Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja serialu - Luke Cage 1x01-07 - Dominik Nowicki

Już 30 września premiere będzie mieć kolejna produkcja Marvela i platformy Netflix - Luke Cage. Pierwsze siedem odcinków zostało przekazane wybranym przedstawicielom mediów. Jak zatem wypada pierwsza połowa serialu? O tym w bezpsoilerowej recenzji pisze Undercik.


Rozczarowanie. To pierwsze słowo jakie nasuwa mi się na usta po obejrzeniu pierwszych siedmiu odcinków najnowszej produkcji Netflixa - Luke Cage. Sam Netflix jest tutaj sobie winien, przez pokazywanie jej w zwiastunach takim jaką nie do końca jest. I szczerze powiedziawszy czuje się trochę oszukany. Nie odbierzcie mnie źle. Luke Cage nie jest złym serialem. To naprawdę porządna produkcja z wieloma zaletami, ale także wadami. Problemem jest tutaj złe rozłożenie akcentów.

Promocyjne klipy czy trailery obiecują naprawdę konkretny serial akcji. To działa na wyobraźnie, szczególnie, że moc głównego bohatera daje twórcom całe spektrum możliwości. Tyle, że tak jakby nie chcieli go wykorzystać. Pierwszy odcinek jest najzwyczajniej w świecie nudny. Tak, klimat (o którym jeszcze napiszę) wylewa się z ekranu. Tak, epizod kładzie fundamenty pod fabułę, przedstawia postaci, nie boi się poświęcić trochę więcej czasu, aby widz mógł zrozumieć lepiej ich charakter i motywacje. Tylko co z tego? Gdyby serial nie nazywał się Luke Cage i nie musiałbym pisać recenzji, to kolejnego odcinka bym najzwyczajniej nie odpalił. Co zresztą byłoby błędem, ponieważ produkcja z biegiem czasu się rozkręca. Tak naprawdę dopiero drugi i trzeci epizod wciągnęły mnie w serial. I kiedy już byłem nakręcony… znów zaczyna wiać nudą. Oczywiście jest to uzasadnione sposobem budowania historii i ta potrzebowała tego odcinka nudy, tyle że… Daredevil robił to lepiej. Serial co prawda wraca potem na właściwe tory, żeby uspokoić się w siódmym epizodzie. Dopiero wtedy to przejście w tempie wydarzeń jest naturalne, w odróżnieniu od 3 i 4 odcinka. Co poradzę, że sceny akcji, których niestety nie ma za dużo, są bardziej angażujące i sprawiają o wiele więcej frajdy niż te wolniejsze fragmenty serialu. I tutaj znów – te wolniejsze fragmenty też się potrafią obronić i czasami są lepsze od tych nastawionych na akcje. Tylko, że niestety trafiają się czasem tak nudne, że miałem ochotę wyłączyć serial. 


Postaci to po prostu kłopot bogactwa i tego… że drugoplanowi bohaterowie są o wiele ciekawsi. Jak bardzo? Tak, że ten serial chyba lepiej by działał, gdyby na bok odsunąć Cage’a i zmienić tytuł na Misty Knight. I nie. Luke nie jest złą postacią. Colter znakomicie wpasowuje się w rolę, a sam Cage jest niezwykle interesującym bohaterem. Sama gra aktorska dodaje klimatu serialowi, ale myślę, że serial wiele by zyskał gdyby nie był głównym protagonistą. Perspektywa Misty jest po prostu o wiele ciekawsza i szkoda, że historia nie jest obserwowana bardziej jej oczami. Szczególnie, że Simone Missick wypada świetnie w swojej roli, a jej postać budzi najwięcej sympatii z całej obsady.  Zresztą w jej otoczeniu błyszczy Frank Whaley jako Detektyw Scarfe. Nie interesowałem się za bardzo obsadą przed obejrzeniem serialu, dlatego też po zobaczeniu aktora na ekranie lekko się zdziwiłem, ponieważ to dosyć niespodziewany casting, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Po raz kolejny błyszczy także Rosario Dawson jako znana już widzom Claire Temple. W trochę "Morganowo Freemanowej" roli Popa dobrze odnalazł się Frankie Faison. Tak, zdecydowanie obsada drugoplanowa jest genialna. 

Jednak o ile po tej dobrej stronie Luke Cage daje radę, tak problematyczna staje się strona zła. Owszem, zarówno Mahershala Ali jak i Alfre Woodard dają z siebie co mogą, ale ich postaci niestety są… trochę słabo napisane. Oczywiście nie wypada to tak źle jak w filmach z MCU, ale zdecydowanie nie dorastają do pięt takich złoczyńców jak Kingpin czy Kilgrave. Cornell Stokes po prostu mnie nie przekonuje, a Mariah Dillard jest nijaka. Oczywiście z biegiem czasu postaci te nabierają kolorytu, tylko że następuje to zdecydowanie za późno. Zrozumiałbym to jeszcze, gdyby nie dostawali czasu ekranowego, ale mają go aż nadto. Jednak to nie jest problemem tej dwójki. Problemem jest Shades Alvarez grany przez Theo Rossiego. Postać kręci się na drugim planie, ale jest o wiele bardziej charyzmatyczna i interesująca od Stokesa czy Dillard. Przez to kiedy oglądam sceny w których się pojawia, żałuje że to nie on jest wysunięty na pierwszy plan. Przez o wiele mniejszy czas ekranowy wzbudził więcej mojego zainteresowania, niż wspominana dwójka razem wzięta.


Oczywiście nierówność odbija się także na pracę kamery. Dostajemy kilka naprawdę przepięknych ujęć. Operatorom nie brakuje pomysłowości, ale czasami przesadzają – jak chociażby ze sceną która znalazła się w trailerze – kiedy postać wypowiadająca słowo "król" stoi przed obrazem tak, że nad jego głową widać koronę. Na szczęście jest to tylko jeden z nielicznych wyjątków. Poza tym praca kamery wraz z muzyką genialnie buduje klimat, który jest największą zaletą serialu. W wielu momentach wylewa się on z ekranu na widza. Co ciekawe, często efekt potęgują sami aktorzy. Odpowiednio dobrany ton wypowiedzi, jej tempo czy małe gesty mają w tym taki sam udział jak obraz czy dźwięk. To tworzy coś pięknego i sprawia, że można mieć wrażenie, jakby się było w środku akcji. Ale oczywiście musi być jakieś "ale". Niestety twórcy często poświęcają tempo serialu, aby ten klimat budować. O ile często okazuje się to słusznym krokiem, tak w niektórych momentach powoduje to nudę. Niektóre sceny są tak przeciągnięte, że traciłem zainteresowanie i po prostu przy przyjemnym utworze muzycznym przeglądałem Facebooka na telefonie. Żeby nie było, to nie jest też tak, że budowanie klimatu=nuda. Autorzy serialu potrafią stworzyć klimatyczne sceny, które są niesamowicie interesujące, a sama muzyka potrafi podkręcić tempo akcji. Niestety, ten serial jest strasznie nierówny i w pewnym momencie twórcy się gubią, a wraz z nimi, moje zainteresowanie serialem. 

Na pewno dobrym dodatkiem do klimatu jest fakt, że z dotychczasowych produkcji Netflixa, to właśnie w tym najbardziej czuć, że jest to część większego uniwersum. Odniesienia do pozostałych seriali czy nawet filmów pojawiają się tutaj często, ale nie są nachalne. Idealnie wpasowują się w historie, przez co jestem naprawdę zadowolony. Oczywiście skala świata nie jest jeszcze tak wielka jak w komiksie, ale widać, że twórcy czerpią z niego jak najwięcej i przy tym nie przedobrzają. 


I tak powoli dochodzę do podsumowania. Luke Cage jest niestety serialem nierównym ze źle rozłożonymi akcentami. Na szczęście w wielu momentach wszystko zaczyna trybić i ogląda się go naprawdę przyjemnie. Tak, produkcja potrafi wciągnąć, ale nie na tyle, aby obejrzeć wszystkie odcinki na raz. Sam nie obejrzałem jednego dnia więcej niż dwóch epizodów. Luke Cage to taka pozycja, którą lepiej sobie dawkować i poświęcić na jej obejrzenie więcej czasu. Jeden odcinek wieczorem to optymalna dawka. Niestety, zarówno Daredevil jak i Jessica Jones stoją co najmniej poziom wyżej. Chociaż z drugiej strony – może się nie znam? A może to najzwyczajniej w świecie nie jest serial dla mnie? Mimo to czekam na premierę i pozostałe 6 odcinków obejrzę, ale nie jednego dnia. Na pewno nie mogę odmówić serialowi jego unikatowości. Takiej produkcji superbohaterskiej na rynku jeszcze nie było. 


Dominik Nowicki

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.