Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #31 (18.02.2008)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 18 luty 2008 Numer: 7/2008 (31)


Za nami tydzień obfitujący w długo oczekiwane komiksy. Ciężko powiedzieć, od czego zacząć: otrzymaliśmy reperkusje Messiah CompleX w trzech wersjach; kolejne numery Amazing Spider-Man oraz New Avengers i oczekiwaną od wielu tygodni zmianę warty w Fantastic Four. Wydawałoby się, że czytelnicy będą zachwyceni, ale okazało się, że część z zapowiadanych hitów trochę rozczarowała fanów.



Amazing Spider-Man #550 avalonpulse0031e.jpg
Gil: Jest jakby lepiej niż poprzednio. Począwszy od odświeżonej wersji Blue Shield (o którym pewnie większość z Was nawet nie słyszała), poprzez ciekawego mimo podobieństw do Goblinów Menace'a, a skończywszy na sprawie Tracer Killera. Nadal jest to nieprzyjemne uczucie podczas czytania, a rysunki nie do końca pasują, ale można się przy tym nieźle bawić. To oczywiście, jeśli przymkniemy oko na sprawy takie, jak: ile razy u diabła można pozywać Spider-Mana, dlaczego on ma tylko jeden kostium i zestaw sieciomiotów oraz czy każdy numer będzie się kończył jego niby aresztowaniem? Dodatkowy plus za świetną scenę z J.J.J.
Ocena: 6/10.
S_O: Nie wiem, czy pamiętacie, jak w którymś z poprzednich Pulsów omawiano Foolkillera #2. Paru redaktorów zażartowało wtedy z cliffhangera identycznego z tym z poprzedniego numeru. Ale na Boga, wtedy to przynajmniej miało jakiś sens!
Poza marnym zakończeniem jednak w miarę dobre, a w każdym razie lepsze od runu Mareczka w Wolverine. Aha - z Gugga wyłazi scenarzysta CSI.
Gamart: Niezłe czytadło, ale nic ponad to. Razi w paru miejscach naiwnością, choćby Menace, który mówi, że nie będzie się ze Spiderem cackać, a potem robi mu na klacie straszliwe cięcie w stylu "I'm so evil". Plusem jest Jackpot, która bardzo fajną postacią jest. Ale dalej to jedzie jakąś taką alternatywną rzeczywistoscią, a nie normalnym Spiderem. S-track: The Who - Magic Bus
Jaro: Poprzedni numer bardziej mi się podobał, ale w tym też nie jest źle. Po raz kolejny jesteśmy karmieni oldschoolowymi zagraniami, które *jeszcze* nie nudzą ani nie drażnią, po raz kolejny również jest na filmowy sposób efektownie, w czym niemała zasługa rysunków Salvy. Zgrabnie też wychodzi wplatanie wątków "dłuższoterminowych", jak nadajnikowy morderca czy pozew przeciwko Pajączkowi. Całość uzupełniają dobrze prowadzeni "nowi" (Jackpot, Menace, Dexter Bennet) i wypadający od nich jeszcze lepiej "starzy" (Jameson, Betty). A najlepsze jest to, że świeżość brandniudejowych numerów sprawiła, że OMD jakoś przestało mnie obchodzić. Ocena: 7/10; soundtrack: Taproot - Again and Again

Ghost Rider vol. 5 #20
Gil: Nie wiem, czy winić Aarona za to, że kiepski numer napisał, czy zrzucić wszystko na Waya za to, że mu kiepskie wątki zostawił. W każdym razie - dno. Wątek zemsty na niebiosach i dziwnych pielęgniarek ssie na całej linii. Jeśli coś jest gorsze, to rysunki w stylu "macie i odpier****** się". Żegnam się z tym tytułem prawdopodobnie na zawsze, bo ostatecznie przekonałem się, że to dno dna pod warstwą mułu. Ocena: 1/10.
Demogorgon: Nie powiem nic o warstwie fabularnej, bo poprzednich numerów nie czytałem, a więc nie wiem, czy fabuła poszła w górę, czy w dół, wspomnę wiec tylko, że była strasznie przewidywalna. Za to ostatnie strony mogą wzmiankować coś ciekawszego w przyszłych numerach. O stronie graficznej mogę powiedzieć tyle, że nie wiem, co facet dostał za te rysunki, ale ja bym mu dał dożywocie. Nie bronię mu rysować, ale za to, że ma tupet dawać takie coś do wydawania, należałby mu się porządny kopniak między nogi.
S_O: Jejku jej, czy to materiał na serię taki słaby, czy scenarzysta? Blaze jeździ dwa tygodnie po Ameryce i PRZYPADKIEM dowiaduje się o gościu, który PRZYPADKIEM był niedawno w stanie śmierci klinicznej i boi się Aniołów, a który PRZYPADKIEM leży w szpitalu, który PRZYPADKIEM jest prowadzony przez pielęgniarki PRZYPADKIEM służące nowemu wrogowi Czachy. W dodatku PRZYPADKIEM w pobliżu znajduje się nawiedzona droga. Czy to się zdarzało wcześniej u Ghost Ridera (to jest, przed Wayem)?
Za to sama postać Johnny'ego prowadzona całkiem zgrabnie.
Zgrabne nie są za to pielęgniarki, które zajmują pół numeru. Jeśli ktoś miał jakieś zbereźne fantazje dotyczące służby zdrowia, to dzięki rysunkom Boschiego się z nich wyleczy.


avalonpulse0031f.jpgBlack Panther vol. 4 #34
Gil: Bla, bla, bla, rozwałka, rozwałka, bezsensowna rozwałka, "władza dla ludu", "ukarzmy zdrajców rasy", pogadajmy z pastorem Kingiem i Malcolmem X (przerwa, aby pan Hudlin mógł wyskoczyć do łazienki), żaby, wracamy do domu. Proszę, TheNewlyAwoken - napisałem za Ciebie streszczenie. Tym razem nie było to nawet śmieszne, więc nie będzie ani kszty łaski. Dwója, panie Hudlin! Czyli oficjalnie: ocena 2/10.
Hotaru: Takiego rozwoju wydarzeń nikt się nie spodziewał. Wszyscy biali są źli (za wyjątkiem kamiennego i płonącego). Wszyscy czarni są dobrzy (za wyjątkiem jednego). Wymienienie tego, co w tym komiksie jest nie w porządku, zajęłoby więcej stronic, niż ma sam rzeczony szmatławiec. Hudlin do domu!
S_O: Nie sądziłem, że to powiem, ale spodobała mi się scena z badass Pantherem podrzynającym gardło swojej ofierze. To jednak była tylko jedna strona, na pozostałych dwudziestu Reggie postarał się, żebym za bardzo nie pamiętał, że coś mu wyszło dobrze. Na koniec Hudlin zostawił najlepsze (czyli najgorsze), czyli Malcolma X i Martina Luthera Kinga, zapowiadających państwo oparte na tolerancji, sprawiedliwości i podobnych tego typu rewolucyjnych dyrdymałach, tylko po to, żeby na następnym panelu Storm skazała "zdrajcę rasy" na śmierć bez sądu. Gratulacje, Reggie, już bardziej podkreślić własnej hipokryzji nie mogłeś. Aha - motyw złotych żab - podobnie jak wcześniej zombie - znudził się naszemu ulubionemu scenarzyście, więc płazom skończył się okres i przeniosły wszystkich na Ziemię.
TheNewlyAwoken: No to już jest po prostu żenujące. Naprawdę, wyczerpały mi się już oryginalne sformułowania, mogące opisać miernotę i bezsens, jaki prezentuje ta seria. Wszystko jest w niej tak złe, że przekracza to wszelkie możliwości wyrażenia słowami.

Marvel Comics Presents #6
S_O: Zatem po kolei - Super-CSI jakie było, takie jest nadal - średnie ze wskazaniem na słabe.
Historia z Savage Landu nadal ciekawa, unia z dawnymi wrogami nie przyniosła skutku i nasi bohaterowie zostali klasycznie-cliffhangerowo otoczeni przez tabuny wroga.
Historia z Captainem Americą w tle smutnie prawdziwa, a jednocześnie na tak wiele sposobów można ją interpretować (zapewne na część z nich autor nawet nie wpadł), że mógłbym na ten temat wygłosić referat.
Kolejna część Weapon Omega rodzi kolejne pytania - nie tylko, co się dzieje z Guardianem, ale też - co się dzieje z więźniami, jaki plan ma Gość W Durnej Muszcze... a także jak do tego wszystkiego ma się nucona przez Rachel piosenka ze Spongeboba, która już wcześniej się pojawiła. Czy Koslowski po prostu ją lubi, czy ma ona jakiś głębszy sens?


Captain Marvel vol. 5 #3
avalonpulse0031g.jpg
Gil: Skrull tu, Skrull tam, Skrulla pokażemy Wam! Chociaż numer nie wydaje się specjalnie dynamiczny, historia robi ogromny krok naprzód, gdy na światło dzienne wychodzą pomarszczone brody w otoczeniu Mar-Vella. Mało tego - on sam zostaje oskarżony o ukrywanie pomarszczonej brody! Teraz po prostu nie można przerwać czytania. Zresztą, kto by chciał przerywać, kiedy jest to dobrze napisane, dobrze narysowane i zawiera część większego eventu? W niecierpliwym oczekiwaniu na rozwiązanie, oceniam na 7/10.
Hotaru: Jestem bardzo zadowolony z tego, jak ta seria się rozwija. Nie to, żebym czytał wszystko, co Marvel wypuszcza, ale na daną chwilę to właśnie ten tytuł wydaje mi się najbardziej uderzać w tony Secret Invasion. Kto wie, jeśli ten event pójdzie w kierunku wskazanym przez Reeda, a nie przez Bendisa w jego Mścicielach, to Inwazja ma szansę uzyskać u mnie wysokie noty. Jestem naprawdę zaintrygowany i zaciekawiony tym, do czego nas to wszystko doprowadzi. Chcę jeszcze!
S_O: It's Skrulling time! Czyli z każdego kąta patrzą na nas spiczaste uszy i podbródki z przedziałkami. Sante i Jefferson prowadzą śledztwo w zeskrullowanym oddziale Kościoła Hali w LA, Mar-Vell zaczyna sobie coś przypominać i wpada w paranoję nie gorszą, niż starkowa... A to wszystko chowa się w porównaniu z ostatnią stroną, na której Cobalt Skrull oskarża Capcia o nie bycie Capciem. Kim zatem jest? Klonem? Sleeper Skrullem? Rany boskie, skoro tyle pytań kłębi mi się w głowie przy okazji jednej miniserii i jednej postaci związanej ze Skrullami, to jak musi wyglądać Secret Invasion?
Jaro: Ha. Niczego już tu nie wiadomo i to jest pikne. Kree atakujący Marva i Starka - Skrullowie, sekciarze wstrętni - Skrullowie, Marv - albo zbattlestarowany galaktycznie uśpiony Skrull, albo klon siakiś czy cuś, albo prawdziwy Marv wysłany tu przez zielonych paskudników, a teraz jeszcze wkręcany przez Skrulla w swoją nieprawdziwość... Pa-ra-no-ja, panie, w dodatku świetnie podana. Ten numer jak żaden do tej pory nastawia nas na Secret Invasion, nie mówiąc już o ogólnie dobrym jego wykonaniu (scena z rozmawiającymi Heather i dziennikarzem przebranymi za sekciarzy to taka moja osobista wisienka na torcie tego numeru). I żeby było jeszcze fajniej, rysunki Weeksa są na poziomie z pierwszego numeru. Me likes. Ocena: 8.5/10; soundtrack: Riverside - Out of Myself

Dead of Night feat. Man-Thing #1
Gil: Marvelowy horror przeżywa swój renesans od jakiegoś czasu pod szyldem imprintu MAX i muszę przyznać, że ogólnie dobrze to wygląda. W tym przypadku, dostajemy szansę przyjrzenia się początkom stworzenia zwanego Man-Thing. Jest on reliktem złotego wieku marvelowego horroru, czyli lat siedemdziesiątych, a wydawnictwo bardzo dobrze zachowuje tamten klimat. Wrażenia podczas czytania zbliżone są do oryginalnej serii Dead of Night, a przez to do horrorów klasy... chyba C. Sama historia jest dość ciekawa, bo choć nie całkiem świeża, to założę się, że nikt z Was nie czytał wcześniej jego przygód w Savage Tales, więc jest swego rodzaju nowością. Gdyby jeszcze wszystkie rysunki były utrzymane na takim poziomie, jak wstawki z Diggerem, byłoby dużo lepiej. Tak jednak nie jest i dlatego dostanie tylko 5/10.
S_O: Przyznam szczerze, że Man-Thinga znałem głównie z nielicznych gościnnych wystąpień w innych seriach i pewnego dowcipu obracającego się wokół tytułu jego serii.
Jak wypadło moje pierwsze spotkanie z marvelowskim Jożinem z Bagien? Dobrze jest! Origin Man-Thinga jest przedstawiony w bardzo ciekawy i zachęcający do czytania sposób (jako męska szowinistyczna świnia muszę dodać, że zwłaszcza te fragmenty przedstawiające narzeczoną jeszcze-nie-potwora), kreska też jest całkiem niezła - no i temat wart rozwinięcia. Tylko narracja trochę zbyt oldskulowa jak na mój gust. Nie wiem, jak wy, ale ja czytam dalej.


avalonpulse0031h.jpg Fantastic Four #554
Gil: Nie jest to co prawda McDuffie i komedia omyłek, ale mam ogromne wrażenie, że duet Millar/Hitch nie doskoczył do pokładanych w nich oczekiwań. Fabuła rozkręca się powoli, a numer wypełniają scenki rodzajowe. Jedne lepsze, inne gorsze, jeszcze inne dziwaczne (ale zgaduję, że te wakacje w czasie działy się podczas tych trzech miesięcy, kiedy nic się nie działo). Pojawiają się nowe pomysły, ale wydają się zbyt nagłe i byłoby lepiej, gdyby nie zaistniały wszystkie naraz. Generalnie czuć, że coś wisi w powietrzu, ale jeszcze jest to trochę nijakie. Hitch również średnio się postarał, bo widziałem jego rysunki o klasę lepsze, a tu jest w porywach dobrze, choć raczej poprawnie. Dajmy im szansę na rozwinięcie skrzydeł, ale na razie bez rewelacji. Ocena: 6/10.
Demogorgon: Uwaga, panie i panowie, a szczególnie osoby zainteresowane poziomem literackim serii Fantastic Four. Mamy dla was komunikat muzyczny:
NIE JEST ŹLEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!/ Millar temu winny, że DOBRZE JEEEEEEEEEEEST!/ I Hitch też jest winny.
A mówiąc nieco bardziej poważnie, to poziom serii skoczył o kilkanaście poziomów wzwyż i choć nie plasuje się tak wysoko, jak Millarowe Ultimates (które jest jakieś kilka tysięcy poziomów nad ostatnimi FF), ani Civil War (kilkaset poziomów), to ma przynajmniej jakiś, całkiem przyzwoity poziom. Millar nie patyczkuje się i na dzień dobry częstuje nas kilkoma wątkami, z których każdy może być świetny i razem mogą utworzyć prawdziwie genialną mozaikę, o ile nie schrzani czegoś tak, jak w Civil War. Jeśli chodzi o Hitcha, to podoba mi się sposób, w jaki rysuje Sue. Widać w końcu, że ta kobieta to dojrzała matka dwójki dzieci, która parę wiosen ma na karku, a mimo to jest piękna, tylko nie w stylu nawalonej nastolatki, który od tak dawna mnie wkurzał. Za to Reed i Ben wychodzą mu gorzej, a Johhny jest po prostu beznadziejny, zwłaszcza gdy płonie. No i drobna uwaga: Facet, który nakładał te kolory, odwalił fuszerkę na całej linii.
Hotaru: Nareszcie! Zapomniałem już, że komiksy z Fantastyczną Czwórką potrafią być dobre. Millar i Hitch spisali się, chociaż - jak wielu zauważyło - na razie bez rewelacji. Mi to nie przeszkadza, bo to trochę jak z filmowymi wersjami X-Men. Panowie najpierw wprowadzą nas w atmosferę, jaką chcą nadać tytułowi, przedstawią nam nowe postaci i wtedy zacznie się jazda! Jestem pozytywnie zaskoczony rysunkami Hitcha - nie należę do fanklubu, ale wnętrze jest zdecydowanie lepsze od okładki. Dawno nie cieszyłem się na kolejny numer F4.
S_O: OK, od pół roku cały świat komiksowy sikał po nogach, że "Ohmigosh, Millar i Hitch od Ultimates biorą się za Fantastycznych!" I muszę powiedzieć, że jeśli TAK wyglądały pierwsze dwie altimejtsowe serie, to nie mam pojęcia, o co było tyle szumu. Jest lepsze od bullshitu McDuffiego, ale to wszystko. Jak na razie, jest "takie se" - w porządku, ale nic więcej. No i Sue została całkowicie wykastrowana - nawet u Dwayne'a to ona w tej rodzinie nosiła spodnie, a teraz nawet nie piśnie, kiedy niespodziewanie w jej domu pojawia się byłe kochanie jej męża i zaciąga go nie wiadomo dokąd. Mark, lepiej dla ciebie, żeby to była tylko rozgrzewka.
Swoją drogą, Brain (ten od Pinky'ego) już dawno wpadł na pomysł zbudowania drugiej Ziemi. Z Papier-mâché. Przebij to, panie "Zrobiłem Captaina Americę bez skrzydełek na czapce"!
Aha - nie lubię się śmiać z "innych" ludzi, ale Johnny wygląda, jakby miał bonusowy chromosom.
TheNewlyAwoken: Kiszka, panowie! Poczynania McDuffiego chyba naprawdę obniżyły oczekiwania co do Czwórki, bo wszyscy rozpływają się nagle nad numerem, który, choć rzeczywiście kilka klas lepszy od poczynań poprzedniego scenarzysty, jest mocno średni. Torch jest dziecinny poza granice dobrego smaku, Thing się robi na Casanovę, Sue nie ma krzty charakteru, podobnie zresztą jak flegmatyczny Fantastic, dialogi są sztywne, a postaci muszą dokładnie wyjaśnić każdą sytuację, w której się znajdą, bo przecież takich rzeczy nie da się pokazać w komiksie za pomocą rysunków. Panem Claremontem mi to trąci, niestety, odrobinę. Spore rozczarowanie, choć nie tracę nadziei, że jeszcze będzie dobrze.
Gamart: Może i zachwyty były na wyrost, ale poziom podskoczył wysoko i naprawdę to się fajnie czyta. Ot tak, po prostu. Widać, że to dopiero początek i może się rozkręcić. Ciężko oceniać po jednym numerze. Co do rysunków, to już nie jest Hitch, który parę miesięcy robił działa w Ultimates, ale nadal jest to solidna kreska i może się podobać.
S-track: The Who - Let's See Action
Jaro: Tylko dość widowiskowo, dobrze i poprawnie, momentami z polotem, ale jednak (jak na taki team autorów) tych momentów jest za mało. Zanim zacząłem czytać ten numer, przez głowę przemknęła mi myśl "hej, nie szkoda trochę Millara i Hitcha zaprzęgać do FF?", a po skończonej lekturze pojawiła się druga: "uch, faktycznie szkoda". Wyglądało to tak, jakby chłopaki się męczyły z tym komiksem i mam nadzieję, że dalej będzie w FF więcej "tego czegoś", co było w Ultimates. A nadzieje na to są na całe szczęście niebezpodstawne, bo i pomysł "awaryjnego" świata nie jest zły, i Reeda koleżanka wydaje się ciekawą być, a charytatywna inicjatywa Sue też pewnie namiesza nieźle. Jednak ten numer jest tylko dość dobry, ale nic poza tym, a od millarowohitchowego dynamic duo wymaga się jednak więcej.
Ocena: 7/10; soundtrack: Faith No More - Epic


New Avengers #38 avalonpulse0031i.jpg
Gil: Bendis, Gaydos, Jess i Cage. Poczułem się, jakby Alias powrócił i jest to bardzo miłe uczucie. Odkładamy na chwilę sprawy superbohaterskie (ale niezbyt daleko), by zająć się rodzinnymi. I choć nie chcę w to wierzyć, muszę przyznać, że Jessica zachowuje się jak Skrull, ktory zwęszył okazję, by zniszczyć zbyt podejrzliwego Cage'a. Do tego, bardzo dobry gościnny występ Mighty Avengers, rzucający cień podejrzenia na Black Widow. I wreszcie zabawne momenty w Avengers Appartament z Pajęczakiem w klasycznym kostiumie. Świetna całość, zasługująca na ocenę: 8/10.
Demogorgon: Numer, który od początku przywodził na myśl Alias, bardzo dobrze poprowadzony i narysowany, czegóż chcieć więcej? No tak, Bendis lubi zaserwować mocno przyprawione potrawy, więc dodaje Infiltrację. Powalają mnie też teksty z tego numeru, wśród których przodują początek telefonicznej rozmowy Luke'a i Jessicki oraz nabijanie się z Leadera. Mam nadzieję, że Secret Invasion będzie na tym samym poziomie.
Hotaru: Wytłumaczę się, że sięgnąłem po ten tytuł po dość dobrym Annualu, a tu taki klopsik - kto by się spodziewał, że Bendis powróci do marnego poziomu poprzednich odsłon. Numer przegadany, i to powtarzanie tego samego na różne sposoby. Hinty co do tożsamości Skrullów żałośnie oczywiste i bezcelowe, bo w obecnym stadium wszystko może się jeszcze obrócic o 180 stopni. A rysunki tak szkaradne, że podejrzewam artystę o artretyzm. Lepiej niech Bendis się postara przy samej Secret Invasion, bo patrząc na prace jego artystów, na pewno nie będę tego czytał dla rysunków.
S_O: Gee, gdyby nie brak przekleństw, pomyślałbym, że czytam Alias. Jest dobrze, nie ma zbyt wiele akcji, jest za to dużo dobrych rozmów, New dostają nowe lokum, Mighty dowiadują się o Skrullach (a w każdym razie, że jest coś o Skrullach), Skrull w Mighty dowiaduje się, że New się dowiedzieli (pozdro, Nat!)... Dooobrze jest!
A Ares powinien założyć helpline dla małżeństw z problemami :D
TheNewlyAwoken: Bla, bla, bla, bla! Numer przegadany, przenudzony i przeciągnięty kompletnie niepotrzebnie. Te same wydarzenia można by zmieścić w połowie objętości tego numeru, a i tak niewiele by straciły, może oprócz elementu nużącej stagnacji. Pomijając jednak kiepską kompozycję muszę przyznać, że historia się rozwija, and Natasha is SO a Skrull. Tylko Ares taki... dziwaczny jakiś.
Gamart: Cudny numer, Bendis robi to, co umie najlepiej, czyli wstawia do komiksu świetne dialogi. Więc co fajnego w tym bonusowym numerze Alias? Mamy Jess, która całkiem logicznie buntuje sie przeciwko mężowi i pokazuje wyraźnie, że z niego to jednak pipka jest, która nie lubi przegrywać. Poświęcić swoje małżeństwo dla czegoś, o co teraz już nawet nie ma sensu walczyć, bo sam Cap zrozumiał, że to naiwne było? Wstydź się, Luke. Sceny z Mighty i tytułowymi bardzo fajne, szczególnie przednie żarty z poprzedniego właściciela apartamentu. Rysunki Gaydosa, jak zawsze pasujące do takiej rozmownej fabuły, i znowu mamy najlepiej rysowanego Cage'a od czasów Alias. Na koniec jeszcze perła numeru, czyli jak zawsze, piękny występ Aresa, który odzywa się rzadko, ale jak na razie wszystko, co powie, staje się klasyką. Tym razem dowiadujemy się, jak powinno się postępować z kobietami :)
S-track: The Who - Anyway, Anyhow, Anywhere
Jaro: Aliaaaaaas wrócił, i fajnie wrócił. Oczywiście brakuje trochę wszechbluzgania Jess, ale rysunki Gaydosa i tak to wynagradzają. Sam numer to właściwie tylko konfrontacja idealistycznego Cage'a z jego praktycznie myślącą małżonką i wyszło to świetnie. Więcej - zarejestrowani Avengers w NA też prezentują się jakby lepiej, niż w swoim własnym tytule (taki Ares prawie skradł numer na tych paru kadrach, najpierw machając swoją mordą do dzieciaka, a potem wygłaszając swoje mądrości). A, i Natasza potężno- i nowomścicielska coś skrullowo się zachowuje, co jednak nie pasuje mi do Nataszy kapitanoamerykowej, ale całe szczęście Bendis i Bru są od tego, żeby to jakoś zręcznie rozegrać. Ocena: 8,5/10; soundtrack: Guano Apes - Too Close to Leave

avalonpulse0031j.jpg Nova Annual #1
Gil: Jak to z Annualami bywa, także ten można by sobie darować bez uszczerbku dla ciągłości serii... ale czemu ktoś miałby to robić, skoro jest jej świetnym uzupełnieniem? Nie pojawia się wprawdzie nic nowego, poza faktem ostatecznego dotarcia na Kvch, ale czytelnik dostaje szanse spojrzenia na początki Novy i dość intrygującą wizję przyszłości, przez pryzmat walki z infekcją. Wszystko to składa sie dość zgrabnie w całość i pasuje do ostatnich wydarzeń, więc jest całkiem wartościowym dodatkiem. Tercet rysowników również nieźle sobie radzi. Lektura ustępuje nieco poziomem serii, ale i tak jest dobrze. W pełni zasłużone 6/10.
S_O: Wycieczka w przeszłość, wycieczka w przyszłość - w sumie całkiem ciekawe i dobrze napisane - tak samo trochę podrasowany i sphalanxowany origin, jak i wizja sphalanxowanej przyszłości, a także teraźniejszość, czyli walka z przyjmującym ludzki wygląd wirusem (OK, to jest akurat trochę słabsze). Czytać nie trzeba, ale czemu niby nie, skoro jest dobre?
Jaro: Dobrze, chociaż to jednak nie to samo, co regularna seria. Ale widać, że DnA warsztat mają świetny, bo flashbacki komponują się z flashforwardami idealnie. Plus należy się też za wykorzystanie tego annuala, żeby przybliżyć w przystępnej formie początki Richarda takim Nova-świeżakom, jak chociażby ja sam. Rysunki też dobre i spójne, pomimo różnych rąk trzymających ołówek. Jeszcze jedna fajna sprawa: sfalangizowani ziemscy bohaterowie we flashforwardzie są tacy, jakimi musiał ich zapamiętać Richard (np. Cap - Rogers). Ogólnie - pozytywnie.
Ocena: 7/10; soundtrack: Gojira - World to Come


New Exiles #2
Gil: Nie miałem tego w planach, ale coś mnie podkusiło i... okazuje się, że trwa tydzień wykreślania tytułów z mojej listy na dobre. Sponsorem numeru jest hasło: ridiculous. Nie chodzi nawet o to, że ci nowi Exiles wypadają jak banda wymoczków, a najpotężniejszą z nich jest Psylocke. Nie chodzi o to, że nowi przeciwnicy mają wyjątkowo głupie pseudonimy, przedstawiają się na dzień dobry i gadają od rzeczy w czasie walki. Chodzi przede wszystkim o to, że nieszczęsna Rogue zostaje uratowana przez Gambita... który udaje Namora... będąc synem Sue Richards i Black Panthera... który też udaje Namora. Jak już mówiłem: ri-di-cu-lous. Niemniej, ciekawi mnie, czy Claremont odważy się zrobić z Panthera tego złego, bo jeśli tak, to chyba Hudlin go zabije. Nowe słówko: hilarious. Rysunki miejscami niezłe, więc ocena: 2/10.
S_O: Zaraz, bo muszę sobie to rozpisać. Rogue spotyka Remy'ego/Gambita, który mówi z nowoorleańskim akcentem, ma atlantydzko spiczaste uszy i jest synem Sue Storm i Namora, który jest murzynem i zapewne Black Pantherem. Ooookeeey...
A tymczasem reszta drużyny walczy z grupką bad guy'ów, przy czym Sabretooth - wielki i zły brutal, który przeżył dwadzieścia lat w Erze Apocalypse'a - daje się podejść jak dziecko, a potężna telekinetka Psylocke walczy z "długodystansowcem" (albo blasterem, jak wolicie) przy użyciu wschodnich sztuk walki (i pokonuje go). Ooookeeey vol. 2.
Przynajmniej ktoś zmienił Creedowi jego super-strój - czyli super-T-shirt, super-dżinsy i super-kalosze - na coś innego. Nie lepszego czy zapewniającego lepszą ochronę, ale przynajmniej coś innego.


Wolverine vol. 3 #62
avalonpulse0031k.jpg
Gil: Jeśli ktoś miał nadzieję, że wreszcie da się ten tytuł czytać... był bliski prawdy. Czytać owszem da się, ale wrażenia są średnie. Poprzestawiana chronologicznie fabuła może czytelnika zgubić, a jej posady są dosyć chwiejne, więc ogranicza się zwyczajnie do zabawy w kotka i myszkę. Dość intrygujące są jednak flashbacki z Loganem i Raven na dzikim zachodzie, więc jedynym powodem, by czytać dalej, jest dla mnie chęć zbadania tego wątku. Rysunki Garneya nigdy mi się specjalnie nie podobały, a tym razem na domiar złego próbuje ściągać z Romity młodszego, więc mówię mu: a fuj! Ocena: 5/10.
S_O: Nieprawdopodobne, ale prawdziwe. Wielu ludzi wierzyło w nastanie tego dnia, ale nikt nie sądził, że stanie się to za naszego życia.
Wolverine ma dobrego scenarzystę.
A jak to wygląda? Bardzo dobrze - żadnych aniołów śmierci, żadnych starożytnych furrych, tylko sześć pazurów i dwie osoby po obu ich końcach. A że w tym przypadku ofiara też jest doświadczonym łowcą, nie może być źle (właściwie to może - patrz najnowszy Wolverine Origins - ale cicho-sza). I nie jest. Już na dzień dobry Raven wrabia Logana w starcie z uzbrojonymi po zęby Arabami (co jest jedynym minusem tego numeru - Aaron jedzie na stereotypie, że każdy Irakijczyk/Afgan ma w swojej lepiance naręcza kałasznikowów i wszelkiego innego sprzętu do robienia bliźnim kuku), a to - wnosząc po naprawdę złym uśmiechu - dopiero początek.
TheNewlyAwoken: Skusiłem się, owszem, i nie żałuję. Nie jest jakoś wybitnie, ale zgrabnie, z sensem i ciekawie. Co prawda nie do końca zrozumiałem od razu, o co chodziło w ostatniej scenie, ale jak już przerdzewiałe zębatki w moim mózgu, skrzecząc, ruszyły z miejsca, to doceniłem pomysł. Może zacznę czytać.
Jaro: Przyzwoicie, porządnie, z sensem, czyli Romulusa niet, aniołów śmierci niet, nadmiaru kłaków niet. Bardzo spodobał mi się pomysł eksplorowania przeszłości Wolviego i Raven (swoją drogą, dobrze, że nie wziął się za to Way w swojej prywatnej piaskownicy), Aaronowi wyszła też zmyła na początku numeru. I żeby było jeszcze lepiej, garneyowe ołówki tu chyba lepiej zastrugane były, niż w TASM. No, da się to czytać w oczekiwaniu na futurystyczny western Millara i McNivena.
Ocena: 7/10; soundtrack: The Seatbelts - Spokey Dokey
sCaRy:
To, co rzuca się od razu w oczy, to Garney w formie - nazwałbym go takim bardziej przystępnym Romitą. Historia typowo Wolverine'owa - ot, czytadełko rozrywkowe, na szczęście bez specjalnych baboli i bzdur, jak to drzewiej bywało, więc na plus.
MrG:
Nawet fajnie się czyta. Garney w formie, rysunki całkiem przyzwoite. Tylko nadal słabo wytłumaczone, czemu to akurat za Mystique ma się uganiać Logan. Tak jakby Sunfire, Exodus, Omega Sentinel/Malice czy Gambit namieszali mniej. Swoją drogą - czyżby Wolvie miał wybić wszystkich Careyowych X-Men? Załatwił już Creeda, Lady M. Do Nathana też mu dużo nie brakowało. Teraz Raven. Cannonball i Iceman powinni czujnie spać...

Punisher: Force of Nature
Gil: Postanowiłem zerknąć, jak się dowiedziałem, że pisze to Swierczynski, żeby mieć jakiś pogląd na jego styl przed Cablem. I muszę przyznać, że wypadło to całkiem nieźle. Potrafił zbudować ciekawą akcję na tratwie ratunkowej z udziałem trzech clownów i Punisherem w tle. Jest kilka ciekawych rozwiązań i zaskakujący mimo okładki motyw z wielorybem. Czyta się dobrze, wygląda też dobrze. Jak na one-shot to naprawdę wyjątkowo dobry komiks, ale dam mu nie więcej jak solidne 6/10.
S_O: Mój pierwszy Punisher z imprintu MAX, I'm so excited!
I jest całkiem dobrze - Frank nie lata z gnatem, dziurawiąc złych ludzi (sam nie wiem, skąd mi się wziął ten stereotyp), ale używa głowy, podsłuchu, artykułu o rozbitkach i garści wadliwych sprzętów znajdujących się zwykle na tratwie, by wyciągnąć zeznania z trzech drobnych przestępców współpracujących z ruską mafią. Przy czym przewidział wszystko, oprócz walnięcia w walenia (sorry, musiałem to napisać). Greenpeace cię dorwie, zbóju!
Gamart: Dobre. Franky zrobił złych na mokro i paranoicy nie wytrzymali, po prostu fajnie to napisane jest. Ok, scena z waleniem w pierwszej chwili sprawiła takie "8O" na mojej twarzy.
Klimat całkiem ciekawy i warto zobaczyć. Wyraźnie im Scofielda na tym pontoniku brakowało.
S-track: The Who - Squeeze Box


avalonpulse0031l.jpgX-Factor vol. 3 #28
Hotaru: Peter David w końcu pisze to, na co ma ochotę, a nie, co każą mu pisać redaktorzy - i to widać. Numer czyta się świetnie, interakcje pomiędzy postaciami - jak zwykle - genialne, a na dokładkę wszystko jest osadzone w większym continuity Divided we stand. Świetnie, że nie zapomina się o Layli i że chociaż tutaj Rahne nie została potraktowana po macoszemu, jak w X-Force. Rysunki Pablo Raimondiego wyjątkowo dobre - widać, że chwila oddechu, jakiej zaczerpnął podczas Messiah CompleX, dodała mu pary (czyli jednak ten crossover zdziałał COŚ dobrego dla tego tytułu).
Gil: X-Factor wracają wreszcie do siebie po kompleksowej przerwie. Trochę to jeszcze rozchwiane się wydaje, ale szybko można się wciągnąć, bo już na pierwszej stronie dostajemy w głowę rewelacją, a dalej wydarzenia toczą się lawinowo. I tak ktoś o tym wspomni, więc nie ma co ukrywać: Madrox i Terry będą mieli dzidziusia. Oj, skomplikowane to będzie... Drugi wyraźniejszy wątek to odejście Rahne, które wypada średnio - zupełnie, jakby PAD wcale nie chciał jej oddawać. No i w końcu mocna, rzucająca się w oczy rzecz - nieobecność Layli. Mówi się o niej dużo, wiec jest jakby obecna duchem, ale jeden numer bez "I know stuff" uświadamia ponad wszelką wątpliwość, jak ważną jest postacią. Cóż, trzeba będzie poczekać. Poza tym, albo mi się wydaje, albo pan Raimondi spuścił nieco z tonu, bo kiedyś rysował lepiej. Chociaż korci mnie, by dać więcej, zachowawczo ocenię na: 7/10.
S_O: X-Factor, jak zwykle, trzyma wysoki poziom. Wreszcie dowiadujemy się, kto jest właścicielką testu ciążowego, Rictor i Jamie wyładowują złość na nieznajomych, Monet niszczy iPhony, Theresa postanawia donieść ciążę (o mój Boże, wrzeszczące I duplikujące się dziecko, czy może być coś gorszego?), Guido stara się być zabawny, a Rahne odchodzi. Aha - i Arcade wykupuje całe Mutant Town, na razie incognito, ale kto czytał zapowiedzi, już może zgadywać, co się stanie z byłą Dzielnicą X.
TheNewlyAwoken: Kolejny w tym tygodniu przegadany numer - co się dzieje!?! Chociaż przyznaję: jak na przegadany, to całkiem nieźle. Zapowiada się klimat lekkiej psychozy, jaki gdzieś uleciał podczas MC i mam nadzieję, że ta atmosfera niepewności i delikatnej paranoi będzie już tylko gęstniała z numeru na numer.
Jaro: Kompleksy się skończyły i wszystko wraca do normy... ale jedynie, jeśli chodzi o styl pisania PADa. Nad wszystko inne w numerze wybija się odejście Rahne, przy okazji zgrabnie częściowo uzasadnione przez wizję przyszłości, jaką miała. Wybija się też frustracja Madroksa z powodu ostatnich wydarzeń (przy okazji też logiczne jest ukrywanie tatuażu, na co nie każdy scenarzysta pewnie by wpadł), fajnie wypadają pogaduchy Monet i Siryn (której spowiedź na początku numeru też jest świetna), a jedyny brak to "brak świadomy" - teraz dopiero widać, jak wiele dla X-Factor znaczyła Layla Miller. Ocena: 8/10; soundtrack: Isis - 1000 Shards

Punisher: War Journal vol. 2 #16
Gil: Gdyby nie fatalne rysunki (co w porównaniu z poprzednimi wiele znaczy), byłby to naprawdę dobry i zabawny numer. Fraction nadal odstawia komedię, która pasuje do moich odczuć wobec postaci Punishera, więc kupuję to. Tym razem na pierwszy plan wysuwa się udręczony Martin Gibbon i jego nie do końca zrównoważona narzeczona, a Franek odgrywa rolę epizodyczną. Śmieszne to jest, więc polecam, ale nie mogę ocenić wyżej niż na: 5/10.
S_O: W tym numerze skupiamy się nie na Franku, ale na Gibbonie, który razem z innymi przeżył wysadzenie baru podczas stypy po Stilt-Manie i nawet wyhaczył panienkę. I gdyby nie kreska Chaykina (już teraz go nominuję do grudniowych Annihilusów), czytałoby się całkiem przyjemnie - pisane pół żartem, pół serio, podobnie jak historia z Kravenem, tylko, no, wiecie. Bez Kravena.

Ultimate Iron Man II #3
Hotaru: Przy tym numerze trochę moja cierpliwość została wystawiona na próbę. Czekam i czekam, aż Card w końcu ruszy z kopyta, ale to się robi nużące. Bo chociaż komiks jest w porządku, to nastawiłem się na coś lepszego i trzeci numer z rzędu tego nie dostaję. Być może najwyższa pora zweryfikować swe oczekiwania, ale przecież wiem, że OSC stać na o wiele więcej.


X-Force vol. 3 #1
avalonpulse0031m.jpg
Gil: Jedni spodziewali się fajerwerków, inni spektakularnej klapy, a tymczasem dostaliśmy po prostu kolejny x-tytuł na poziomie lekko powyżej średniego (co wydaje się być wspólną cechą postkompleksowuch iksów). Podstawy fabularne nie wydają się zbyt solidne. Są raczej takie "na razie musi wystarczyć, a później nikt nie będzie pytał". Dialogi i motywacja członków grupy bywają lepsze albo gorsze, ale jakoś się kleją do kupy. Założenie serii, czyli przekroczenie granic X-Men zostało wykonane, ale jakoś nie powiedziałem sobie: "Łoboże! Zabili tego gościa!" I nie zemdlałem z wrażenia. Cliffhangera oczywiście nie kupuję, ale za to przywrócenie Bastiona może być interesujące na dłuższą metę. Pozostaje tylko pytanie: gdzie zniknęła Hep? Jeśli chodzi o rysunki, to z Crainem jest ten problem, że większość kadrów jest niewyraźna, albo za ciemna, ale rekompensuje to niezłymi zbliżeniami i różnymi perełkami, więc ogólnie jest dobrze. Ocena: 7/10.
Hotaru: Pisząc o tym tytule, wypada zacząć od rysunków - są naprawdę, naprawdę dobre! Mam wielką nadzieję, że nie jest to pokazówka na pierwszy numer i że potem ich poziom nie spadnie. Co się tyczy fabuły, to generalnie jest ok, bez ochów i achów, średnio dobrze. Co jest jednak złe, to przedstawienie postaci - jak można było ich tak bardzo skopać? O Rahne nie ma praktycznie nic, ot, robi za tapetę. Logan zachowuje się, jakby dzień wcześniej gotowano mu jaja w wodzie królewskiej, Summers za to zaraził się w tym rejonie mutacją Rasputina, bo nagle urosły mu balls of steel. Pupilka scenarzystów - X-23 - też nie została potraktowana ŻADNĄ charakteryzacją (bo trudno tak nazwać to, że zna się na mordowaniu) i w końcu jedynie motywy Warpatha zostały jakoś przedstawione. Kiepsko.
S_O: All killing squad jak na razie prezentuje się całkiem nieźle, tak pod względem fabularnym, jak i graficznym. Dobrze przedstawiony pragnący zemsty Proudstar, równie dobrze prowadzony moralizator-Logan (gość w końcu dowodzi zespołem ludzi, którzy w końcu staną się nim), świetnie napisana Laura (ale czego się spodziewać po jej twórcach?). Niezły pomysł z odkopaniem Bastiona, co baaardzo zachęca do kontynuowania przygody z X-Force, choćby po to, żeby zobaczyć, jak kilka osób, które mają broń sieczną, poradzi sobie z robotem z przyszłości. Tylko cliffhanger średni - bo kto uwierzy, że Rahne została postrzelona? (Osobiście stawiam na piątego członka drużyny)
Aha - i Rahne przychodzi. Podkreślam, bo może ktoś nie zauważył. Swoją drogą, ona jedna na razie nie została w interesujący sposób przedstawiona, ale od czego jest drugi numer?
TheNewlyAwoken: Naprawdę, szczerze i całym sercem myślałem, że będzie dobrze. W pewnych momentach nawet, że będzie bardzo dobrze. Aż do samego końca. I wtedy na ostatniej stronie panowie scenarzyści strzelili sobie w metaforyczną nogę. Jeśli takie mają być cliffhangery w tej serii, to ja poczekam na resztę numerów i przeczytam jednym ciągiem, żeby nie musieć zbyt długo udawać fałszywej ekscytacji.
Jaro: Elementy, na których łatwo można było położyć serię już na starcie - motywacja Warpatha i Laury, wątpliwości i ostrzeżenia Logana, zdecydowanie Cyke'a, zagrożenie ze strony Purifiers - trzymają się kupy, więc nie jest źle. Rahne jest trochę z boku, tak jakby uznano, że wystarczająco dużo na ten tydzień było jej w X-Factor. Bardzo podoba mi się przywrócenie do gry Bastiona, przez co mamy już pewność, że X-Force Logana nie będzie tylko zarzynało setki płotek. Całość z małymi wyjątkami świetnie narysowana przez Craina. Ocena: 7/10; soundtrack: Slayer - God Send Death
CrissCross: Jak na pierwszy numer, to całkiem nieźle. Nie ma może rewelacji, ale od czegoś trzeba zacząć. Pomysł z powrotem Bastiona ciekawy, acz ryzykowny, bo teraz trzeba to dobrze poprowadzić. Rysunki również niezłe. Nie jest to wprawdzie mój ulubiony styl, ale i tak jest nieźle. Tak napradwę przyczepiłbym się jedynie do Cyclopsa, który jest rysowany jak jakieś chucherko (męska wersja Paris Hilton :D). Scott nie był nigdy osiłkiem, ale przecież jest w miarę wysportowany, a tu wygląda fatalnie. Ocena całościowa pozytywna.



Okładki tygodnia

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

 

Hit tygodnia:

avalonpulse0031a.jpgDead of Night feat. Man-Thing #1

Autor:
Kaare Andrews

Lex: Zabawne nawiązanie do stylu rysowania okładek sprzed kilkudziesięciu lat. Stopka z tytułem zajmująca 1/3 strony; po lewej old-schoolowe kółeczka z podobiznami wybranych postaci i jeszcze cena, która jest wspomnieniem po czasach, gdy wartość komiksu mierzona była w centach. Sam Man-Thing wygląda całkiem nieźle, a całość z pewnością wyróżnia się spośród dziesiątek standardowych ilustracji.



avalonpulse0031b.jpgMarvel Comics Presents #6

Autor: Dave Wilkins

Gamart: Uwielbiam pomysłowe okładki. Nie muszą być nawet piękne, jeśli tylko pomysł jest ciekawy. Tym razem mamy świetny pomysł i dobrą kreskę. Okładka w stylu starego plakatu z czasów II Wojny Światowej tworzy niezwykły klimat. Pognieciona, pożółkła, przedstawia majestatycznego i napakowanego Captaina na tle ładnie komponującego się z całością nocnego nieba. Zaskakuje również ilość szczegółów w wyposażeniu Steve'a i świetnie nałożone kolory. Takie coś po prostu zachęca do kupna i mam nadzieję, że wyjdzie w formie plakatu.



avalonpulse0031c.jpgX-Force vol. 3 #1

Autor: Clayton Crain

Hotaru: Pan Crain jest dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Nieczęsto się zdarza, by rysunki wewnątrz numeru dorównywały dopieszczonej okładce - często bywa, że zachęcony piękną okładką czytelnik kupuje numer, tylko po to, by po powrocie do domu i otwarciu komiksu znaleźć wewnątrz szkaradne bazgroły (ekhem, New Avengers rings any bells?). Cóż, nie w tym przypadku, bo to jest właśnie chlubny wyjątek od reguły. Sama okładka jest dynamiczna, z mnóstwem detali, i przepięknie wycieniowana. Jeśli ktoś kupi X-Force #1 ze względu na okładkę, na pewno po otwarciu numeru nie dozna zawodu.

Gniot tygodnia:
avalonpulse0031d.jpgX-Force vol. 3 #1

Autor: Bryan Hitch

Hotaru: Dziwna to sytuacja, kiedy jeden komiks ma zarazem najlepszą, jak i najgorszą okładkę. A ta jest naprawdę szkaradna - twarze postaci są kosmicznie powykrzywiane, jakby wykonane były z wosku, po czym zostawione na pustyni. Brak jest spójności, odnoszę wrażenie, że każda z postaci została narysowana osobno, a potem wklejona na chybił-trafił. Oświetlenie jest tak amatorskie, że mógłbym osiągnąć podobny efekt w MS Paint. O tle nie wspomnę, bo nie ma o czym.






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2008.02.13



Redaktor prowadzący: Lex
Korektor: S_O
Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.