Avalon » Publicystyka » Artykuł

Preludium do wojny - komentarz do Civil War II #4


Ten cały event, definitywnie stał się jednostronny. Mój ostatni komentarz do serii Civil War II, zakończyłem wyraźną deklaracją z mojej strony, po której stronie konfliktu się opowiedziałem. Albo raczej, która strona zraziła mnie do siebie na tyle, że będę występował przeciw niej. Kto śledził moje opinie, pewnie zwrócił uwagę, na mój nienajlepszy stosunek do Carol Danvers, mam nadzieje uzasadniony w taki sposób, że czytelnik jest w stanie zaakceptować mój punkt widzenia. Niekoniecznie się z nim zgadzać, ale rozumieć mój punkt widzenia i podjętą decyzje. Aczkolwiek, po lekturze czwartego numeru, jeśli do tego czasu się ostali jacyś zwolennicy Carol, to jestem przekonany ze wraz z tym numerem, ich liczba spadnie praktycznie do zera. Jej postawa w serii, robi się coraz bardziej typowa dla pseudo-villiana, który jest tak zaślepiony swoją "misją ku lepszemu dobru", że nie dostrzega błędów swego rozumowania i działań. Zwłaszcza że dostarczony zostaje kolejny argument przeciw niej, wraz z wyjaśnieniem zasad działania mocy naszego wróża. Co zdaje się bezpośrednio prowadzi już do otwartych podziałów i zapowiedzi "wielkiej rozpierduchy" między herosami, która niestety wypada znacznie gorzej, niż to co widzieliśmy chociażby w pierwszym Civil War, co jest swego rodzaju osiągnięciem. No, ale do tego jeszcze dojdziemy. Nie przedłużając więc, przejdźmy do jakiś konkretów na temat numeru, ponownie dzieląc je na części, dla wygody czytających. 

Jak to działa?



Numer trzeci kończył się swego rodzaju cliffhangerem, w którym Stark w końcu dowiaduje się jak działają moce Ulyssesa, po tym jak go trochę po torturował w numerze drugim. Co takiego odkrył? Mózg Ulyssesa gromadzi dane i energię z całego świata, co powoduje iż dokonuje swego rodzaju obliczeń, które pozwalają mu doświadczyć prawdopodobnej wersji nadchodzących wydarzeń. I z jakiegoś powodu, to zawsze są to tylko złe rzeczy. Słuchajcie, chciałbym to wam wyjaśnić na tyle jasno jak to możliwe, ale sam komiks podaje to w mocno ogólnikowej formie. Najlepsze co mi przychodzi do głowy, to porównanie tego do zdolności Jedi, którzy poprzez swój kontakt z mocą, mogą dostrzegać wizję przyszłych wydarzeń. Z tą subtelną różnicą, iż w tym wypadku jest jasno powiedziane, że jego zdolności pozwalają mu na doświadczenie, najbardziej prawdopodobnej wersji nadchodzących wydarzeń. Jestem teraz przekonany, ze każdy kto usłyszał o tej rewelacji, to jeśli nie jest skłonny zrezygnować z dalszego używania wróża, to zgodziłby się na wstrzymanie się za ślepym podążaniem za jego wizjami. Nie muszę chyba przytaczać kwestii skuteczności "rachunku prawdopodobieństwa" oraz uzasadniać tezy "liczby nie wygrywają", aby kogokolwiek do tego przekonywać. Tak swoją drogą, znając już sposób działań mocy Ulyssea, a przynajmniej z grubsza, zastanawiam się jakim cudem był w stanie przewidzieć atak kosmicznego Celestiala? Jakież to dane lub energia pobrane z Ziemi, pozwoliły mu na doświadczenie wizji, w której kosmici atakują planetę bez wyraźnego powodu? Być może zebrał dane na temat "pradawnego zła" ukrytego w jej jądrze, które może zostać zniszczone lub coś w ten deseń, ale ponieważ, nie poznaliśmy nigdy przyczyn tej inwazji(co przypominam, akurat Carol powinna zbadać), to jest to dopisywanie przeze mnie istotnych kwestii fabularnych, które powinny były zostać poruszone przez scenarzystę. Innym wytłumaczeniem jest to, ze pobiera on energię z całego cholernego wszechświata, tylko pozostaje pytanie, dlaczego to wszystko ogranicza się więc do zagrożenia jedynie planety Ziemi. Czyżby te matematyczne obliczenia, odnosiły się tylko do najbliższej okolicy i nie obchodzi go przykładowo, rozwalanie jakiegoś miasta przez terrorystów, na któreś z planet imperium Shi’ar? Pomijam już fakt, iż w innych seriach, jego zdolności działają też na sprawy lokalne, takie jak morderstwo popełnione przez zazdrosnego byłego lub mała eksplozja czołgu, co sprawia że statystycznie, powinien mieć wizję złych zdarzeń co parę minut. Konkluzja: coś mi się wydaje, ze autor nie do końca sobie przemyślał kwestii działania mocy Ulyssesa, by to miało sens. 

Jeszcze "dyskutujemy"



Najważniejsza rzecz z omówionej powyżej, pozostaje jednak niezmieniona. Stark ma dość silny argument, aby zaprzestać korzystania z tych zdolności i robi w zasadzie rozsądną rzecz, jaką jest przedstawienie swojego odkrycia, najistotniejszym herosom uniwersum Marvela, w tym również Carol Danvers. Zanim jednak przejdę do sedna, muszę zwrócić uwagę na pewną scenę, która stawia Iron Mana w nieco lepszym świetle niż Carol. Nieco czasu bowiem, poświęca się sekwencji w której Stark użala się nad sobą, stara się uzasadniać swoje działania, że był "niczym Doom" momentami i tego typu rzeczy. Potem okazuje się ze mówi tak przed zebranymi Illuminati, co mogłoby sugerować, iż jest to zachowanie obliczone, aby zyskać ich sympatię. Nie zmienia to jednak faktu, iż czytelnik widzi go jako osobę niepewną, która wciąż ma pewne wątpliwości co powinna robić i jak przychodzi co do czego, przyznaje się do błędów. Captain Marvel natomiast, nieustannie forsuje swoja wizję świata i nie jest nam dane spojrzeć na nią, kiedy sama jest dręczona przez wątpliwości co do swego postępowania, nawet jeśli działania doprowadziły do śmierci jej towarzyszy oraz przyjaciół. Owszem, są sceny gdy przeżywa ich los, ale niestety w żaden sposób nie wpływa to na jej stosunek do kwestii używania jasnowidza. Nawet krzty wątpliwości, czy istotnie podejmuje właściwe decyzje i uparcie forsuje stanowisko, że "dopiero by była tragedia, gdybyśmy tego nie zrobili". I jak pokazał numer 3, obejmuje to także morderstwo. A teraz jest jeszcze gorzej. 

Kiedy bowiem Stark kończy swoje wyjaśnienia i inny obecny na spotkaniu naukowiec, potwierdza ich prawidłowość, dochodzi do kolejnej konfrontacji słownej miedzy Carol i Starkiem, i tylko nimi. Można by przypuszczać, że Inhumans będą bardziej aktywni w tej dyskusji, albowiem ta sprawa dotyczy jednego z nich, albo kogokolwiek więcej z zebranych, ale zamiast tego wolą się temu przysłuchiwać. Zupełnie jakby ustalili wcześniej między sobą, ze tylko tych dwoje będą mówiąc, a oni sami się dostosują. Jest sugestia, iż Inhumans staną się wkrótce bardziej pro-aktywni, ale to dopiero w ewentualnej przyszłości, a póki co, ich milczenie w tej sprawie wydaje się nieodpowiednie. Ale miałem pisać o pogrążaniu Carol. Jak bowiem szefowa Alpha Flight(w praktyce SWORD), reaguje na te istotne informacje na temat swego źródła informacji? Chcę go używać tak jak do tej pory. Uczciwie rzecz ujmując, Stark ponownie naciska aby kompletnie z niego zrezygnować, zamiast próbować wypracować jakiś kompromis w tej sprawie, aczkolwiek w perspektywie ostatnich wydarzeń, to zachowanie Captian Marvel, wypada znacznie gorzej. Nie pomaga to, iż dla udowodnienia swego punktu widzenia, posługuje się anegdotą, o informacji z uzbrojonym mężczyzną, który zamierza otworzyć do kogoś ogień. Jest ona strasznie ogólnikowa i przez to nieprzekonująca, w dodatku sprawia wrażenie tak pomyślanej, aby racja była po jej stronie. No i można ją "zbić", przytaczając kolejną anegdotkę, w której miejsce "obcego gościa" zajmie przyjaciel albo bliski członek rodziny. Albo wiecie co? Nie trzeba się nawet do tego posuwać. Wystarczy dodać prawdopodobieństwo, ze "obcy gość" jest gliną lub tajnym agentem. Albo, no wiecie, zwrócić uwagę, iż osobę którą mógłby zastrzelić jest zamachowiec samobójca lub inny przestępca. Sama te scena, pokazuje niestety jak zły jest sposób myślenia Carol. Jak ktoś ma zrobić rzecz która wydaje się zła, to z automatu zostaje przez nią uznany za złą osobę. Jest to pewna konsekwencja w postępowaniu postaci(uznanie Bannera jako zagrożenie), ale nie stawia jej w pozytywny świetle. 

Zamiast jednak, dodać coś do anegdotki użytej przez Carol, Stark znajduje inny sposób, zadając jej pytanie, ile wersja zdarzeń musi mieć prawdopodobieństwa wystąpienia, aby ta na nią zareagowała. Uwaga: kolejna rzecz, która powinna zostać dogłębnie przebadana, czy te "wizje" mają ten sam współczynnik prawdopodobieństwa? Na co ta odpowiada, iż gdyby dotyczyła ona Thanosa, to starczyłoby jej 10 procent. Jestem w stanie to zrozumieć, bo nawet drobne plotki na jego temat, powinny być brane pod uwagę. Szkoda tylko, że odwraca teraz kota ogonem, bo unika odpowiedź na kwestię, czy gdyby ona dotyczyła kogoś jej bliskiego, to potraktowałaby ją tak samo. No chyba, że czytelnik ma to uznać za wyraźny znak, iż zachowałaby się dokładnie w taki sam sposób, co w sumie jest zgodne z tym co robi dalej w tym komiksie. To nie ma jednak większego znaczenia, bo analogicznie jak w przypadku dyskusji w pierwszym numerze, ta kończy się bez ustalenia niczego konkretnego i bez chęci porozumienia obu stron. Konkretnie w momencie, kiedy w dyskusje zostaje wtrącony Rhodey, co sprawia ze Carol ma dość dalszej rozmowy i demonstracyjnie opuszcza miejsce spotkania, robiąc dziurę w suficie. Zachowanie, którego spodziewałbym się po osobie, która jest reprezentantem planety Ziemi na arenie międzygwiezdnej. Idealny człowiek na właściwym miejscu. Powiem więcej, to Carol jest tym, która jako pierwsza porusza w dyskusji temat Rhodey'ego, co sprawia, iż zastanawiam się, czy aby przypadkiem nie obmyśliła tak sobie tego, aby bezpiecznie się wycofać z dyskusji, która nie podąża w taki sposób jaki sobie wyobrażała. A wiecie co jest w tym najgorsze? To nie jest jeszcze najgorsza rzecz jaka zrobiła w tym numerze. 

Gwóźdź do trumny



Tytułowy "gwóźdź do trumny" odnosi się do racji i chęci działania po stronie Carol, który jestem przekonany, wraz z kolejną sekwencją pokazaną w komiksie, została już zmniejszona do zera. Pamiętacie jak w poprzednim komentarzu, zwróciłem uwagę, jak bardzo nie podoba mi się styl działania Danvers? Brzmiało to mniej więcej tak: "Jeśli pojawi się przykładowo nowy przestępca, którego działanie będzie można zmienić, nie będzie tracić czasu na próbach przekonania go do zmiany postępowania, tylko z miejsca wydasz na niego wyrok/zabijesz, bo tak będzie ci łatwiej". I to się stało. Zupełnie jakbym znal zawartość tego numeru przed napisaniem wcześniejszego komentarza, abym wyszedł na niezwykle przenikliwego gościa. Konkret polega na tym, iż Carol aresztuje jakąś kobietę, bo jest rzekomo głęboko ukrytym agentem HYDRY i ma coś wysadzić w przyszłości. Nie widzimy co prawda jak konkretnie wyglądała ta wizja, ale pewnie analogicznie jak w przypadku Hulka, była to jedna scenka, którą można interpretować na kilka sposobów min. dokonania na kobiecie prania mózgu czy czegoś podobnego. Ale Carol jak zwykle dopisuje swoją wersje wydarzeń, w którym to Ona jest zbrodniarzem bez okoliczności łagodzących, czemu dała przykład w analogii, którą przytoczyła w tym samym numerze (patrz wyżej). I co się okazuje? Nie znaleziono przy niej żadnych dowodów na działalność terrorystyczną, ani nawet żadnych śladów jej związków z kimkolwiek podejrzanym. Biorąc pod uwagę, iż Carol już wie, jak moce Ulyssesa działają, to powinna teraz dopuszczać do siebie myśl, iż ten jeden raz Ulysses mógł się pomylić, o innych możliwościach nie wspominając. I co robi? Mówi jej w twarz, że jest cholerną terrorystką i będzie ją trzymała w zamknięciu, dopóki nie przyzna się do wszystkiego i nie zacznie współpracować. Prawidłowa postawa co nie? Jak będzie wywierać na nią regularnie coraz większą presję, to przyzna się pewnie do wywołania klęski głodu w afrykańskim państwie, byleby tylko dała jej w końcu spokój. Serio, nie zdziwiłbym się, gdyby to był kolejny etap jej działania. Desperackiej chęci pokazania innym ze ma rację i inni się mylą, iż jest gotowa tak kierować wydarzeniami, aby się one ziściły. I oto proszę państwa, jest moment gdy Carol ostatecznie zostaje uznana za "bad guya". I to już nawet nie ma znaczenia, czy zatrzymana okaże się agentką HYDRY czy nie. Suma wszystkich zdarzeń z ostatnich numerów, właśnie uległa kumulacji. Tak samo jak Civil War zniszczyła dla wielu postać Starka, teraz to się dzieje z Captain Marvel. Aczkolwiek to wciąż nie jest najgorsza rzecz jaka ją w życiu spotkała, ale tylko dlatego, że trudno przebić gwałt dokonany przez własnego syna. Tak, to się zdarzyło. 

Oskarżenia i podziały



Chciałbym już podarować sobie, dalsze krytykowanie Carol, bo myślę, iż wystarczająco dużo o tym napisałem. Ale niestety, nie mogę ignorować kolejnego pokazu głupoty z jej strony. Wkrótce bowiem, po jej groźbach rzuconych więźniowi, ta zostaje nagle wyteleportowana w chmurze dymu. Jej pierwsza reakcja? Nightcrawler. To sprawka Tonyego Sarka. Aresztuje go. Ty tak na poważnie dziewczyno? Gdzie masz na to dowody? Serio, masz jakiekolwiek dowody na to, iż Stark ma z tym coś wspólnego? Zwyczajnie obarczyłaś go z miejsca winą za wszystko, bo jest twoim największym oponentem i zwyczajnie cię wkurza. Czy nie powinnaś wpierw zapytać Storm, czy wiedzą coś na ten temat? A co jeśli ktoś inny, zainteresował się tą sprawą? Może na przykład Magneto? Albo HYDRA wynajęła Azreala, teleportera lub jakiegoś iluzjonistę, żeby niepostrzeżenie wyrwał ich agenta z waszego więzienia? Tak się składa, ze posiadanie przez was wróżbity jest teraz powszechnie znanym faktem i fakt, że nikt jeszcze się nim nie zainteresował, zakrawa na cud. W momencie kiedy Carol z miejsca jest gotowa aresztować Starka bez dowodów na jego udział, to moim zdaniem najgłupsza scena z jej udziałem w tym komiksie. Pokazuje ponadto, iż najwyraźniej jej zdolność łączenia faktów i dostrzegania innych możliwości, uległa poważnej degeneracji, przez to nadmierne używanie mocy jasnowidza. Dlaczego ktokolwiek, jeszcze chce słuchać jej rozkazów? Jest to szczególnie istotne, gdyż nie mam pojęcia, dlaczego aż tyle osób, jest teraz gotowych walczyć za jej sprawę, co widać na ostatnich stronach komiksu. Nie jestem pewien, skąd się tam wzięli czy po prostu czekali tam cały czas, ale to nie istotne. 

Pozwólcie mi jeszcze zwrócić uwagę na pewną rzecz. Na ostatnich stronach, mamy już obie stronnictwa gotowe do walki i rzecz która mnie zastanawia jest to, czemu w ogóle oni są tam obecni? Jedynie Nova i Miles dostali jakieś małe scenki, które wykazywały ich sympatię w tym sporze, natomiast jeśli jesteście ciekawi dlaczego reszta zdecydowała się walczyć po tej cz innej stronie, jak sądzę musimy poszukać jakiś tie-ninów, gdyż najwyraźniej zbieranie oraz przekonywanie herosów byłoby nieciekawe dla czytelników. Swoją drogą, Bendis po jednej stronie postawił większość swoich ulubionych zabawek; All-New X-Men, Iron Mana, Luka Cage'a i tą nową w zbroi, co dopiero co wymyślił na łamach serii Iron Mana. Sympatię autora wydają się jasne. Nawet biorąc pod uwagę Jean i Guardians of the Galaxy po stronie Carol, co jednak niewiele znaczy, bo tych ostatnich mu się kompletnie nie chcę pisać ostatnio, a przynajmniej takie mam uczucia czytając te komiksy. Chociaż, po stronie Starka jest nazista*, więc może nie powinienem się tym sugerować. A tak przy okazji, strona Carol jest słabsza? Jeszcze zanim pojawili się Guardians, mieli po swojej stronie Storm, Photon, Blue Marvela, Magik i jakąś setkę agentów SHIELD. Stark ma znacznie mniej doświadczonych nastoletnich X-Men i Avengers, Dr. Strangea oraz Thora. Według mnie, to oni mają gorzej. 

Więcej frontów?



No więc się doczekaliśmy, oto moment gdy tytułowa wojna nareszcie się rozpoczyna. Uważa się, że wojny ze swojej natury są bezsensowne, ale ten konflikt zasługuje na to miano w szczególności. Co prawda jeszcze nie zaczęła się walka, ale to tylko kwestia chwili, bo zapewne skończył się okres gdy obie strony prowadziły wzajemne dyskusje. Nie żeby to były jakieś sensowne dyskusje, gdyż żadna ze stron nie wydawała się chętna na jakikolwiek kompromis, ale mimo wszystko. Seria miała szansę aby nadać tej historii nie tylko jakiś sensowny punkt wyjście i odpowiednio sprezentować oba stronnictwa, ale niestety zawiodła w tej kwestii. Jak się nad tym zastanowić, to mamy tu do czynienia z osobistym konfliktem na linii Iron Man - Captain Marvel, który ulega rozprzestrzenieniu, bo najwyraźniej inni herosi nie maja własnego zdania, tylko muszą być po jednej lub drugiej stronie. Myślę że inne stronnictwa jeszcze mogą się pojawić, bo Inhumans mogą rozpocząć "własną grę", a także osoba odpowiedzialna za zniknięcie domniemanej agentki, raczej na pewno jest "kimś trzecim", ale na to przyjdzie jeszcze czas. W zasadzie, jest to to w tej chwili jedyna rozsądna opcja, która ma szansę podnieść poziom tej serii. Albowiem główna oś konfliktu i jego najważniejsi gracze, na którą powinniśmy zwracać głównie uwagę jest równie marna jak sama historia do tej pory, a sposób prezentacji jednej ze stron sprawia, ze nie może być mowy o jakiś wyraźnych podziałach względem czytelników. Tyle ode mnie na razie. Wyczekuje mojej kolejnej opinii, miejmy nadzieje niedługo po wyjściu numeru piątego. 

PS 
Pierwotnie zamierzałem zamieścić w tekście, moją opinię na temat uniewinnienia Hawkeya. Ponieważ jednak, został zapowiedziany komiks, bardziej zagłębiający się w to sprawę, wolę poczekać na jego lekturę, aby mieć większe rozeznanie w temacie i wtedy omówić kolejne jej aspekty. Tak, planuje komentarz do tego komiksu. 

PS2 
Grafika przy ostatnim podtytule mego tekstu, pochodzi z Agents of S.H.I.E.L.D. #8. 

*Wiem iż wyjaśniono, że Captain America został poddany praniu mózgu za sprawą Cosmic Cube, ale to nie zmienia faktu, iż stał się przez to nazistą. I będzie to rzecz, która będzie mu wytykana, nawet x-lat po odwróceniu tego wszystkiego. A przynajmniej przeze mnie. 

Darth

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.