Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja komiksu - Miracleman - Rodzyn

Wiele mówi tekst umieszczony z tyłu okładki tego komiksu, bo Miracleman to "jeden z najważniejszych bohaterów w historii popkultury... którego przygód fani praktycznie nie znają". Czy jednak warto dla niego sięgnąć po polskie wydanie, które niedawno pojawiło się na rynku? 



Miracleman jest postacią, która znana jest bardziej ze swojej zawiłej historii wydawniczej niż rzeczywistych komiksowych przygód. Nic dziwnego, skoro przez prawie trzy dekady nie był dostępny na rynku i nie pojawiał się w żadnym komiksie aż do momentu, w którym prawa do postaci trafiły do wydawnictwa Marvel, gotowego wznowić te materiały nie tylko w formie wydań zbiorczych, ale też zeszytów z licznymi materiałami dodatkowymi. 

Początki postaci sięgają lat pięćdziesiątych, kiedy to jeden z brytyjskich wydawców, który przedrukowywał amerykańskie przygody Kapitana Marvel, obecnie znanego bardziej jako Shazam, musiał zaprzestać dalszej ich publikacji ze względu na proces jaki wytoczyło DC Comics uważające tę postać za kopię swojego Supermana. Nie chcąc stracić na tym pieniędzy, zdecydowano się stworzyć postać bardzo podobną do tej odnoszącej wcześniej sukces, jednak na tyle inną, by uniknąć kolejnych pozwów. Tak oto Mick Anglo stworzył Marvelmana (w celu uniknięcia pozwów zmienionego później na Miraclemana) i jego pomocników, Young Marvelemana i Kid Marvelmana, którym udało się przetrwać wiele numerów i zyskać popularność. 

Po kilku latach seria została przerwana ze względu na zmianę prawa w Wielkiej Brytanii i umożliwienie importowania oryginalnych komiksów z USA, z którymi Marvelman nie miał szansy konkurować. Po ponad 20 latach postać powróciła na łamach czarno-białego magazynu Warrior, gdzie za reinterpretację postaci zabrał się Alan Moore, wówczas jeszcze niezbyt znany twórca, który swoje największe, a może raczej najbardziej popularne dzieła miał dopiero przed sobą. Jego historie okazały się być dużo mroczniejsze i zawierały mocno wówczas kontrowersyjne sceny, które i dziś są wstanie zaszokować. 

Komiks podzielony jest na trzy księgi i mocno polecam dawkowanie sobie tej historii właśnie w takich ilościach, może nawet mniejszych, bo styl Moore'a może z czasem przytłoczyć czytelnika. Pierwsza część to głównie historia Sen o lataniu, która rozgrywa się na początku lat osiemdziesiątych. Poznajemy tu Mike'a Morana, zwyczajnego dziennikarza, który miewa dziwne sny o byciu superbohaterem Złotej Ery. Pod wpływem pewnych wydarzeń przemienia się w Miraclemana, a wspomnienia z młodości wracają. Wyjawienie żonie tej tajemnicy nie jest proste, a opowieści o dawnych przygodach i zdobyciu mocy wywołują w niej bardziej rozbawienie, co pokazuje, jak bardzo naiwne były komiksy lat 50. Ujawnienie się mocy doprowadza do lawiny wydarzeń, na które małżeństwo Moranów z pewnością nie jest gotowe. Problemy zaczynają się już w momencie, gdy zaczynają podejrzewać, że Miracleman nie jest dokładnie tą samą osobą co Mike. Do tego wszystkiego dochodzi ciążą Liz i pytanie, którą z dwóch osobowości tak naprawdę można nazwać ojcem. 

Tuż przed przejściem do kolejnego aktu, dostajemy wgląd w przyszłość bohaterów w historii, w której po raz pierwszy pojawiają się Kowale Przyszłości, kosmiczne istoty, które bliżej poznajemy w następujących zaraz potem krótkich historiach, nim powrócą oni ponownie w trzeciej części komiksu. Gdy już przechodzimy do drugiego rozdziału, Miracleman po poznaniu swojej prawdziwej przeszłości musi zmierzyć się z człowiekiem, który stał za tym wszystkim - doktorem Gargunzą. Jednocześnie nasz bohater wraz ze swoją żoną muszą bronić swego dziecka, które pod koniec opowieści przychodzi na świat i od razu wiadomo, że ono również przyniesie wiele zaskoczeń. 

Trzeci akt odbiega trochę od tego co prezentowały poprzednie części, tutaj wydarzenia rozgrywają się jednocześnie tuż po tym co widzieliśmy chwilę wcześniej naprzemiennie z historią mającą miejsce pięć lat w przód. Oczywiście, zdradza to nam mniej więcej w jakim kierunku potoczą się losy naszych postaci, ale zdecydowanie nie umniejsza to przyjemności czytania. Do swoich sił powraca tu przeciwnik z początku opowieści i terroryzuje ludzkość. Natomiast do samego Miraclemana dołącza Miraclewoman, a jej początki okazują się nie być bardziej kolorowe od jego. Powracają również Kowale Przyszłości i wiele innych istot spoza ziemskiej rzeczywistości. Wszystkie te wydarzenia i końcowa walka kończą się powstaniem utopii, która i tak każe Miraclemanowi zastanawiać się, czy to wszystko ma sens. Postacie, które poznaliśmy na początku z pewnością nie są już tymi samymi i oglądanie tej ewolucji jest fascynujące, to jak wiele przeszli, jak wiele musieli poświęcić, a jak wiele udało im się zachować z siebie, mimo przeszkód i przeciwieństw losu. 

Miracleman jest ciekawym komiksem z wielu powodów i już kilka z nich udało mi się wymienić, choć nie ukrywam, że niektóre elementy powyższego opisu mogą nie sugerować poważniejszego tonu. To na pewno świetna lektura, jeżeli chce się poznać kolejny etap w historii rozwoju scenarzysty, jakim był Alan Moore. Tu może wyjaśnię osobom, które w materiałach promocyjnych albumu nie widzą nazwiska tego twórcy, a jedynie sformułowanie "Pierwotny scenarzysta" i nie wiedzą, skąd to się wzięło. Otóż Moore gdy zaczynał swoją pracę myślał, że postać Marvelmana/Miraclemana znajduje się w domenie publicznej, więc gdy wyprowadzono go z błędu zdecydował się usunąć swoje nazwisko z komiksu, a wszelkie honoraria oddać oryginalnemu twórcy, Mickowi Anglo. 

Kontynuując, Moore zaprezentował tu nowe podejście do komiksu superbohaterskiego, choć to jego późniejsza praca nad Watchmen odcisnęła większe piętno na gatunku. Scenarzysta w interesujący sposób podszedł do genezy postaci i ich miejsca we współczesnej im rzeczywistości. Trzeba zaznaczyć, że w pewnych momentach jego narracja bywa ciężka i zaczyna też dominować nad rysunkiem, który staje się w pewien sposób jedynie uzupełnieniem, ilustracją dla słów narratora. Sam tekst, co najbardziej widoczne jest w trzeciej części komiksu, staje się mocno poetycki, co w jakimś sensie odzwierciedla pewne odrealnienie postaci Miraclemana i jego nadludzkich towarzyszy. Jak już pisałem, z tych kilku powodów warto lekturę tego tomu rozłożyć sobie na kilka części. 

Lista artystów, jacy przewijają się przez cały album jest długa i długo zajęłoby rozpisywanie się o każdym z nich. Z pewnością najciekawiej i najlepiej prezentują się początkowe rysunki Garry'ego Leacha, który niestety ze względu na opóźnienia musiał zrezygnować z pracy nad serią. Alan Davis i inni radzą sobie dużo gorzej, a końcówka albumu jest już dość rozczarowująca pod względem graficznym. Jednak w momencie, w którym narracja zaczyna górować nad rysunkiem, przestaje to mieć aż tak duże znaczenie, czytelnik skupia się bardziej na tekście pisanym, a obraz jest pewnego rodzaju dodatkiem. Moore nie przywiązuje tutaj takiej uwagi do obrazu jak ma to miejsce chociażby w "Watchmen". Mimo tego, znaleźć można tu wiele ważnych kadrów, ze względu na ich oddziaływanie na czytelnika w momencie powstania jaki i obecnie. Mowa tu oczywiście o scenie porodu córki Miraclemana, a także widok pól śmierci czy brutalnych walk. 

Polskie wydanie przygód Miraclemana stworzonych przez Alana Moore'a zdecydowanie różni się od tego oryginalnego. Mucha podjęła decyzję o wydaniu całość w jednym tomie, a nie w trzech, jak miało to miejsce w Stanach. Trzeba jednak przyznać, że sporo miejsca w tych wydaniach zajmowały materiały dodatkowe i to z głównie nich zdecydowano się zrezygnować: mowa tu o szkicach, okładkach i fragmentach komiksów o Miraclemanie z lat 50. Z tego wszystkiego najbardziej żal jedynie usuniętych komiksów zawartych pierwotnie w All-New Miracleman Annual, których autorami są m.in. Grant Morrison, Peter Milligan i Mike Allred, ale według zapowiedzi zostaną one dodane do planowanego w przyszłości kolejnego tomu z historiami autorstwa Neila Gaimana. Dodatki z pewnością wzbogaciłyby to wydanie, ale zrozumiała jest decyzja wydawnictwa. Na pocieszenie zostawili niewielką galerię okładek i te najbardziej znane sceny bez kolorów. Największa wada wydania, to mały błąd na okładce, który łatwo zauważyć, choć nie rzuca się w oczy i to małe niedopatrzenie z pewnością nie powinno zaważyć na decyzji o zakupie. Być może Mucha poprawi się przy ewentualnych wznowieniach, ale na chwilę obecną nie ma to wielkiego znaczenia. 

Miracleman to komiks ważny ze względu na swoją historię i piętno jakie odcisnął na gatunku, ale także dlatego, że to po prostu bardzo dobry komiks, który wciąga swoją fabułą, fascynuje losem postaci i narracją, to także o dziwo komiks z kilkoma naprawdę zabawnymi scenami i tekstami. Zaskakujące jest, jak wiele ciekawych dzieł wyszło spod pióra Moorea i ten z pewnością nie jest wśród nich warty pominięcia. To kompletna i zachwycająca opowieść, której trzeba dać szansę i należą się spore podziękowania dla wydawnictwa Mucha Comics, że podjęło się tego wydania, bo wyszło naprawdę dobrze. 

Rodzyn

Miracleman
Scenariusz: Oryginalny Scenarzysta 
Rysunki: Steve Dillon, Alan Davis, John Totleben, Garry Leach, Rick Veitch 
Wydawnictwo: Mucha Comics
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Liczba stron: 384
Format: 170x260 mm
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Data wydania: październik 2016
Sugerowana cena detaliczna: 119,90zł


Dziękujemy wydawnictwu Mucha Comics za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.