Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja komiksu - Nieskończoność (Nieskończoność - Avengers - New Avengers) - Krzycer

W październiku Egmont wydał w trzech tomach event Marvela z 2013 roku - Infinity. Jako że omawianie poszczególnych tomów mija się z celem, otrzymujecie recenzje trzech wydań w jednym tekście. 


Nieskończoność. Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że to marvelowe magnum opus scenarzysty, Jonathana Hickmana – wielowątkowa historia kosmicznej skali, rozpisana na trzy albumy. Ale jak się bliżej przyjrzeć, okazuje się, że to tylko kolejne cegiełki historii, którą ciągnął przez cały swój run w Avengers, aż po Secret Wars – a niektóre fundamenty kładł nawet wcześniej, jeszcze w Fantastycznej Czwórce
Tak czy inaczej – przyjrzyjmy się tej cegiełce. 
A raczej cegle. 

Długo zbierałem się do tej recenzji. Największą zagwozdką było to, jak ją ugryźć – czy miałaby to być zbiorcza recenzja, czy trzy teksty, każdy poświęcony osobnemu albumowi? Po lekturze stwierdziłem, że żaden album nie jest pełnoprawną całością sam w sobie, więc recenzowanie ich osobno nie ma sensu. Ale wydano je osobno. I to jako trzy, pozornie niezależnie tomy – tzn. nie jako Nieskończoność, tom 1, 2 i 3, co jednoznacznie informowałoby o tym, jak istotnie są ze sobą powiązane. A skoro ktoś może kupić tylko jeden z albumów – tekst będzie zbiorczy, ale oceny osobne. 
Do rzeczy. 

Nieskończoność jest historią, która częściowo wynika organicznie z wydarzeń, które rozegrały się wcześniej na łamach Avengers i New Avengers. Z jednej strony mamy kosmiczne zagrożenie ze strony Budowniczych, pradawnej rasy, która sieje spustoszenie we wszechświecie, zmuszając kosmiczne imperia do zawarcia sojuszu w rozpaczliwej walce obronnej, w której wspierają ich Avengers. Budowniczowie są twórcami Alephów, Ex Nihili i Abyssjanek – istot, które poznaliśmy w pierwszym tomie Avengers Hickmana. 
Z drugiej strony mamy Thanosa, który atakuje Ziemię pod nieobecność Avengers, w początkowo sobie tylko znanym celu. Gdy wychodzi na jaw, w czym rzecz, nie da się ukryć, że Szalony Tytan zasługuje na swoje miano. 
Tymczasem Iluminaci pozostają nieco na uboczu – na Ziemi, gdzie ich uwagę zaprząta kolejna Inkursja oraz starcia z Czarnym Zakonem – sługami Thanosa. Jedno i drugie to bardziej przerywniki – tematem albumu jest eskalujący konflikt Namora z Black Pantherem. 

Podsumowując: wojna z Budowniczymi, Inkursja, napięcia w szeregach Iluminatów – wszystko organicznie wynikające z tego, co Hickman pisał wcześniej. A do tego Thanos, wyskakujący bez ostrzeżenia czy jakiejś podbudowy fabularnej. To nie problem – nie wszystkie elementy fabuły muszą być wprowadzane powoli czy konsekwentnie wynikać z czegoś, co scenarzysta wrzucił do pierwszego numeru. Problemem za to jest to, że poza tym, że wszystko dzieje się w tym samym czasie, to, co robi Thanos nie ma żadnego związku z tym, co robią Budowniczy. Nie ma związku fabularnego, nie ma nawet paraleli czy zbieżności tematycznej. Jedno z drugim nie ma nic wspólnego. 

Konstrukcyjnie, Nieskończoność zawiera oś historii – zarówno wojnę z Budowniczymi, jak i historię ataku Thanosa na Ziemię. Jeśli chcielibyśmy czytać tylko ten album, narracja będzie skokowa, szarpana. Bardzo duże, istotne wydarzenia poznamy tylko z umieszczanych co zeszyt króciutkich streszczeń. Mimo to poznamy ogólny zarys wydarzeń w formie, która jako tako się sprawdza. Hickman podzielił całą historię – we wszystkich trzech albumach – na króciutkie rozdzialiki, przedzielone pozbawionymi narracji kartami tytułowymi. A ponieważ cała historia składa się z takich króciutkich scenek, przeskoki wywołane tym, że coś dzieje się w innym albumie nie rzucają się tak bardzo w oczy. A przynajmniej nie zawsze – niektóre przeskoki są mimo to zbyt wielkie, i tak np. czytając tylko ten album zostaniemy z wrażeniem, że wojna z Budowniczymi kończy się na trzech kadrach. Niemal tak, jakby znudzony autor w połowie opisywania wojny napisał "no, a potem wygrali". 

Połowa wojny z Budowniczymi znajduje się w albumie Avengers. Tu znajdziemy rozwinięcie zarówno porażek, jak i zwycięstw bohaterów, pokazanych pokrótce w albumie Nieskończoność. Nie ma tu jakiejś osobnej narracji, która wyróżniałaby czymś ten album – to po prostu integralna część historii, wyjęta z Nieskończoności. A ponieważ tamten album przedstawia historię od początku, do końca, w tym właściwie nie ma ani jednego, ani drugiego. Jeśli z jakiegoś powodu ktoś miałby przeczytać tylko jeden z tych trzech albumów, Avengers oferuje najbardziej niekompletną historię. 

New Avengers są najprostszą kontynuacją tego, co dzieje się w regularnej serii. Wydarzenia Nieskończoności nie mają na nie większego wpływu. Owszem, pojawiają się tu słudzy Thanosa, dostajemy również rozszerzenie wątku Black Bolta, rozgrywającego się w głównym albumie, a bohaterowie biją się z członkami Czarnego Zakonu. Ale to wszystko jest… może nie tłem, ale jest potraktowane jako elementy większej intrygi snutej w tej serii. Jak już wspominałem, głównym wątkiem fabularnym albumu jest konflikt Black Panthera i Namora. Do tego niezmiennie obecne pozostaje zagrożenie Inkursji. Jako taki, ten album najmniej traci czytany w oderwaniu od reszty – jeśli o którymkolwiek z nich można powiedzieć, że jest zamkniętą całością, to właśnie o nim. Druga strona tego medalu jest taka, że również najmniej wnosi do Nieskończoności jako całości. Również dlatego, że pierwsze dwa zebrane w albumie zeszyty nie są częścią tej historii. 

Krótko o rysunkach – Nieskończoność wyszła spod rąk znakomitych i utalentowanych rysowników, Jima Cheunga i Jerome’a Opeñy, a także mocno od nich odstającego Dustina Weavera. Jego rysunki nie są złe, ale są zauważalnie gorsze. 
Avengers narysował Leinil Yu. Zrobił to poprawnie – choć pewna scena przesłuchania narysowana jak kadr z komiksu erotycznego boleśnie kłuje w oczy. Natomiast do wykończenia jego prac zatrudniono dodatkowego inkera (tzn w 5 zeszytach inkerem jest Gerry Alanguilan, a w jednym – sam Yu) oraz trzech różnych kolorystów, co było błędem. Te zmiany sprawiają, że aż musiałem parę razy sprawdzać, by się upewnić, że naprawdę to wszystko rysował Yu. 
New Avengers narysował Mike Deodato i zrobił to tak, jak zwykle – nierówno. Większość kadrów jest dobra, niektóre bardzo dobre, ale też sporo wyraźnie odstaje – postaci mają zaburzone proporcje ciała czy, jeszcze gorzej, twarzy. 

Parę uwag ogólnych o całości historii. Mam problem z Hickmanem jako scenarzystą. Jest świetny gdy przychodzi do kreślenia wielkich planów, wymyślania kosmicznych intryg w których ścierają się całe imperia – ale opisuje je jak kronikarz, a nie pisarz. Do tego stopnia, że lektura jego komiksów przypomina czasem śledzenie rozgrywki w szachy. Na tej wielkiej, kosmicznej szachownicy gubią się bohaterowie. Tak, Avengers są tu cały czas obecni – ale z paroma wyjątkami praktycznie nie ma tu miejsca na ich charaktery, rozterki czy relacje. Hickmanowi dobrze wychodzą sceny z braku lepszego słowa epickie – takie, gdy ktoś jednym ciosem odwraca losy wojny czy dokonuje heroicznego poświęcenia. Ale czegoś na mniejszą skalę, czegoś… ludzkiego… ze świecą tu szukać. Jest to szczególnie wyraźnie widoczne, gdy pod koniec historii Kapitan Ameryka mówi, jakie to trudy przeszli, i jakie ta wojna wywarła na nich wszystkich piętno – ani trochę tego nie czuć. Ani razu. Nigdzie. 
Poza tym – to wojna. I nasi bohaterowie są w niej żołnierzami. Niszczą okręty przeciwników, zabijają ich załogi. Nie twierdzę, że superbohaterowie nigdy nie powinni zabijać – ale są postaci, dla których albo jest to wpisane w ich kodeks moralny, albo przynajmniej mają z tego powodu spore wyrzuty sumienia. Tutaj nikt się słowem na ten temat nie zająknie. Nawet początkujący w tym biznesie Starbrand, dla którego pierwsza manifestacja mocy, która zniszczyła całą jego szkołę, była traumatycznym przeżyciem. Myślałby kto, że kwestia zabijania wrogów pojawiłaby się przynajmniej w kontekście tego nowicjusza, ale nie. Nic z tych rzeczy. 
Zresztą ten brak emocji u Hickmana to nie tylko kwestia braku ludzkich odruchów u bohaterów, to również problem skali. Mamy do czynienia z galaktyczną wojną z milionami, czy nawet miliardami ofiar. Nie mam w zwyczaju powoływać się na sowieckich dyktatorów w recenzjach komiksów, ale – to tylko statystyka. Nic nie znaczące liczby. Wagi konfliktu tak naprawdę nie czuć – również dlatego, że gdy przyjdzie co do czego, rozwiązuje go deus ex machina. I to nawet kilka razy. 

Choć są też i dobre momenty. Rozwijająca się na zaledwie paru, rozrzuconych po całej historii kadrach relacja Cannonballa i Smasher. Wątpliwości Manifolda. Czy wreszcie ta scena z Thorem. Kto czytał, wie, o której scenie piszę. (Choć to raczej podpada pod te epickie momenty, niż te, gdzie Hickmanowi wychodzi pisanie postaci – ale jest to tak dobra scena, że nie można o niej nie wspomnieć.) Ale jest tego mało, szalenie mało. 

Tak, jak nie ma miejsca dla bohaterów, nie ma ich również dla złoczyńców. Czarny Zakon to pionki, o których praktycznie nic nie wiadomo. I tak, jak deus ex machina przydarza się w całej historii parę razy, tak również zbyt często o jakichś umiejętnościach postaci scenarzysta nas informuje, zamiast je zaprezentować. I tak np. Corvus Glaive ma być niezwykłym dowódcą, czego nijak nie widać. Zresztą podobnie jest z Kapitanem Ameryką – w pewnym momencie cały galaktyczny sojusz oddaje się pod jego rozkazy. Jednak z ust Kapitana nie pada ani jeden rozkaz, ani jedna myśl, która wyjaśniałaby, czemu cesarze i generałowie spijają każde jego słowo. 

Jak pisałem, owo poświęcanie postaci na rzecz wielkich intryg, planów i kosmicznych konfliktów to coś, co zawsze przeszkadza mi u Hickmana. A jednocześnie jest to również coś, czego regularnie udaje mu się unikać na łamach New Avengers. Tak jest i tym razem – w tym jednym albumie bohaterowie cały czas są na pierwszym planie. Zresztą dwa razy pisałem już, że całość nakręca konflikt Namora i Black Panthera. Konflikt postaci, a nie imperiów czy sił natury. 

Mógłbym wchodzić w szczegóły – wspomnieć o idiotycznych kosmicznych skafandrach Avengers, wyglądających jak ochraniacze zawodników futbolu amerykańskiego, czy o przekraczającym granice idiotyzmu hełmie, który nosi Falcon latając w kosmosie. Ale mówimy o historii rozpisanej na 18 zeszytów (z czego część wchodzących w skład albumu Nieskończoność ma zwiększoną objętość, może nawet podwojoną) – jeśli zacznę wchodzić w szczegóły, nie skończę tego tekstu do przyszłego tygodnia. Podobnie z tłumaczeniem – jest bardzo porządne. Wszystkie trzy tomy przełożył Marek Starosta i poza tym, że na jednym kadrze pojawiają się "błyskawice", podczas gdy ewidentnie chodzi o grupę Thunderbolts, oraz to, że spustoszenie siane przez siły Thanosa nazywane jest "rękawicą" (dosłowne, ale nietrafione tłumaczenie oryginalnego "gauntlet") – poza tymi dwoma słówkami nie mam się do czego przyczepić. 

Jak by tu to wszystko podsumować? Nieskończoność jest wielką historią – wielką objętościowo i rozpisaną na wielką skalę. Jeśli lubicie takie kosmiczne konflikty i nie przeszkadza wam traktowanie bohaterów jako pionków scenarzysty – to jest komiks dla was. Jeśli uważacie, że to naturalne, że w konflikcie na taką skalę pojedynczy bohaterowie tracą na znaczeniu… cóż, Egmont niedługo wyda Anihilację. Jeśli dobrze pamiętam, tamta historia udowadnia, że nie musi tak być. 

Oceny: 
Nieskończoność: 3,5/5 
Avengers 3/5 
New Avengers 3,5/5 
Wszystko razem: 4/5. Ot, efekt synergii. 

Krzysiek "Krzycer" Ceran


Nieskończoność; Avengers: Nieskończoność; New Avengers: Nieskończoność 
Scenariusz: Jonathan Hickman 
Rysunki: Jim Cheung, Jerome Opeña, Dustin Weaver (Nieskończoność); Leinil Yu (Avengers); Mike Deodato (New Avengers) 
Wydawnictwo: Egmont
Tłumaczenie: Marek Starosta
Liczba stron: Nieskończoność - 216; Avengers – 168; New Avengers – 156 
Format: 165x255 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Data wydania: październik 2016
Sugerowana cena detaliczna: Nieskończoność - 69,99zł; Avengers – 39,99zł; New Avengers – 39,99zł 

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarzy do recenzji.

Recenzje powiązanych komiksów:




Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.