Avalon » Publicystyka » Artykuł

Reakcja Atomowa #3 - Uncanny X-Men vol. 4 #11

W tym tygodniu przyglądamy się, jak drużyna, która absolutnie nie jest X-Force przygotowuje się do kolejnej misji.


Uncanny X-Men #11
Scenariusz: Cullen Bunn
Rysunki: Greg Land
Kolory: Nolan Woodard

To pierwszy numer po historii "Apocalypse Wars" – nie do końca evencie, w ramach którego we wszystkich trzech drużynowych seriach o mutantach bohaterowie robili coś mniej lub bardziej związanego z En Sabah Nurem. Jak to po eventach bywa – i po nie do końca eventach również – bohaterowie dostają teraz chwilę dla siebie. Uncanny X-Men #11 to dość spokojny numer, skupiający się na postaciach. Mimo to znalazło się w nim miejsce dla dwóch kuriozalnych scen akcji. 

Pierwsza z nich otwiera numer. Grupa mutantów atakuje fabrykę broni konstruującą czołgi w oparciu o technologię Sentineli. Zarówno mutantów, jak i tę fabrykę, widzimy po raz pierwszy. W tym numerze więcej już ich nie uświadczymy i trudno powiedzieć, jaki będzie ich związek z historią – choć w dialogach pada sugestia, że coś może ich łączyć z prawdopodobnie złą korporacją Someday, która pojawiła się w pierwszych numerach serii jako cel ataku Magneto i jego X-Men. 

Lwią część numeru zajmuje skakanie od pierwszoplanowej postaci do pierwszoplanowej postaci. Bunn po kolei pokazuje, jak wpłynęły na nie ostatnie wydarzenia. "Apocalypse Wars" było w tej serii wyjątkowo chaotyczne – do tego stopnia, że naprawdę trudno odtworzyć ciąg wydarzeń – ale zasadniczo zakończyło to, co działo się z Warrenem od końca "Dark Angel Saga", przywracając go mniej-więcej do stanu sprzed tamtej historii. 

Biorąc pod uwagę, jak duży wpływ ta historia wywarła na Archangela, trochę dziwi fakt, że Bunn praktycznie w ogóle nie poświęca mu w tym numerze miejsca. W pobocznym wątku "Apocalypse Wars", nijak nie związanym z Apocalypsem, dużą zmianę przeszła również M. Ona akurat dostaje dla siebie całą scenę. Trzeba przymknąć oko na wyświechtaną kliszę "dzieje się coś złego, ale nie powiem o tym drużynie, nie będę ich niepokoić" – poza tym ten wątek jest w porządku. Podoba mi się motyw zasygnalizowania podejrzeń reszty zespołu wobec M – tak naprawdę nie widzimy żadnej takiej sytuacji, więc wszystko może się rozgrywać tylko w jej głowie. 

  

Poza M scenarzysta poświęca chwilę na pociągnięcie wątku nieufności Psylocke do Magneto, choć nie posuwa go ani na krok do przodu – Betsy nadal ma wątpliwości i tyle. I wreszcie Sabretooth, bohater drugiej kuriozalnej sceny akcji. Ponieważ baza Magneto znajduje się w Savage Land, Victor poluje na dinozaura. Ot, tak, żeby się czymś zająć. I teraz tak – bardzo nie podobało mi się to, co stało się z Sabretoothem po Axis. To, że właściwie wszyscy go zaakceptowali jako bohatera, tylko dlatego, że odmieniło go zaklęcie. Na dodatek po Axis nikt nie zrobił z nim nic ciekawego – był pisany jako zapasowy Wolverine, nic ponadto. Tutaj Bunn po raz pierwszy każe czytelnikom zastanowić się, jak głęboko sięga ta przemiana. Niby niewiele, ale wystarczy, by zaintrygować. 

Na koniec numeru akcja przenosi się do Hellfire Club, gdzie poznajemy nową inkarnację Wewnętrznego Kręgu. Chyba. Być może. 
Wątpliwości biorą się z dwóch powodów – po pierwsze, nie ma potwierdzenia w dialogach. Po drugie, to komiks narysowany przez Grega Landa. Więc patrzę na ostatnią stronę i łamię sobie głowę – czy to ma być Wewnętrzny Krąg czy nie? Czy ja mam znać te postaci, czy nie? Jest tam jakiś blondas, który może być Donaldem Piercem, ale może być też kimkolwiek innym. Jest facet z kucykiem i bokobrodami – w każdym innym kontekście byłbym pewny, że to Sebastian Shaw, ale gdy za rysunki odpowiada Greg Land, naprawdę nie wiem. Przecież u niego wszyscy wyglądają tak samo – czy raczej, wszyscy wyglądają jak model/modelka ze zdjęcia, które Greg akurat przerysowuje. 
Żeby zakończyć teoretyzowanie na temat tego być-może-Wewnętrznego-Kręgu, jest tam również dandysowaty facecik z bródką – nawet nie będę próbował zgadywać, kim może być – oraz ruda kobieta z czymś, co może być szyną ortopedyczną na nodze. To by sugerowało Briar Raleigh, tajemniczą kobietę, która partnerowała Magneto w jego solowej serii przed Secret Wars. Ponieważ wymyślił ją Bunn, i nigdy nie odpowiedział na wszystkie związane z nią pytania, to chyba bezpieczny strzał. 

Nie będę ukrywał – mam bardzo złe zdanie o rysunkach Grega Landa. Problem w tym, że na pierwszy rzut oka wydaje się porządnym, jeśli niespecjalnie natchnionym rysownikiem. Dopiero po zapoznaniu się z większą liczbą jego prac wychodzi to, jak często kopiuje sam siebie, jak cały czas korzysta z tego samego – bardzo ograniczonego – zestawu min i póz, jak sztucznie i statycznie wypadają jego bohaterowie, i jak bardzo wyraz ich martwych twarzy nie pasuje do emocji, którą – jak sugerują wypowiadane kwestie – powinni w danym momencie czuć. 

Co powiedziawszy – jak na Grega Landa, rysunki w tym numerze są całkiem dobre. Czyli obiektywnie – mogło być dużo gorzej. Tylko podczas ataku na fabrykę postaci wypadają wyjątkowo sztywno. Pomaga również to, że główni bohaterowie tym razem nie szczerzą zębów w typowych dla Landa, wysysających dusze czytelników uśmiechach. Przede wszystkim jednak pomagają kolory. Paleta barw zastosowana przez Woodarda ożywia nijakie kompozycje Landa – zwłaszcza strony, na których pojawiają się kadry odchodzące od naturalistycznej palety barw. Co jakiś czas Woodard zalewa cały kadr czerwienią, by podkreślić brutalny charakter sceny czy agresywne nastawienie postaci. Zasadniczo jeśli chodzi o warstwę graficzną, najgorzej wypada okładka – Land nie mógł się zdecydować, więc wrzucił tam cztery różne obrazki, z których każdy mógłby być okładką sam w sobie, a wszystkie razem tworzą kompozycję rodem z plakatu współczesnej polskiej komedii romantycznej. 

Wypadałoby jakoś to podsumować. Uncanny X-Men #11 to numer przejściowy. Bunn prezentuje swoich bohaterów, podkreślając przemiany, które niedawno przeszli. Technicznie rzecz biorąc zaczyna się tu nowa historia, ale na razie nawet trudno mówić, że zostały zasiane jej ziarna – ot, pojawiła się grupka nowych postaci, o których na razie nie wiemy nic. Z drugiej strony – w zasadzie nie trzeba znać poprzednich numerów, by zrozumieć, co siedzi w głowach bohaterów. Ostatecznie jest to chyba taka rzadka bestia – środkowy numer, od którego można zacząć lekturę serii. A ponieważ mamy tu do czynienia z interesującym zestawem bohaterów, na których scenarzysta ma pomysły i pomału je realizuje – warto tę lekturę zacząć. 

Szkoda tylko, że o rysunkach nie mogę napisać nic bardziej pozytywnego niż "ujdą".

Krzysiek "Krzycer" Ceran

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.