Avalon » Publicystyka » Artykuł

Reakcja Atomowa #6 - Extraordinary X-Men #13



Extraordinary X-Men #13 - "Kingdoms Fall" - part 1
Scenariusz: Jeff Lemire 
Rysunki: Victor Ibañez 
Kolory: Jay David Ramos 

Jednego Jeffowi Lemire'owi nie można odmówić – pisze X-Men wzorując się na klasycznych, claremontowskich wzorcach. Żongluje jednocześnie kilkoma wątkami, sieje ziarna pod przyszłe wydarzenia i plecie długie historie, nigdzie się nie spiesząc. Miesza wątki przygodowe z melodramatycznymi, rozgrywa konflikty między postaciami. Na papierze Extraordinary X-Men składa się z samych najlepszych elementów. 
Problem w tym, że te najlepsze elementy jakoś nie mogą się złożyć w naprawdę dobrą całość. I tak jest od początku serii. 

Zacznijmy od wielowątkowości i siania ziaren. Ten zeszyt otwiera nową historię. Można go łatwo podzielić na trzy części – zasugerowaną na okładce wyprawę Illyany i Storm, przygody Icemana i Nightcrawlera oraz pretensje i konflikty interpersonalne mutantów siedzących w Instytucie. Pierwsza część wiążę się z Sapną – podopieczną Illyany wprowadzoną na początku serii, która niedawno dała nogę. Ta druga wynika wprost z poprzedniej historii – "Apocalypse Wars"; Bobby i Kurt szukają zaginionego Colossusa. W tej trzeciej pierwsze skrzypce gra sfrustrowany Forge, co również nie bierze się znikąd, bo frustracja Forge'a była tematem paru scen w poprzednich numerach. Wszystko organicznie wynika z wątków, które Lemire wprowadził wcześniej. Są starcia z rozmaitymi przeciwnikami, jest troska o towarzyszy/podopiecznych, są naturalne konflikty między postaciami, jest trochę humoru. Czego chcieć więcej? Brakuje chyba tylko jakiegoś miłosnego czworokąta, by wszystko było jak za najlepszych czasów Claremonta. 
Na papierze. 

W praktyce jednak, co nie będzie zaskoczeniem, bo napisałem to już w pierwszym paragrafie – coś tu nie gra, i to praktycznie w każdym segmencie. Dużym problemem tej serii od samego początku było to, że Lemire zdaje się mieć dość dziwne wyobrażenie na temat większości bohaterów. Jego Storm na przykład wydaje się dużo bardziej zagubiona, niepewna w roli przywódcy – którą pełniła już przecież wielokrotnie, i to z dużo większą stanowczością. Ba, w poprzednich zeszytach sprawiała wrażenie wręcz niedoświadczonej. W tym numerze jest lepiej – powiedziałbym, że po raz pierwszy rozpoznaję w niej tę postać, której spodziewałem się od samego początku. Ale jej wyprawa z Illyaną zaczyna się obiecująco, od wspaniałej rozkładówki, na której wędrują między malowniczymi, opustoszałymi światami, po to, by skończyć w zrujnowanym mieście, gdzie ziemię pokrywa warstwa czaszek. Ze wszystkich zaprezentowanych na ww rozkładówce możliwości ta jest najnudniejsza, a i dalsze wydarzenia wypadają bardzo schematycznie. 

  

Przygody Icemana i Nightcrawlera oferują trochę humoru. Bobby rzuca czerstwymi żartami, najzabawniejszy jest występ narzekającego na wszystko początkującego akolity klanu Akkaba – jest jak jeden z małostkowych, tępych kultystów ze "Straż! Straż!" Pratchetta. Poszukiwania Colossusa są również okazją, by zająć się nowym, krwiożerczym nastawieniem Kurta, które drażniło mnie w "Apocalypse Wars". Z jednej strony – dobrze, że jest to wątek w historii, a nie bezmyślne wykoślawienie charakteru postaci. Z drugiej strony – mieliśmy już mrocznego, targanego wątpliwościami Kurta, mieliśmy już nawet krwiożerczego Kurta, gdy w Uncanny X-Force występował jego odpowiednik ze świata Age of Apocalypse. Przerabianie tego po raz kolejny jest zbędne i – przynajmniej na razie – nieciekawe. 

I wreszcie dramaty w Instytucie. Frustracja Forge'a jest zrozumiała – co prawda wciąż czekam, aż coś z tego wątku wyniknie, ale mogę jeszcze chwilę poczekać. Irytacja Wolverine'a i Jean – też, tutaj wszystko gra. Bardziej przeszkadza mi to, czego w tym numerze nie ma. I jest to przykład szerszego problemu tej serii – niby Lemire prowadzi ciągłą narrację, gdzie jedna historia przechodzi w drugą, ale co chwila trafiam na jakieś luki. W tym wypadku bardzo brakuje mi młodych mutantów. Ernst, No-Girl, Glob i Anole spędzili rok w koszmarnej przyszłości, wrócili mniej lub bardziej odmienieni psychicznie i fizycznie – i poza Ernst, która przewija się na trzech panelach, nie ma ich tutaj. Chciałbym wiedzieć, jak się czują, jak na ich powrót i wszystkie zmiany zareagowali... jak zareagował ktokolwiek, właściwie. X-Men. Inni mieszkańcy Instytutu. Ich kumple. 
Właściwie to chciałbym w ogóle wiedzieć, kto w tym Instytucie mieszka. Czy poza głównymi bohaterami i czwórką młodych są tu tylko sami bezimienni statyści? Ot, choćby Uncanny X-Men sugerowało co innego, ale może nie powinienem się dziwić, że jeden tytuł zdaje się nie mieć nic wspólnego z drugim. 

I tak to się toczy, już trzynasty zeszyt z rzędu. Obok wiarygodnych zachowań bohaterów mamy dziwne wypaczenia charakterów i zgrane motywy. Pomału rozwijane wątki nagle szarpią się, przeskakując po drodze jakieś etapy – które być może nie interesowały scenarzysty, ale których brak jest zauważalny i przeszkadza w lekturze. Wszystko to razem składa się na tytuł, który jest po prostu porządny. I w tej porządności jest irytujący – bo nie tylko ma potencjał, by być bardzo dobrym, właściwie ma już wszystkie elementy, by być bardzo dobrym – a nie jest. Od początku serii czekam, aż wszystko wreszcie się zazębi – i najwyraźniej przyjdzie mi jeszcze czekać. 

Słowo o rysunkach. Victor Ibañez po raz drugi zastępuje stałego rysownika serii, Humberto Ramosa. Ma zdecydowanie inny, dużo mniej kreskówkowy styl, więc różnica jest znaczna. I chyba jest to różnica na plus – mam ambiwalentny stosunek do rysunków Ramosa. Ibañez na pewno lepiej się sprawdza w spokojnych scenach – dobrze przedstawia mimikę bohaterów, oddając ich emocje i nastawienie lepiej, niż robią to dialogi. A na pewno lepiej, niż robią to przesadzone miny Ramosa. 
Ale żeby oddać Ramosowi, co mu się należy – okładka tego zeszytu jest świetna. Niepokojąca. 
Jedyne poważne zastrzeżenie, jakie mam do rysunków, dotyczy detalu – kolorysta zdecydował, że Nightcrawler będzie miał kruczoczarną fryzurę, ale już diabelska bródka jest tego samego niebieskiego koloru, co futro pokrywające ciało Kurta. Rezultat jest dziwaczny – na niektórych kadrach Wagner wygląda, jakby topiła mu się twarz. 

Podsumowując: Extraordinary X-Men #13 to zeszyt otwierający nową historię, organicznie wynikającą z poprzednich wydarzeń. Jest tu sporo elementów, które powinny się podobać. Ale z różnych powodów całość rozczarowuje. Wciąż wierzę, że Lemire może przekształcić ten tytuł w bardzo dobrą serię – i wciąż na to czekam, bo wciąż czegoś tu brakuje. 

Krzysiek "Krzycer" Ceran

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.