Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja komiksu - Uncanny Avengers: Bliźnięta Apokalipsy - Krzycer

Bliźnięta Apokalipsy przybyły, by się mścić, siać zamęt i ogólnie mieszać. Zmienił się rysownik - Johna Cassadaya zastąpił Daniel Acuña. Czy nowe wątki i odmieniona szata graficzna przysłużyły się Uncanny Avengers


Rozpoczęcie recenzji od wymienienia, co wchodzi w skład omawianego albumu może być najnudniejszym możliwym otwarciem tekstu – ale w tym wypadku będzie przydatne. Bliźnięta Apokalipsy zawierają sześć kolejnych zeszytów serii Uncanny Avengers, specjalny zeszyt Uncanny Avengers #8AU (tie-in do Ery Ultrona, napisany przez Remendera i Duggana), galerię okładek oraz umieszczone na samym końcu dwie strony tekstu autorstwa Oskara Rogowskiego. 

Zacznijmy od końca, bo jestem bardzo wdzięczny wydawnictwu Egmont za umieszczenie tego tekstu w albumie. Remender pisząc Uncanny Avengers po pierwsze czerpie z wielu starszych historii, po drugie – kontynuuje własne wątki z Uncanny X-Force. Tytułowe Bliźnięta Apokalipsy zadebiutowały co prawda w poprzednim albumie Uncanny Avengers jako noworodki, ale ich historia i motywacje opierają się na fundamentach położonych w UXF. Poza Bliźniętami pojawiają się też inne postaci i nawiązania do wydarzeń ze starszych komiksów, bez znajomości których lektura tego albumu dużo traci. A że trudno wymagać od polskich czytelników dogłębnej znajomości katalogu Marvela, zwłaszcza gdy mowa o pozycjach, które nie ukazały się na naszym rynku – doceniam, że wydawnictwo zdecydowało się zamieścić w albumie taką ściągawkę. 

Zaczęliśmy od końca, ale jedno już o tym komiksie wiecie – czerpie pełnymi garściami z poprzednich wydarzeń, zarówno z historii Avengers, jak i X-Men (ze zdecydowaną przewagą historii mutantów). Do tego, jak można się było spodziewać po końcówce poprzedniego albumu, na scenę wchodzi Kang, więc mamy skakanie w czasie i intrygi snute od tysięcy lat. 

Przejdźmy do konkretów – album otwiera zeszyt ukazujący starcie Apocalypse’a z młodszym Thorem, do którego doszło przed tysiącem lat. Kang pojawia się tu w tle, ponieważ to początek jednego z jego wielkich planów. Zaraz potem Zdobywca wysuwa się na pierwszy plan - następny zeszyt nominalnie jest tie-inem do Ery Ultrona, w praktyce widzimy w nim, jak Kang wychowywał Bliźnięta Apokalipsy. Remender i Duggan pokazują również jakąś alternatywną rzeczywistość, niby wywołaną wydarzeniami z Ery Ultrona, ale tak naprawdę nie ma to żadnego związku z tamtą historią. Równie dobrze można by uzasadnić tę zmianę scenerii tym, że Kang skacze pomiędzy różnymi liniami czasu. 
Po takiej podwójnej wycieczce po czasoprzestrzeni wracamy do teraźniejszości głównego uniwersum Marvela, gdzie właśnie pojawiły się tytułowe Bliźnięta Apokalipsy. Tuż po swoich narodzinach zostały porwane przez Kanga, który sprawdzonym komiksowym sposobem wychował je w odległej przyszłości. Teraz wracają, dorosłe i śmiertelnie niebezpieczne, by wprawić w ruch intrygę o kosmicznej skali. Uzbrojone w wiedzę zdobytą dzięki podróżom w czasie, ujawniają sekrety z przeszłości bohaterów, które dzielą Drużynę Jedności Avengers (podział odbywa się na linii Avengers – X-Men, aczkolwiek z pewnym interesującym twistem). Podzieleni bohaterowie stają do pierwszych starć z nowymi Jeźdźcami Apokalipsy (również z twistem). A jakby tego wszystkiego było mało, wszystko wskazuje na to, że Bliźnięta działają wbrew Kangowi, więc i on pojawia się na marginesie, by ratować swoje walące się plany. 

Napisałem powyższy paragraf, przeczytałem jeszcze raz, i szczerze mówiąc wciąż nie mogę uwierzyć, ile się w tym albumie dzieje. Intryga jest gęsta, nie ma żadnych zapychaczy, żadnej waty – no, może te pierwsze dwa zeszyty nie obfitują w treść tak, jak reszta albumu, ale jest tam wystarczająco wiele ciekawych rzeczy, by nie mieć im tego za złe. 
Poza gęstością intrygi, scenariusz Remendera ma też inne zalety. Postaci zdają się zachowywać bardziej naturalnie niż w poprzednim tomie, konflikty między bohaterami są zdecydowanie bardziej wiarygodne (choć to, jak Remender pisze Rogue wciąż mnie nie przekonuje). Przede wszystkim jednak scenarzysta nieco się opamiętał, pisząc narrację. Wciąż skacze pomiędzy pierwszo- i trzecioosobową, co wciąż jest dziwne, narracji wciąż jest dużo – ale w odróżnieniu od poprzedniego albumu nie jest jej absurdalnie dużo. 

Pisząc o postaciach nie sposób nie wspomnieć o antagonistach. Bliźnięta Apokalipsy od samego początku przedstawiane są jako postaci, które mają swoje racje, którym można współczuć (metody wychowawcze Kanga pozostawiają sporo do życzenia). Miałem wrażenie, że Remender celuje w klasycznego Magneto – że mają to być antagoniści walczący o to samo, co bohaterowie, tylko przy użyciu ekstremalnych środków. Czy taki był zamiar, czy nie – nie wyszło. Ostatecznie Bliźniaki nie są ani skrzywdzonymi dziećmi, których żal, ani szlachetnymi bojownikami o lepszą przyszłość mutantów. Nawet pragnienie zemsty, które również żywią, w innych warunkach zrozumiałe – tutaj jakoś się nie sprawdza. Niestety, wymieszanie tego wszystkiego upodabnia ich do urażonych nastolatków, obrażonych na świat. 
Ale choć pod względem konstrukcji postaci Bliźnięta wypadają słabo, jako maniakalni antagoniści sprawdzają się całkiem nieźle. 

Słowo o rysunkach. Najpierw Uncanny Avengers #8AU, bo to wyjątek w albumie. Ten zeszyt wyszedł spod ręki Adama Kuberta – moim zdaniem najsłabszego ze wszystkich rysujących Kubertów. Nawet jego najlepsze prace wyglądają jak niezbyt dobra podróbka Jima Lee – a UA#8AU jest daleko od jego najlepszych prac. 
Lwią część albumu narysował Daniel Acuña (w całości – Acuña sam sobie kładzie tusz i kolory). Jego rysunki, pełne cieni i grubych konturów, są polaryzujące – krótki przegląd internetu sugeruje, że ludzie uwielbiają go lub nie cierpią. Sam uważam, że w pewnych rodzajach scen sprawdza się fenomenalnie, w innych – zdecydowanie słabiej. Na przykład świetnie wychodzi mu miasto nocą, gra świateł i tak dalej, natomiast jego styl nie sprawdza się, gdy przychodzi do scen rozgrywających się w świetle dnia. 

Jednak samo ocenienie jakości rysunków nie wyczerpuje tematu. W wypadku tego albumu trzeba jeszcze wspomnieć o designie – kostiumów, nowych postaci i lokacji, które się tu przewijają. Mamy do czynienia z historią na skalę kosmiczną – pojawia się Celestial (w wersji polskiej: Celestianin) – ale nawet gdy akcja toczy się na Ziemi, scenografia potrafi być nieziemska. Widzimy kilka ukrytych siedzib klanu Akkaba (sług Apocalypse’a) – podziemnych pałaców ozdobionych gigantycznymi posągami; widzimy statek kosmiczny Apocalypse’a. Poznajemy nie tylko Bliźnięta, ale i dwa nowe zestawy Jeźdźców Apocalypse’a. Krótko mówiąc, Acuña miał pole do popisu i skrzętnie z tego skorzystał. 
Pytanie, czy się popisał. 
Kosmos Marvela stworzył, w dużej części, Jack Kirby, i Kirby był tu dla Acuñy ewidentną inspiracją (drugą był design Apocalypse’a i Archangela, a zatem – rysunki Jacksona Guice’a i Waltera Simonsona). Widać to po Bliźniętach Apokalipsy, widać to po ich Jeźdźcach, po kosmicznych krajobrazach które pojawiają się tu i ówdzie. 
Z drugiej strony co jakiś czas pojawiają się elementy… inne. Dziwne. Takie jak na przykład średniowieczni Jeźdźcy Apocalypse’a. I to przemieszanie dominującego Kirby’ego z jakąś zupełnie inną bajką tworzy spory dysonans. Nie przekreśla zalet albumu, ale sprawia, że życzę sobie, by warstwa graficzna było bardziej spójna. Normalnie taki element z innej bajki by mi nie przeszkadzał, ale w momencie, gdy niemal wszystko inne jest podporządkowane jednej stylistyce, ten niepasujący element wyjątkowo razi. 

Tyle o rysunkach, jeszcze paragraf o polskim wydaniu i przejdziemy do podsumowania. Mam kilka poważnych zastrzeżeń odnośnie tego, jak wydany jest ten album. Najpoważniejsze dotyczy układu zawartości. Zastanawiam się, czy tekst Oskara Rogowskiego nie powinien być wstępem, zamiast posłowiem. Być może zdradziłby jeden czy dwa niezbyt istotne elementy fabuły, ale informowałby czytelnika o kontekście historii. Doczytywanie tych informacji po fakcie jest mniej efektywnym rozwiązaniem. Ale to detal. Dużo bardziej przeszkadza mi to, że Uncanny Avengers #8AU jest wrzucone jako drugi zeszyt z kolei. To powinien być prolog albo epilog – poza dopowiedzeniem paru rzeczy o Bliźniętach, nie ma istotnego znaczenia dla historii, a ponieważ narysował go Kubert strasznie się gryzie z resztą albumu. Wrzucony w środek, rozbija główną historię. 
Dalej – recenzując poprzednie albumy Egmontu, narzekałem, że wydawnictwo nie umieszcza okładek poszczególnych zeszytów pomiędzy tymi zeszytami. To procentuje, gdy cały album opowiada jedną, spójną historię, ale gdy mamy do czynienia z kilkoma różnymi – wprowadza chaos. No więc tutaj są okładki wewnątrz albumu… ale nie wszystkie. I tego nie rozumiem już kompletnie. Po pierwszym zeszycie mamy okładkę Uncanny Avengers #8AU, po nim nie ma okładki UA#7 (a że jedno narysował Kubert, a drugie Acuña, kontrast jest dramatyczny) – ta pojawi się chyba dwa zeszyty dalej? Później mamy jeszcze w pewnym momencie okładkę UA#10, pozostałe są zebrane w galerii okładek na końcu zeszytu. Przepraszam, napisałem "pozostałe"? Miałem na myśli "pozostałe, a także powtórzona okładka UA#7". 
Chaos totalny. 
I wreszcie tłumaczenie Jacka Drewnowskiego. Jest lepsze niż w poprzednim albumie – ot choćby dlatego, że tym razem obyło się bez błędów redaktorskich (w Czerwonym cieniu było widać ingerencję korekty, wraz z oryginalnym tekstem, więc czytelnik dostawał w dymku kociokwik; jasne, tylko w jednym dymku, ale i tak - babol). Mimo to, niektóre kwestie są przełożone w dziwny, nienaturalny sposób. Pewne sceny na tym tracą – na przykład bardzo dramatyczna scena z Thorem rzucającym Apocalypse’owi w twarz jego własne słowa. 
Ogólnie jest jednak nieźle. 

Pora na podsumowanie. Nie będę owijał w bawełnę – znam cały run Remendera w tym tytule, i wiedząc, jak seria wypadnie później, jestem niemal pewien, że to jest jej najlepszy album. 
To zdanie można interpretować jako "najlepszy album tej słabej serii", ale nie o to mi chodzi. Bliźnięta Apokalipsy to bardzo porządny, ba – bardzo dobry komiks. O ile… 
O ile nie przeszkadza wam ewentualny brak kontekstu, doczytywanie co właściwie wydarzyło się w innych seriach, itd. 
O ile docenicie rysunki Acuñy i nie będziecie się skupiać na jego ewentualnych niedociągnięciach. 
O ile będziecie udawać, że nie widzicie rysunków Kuberta. 
Na kuriozalne decyzje Egmontu też trzeba przymknąć oko. 
Ale pomimo tego wszystkiego – to jest naprawdę dobry komiks. Stawki są wysokie, gracze kosmiczni, nerwy napięte, sekrety zabójcze, scenografia nieziemska. To jest wreszcie komiks, w którym przodek Wolverine’a nabija się z chutliwego katolika, a młody Thor obrywa od Apocalypse'a z bani. 
Podsumowując wszystkie za i przeciw, to jest komiks, który zdecydowane zasługuje na ocenę 4/5 oraz miejsce na waszych półkach.

Krzysiek "Krzycer" Ceran
Uncanny Avengers: Bliźnięta Apokalipsy
Scenariusz: Rick Remender i Gerry Duggan 
Rysunki: Daniel Acuña i Adam Kubert u
Wydawnictwo: Egmont
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Liczba stron: 156
Format: 165x255 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Data wydania: wrzesień 2016
Sugerowana cena detaliczna: 39,90 zł

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Recenzje powiązanych komiksów:



Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.