Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "Doctor Strange" - Krzycer

Doktor Strange miał odmienić MCU. Tak go zapowiadano – od Kevina Feige mówiącego, że ten film otworzy MCU na nowe wymiary, przez wybór specjalizującego się w horrorach Scotta Derricksona na reżysera, po zwiastun głoszący, że w tym filmie marvelowi bohaterowie staną się "dziwni". Ile z tych zapowiedzi zostało zrealizowanych?

Niewiele. Nie będę Was trzymał w niepewności co do ostatecznego werdyktu. Doktor Strange to porządny film, nie odstający znacząco od standardów, do jakich przyzwyczaił nas Marvel. Ani na plus, ani na minus. To dobrze zrealizowany film rozrywkowy, na którym bawiłem się całkiem nieźle. A jednak jestem nim boleśnie rozczarowany. Po pierwsze – bo liczyłem, że to naprawdę będzie odmienny film, film, który wyrwie się z tradycyjnej formuły MCU przynajmniej w takim stopniu, w jakim zrobili to Guardians of the Galaxy. Po drugie i ważniejsze – bo są tu pojedyncze przebłyski dużo lepszego, dużo bardziej pomysłowego filmu i gdyby cały Doktor Strange był na poziomie swoich najlepszych momentów, mielibyśmy do czynienia z bardzo dobrą produkcją.

Niezbędny skrót fabuły: film pokazuje początki doktora Strange'a (Benedict Cumberbatch) jako maga, drogę, jaką przechodzi od bycia aroganckim chirurgiem, przez naukę pod okiem Starożytnej (Tilda Swinton), po walkę u boku Wonga (Benedict Wong) i barona Mordo (Chiwetel Ejiofor) ze swoim pierwszym magicznym przeciwnikiem, Kaeciliusem (Mads Mikkelsen). Gdzieś po drodze mamy jeszcze relację Strange'a z doktor Palmer (Rachel McAdams), ale już to, że nie bardzo miałem jak wplątać ją w to streszczenie, powinno wam powiedzieć, jak istotną rolę w fabule pełni ta bohaterka.


O ile mi wiadomo, poza ogólnikami z originu Strange'a, film nie czerpie z żadnej konkretnej komiksowej historii. A jednocześnie wpisuje komiksowego Strange'a w realia MCU, nie zmieniając znacznie żadnych detali – z wyjątkiem przepisania tybetańskiego Ancient One na celtycką Starożytną. No i jeszcze Mordo jest tu czarnoskóry. Ani jedno, ani drugie nijak nie wpływa na opowiadaną historię (autentycznie musiałem wrócić do tego akapitu, by to drugie specjalnie dopisać, bo nawet nie przyszło mi do głowy). Szczerze mówiąc, myślałem, że filmowcy stworzyli Kaeciliusa na swoje potrzeby, ale wujek Google podpowiada, że to jakiś trzeciorzędny przeciwnik doktora ze starych komiksów. To może być dobry moment, by wspomnieć, że komiksowego Strange'a znam bardzo słabo, więc nie będę oceniał filmu jako adaptacji, tylko jako osobne dzieło.

A zatem – co działa? Obsada jest znakomita. Marvel regularnie dobiera właściwych aktorów do odtwarzania swoich bohaterów, ale w tym wypadku zebrali wyjątkowo utalentowane grono – Swinton, Ejiofor i Mikkelsen to świetni aktorzy. Cumberbatch jest nierówny, ale tutaj znakomicie wchodzi w rolę.

Działa magia. Przede wszystkim pod względem realizacyjnym – efekty są znakomite, manipulowanie przestrzenią daje miejscami fantastyczne rezultaty, gdy Nowy Jork jest składany jak origami. Jeszcze lepiej wypadają sceny, w których magia zaczyna manipulować czasem. Niestety, do magii wrócę również w zestawieniu elementów, które nie działają.

Działa humor. To kolejny element typowy dla MCU – twórcy przyzwyczaili nas, że to lekkie, często humorystyczne filmy, gdzie mamy cięte dialogi i trochę slapsticku. Wychodziło to różnie – niektóre filmy były być może zbyt niepoważne, nieco przeładowane dowcipem. Doktor Strange nie jest jednym z nich, choć nie ukrywam, że jest scena lub dwie, gdzie zbyt długi dowcip kompletnie rozwala napięcie. Nie "pozwala rozładować", ale właśnie – "rozwala".


Wreszcie – działa historia. Arogancki buc, który zostaje bohaterem i zaczyna pomagać ludziom, to samograj. Wszystkie stereotypowe klocki wskakują na swoje miejsce, film ma dobre tempo i zwyczajnie przyjemnie się go ogląda. 

Przejdźmy zatem do rubryczki "co nie działa". W zasadzie składa się na nią tylko jeden punkt, który może być nieco zaskakujący, biorąc pod uwagę, że dopiero co napisałem "działa historia". Gdyż albowiem...
Nie działa scenariusz. Niestety. Pod wieloma względami jest największą słabością tego filmu. Bo tak, obsada jest tu znakomita – tylko co z tego, skoro nie mają czego zagrać? Schematyczni przeciwnicy, o których łatwo się zapomina to kolejny, tym razem niefajny standard MCU, ale mam wrażenie, że Kaecilius bije rekordy. Nie dlatego, że jest nudniejszy od, powiedzmy, Malekitha czy Ronana – ale dlatego, że zdaje się nie interesować nawet scenarzystów czy reżysera, którzy praktycznie nie poświęcają mu czasu. Ma chyba jedną scenę, by zadeklamować swoją motywację – i tyle, reszta jego czasu ekranowego to sceny akcji.
Ponieważ schematyczni przeciwnicy to standard MCU, miałem duże nadzieje co do Mordo. Z zapowiedzi wiedzieliśmy, że będzie tu sprzymierzeńcem Strange'a, z komiksów wiemy, że prędzej czy później musi stać się złym. W filmie teoretycznie dostajemy wyjaśnienie, czemu tak się stanie, niby mamy zarysowany konflikt charakterów – no ale właśnie – "teoretycznie", "zarysowany". Chiwetel Ejiofor został strasznie zmarnowany w tej roli. Podobnie jak Mads Mikkelsen – ma jedną scenę, by wyrecytować swoją motywację i tyle.
Scenariusz zawodzi również Starożytną. Bo znowu – na papierze jest to szara postać, której motywacje w pewnym momencie mamy kwestionować. Na papierze, bo na ekranie jest to w 99% pozytywna postać, która skrywa tylko jeden, zasadniczo nieistotny sekret. Który ma być mrocznym sekretem i może faktycznie obciążałby tę postać, gdyby choć raz wyjaśniono, czym mają być przerażające konsekwencje, na które narażają świat osoby zaburzające naturalny porządek. Ta zbitka słów regularnie wraca w dialogach, ale pozostaje właśnie tym – zbitką słów pozbawionych znaczenia, gdyż żadnych konsekwencji w filmie nie uświadczymy. 
I dalej – sam Strange. Pisałem, że droga od aroganckiego buca do bohatera to samograj. Problem w tym, że Strange pokonuje ją jak Thor w pierwszym Thorze – w sumie nie wiadomo, co go zmienia, ani, tak naprawdę, nie bardzo widać, by się w ogóle zmienił. Choć Doktor Strange wypada tu odrobinę lepiej, bo przynajmniej jego historia jest rozpisana na parę miesięcy, może rok, podczas gdy Thor nominalnie zmienia się z buca w szlachetnego wojownika w ciągu jednego weekendu w Nowym Meksyku.
Na ekranie mamy również Wonga, który jest zdawkowym bibliotekarzem i ma parę dobrych scen ze Strangem oraz Christine Palmer. Rachel McAdams dostała niewdzięczną rolę bohaterki, która kocha kompletnego buca, chociaż ten zachowuje się wobec niej strasznie, po czym... znika z ekranu na pół filmu, by po powrocie, po upływie miesięcy albo i roku, być nadal dokładnie tą samą, kochającą kompletnego buca biedną paprotką. Rola niewdzięczna, znaczenie postaci w fabule – praktycznie żadne. Nie tylko równie dobrze mogłoby jej nie być, ale wręcz wydaje mi się, że film mógłby nieco zyskać, gdyby jej nie było. Może uzyskany w ten sposób czas ekranowy można byłoby wykorzystać na rozwinięcie pozostałych bohaterów.


Miałem wrócić do magii a propos tego, co nie działa w filmie. Pisałem już, że manipulowanie przestrzenią i czasem daje spektakularne rezultaty. Czasami nawet pomysłowe. No więc główny problem polega na tym, że tych spektakularnych rezultatów jest mało. To jest magia – siła, której nie pętają prawa fizyki, która jest ograniczona wyłącznie wyobraźnią. Wystarczyło poczytać dobre fantasy i skopiować najlepsze pomysły. Tymczasem – poza tymi paroma chwalebnymi wyjątkami – magia w tym filmie jest zaledwie efektownym rozbłyskiem wokół czyjejś dłoni. A te rozbłyski najczęściej towarzyszą – i to mnie naprawdę trochę załamało – scenom walki z kina kopanego. Tak, w tym filmie czarodzieje nawalają się na magiczne karate. W którym to karate, niestety, nie ma nic bardziej magicznego ponad to, że biją się świecącymi wachlarzami, pałkami czy biczami.

Podsumowując: to jest porządny film. Jego najlepsze momenty są w czołówce pamiętnych scen MCU. Niestety, film jako całość jest daleko w tyle za swoimi najlepszymi momentami. Wciąż jest porządny – ba, uważam, że w odniesieniu do reszty cyklu, jest lepszy od następujących filmów (wdech): The Incredible Hulk, Iron Man 2, Thor, Captain America: The First Avenger, The Avengers, Thor: The Dark World i Ant-Man. Co wciąż sytuuje go mniej więcej w połowie stawki. Może moje oczekiwania były rozbuchane ponad miarę – ale myślę, że miały prawo takie być.

Krzysiek "Krzycer" Ceran




Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.