Avalon » Publicystyka » Artykuł

Durne, nieciekawe i dziwnie znajome to wszystko - komentarz do Civil War II #5


Za nami kolejna część Civil War II, od której premiery minął już jakiś czas, tak więc nadszedł czas na kolejny rozdział felietonu-komentarza Dartha, który nie szczędzi wysiłków, w obrzydzeniu wam największego wydarzenia Marvela tego roku. Nie żeby seria sama w sobie, nie dostarczała wystarczająco dużo powodów czytelnikom, aby osiągnęli ten stan, poprzez zaprezentowane w niej rozwiązania fabularne i inne kwestie, które wspominałem przy okazji poprzednich swoich tekstów. A ponieważ jesteśmy praktycznie na półmetku historii, postanowiłem zrobić czytelnikom przysługę i streścić najważniejsze rzeczy, które wydarzyły się do tej pory. Tak więc, poprzednio w Civil War II: Nowy Inhuman Ulysses, okazał się mieć zdolność przepowiadania przyszłości i szybko znalazł się w centrum zainteresowania środowiska herosów, choć nie zaprezentował niczego, co wyróżniałoby go pozytywnie, na tle wielu innych przepowiadaczy z dawnych lat. Tony Stark i Carol Danvers zachowują się jak para idiotów, którzy uparcie popierają swoje tezy "użyć" lub"nie użyć", kompletnie ignorując argumenty strony przeciwnej i nie starając się wypracować jakiegoś porozumienia w tej sprawie, olewając istotne kwestię problemów, jakie wiążą się z ich poglądem na tą sprawę. Po tym jak Iron Man przeprowadził na Ulyssesie eksperymenty, które można śmiało zakwalifikować jako tortury, wyszło na jaw, że moce wróżbity opierają się na gromadzeniu danych i polegają bardziej na obliczaniu na ich podstawie, prawdopodobnej wersji przyszłych wydarzeń, bez możliwości dokładnej weryfikacji, jak duża jest szansa na ich wystąpienie. Zdarzyło się, że Carol złapała jakąś osobę podejrzaną o terroryzm, ale ponieważ tym razem nie ma żadnych dowodów na jej działalność terrorystyczną, postanawia ją potrzymać w areszcie aż się znajdą lub zwyczajnie się przyzna do zarzutów. A Stark zebrał off-panelowo swoich zwolenników i wybrał się do Triskelonu, aby zakończyć spór z Carol za pomocą prymitywnej siły fizycznej. Ponadto James Rhodes i Bruce Banner w międzyczasie sobie umarli w imię lepszej sprawy, jakim było zwiększenie ważności tej serii, poprzez uśmiercenie paru istotnych postaci. Zdarzało się też kilka innych głupich rzeczy, które nie wydają mi się na tyle istotne, aby je wspomnieć w tym momencie. No to skoro już nawet osoby nie będę pewne jak wygląda sytuacja, otrzymały już swoje wprowadzenie, przejdźmy do spoilerowego przeglądu zawartości piątego numeru serii. 

Walka, walka, walka po kres? 



Komiks zaczyna się od...... jakiejś pary turystów, którzy latają sobie helikopterem wycieczkowym w okolicach Statuy Wolności, narzekających że nie zobaczą super-herosów. To nie ma żadnego wpływu na samą historię i służy za wstęp do marnej puenty, która w zamiarze miała być zabawna, kiedy Drax przelatuje obok nich. Zwłaszcza że jest mocno dyskusyjna, albowiem jakoś nie wydaje mi się, że zielony kosmita pokryty tatuażami, jest powszechnie znany na Ziemi jako heros. Tego typu rzeczy jest znacznie więcej i zwracam na to uwagę tylko dlatego, że jakieś 80 procent tego komiksu, skupia się na samej walce i odzywkach między walczącymi, przez co nie bardzo dostaje materiał, aby dokonać do głębszej analizy jakiejś istotniejszej kwestii następującej w komiksie. Mógłbym w sumie teraz skupić się na chwaleniu rysownika za wykonana pracę nad tym komiksem, albowiem jego pracę trzymają naprawdę dobry poziom. Z drugiej jednak strony, to by było koniec końców dość nudne, dlatego poświęcę tą cześć mego komentarza, na tym co wychodzi mi najlepiej. Czepianiu się pojedynczych i nie mających większego znaczenia dla ogółu scenek, które skutecznie ukazują Bendisa, jako osobę której nie chce się nawet pisać sensownych dialogów między postaciami. Jeśli nie jesteście zainteresowani tego typu rzeczami, to zaznaczam iż możecie pominąć ten akapit i przejść do kolejnego, gdzie już zostaną omówione rzeczy bardziej istotne. A ci wszyscy którzy podejmą wyzwania, wytrzymania kolejnej dawki moich wypocin, zapraszam do dalszej lektury poniżej. 

Tony i Carol walczą, oczywiście wykłócając się o to, któremu z nich bardziej odbiło przez ostatnie wydarzenia. Nie no serio, Stark krzyczy do Carol ze straciła rozum, natomiast ta uważa, iż Tony działa jak jakiś maniak. W sumie nic ciekawego, tylko kolejne świadectwo tego, że z tymi dwoma za przywódców, obie strony nigdy nie dojdą do porozumienia. A przynajmniej w tym komiksie. Dalej jest nic nie wnosząca rozmówka między Strangem, a X-Men. Potem mamy marny dialog, w którym Blue Marvel stwierdza, iż posiadając doktorat czy tam inny tytuł naukowy, świadczy o tym, że to raczej On wybrał właściwą stronę. Blue Marvel uważa, że jego wykształcenie sprawia, iż to jego wybór strony w tym konflikcie jest właściwy. Logiczne, bo jak dobrze wiemy, ludzie z wykształceniem nie mogą się mylić. To ma prowadzić do kolejnej scenki, która w zamiarze ma być zabawna, ale nie jest. Ponadto, zastanawiam się czy gdyby nie zastąpiono w tej scenie Blue Marvela, kimś o "bielszej" karnacji skóry, to cała ta sekwencja nie wyszłaby trochę rasistowsko. Pomyślcie o tym. Biały człowiek, uważający się za lepszego i mądrzejszego od ciemnoskórego, ponieważ ma wyższe wykształcenie od niego. No, ale porzućmy tą "co by było gdyby" scenerie i wróćmy do tego, co dzieje się w komiksie. Nadal się biją, telewizja już wie o wszystkim i transmituje całe to wydarzenie, jednocześnie spekulując co się dzieje min. sugerując iż może chodzić o werdykt w sprawie Hulka. Wiecie co? To w zasadzie jest nawet dobry powód, aby co poniektórzy herosi, stracili wiarę w amerykańską sprawiedliwość i zaczęli podejmować stanowcze kroki wobec nich. Jak się nad tym zastanowić, władze amerykańskie w wielu przypadkach wydawały się aktywnie działać przeciw super-herosom. Kiedy wydawało się że Black Widow przypadkiem zabiła Scorpiona, próbującego zamordować ją i Daredevila, trafiła pod sąd, który próbował wydać na nią wyrok skazujący za zabójstwo z zimną krwią(ostatecznie okazało się, ze to był robot). White Tiger został uznany winnym morderstwa którego nie popełnił, z powodu niechęci ławy przysięgłych do super-herosów. Kiedy odkryto tożsamość Daredevila, agencje rządowe i policyjne zaangażowały masowe siły, byle tylko zamknąć za kratami człowieka, który w zasadzie nie popełnił żadnej zbrodni. I nawet nie każcie mi zaczynać ze Spider-Manem i Anti-Spider Squad, powołanym w światle prawa do schwytania Spider-Mana przez ówczesnego burmistrza JJJ. Biorąc pod uwagę, jeszcze inne przypadki tego typu oraz tendencji do wydawania dość łagodnych wyroków przez sądy dla masowych morderców pokroju Carnagea, Nitro oraz Count Nefarii, czy byłoby takim zaskoczeniem, gdyby dla niektórych herosów, wyrok w sprawie zabójstwa Brucea Bannera, nie byłby kroplą która przelała czarę goryczy? Utwierdzi ich w przekonaniu, że amerykańskie prawo, będzie zawsze nadzwyczaj surowe wobec ich działalności, chyba że w grę będzie wchodziło zabicie przez nich któregoś ze swoich? Ale znowu wchodzę w "co by było gdyby" scenerię, a miałem się rozwodzić o pierdołach, więc wróćmy na właściwy tor. 

No więc mamy kolejną nieciekawą scenkę z Falconem i Magik, która miała być chyba zabawna, ale poległem przy próbie znalezienia w niej momentu, gdzie powinienem się uśmiechnąć. Potem jest Rocket Raccoon który...... zaraz w kogo on strzela? Przyjrzyjmy się temu kadrowi. Mamy w tle jakieś osoby które oberwały z pocisków laserowych oraz smugę dymu którą zdaje się pozostawił po sobie rakietowy plecak gadatliwego szopa. A jego bron generuje wiązki, które są takie same jak te, które trafiły te osoby z tyłu. Wiele wskazuje na to, iż Rocket Raccon strzelił właśnie w tych gości za nim. Tyle że wyglądają oni tak samo jak agenci SHIELD, których Cyclops zdjął w małej liczbie, jakieś parę kadrów temu. A przypominam, że Rocket i SHIELD są po tej samej stronie. Wychodzi więc na to, iż szop tak bardzo zaangażował się w strzelanie, że zapomniał kto jest jego sojusznikiem w tej batalii. To jest nawet zabawne, jeśli moja interpretacja tej sceny jest właściwe, nie uważacie? Wracając do walki, Miles załatwia na chwile Rocketa i Venoma (nie ma to w sumie znaczenia), a Stark chce pogadać ze Star-Lordem o zmianie frontu (też do niczego to nie prowadzi). Ale wtedy dochodzi do prawdopodobnie największej tragedii tego eventu. Statek Guardians zostaje zniszczony przez Visiona! Nieeeee! Takiego dramatu nikt się nie spodziewał. Jak mogliście zniszczyć niczemu nie winny statek kosmiczny, który zapewne ma nazwę, ale w zasadzie nikogo to nie obchodzi, bo to zwykły statek? Prawdziwe okropieństwo wojny, powiadam wam. Przy okazji, scena jego rozwalenia, jest dziwne podobna, do dużo lepszej sceny zestrzelenia War Machina przez Visiona, w dużo lepszym Civil War. No, ale odtworzenie jej w tym komiksie było niemożliwe, bo Rhody tak jakby już nie żyje. Cóż poradzić? Potem jeszcze wpadają Inhumans, którym zajęło to więcej czasu niż myślałem, a ich jedyny udział w tym starciu, to pomoc w obiciu Iron Mana. I w sumie tyle z tej bardzo ładnie narysowanej walki, ale marnie ukazanej pod względem choreografii i napisanej relacji między herosami. Ale spokojnie, Bendis jeszcze będzie miał szansę się odkuć w tej kwestii. Nie żebym specjalnie w to wierzył, ale czasem muszę okazać gest dobrej woli względem nadmiernie krytykowanej przeze mnie osoby. 

Skąd JA to znam? 



Skoro większość komiksu za nami, pora zająć się rzeczami mającymi większe znaczenie dla fabuły. A przynajmniej wydają się mieć, jak to wyjdzie w praktyce dopiero się okaże. Bitwa zostaje przerwana przez Ulyssesa, który teraz może tworzyć energetyczne macki o...... jak daleko jest New Attilan od Triskelonu? No niech będzie: bardzo długie macki, dzięki którym może najwyraźniej transmitować swoje wizje do tych, którymi nimi omota. I nikt tego nie kwestionuje. Nie no serio, najpierw okazało się, że Ulysses może transmitować swoje wizje do głów najbliższych osób, a teraz odstawia ten numer z mackami. Czy naprawdę nikogo nie zastanawia, do czego tak naprawdę jest zdolny? Nikt nie obawia się, co jeszcze w przyszłości może zrobić? Nikt nie zasugeruje dogłębniejszych badań jego stanu? Nikt nawet nie zapyta "Hej, a czy to co się właśnie stało, to na pewno był Ulysses". Cóż, biorąc pod uwagę to co postacie zaprezentowały do tej pory, jedyną słuszną odpowiedzią jest: Nie. Tak więc chodźmy dalej, albowiem po raz kolejny jesteśmy uraczeni możliwą wizją przyszłości. Widzimy w niej ruiny Kapitolu, przebitego Captaina America i trzymającego w jednej ręce osobnika w kostiumie Spider-Mana, który zdaje się patrzeć..... w naszym kierunku? Na co on patrzy? Ale mniejsza z tym, bo istotniejsze jest to, iż z jakiegoś powodu reszta herosów jest wstrząśnięta tym, że Miles mógł zabić nazistę. A no racja, oni przecież o tym nie wiedzą. Wiecie, zażartowałem sobie z tego, ale jednocześnie podkreśliłem fakt, iż to co widzą, niekoniecznie musi być tym na co wygląda. Zasadniczo, mógłbym w tym momencie stworzyć kolejne top 10 możliwych interpretacji tej sceny, jak zrobiłem w przypadku sprawy Hulka, ale żeby się nie powtarzać, spróbujmy czegoś innego. Przyjrzyjcie się temu kadrowi. Śmiało, śmiało, nie ugryzie was. Już? No to teraz powiedzcie co na nim widzicie? Jeśli wasz odzew brzmi:"Miles Morales trzyma martwego Steva Rogersa, na tle zrujnowanego białego domu", to ta odpowiedź jest zła. Spróbujcie raz jeszcze. Jeśli powiecie: "Spider-Man trzyma martwego Steva Rogersa, na tle zrujnowanego białego domu", to jest lepiej, ale to również nie jest właściwa odpowiedź. Wersja: "Osoba w kostiumie Spider-Man trzyma martwego Steva Rogersa, na tle zrujnowanego białego domu", nie jest do końca prawdziwa. Pomyślcie jeszcze trochę. Teraz, jeśli wasza odpowiedź brzmi:"Osoba w kostiumie Spider-Man trzyma martwą osobę, która wygląda jak Captain America, na tle zrujnowanego białego domu", to informuje was, że ponownie nie udało wam się właściwie opisać tej sceny. Albowiem budynek w tle to Kapitol - siedziba amerykańskiego kongresu, a nie biały dom, będący siedzibą prezydenta. Cała reszta naszej wersji finalnej jest już prawidłowa, no bo skąd w ogóle mamy pewność, że osoby w tej wizji to mają być Miles Morales i Steve Rogers? Ten w kostiumie Capa jest trochę podobny, ale ten w stroju Spider-Mana? Gdzie gwarancja, że to Miles? O chwila, nogawka jest rozdarta i widać ze ma ciemną karnacje skóry. No nic, śledztwo zakończone. Dowody są przecież niezaprzeczalne. No bo ilu znacie ciemnoskórych osób, które nie pokazały w tej wizji żadnych pajęczych mocy, a mogły w taki sposób stać nad martwym ciałem Capa? Tylko jedna osoba jest do tego zdolna. Elijah Bradley, dawniej znany jako Patriot! Przepraszam, chciałem skorzystać z okazji i przypomnieć o istnieniu tej jednej z wielu postaci, którą lubię i została zesłana do komiksowego Limbo. Puenta jest taka, iż nie ma żadnych przekonujących dowodów, iż to właśnie Miles miałaby zabić, ani też nie ma żadnej pewności, że robi jednoznacznie złą rzecz. Tak samo jak to było w przypadku Brucea Bannera. Nie żeby to przeszkadzało, w wydaniu na nim z miejsca wyroku skazującego przez niektórych. 

Ale wiecie co jest najdziwniejsze w tym wszystkim. To, że po tym jak pokazano tą wizję, wszyscy zebrani jak jeden mąż, nagle przestali ze sobą walczyć i najwyraźniej zgodzili się na to, aby Miles trafił do aresztu. Obie strony. Dobra, może się okazać, iż Miles zdoła zbiec lub Iron Man postanowi jednak interweniować, ale mimo wszystko fakt, że teraz zwyczajnie stoi i nic nie robi, jest dość dziwaczny i bez sensu, biorąc pod uwagę, iż wielokrotnie pokazywał swą niewiarę w te wizje. Przecież przybył tutaj zadeklarowany, do osiągnięcia swego celu, aby zakończyć....... jak teraz o tym myślę, to na czym konkretnie polegał jego plan? Pojawił się z tą zgrają zwolenników, w celu "powstrzymania szaleństwa Carol", tak to nazwijmy. Myślałem, ze planuje dostać się do Ulyssesa aka źródła problemu i przykładowo wstrzyknął mu nanity blokujące lub pozbawiające go mocy. Problem z głowy, nie ma się już o co spierać. Kłopot w tym, że Ulysses jak się okazuje, siedział cały ten czas w New Attilanie, więc jak konkretnie Stark chciał osiągnąć swój cel? Jedyny "plan" jaki wydaje mi się miał, polegał na tym, aby tłuc Carol tak długo, aż powie coś w stylu:"Dobra wygrałeś. Koniec z używaniem Ulyssesa, myliłam się". To jest złe i durne na tylu poziomach, że nawet nie mam siły się w to zagłębiać. Zakładając, że przytoczona przeze mnie wersja wydarzeń jej prawdziwa, to właśnie jesteście świadkami nowej, najdurniejszej sceny tego eventu. Czy Iron Man i Captain Marvel, umówili się na rywalizacje, kto większą głupotę popełni czy jak? To nie jest normalne. Czy zachowanie tej dwójki, to ma być jakaś analogia do konieczności wyboru pomiędzy Hillary Clinton, a Donaldem Trumpem w nadchodzących wyborach prezydenckich? Hmmm. W zasadzie, to wszystko nabrałoby sensu, gdyby faktycznie tak to sobie autor wymyślił. 

Jak na karuzeli


W tym miejscu zwykle próbuję zakończyć swoje wynurzenia jakąś puentą podsumowującą, spróbować ustalić jak dalsza historia się rozwinie, co moim zdaniem powinno się zrobić i tym podobne rzeczy. W wypadku tego numeru, miałem niestety sporo problemów z sensownym zakończeniem. Składając się na to dwie kwestie. Pierwsza, większość numeru to sceny walki, które pomimo starań rysownika, niewiele po sobie zostawiają i niczego nie zmienią w sytuacji żadnego z bohaterów. No, poza tragedią utraty łatwego do zastąpienia okrętu Guardiansów, do którego wcale tak przywiązani wcześniej mi się nie wydawali i dlatego tak mocno wykpiłem powyżej. W zasadzie większość mego komentarza do numeru to kpiny, ale cóż innego mogłem zrobić, skoro numer nie daje mi materiału do omówienia? Nawet kiedy pojawiają się jakieś konkrety. I tak oto przechodzimy do drugiej kwestii. To co widzimy potem, jest praktycznie powtórką z tego, co widzieliśmy w trzecim numerze serii. Znowu mamy sytuacje, w której heros, zostaje przedstawiony w wizji, jako osoba która zrobi coś złego. Znowu jest to poprzedzone użyciem przez Ulyssesa mocy w sposób, jakiego wcześniej nie robił wcześniej. Nawet sytuacja chwilę przed wizją, jest niemal taka sama, bo znowu poprzedzona jest sporem miedzy Carol i Tonym, z tą jedną różnicą, że tam jeszcze się nie bili, a teraz się tłuką. Stwierdziłem wcześniej, że mógłbym użyć moich wcześniejszych komentarzy do zawartości numeru trzeciego i zasadniczo gdybym tylko pozmieniał parę rzeczy min. z Banner na Miles, to by wpasowało się odpowiednio do sytuacji zaprezentowanej w końcówce numeru piątego. Po prostu mam przeczucie, ze nie tylko nie posunęliśmy się ani trochę do przodu, a jedynie się cofnęliśmy. Nie zdziwiłbym się teraz, gdyby jakiś fanboy Capa........ może Winter Solider....... nie umyśliłby sobie, aby zapolować na Milesa w stylu Hawkeye'a (zakładając, że Carol i SHIELD postanowią upublicznić to informacje). I w sumie to się może zdarzyć, zwłaszcza ze amerykański system sądownictwa dał sygnał, iż wszystkie tego typu zabójstwa prewencyjne, będą traktowane przez niego łagodnie. Nawet HYDRA, może użyć teraz jako przykrywki, do pozbycia się, mogącego pokrzyżować ich plany Milesa. Ale to wszystko się okaże z czasem. Jeśli miałbym jednak ocenić sam numer, to póki co wydaje mi się zbędny. Nie wnosi nic istotnego pod względem narracyjnym dla tej historii. To co nie jest serią starć, sprawia póki co wrażenie recyklingu motywu z innego numeru, a same dialogi między postaciami są nieinteresujące i prowadzące do naprawdę nieśmiesznych scen. Sama historia pozostaje po prostu durna, a biorąc pod uwagę, ze zostały jedynie trzy numery do jej końca, szansę że się to zmieni, spadły już praktycznie do zera. Wiem, ze moje narzekanie na serie robi się już nudne, ale gwarantuje wam, iż naprawdę nie ma za bardzo co pochwalić w tej historii. Może poza warstwą graficzną. Oczekując teraz na kolejne numery, liczę że dostanę przynajmniej więcej materiału do rozłożenia na czynniki pierwsze, a jeśli nie, to spodziewajcie się więcej kpin z mojej strony. 

Darth

Poprzednie części:
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.