Avalon » Publicystyka » Artykuł

A prowadzi to do... no w sumie z grubsza już wiadomo, czego - komentarz do Civil War II #6


Jaki to ma sens? Nie no, poważnie się pytam, jaki jest sens w czytaniu tego, przez Ciebie? Nie chodzi mi tutaj o kolejny rozdział mojej recenzji-analizy... no dobra, w sumie to jedno wynika z drugiego, ale przede wszystkim powątpiewam w sensowność dalszego czytania serii Civil War II, w sytuacji, gdy czytelnik mniej więcej wie, co się wydarzy. Tak, zacznijmy nietypowo, bo od omówienia polityki wydawniczej Marvela, w ramach której pierwsze komiksy "w świecie zmienionym przez Civil War II", ukazały się w październiku i listopadzie, a sama główna seria potrwa jeszcze co najmniej do grudnia. Tym samym praktycznie umożliwiając nam nie tylko przewidzenie, co jeszcze się w ramach niego wydarzy, ale skutecznie niwelując wszelką obawę lub niepewność co do losów co poniektórych postaci. Przykład: Miles Morales. W ciągu ostatnich paru numerów stał się (trochę na siłę) jedną z centralnych postaci tej historii, o którego losy powinniśmy być niepewni, chyba, że przeczytaliśmy ostatnio Champions lub zajrzeliśmy do zapowiedzi komiksowych, z których jasno wynika, ze Miles żyje i ma się dobrze. Hej, z samych zapowiedzi można też wywnioskować, że Ulysses jako system wczesnego ostrzegania niezbyt się przyjmie. Albo przynajmniej zostanie tak ograniczony w działaniu, że nie będzie miał widocznego wpływu na świat Marvela. 

Osobiście nie należę do tych, którzy oceniają historie pod względem jej "ważności" dla uniwersum Marvela. Nie jest tak, ze biorę X historię i polecam innym, bo tutaj miało miejsce takie, tamto czy owamto zdarzenie i dlatego właśnie trzeba to przeczytać samemu. Biorąc pod uwagę, jak szybko zmienia się status quo i wszelkie zmiany zostają cofnięte, to jest dla mnie pozbawione większego znaczenia. Jeśli chcę coś komuś polecić, to przede wszystkim skupiam się na tym, jak prowadzona jest fabuła i postacie. Czy konflikt i elementy dramatyczne są odpowiednio opisane? Czy postępowanie postaci ma sens, zawiera interesujące dialogi, sceny zapadające w pamięć, które potem będą przywoływane jako "kultowe kadry" i tym podobne rzeczy, które sprawiają, że jestem gotów wrócić do komiksu x-lat w przyszłości. Puenta: Przedstawiona historia powinna być dobrze napisana, tak żeby była warta zapoznania się z nią sama w sobie, nawet jeśli zna się zakończenie, i dawała poczucie wysiłku włożonego przez autorów przy jej tworzeniu. Błędem jest natomiast opieranie jej siły na kwestiach typu: "uniwersum nigdy nie będzie takie samo", "szokująca śmierć/zdarzenie" i tak dalej. No wiecie, wyjść z założenia, że i tak się sprzeda, bo jest ważne (przynajmniej na okres paru miesięcy), kompletnie pomijając najważniejsze elementy samej opowieści, mające do nich prowadzić. Jak pewnie możecie się domyśleć, uważam Civil War II za tego właśnie typu komiks. Nie posiadający odpowiednio prowadzonej historii, a jedynie prezentujący kolejne wydarzenia bez należytej podbudowy czy odpowiednio oddanej motywacji postaci. Świadectwa tego można dostrzec chociażby w numerze szóstym i odniosę się do tego już wkrótce, bo pasowałoby abym jednak skoczył to, co zacząłem, nawet jeśli specjalnie nie mam na to ochoty. Czas więc zakasać rękawy i wziąć się do roboty w kolejnym odcinku mego cyklu, który powinien zostać ochrzczony mianem "Dlaczego Civil War II to słaby komiks jest". 

Najlepiej nie robić nic?



Na czym to skończyliśmy ostatnio? A no tak, bili się. Potem Ulysses jakimś cudem przeniósł im do łbów kolejną wizję, w której Miles Morales ma zostać domniemanym mordercą, dlatego wszyscy przestali się tłuc, a Carol postanowiła go aresztować. A teraz nagle krzyczy, aby wstrzymać ogień. Co jest dziwne, ponieważ ostatni numer zakończył się dobrowolnym przerwaniem walki przez obie strony i nic nie wskazywało na to, aby mieli zacząć od nowa. No, ale mamy istotniejsze rzeczy do pokazania. Mianowicie pozbawione znaczenia kadry, jak to Captain Marvel i Iron Man ponownie się przekrzykują i wykłócają o to kto się myli. Po prostu kolejna runda debaty Trump-Clinton uniwersum Marvela. Zwykle zareagowałbym na to irytacją, ale biorąc pod uwagę ich częstotliwość, jestem zwyczajnie nimi teraz znudzony.
Spróbujmy może jednak wyłapać coś istotnego z tego. Hmmm. Tony stwierdza, ze Carol posuwa się za daleko, ponieważ Miles nie może zrobić nic złego, bo to jest dziecko i znając go przez krótki okres czasu wie, iż jest dobrą osobą. Czy to nie miłe, że pokłada taką wiarę w osobę, która pojawiła się w tym świecie praktycznie nagle i w zasadzie nie wie o nim nic poza tym, czego dowiedział się w trakcie ich… chwila, niech policzę. 5, 8, 15-numerowej serii Marvela o ich wspólnych przygodach (nie licząc może występów gościnnych), która daje naprawdę mało przekonujący argument na to, iż na podstawie tego krótkiego okresu czasu jest przekonany o jego krystalicznie czystym sercu? Owszem, jeśli czytelnik zapoznany jest z tą postacią, to jest świadom szczerości jego intencji, ale z perspektywy Starka, wiara w jego niewinność jest dość słabo uzasadniona. Chyba że ta wypowiedz jest tak obliczona, aby zachwiać autorytetem Carol wśród jej zwolenników, ale to wydaje się zbyt cwane jak na tę historię. Tak przy okazji, Carol powinna w tym momencie posłużyć się uzasadnieniem, że chłopak może zostać poddany praniu mózgu i dlatego muszą mieć na niego oko dla jego bezpieczeństwa. Całkiem rozsądne się to wydaje, prawda? Szkoda, że coś takiego nie przeszło jej przez główkę i zamiast tego z miejsca wyskoczyła z "jesteś aresztowany", niejako wydając na niego wyrok skazujący. 

Ale zróbmy sobie przerwę na chwilę i przejdźmy do całkiem niezłej sceny, w której Steve Rogers postanawia pogadać z wstrząśniętym tym wszystkim Moralesem, prezentując godny pochwały akt dobrej woli oraz wiary w niego, zgadzając się z puszczeniem wolno osoby, która ma w przyszłości doprowadzić do jego śmierci. Trochę naiwnej, ale wywołującej takie małe ciepełko w serduszku. I mające całkiem odmienne znaczenie, jeśli ktoś czyta Captain America: Steve Rogers. Zasadniczo, rekomendowałbym przeczytanie szóstego numeru z tej serii zamiast Civil War II. Ta seria ma zasadniczo większy wpływ na to, co się teraz dzieje w uniwersum Marvela, niż ten wydumany konflikt. Ale omawiam tutaj scenariusz Bendisa, więc wróćmy na właściwe tory. Carol nie chce puścić Milesa wolno i zamiast tego woli trzymać go u siebie (w zamyśle celi) dla bezpieczeństwa. Taki pomysł, a gdyby tak zaoferować mu (i rodzinie) wyjazd na Taiti czy gdzieś tam z dala od budynku wyglądającego jak Kapitol, jednocześnie pozostawiając po zwolenniku Starka i Danvers jako jego towarzyszy, tak na wszelki wypadek, żeby zabezpieczyć go przed wersją zakładającą kontrolowanie jego umysłu przez kogoś? No wiecie, coś w rodzaju "aresztu domowego", tylko takiego bardziej akceptowalnego i nie budzącego wrażenia wydanego z miejsca wyroku? Ale takie rzeczy wymagałyby współpracy obu zwaśnionych liderów, a to, jak dobrze wiemy, jest wykluczone w tego typu historii. W każdym razie, Cap i Ms. Marvel na chwilę zajmują Danvers, co pozwala Thorowi odlecieć ze Spider-Manem, nie ścigana przez nikogo więcej. To nawet zastanawiające, jak mało pro-aktywni byli zwolennicy Captain Marvel. Taka Spectrum czy Blue Marvel pewnie dogoniliby go bez problemów, ale postanowili tego nie robić, ponieważ [wstaw swój powód]. Dopiero Hill i jej oddziały SHIELD postanawiają aresztować przybyłych za akt terroryzmu, jakim były zniszczenia wskutek batalii. Teoretycznie winne są obie strony, zwłaszcza, że Carol pierwsza w zasadzie zaczęła, ogłaszając ich aresztowanie za samo pojawienie się na terenie Triskelionu (rzekomo za coś, za co nie miała dowodów, że zrobili). Aczkolwiek, biorąc pod uwagę "plan", z jakim Stark przybył tutaj ze swoimi zwolennikami, sądzę, że jednak aresztowanie tylko ich jest uzasadnione. W ich obronie staje jednak osoba, o którą byście o to nie podejrzewali, która tym samym, postanowiła zmienić front w tym konflikcie. 

Zmiana frontu


T'Challa zabrania atakowania zwolenników Starka i ogłosza przejście do jego obozu. Tak, to ma być ta istotna zmiana frontu, która ma wstrząsnąć czytelnikiem. I jest idealnym przykładem na to, jak marnie prezentuje się ta historia pod względem scenariusza i nie ma właściwej podbudowy, o czym wspominałem wcześniej. Czytelniku, jesteś tu ze mną? No to odpowiedz mi na pytanie, co takiego Black Panther zrobił istotnego do tej pory na łamach tej serii? Czy jesteś w stanie mi powiedzieć bez sprawdzania, czy chociaż powiedział coś istotnego? Dobra, małe porównanie z Civil War. W trakcie trwania historii to Peter Parker jest tym, który otwarcie zmienia stronę. Jest to istotne pod tym względem, że pełnił wcześniej rolę swego rodzaju "maskotki" sił pro-rejestracyjnych i jego dezercja dała wyraźny sygnał dla czytelników i samego świata Marvela (w praktyce wyszło to jak wyszło, czyli nieistotnie), iż Iron Man posuwał się za daleko. Jego odejście było też wcześniej zapowiedziane przez jego reakcje na klona Thora i pytanie, czy naprawdę jest po właściwej stronie. A co nam prezentuje zmiana strony przez Black Panthera? Nie budzi absolutnie żadnych emocji, bo do tej pory T'Challa był mało aktywny i pojawia się z tym praktycznie znikąd, przez co jedyną reakcją, na jaką można liczyć, jest "no dobra, ale jakie to ma znaczenie?" No, chyba że w jakimś tie-inie został nam pokazany jako szalenie istotna postać dla sprawy Carol, ale nie daję gwarancji, bo nie przeczytałem ich wszystkich. Ale nawet jeśli, to nie powinno się grzebać w innych seriach, aby zaczęły nas obchodzić działania danej postaci lub uznawać je za istotne z punktu widzenia fabularnego.

Ale to nie wszystko, bo wiecie, jak T'Challa motywuje swoją zmianę frontu? Przemową, w której wygląda, jakby nagle urósł i patrzył na Carol z góry (ot, taka dziwna perspektywa). A co zawiera? "Steve Rogers jest po stronie Starka i jest gotów puścić wolno swego domniemanego zabójcę, to dowód dla mnie, ze obóz Starka ma rację". Słabe, to jest po prostu słabe. Zupełnie, jakby autor nie mógł znaleźć dla niego odpowiedniej motywacji i wyszedł z założenia, ze wystarczy zrobić z Captaina America chodzący wyznacznik tego, co dobre. W perspektywie zrobienia ze Steve'a nazisty, wypada to dość groteskowo. Nie wspominając o tym, ze Black Panther odrzuca z miejsca możliwość, że jego decyzja wynika z jego przesadnej wiary w innych i może się mylić. I nawet nie każcie mi zaczynać tego, jak bardzo sprzeczne z charakterem T'Challi to mi się wydaje. Wiecie, mógłbym to zaakceptować, gdyby... tak po namyśle, to seria nie ma dla mnie nic do zaoferowania. Ta scena jest zwyczajnie słaba. Potem mamy deklarację Black Panthera, że atak na niego równa się wojnie z Wakandą, co powinno być dla wszystkich oczywiste (w końcu jest królem, nie?) oraz ucieczka Starka i spółki w błysku magii. Spider-Man zostaje bezpiecznie odstawiony i mamy sekwencję, która ma sprawić, ze jest nam go żal, ale ponieważ dobrze wiemy, iż nic złego mu się na stanie, a on sam trochę na siłę stał się istotną personą w tym konflikcie, myślę, że nikt się tym nie specjalnie przejmuje. A tymczasem Inhumans teleportują się dość ostentacyjnie z imprezy, zupełnie jakby byli już zmęczeni tym kabaretem, aby sprawdzić, co do cholery się dzieje z Ulyssesem. Brawo. Ktoś w końcu wyraził zainteresowanie faktem, iż nasz jasnowidz prezentuje zdolności, których nie powinien mieć i próbuje cos tym zrobić. Dziękujemy Inhumans za głos rozsądku, którego próżno szukać w obozie Carol, najwyraźniej wciąż pokładających w nim pełne zaufanie. A co takiego stało się Ulyssesowi? Moi drodzy, eksploracja tego byłaby w zasadzie interesująca i istotna dla całego wątku, więc zamiast tego lepiej skupić się na sytuacji w "szatniach" obu drużyn. 

Obóz Starka


Zacznijmy może od prezentacji sytuacji w obozie Starka, którzy właśnie wrócili z ich ostatniej bójki, na co wskazuje pytanie Starka, czy są ranni….. ale zaraz, nie powinno was być więcej? Czy poza Cyclopsem nie było więcej młodych X-Men? Czyżby zorientowali się w trakcie walki, że nie mają powodu, aby brać w tym udziału i postanowili pójść do domu? Nie żebym ich winił. No cóż, nie byli tacy istotni dla fabuły, więc wyjątkowo podaruje tę nieścisłość, tak długo aż... och, na litość boską. T'Challa nie był wraz z resztą zwolenników Starka, kiedy ci zostali teleportowani. Został na Triskelonie! Czy ten komiks miał jakichś edytorów? Jak można popełnić taką gafę? Zaczynacie rozumieć, dlaczego uważam, iż nikogo nie obchodzi, co się dzieje w tym komiksie, nawet jego twórców? No dobra, jedźmy dalej. Stark ogłasza, iż powinni teraz odnaleźć Spider-Mana, co w zasadzie jest całkiem rozsądne, biorąc pod uwagę, że Carol i SHIELD raczej mu nie odpuszczą i będzie potrzebował ich pomocy. Aczkolwiek młodzi nie są specjalnie chętni do pomocy i próbują się wymknąć bez słowa. OK, JA rozumiem, że to ma być zalążkiem konfliktu pokoleń, który zaowocuje powstaniem Champions, jak również nie wszystko to, co robi Stark, zachęca do podążania za nim. Aczkolwiek, w samym komiksie wygląda to tak, jakby nastoletni herosi tak sami z siebie nagle postanowili się zdystansować od osób, które stanęły w obronie ich kompana i nawet pozwoliły mu odejść, dając wiarę w jego niewinność. Niespecjalnie mi się podoba to, jak to jest tutaj przedstawione, bo jak większość rzeczy, wydaje się wyskakiwać kompletnie znikąd i bez odpowiedniego przygotowania. Przy okazji mam nadzieję, że seria Champions będzie pamiętać o tym, że Cyclops spotkał się już z nastoletnimi Avengers i nie będą się potem zachowywać, jakby nie mieli pojęcia, kim jest. 

Przynajmniej Stark i spółka niespecjalnie się przejmują ich zachowaniem. Chociaż może powinni, taka samowolka młodych może kolidować z ich planami lokalizacji Milesa i kłopot gotowy. T'Challa ma jednak... zaraz, prawdziwy powód dołączenia, wynikający z działania mocy Inhumana? A niech mnie, to może być w zasadzie najważniejsza rewelacja tego numeru. A już myślałem, że kolejny numer będzie stracony. No dobra, dawaj. Hmmm. Teraz okazuje się, że było kilka niespełnionych wizji wcześniej. W mniejszym stopniu, ale jednak była ich pewna ilość. Woda na młyn dla przeciwników Carol. Szkoda tylko, że jak wiele innych informacji oraz wydarzeń, ta rewelacja następuję dość nagle. Ponadto, mój wrodzony obiektywizm nakazuje mi zapytać: 
1) W jaki sposób stwierdzaliście, czy wizja się spełniła lub nie? Wydawało mi się, że do tej pory na wszystko działaliście prewencyjnie. Skoro więc nie dopuściliście do ich ziszczenia, to skąd macie pewność, że nie zdarzyłoby się to tak czy siak? Jakieś konkrety, czy muszę przeszukać wszystkie tie-iny? 
2) Na jakiej konkretnie podstawie sądzisz, że potęga zdolności Inhumana rośnie, ale ich prawidłowość maleje? Nie po to chyba daliście nam to oględne wyjaśnienie, jak moce Ulyssesa działają, na podstawie danych i obliczeń, by teraz wszystko zbyć: "no, tak to po prostu mi się wydaje". 
3) Dlaczego nie wyskoczyłeś z tą rewelacją na Triskelonie? Z pewnością bardziej by to zaszkodziło zwolennikom Carol, bo nie wydaje mi się, aby wszyscy wiedzieli o tym istotnym fakcie, np. Guardians. 
4) A więc Tony Stark nie miał pewności, że nie wszystkie wizje są prawdziwe, ale i tak zaatakował bez dobrego planu. No, pogratulować normalnie. 
5) Skoro tak, oznacza to także, że Iron Man definitywnie nie brał udziału w odbiciu tej kobiety oskarżonej o członkostwo w HYDRZE. Ktokolwiek ją pamięta? Czy T'Challa nie powinien o nią zapytać wprost, tak przy okazji? To może być szalenie istotny detal na przyszłość. Ech, po raz kolejny zestaw pytań wynikających ze zdrowego rozsądku, na który nie otrzymuję satysfakcjonujących odpowiedzi. Taka norma tej serii. 

Obóz Danvers


Przejdźmy teraz do sytuacji w obozie Carol, która nie wygląda dla niej zachęcająco. Najpierw konfrontuje się z Guardianami (chyba rysownik zapomniał o Angeli), a głównie Rocketem wkurzonym o utratę statku. No więc największy dramat tej wojny póki co. Szczerze, to w pierwszej chwili wygląda to tak, jakby banda najemników była niezadowolona z sytuacji, w jaką się wpakowali, przyjmując zlecenie. Potem jest pod tym względem nieco lepiej, bo Quill postanawia pocieszyć Danvers, przekonując ją, że ma rację. Uścisk Groota też pomaga. Aczkolwiek Kitty nie wydaje się specjalnie przekonana, ale wątpię, by to miało jakieś większe znaczenie dla samego komiksu. Ponadto nie wiem, czy Quill jest świadom tego, że sytuacja w której jest Carol, nie jest tak do końca tą, w której on sam był do tej pory. Star-Lord był wcześniej imperatorem, z dość silną pozycją i władzą, a Captain Marvel jest posiadającym wysokie uprawnienia przywódcą służb porządkowych, która musi stale odpowiadać przed innymi, a zakres jej działań musi być konsultowany z przedstawicielami licznych narodów Ziemi. Hej, kodeks karny nie jest taki sam we wszystkich amerykańskich stanach. W dodatku jasnowidzenie to bardzo skomplikowana dziedzina, wymagająca wielu przemyśleń i przygotowań przy jej używaniu, a nie prosta kwestian"trzeba tak robić dla większego dobra lub nie", jak próbuje nam wmówić ten komiks. Posłużmy się może przykładem, obrazującym różnicę w sytuacji między Quillem a Carol. Jeden z nich jest kierowcą ciężarówki towarowej, a drugi autobusu. Zawód niby ten sam - kierowcy - ale są jednak pewne istotne różnice w sposobie pracy między nimi, prawda? Być może zbytnio analizuje scenę, która w zamyśle miała być tylko drobnym aktem wsparcia ze strony Quilla, aczkolwiek na wypadek, gdyby jednak Peter na poważnie myślał, że byli w takiej samej sytuacji, postanowiłem podzielić się moimi przemyśleniami, dlaczego nie bardzo kupuję jego powody dla których jest gotów pójść za Carol w przysłowiowy ogień. 

Dalej, mamy Carol, która czuje poczucie winy z powodu śmierci Rhody'ego i Bannera w wyniku swoich decyzji. Aczkolwiek można to też interpretować jako... a nie, nieważne, Jean Grey pojawia się chwilę potem i wykłada nam dokładnie, co ona sobie teraz myśli. Dziękuję za to. Akurat nie mam do niej zbytniej pretensji w przypadku zgonu Bruce'a, a bardziej o to, jak zachowała się na procesie Hawkeye'a. Omówiłem to w jednej z moich poprzednich odsłon, wiec nie będę się powtarzał. Wracając jednak do smutnej Carol, to miło, że sama historia pokazuje jakieś wątpliwości oraz wyrzuty sumienia z jej strony, czyli coś, czego brakowało mi do tej pory na łamach tej serii. Szkoda, że dobre wrażenie mija, kiedy tylko dochodzi do spotkania z jej "żelaznym elektoratem". Trwa to dosłownie jedną stronę, ale wystarczyło, by mnie zirytować. I nie dlatego, że znowu mamy w komiksie scenkę, w której trzeba pocieszać Carol. Problem leży w dialogach. Danvers stwierdza, iż nie może uwierzyć, że Maria Hill zagroziła aresztowaniem Captaina America. Maria Hill. To chyba mówi samo za siebie. A potem Storm jest przykro z powodu zdrady Black Panthera. Ale jakiej znowu zdrady? Nie przypominam sobie, żeby składał jakąś deklarację lojalności. Zwyczajnie zagrał w otwarte karty i publiczne stwierdził, że nie jest dłużej w stanie wspierać twojej sprawy. Specjalnie ci też nie zaszkodził swoim wystąpieniem, a mógł zrobić ci większe "kuku" (patrz wyżej). Po co zaraz te wielkie słowa? A może ma być wstęp do meta-puenty, krytykującej ślub Storm z Black Pantherem? I dopiero po tym, ekipa postanawia podjąć jakieś kroki w celu znalezienia Moralesa. Rychło w czas. Maria Hill proponuje... przeprowadzić jeszcze testy na Inhumaninie, w zamyśle Ulyssesie? Tak, tak, zróbcie to. To jest coś, co powinniście zrobić w obliczu tego, co się stało... a niestety, Spider-Man się znajduje, więc to już nie takie istotne. Postanowił bowiem sobie publiczne postać przed Kapitolem w biały dzień, co jest dziwne, bo kiedy Maria mówi, że go znaleźli, jest noc. Jak długo na nich czekał? Dlaczego tam sterczy? Co chce sobie i innym udowodnić? Czy kogokolwiek to jeszcze obchodzi? Mnie niezbyt. 

Czekając na koniec 


Po lekturze tego numeru muszę przyznać, że jest definitywnie bardziej konkretny w treści i nawet zawiera elementy, których mi brakowało we wcześniejszych numerach, m.in. wątpliwości prezentowane przez Carol oraz te co do dalszego postępowania swoich przywódców, które można dostrzec w obydwu obozach. Niestety, wszelkie te sceny wydają mi się spóźnione lub pozbawione odpowiedniego wprowadzenia. Black Panther mógłby zostać zastąpiony jakąkolwiek inną postacią ze zwolenników Carol i nie byłoby żadnej różnicy w odbiorze sceny z jego udziałem (choć pewnie jego groźba nie brzmiałaby tak cool), natomiast postępowanie samej młodzieży również jest dość nagłe, bo trudno wskazać konkretny moment w samym komiksie, który uzasadniałby ich chęć odcięcia się od "starszego pokolenia". Jest to przykład słabego planowania fabularnego lub zwyczajnego ignorowania tworzenia podbudowy pod dalsze decyzje postaci. Ma się przez to wrażenie, że w samej serii zwyczajnie skaczemy od jednego punktu fabularnego do drugiego, pomijając masę istotnych rzeczy, które w spodziewany sposób do nich prowadzą. Sam numer szósty nie omija także innych rzeczy, które wcześniej mi przeszkadzały. Główny konflikt wciąż stawia obu przywódców w nie najlepszym świetle, rewelacje niosą ze sobą wiele pytań, na które nie ma odpowiedzi, a niektóre sceny są dziwaczne i nie mają zbyt wiele sensu, jakby się nad tym zastanowić. Warstwa graficzna jest wciąż na dobrym poziomie, choć zdarzają się dość dziwne sceny, jak Carol robiąca przysłowiowego "karpia", o braku niektórych postaci w danych scenach nie wspominając. Najgorszym jednak grzechem, który szkodzi tej serii, jest fakt, iż dzieje się ona już po swoistym fakcie. W okresie, gdy reszta świata Marvela jest już "po", ona pozostaje w tyle. Jak opisałem na początku, nie ma przez to powodu, aby śledzić tę serię, choćby po to, aby się przekonać, co będzie dalej, gdyż to już z grubsza wiadomo. Nie byłoby to problem, gdyby seria nie była pisana pod tezę "to, co się dzieje, jest istotne, więc i tak będziesz to czytał". Do końca serii pozostało niewiele, a JA mam wątpliwości, czy kogokolwiek już teraz obchodzi, co będzie dalej. Bez entuzjazmu czekam na kolejny numer, już tylko po to, by go "odbębnić" swoim komentarzem, licząc na to, że moja postawa nie wpłynie przesadnie na poziom mojego felietonu.

Uwaga: Istnieje możliwość, że ci, którzy nie uważają moich tekstów za takie w stylu "wysokich lotów", mówiąc kolokwialnie, uznają ostatnie zdanie za największy stek bzdur, jaki wyszedł z mojej strony do tej pory. A to jest osiągniecie. Chciałbym zwrócić uwagę, iż to nie ma większego znaczenia, gdyż autor charakteryzuje się niedorzecznym wręcz przekonaniem o jakości wszystkiego, co napisze, jak również o swojej nieomylności względem poruszanego tematu, nieważne, jakim by on był. Śmiało, nie krepujcie się, by tak myśleć, ale wiedzcie, że moje ego skutecznie uniemożliwi mi przyznanie Wam racji. Do następnego. 

Darth

Poprzednie części:
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.