - początek nie przekonywał, ale patentu z kontrolowaniem mutantów i rzuceniem wszystkich przeciw wszystkim się nie spodziewałem i oceniam na plus. No i poszerzenie afery tak, żeby dotknęła i Pająka i FF też oceniam na plus. Ktoś pamięta, że oni też mieszkają w Niujork.
Duże wejście na koniec - taaa... chyba z opancerzonego profesora będziemy się śmiać. No ale - zobaczymy...


avalonpulse0032n.jpg Wolverine: Origins #22
Gil: Pozwolę sobie zacząć od uderzenia w błagalny ton: NIE DAWAJCIE WAYOWI PISAĆ DEADPOOLA! On zrobił z biednego Wade'a pospolitego świra z urojeniami, który nie jest śmieszny, ale żałosny. Wrażenie potęgują debilne wstawki z tym, co on niby widzi, zamiast właściwych wydarzeń. Co jeszcze jest źle? Logan dostający po mordzie od przerośniętej lesbijki jest źle. Kompletny brak uzasadnienia fabuły jest źle. Pozbawione dynamiki rysunki są źle. I na głód Galactusa, co to wszystko ma wspólnego z originem Wolverine'a? Dwója, panie Way! Dwója, panie Dillon! Dwója! 2/10. Soundtrack: Ramones - Now I Wanna Sniff Some Glue.
redevil: Świetny numer! Takie historie stworzone są dla Dillona - ostra akcja i dużo humoru. Mam małą styczność z postacią Deadpoola, ale tu chłopak rozśmieszał mnie co chwilę. Mam nadzieję, że jeszcze kilka numerów seria pociągnie w takim humorystycznym klimacie, lepiej jej to psuje niż wersja "Romulusowa".
S_O: Osobiście wolałbym, żeby Wade'a zjadły dinozaury. Zjedzenie przez dinozaury nie jest może tak awesome, jak dinozaury same w sobie, ale i tak jest kilka klas lepsze od tego, co się wyprawia u Waya. Z wygadanej, dowcipnej i nieco tylko zbyt brutalnej Niewyparzonej Gęby Do Wynajęcia, Deadpool stał się wsiowym głupkiem cierpiącym na poważne schorzenia psychiczne (schizofrenia, rozdwojenie jaźni, opóźniony rozwój umysłowy). A to bardzo, bardzo źle, zważywszy, że Way ma odziedziczyć po Niciezie Wade'a na stałe.
Aha - jeszcze ciekawa anegdotka: kiedy zobaczyłem scenę w barze, pomyślałem: "Czemu, na Boga, akcja dzieje się w Niemczech?" Serio. Kreska jest tak zła, a pomysł na wstawkę "humorystyczną" z wielką, złą lesbijką - tak głupia, że przyjąłem za pewnik, że owa lesbijka to Helga albo inna Gretshen.
A teraz: odezwa. Dillon, narysowałeś Marvelknightowego Punishera u Ennisa, narysowałeś cholernego Kaznodzieję - weź przykład z Heatha Ledgera i popełnij samobójstwo, dopóki jesteś u szczytu sławy - inaczej ludzie będą cię pamiętać za to g...o, w które wdepłeś. Way, napisałeś... nie, zaraz, nic dobrego nie napisałeś. Ty po prostu umrzyj.


The Order vol. 2 #8
Gil: O kurcze! Jakjejtam jest córką Courtney Love i Kurta Cobaina, a do tego mutantem! Ale chwila, moment - jeśli ta cudowna technologia przywraca moce zdepałerowanym mutantom, to po co był ten cały Endangered Species i Messiah Complex? Czy nie lepiej było zapukać do drzwi Antosia? Jakby tego było mało, dowiadujemy się, że szybki, perwersyjny numerek z Mariolką przywraca władzę w nogach kalekom. Więc po co był ten cały House of M? Nie lepiej byłoby, gdyby Chuck od razu bzyknął Mariolkę? Jakby tego było mało, okazuje się, że M.A.N. from S.H.A.D.O.W. to R.O.B.O.T. from J.U.N.K.Y.A.R.D., a zarówno on, jak Lesbian Strike Force, wściekły żółw pustynny, sowieci i zombiezdomni są na usługach - TADA! - Stane'a juniora, o którym nigdy nie słyszeliśmy. Wow... this is getting more and more ridiculous. Ocena za wartość komiczną: 4/10. Soundtrack: Hole - Use Once & Destroy
S_O: Wiecie, dotychczas miałem do tego komiksu stosunek neutralny ze wskazaniem na pozytywny (a jeśli pisałem coś innego, to tylko dlatego, że inni też tak robili, a ja chciałem być lubiany). Ale po tym numerze?
Mam podać całą listę rzezy, które są tu głupie, czy czy chcecie poczekać na streszczenie, które w zasadzie będzie tym samym, tylko że w formie zdań i nie punkt po punkcie? SPINowe nanoboty przywracające ex-mutantom gen X, sex leczący z paraliżu (Już wiem! Becky to Wyspa z LOST! John Locke [ten łysy] po katastrofie samolotu spadł na ziemię plecami do góry i z rozpiętym rozporkiem i takie są efekty!), inicjatywa a'la Inicjatywa z lat pięćdziesiątych... to tylko największe niedorzeczności.
No i witamy młodego Stane'a, który będzie głównym arcywrogiem w następnym projekcie Fractiona, a który czyni w moich oczach całą miniserię jedną wielką reklamą "Invincible Iron Mana".


WWH Aftersmash: Warbound #3
avalonpulse0032m.jpg
Gil: Jedno słowo: rozwałka. Ni więcej, ni mniej w tym numerze nie znalazłem. Rozwałka na średnim poziomie, bez fajerwerków, ale też bez wpadek. Po prostu rozwałka dla fanów rozwałki. Najciekawszą postacią nadal pozostaje pani doktor, a Warbound mnie zupełnie nie interesują. Ocena: 4/10. Soundrtack: Offspring - Smash.
S_O: Huh. Przymierze pokonało wielkiego potwora. Przymierze poleciało walczyć z Leaderem. Hiroim postanowił popełnić samobójstwo. A Miek opowiedział, jak to Korg robił za opiekuńcze bóstwo w jakiejś dziurze na Sakaarze. Huh.
Wychodzi na to, że najciekawszym momentem było dla mnie odtworzenie ręki Szarego. Ogólnie rzecz biorąc, czytadło. Nie dobre, nie złe, po prostu czytadło.

Krzycer: No... jest. Biją się, ktośtam obrywa, coś niby się dzieje, potem agentka S.H.I.E.L.D. robi się całuśna, ale jakoś to wszystko nie rusza. Może kolejny numer, z rozwiązaniem sytuacji z Hiroimem i Korgiem, to zmieni.
Ale znowu dodatkowa historyjka - tym razem o Korgu - podobała mi się bardziej od właściwej. Może po prostu wolę opowieści umieszczone na Sakaarze, od tych rozgrywających się na Ziemi (dlatego czekam na Skaar: Son of Hulk :))
Ale recap page wyszedł świetnie! "Gammaworld: where humans die of radiation poisoning!" :D




Okładki tygodnia

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

 

Hity tygodnia:

avalonpulse0032a.jpg The Ultimates 3 #3

Autor: Joe Madureira

Spence: To jest typowa okładka, która jest tak absurdalnie głupia, że aż genialna. Gigantyczny zielony Tyranozaur miażdży w szczękach Wolverine'a, który wygląda tak, jakby całe życie był przykuty do ławeczki ze sztangą na siłowni i lodówki, której jedyną zawartością były sterydy. Wszystko to na tle zachodzącego słońca, gdzieś na wyspie porośniętej tylko i wyłącznie palmami. Świetnie widoczne rozróżnienie planu pierwszego (szczegółowy, dopracowany dinozaur i Logan) i drugiego (ledwie zarysowane palmy). Aż dziw, że ta okładka przeszła, ale cieszę się z tego bardzo. Pięknie.


avalonpulse0032b.jpg Wolverine: Origins #22

autor: Simone Bianchi

Gil: Jeśli jest cokolwiek dobrego w tej serii, to właśnie okładki. Nie mogę się już doczekać, kiedy Simone Bianchi zawita do AXM, więc na razie muszę nacieszyć się jego małymi dziełami sztuki, takimi jak to. Wolverine na pierwszym planie wygląda prawie jak żywy, a jego maska jest niezwykle naturalna, ze wszystkimi tymi szwami i zagięciami. Natomiast Deadpool na drugim planie to jeden z najbardziej oryginalnych jego rysunków, jakie widziałem. Całości uroku dodaje charakterystyczny sposób cieniowania, przypominający rysowanie węglem.



Gniot tygodnia:

avalonpulse0032c.jpg Ultimate X-Men #91

Autor: Salvador Larroca

Foxdie: Larroca znowu się nie popisał i stąd ta kiepska okładka. Co prawda niebo w odcieniach zachodzącego słońca prezentuje się dość ciekawie, ale to głównie zasługa inkera. Najbardziej razi sama postać Apocalyspe'a, która wygląda bardzo sztucznie. Zupełnie jak ludzik z klocków lego, któremu dopasowano nieodpowiednią główkę.







Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2008.02.20



Redaktor prowadzący: Lex
Korektor: S_O
Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.