Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja komiksu - Uncanny X-Men: Rewolucja - Krzycer

Wydawnictwo Egmont ruszyło wreszcie z bliźniaczą serią All-New X-Men. Jak Uncanny X-Men Briana Bendisa wypada w porównaniu z tamtym tytułem? Czy w tej Rewolucji warto wziąć udział? Zapraszamy do recenzji. 


Kiedy Egmont zaczynał wydawać u nas All-New X-Men, zastanawiałem się, czemu nie wydaje jednocześnie Uncanny X-Men. Pamiętałem, że te serie się przeplatają, że Bendis czasami rozpoczynał wątki w jednej, by kontynuować je w drugiej. 
Zapomniałem natomiast, że „Uncanny X-Men” ruszyło trochę później. Okazuje się, że przynajmniej z Rewolucją Egmont wstrzelił się świetnie, bo znajdziemy tu rozwinięcie wydarzeń z wydanych poprzednio All-New X-Men: Zagubieni. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że początek tej wersji Uncanny X-Men miał miejsce w tamtym tytule, i dobrze byłoby od niego zacząć. 

Tyle związki Uncanny z All-New. A jak Rewolucja przedstawia się jako osobne dzieło? 

W skrócie – całkiem nieźle. Cyclops i garstka X-Men, którzy wciąż są skłonni za nim podążać po tym, jak opętany przez Phoenix Force zabił Charlesa Xaviera – Emma Frost, Magik i Magneto – gromadzą grupę nowych uczniów, przekonani o tym, że wkrótce wydarzy się coś, pojawi się jakieś nowe zagrożenie, na które mutanci będą musieli być gotowi. Stawiają się przy tym Avengers i dyskutują z członkami dużo liczniejszej grupy X-Men Wolverine’a, a także dużo mówią o nadciągającej „rewolucji mutantów”, nie wyjaśniając przy tym, na czym ta tytułowa rewolucja miałaby polegać. 

Wszystko to jest napisane tak, jak to zwykle robi Bendis, o czym mogliśmy się już przekonać, czytając All-New X-Men. Postaci dużo dowcipkują, regularnie gubią się w chaosie wydarzeń i pytają, co się właściwie dzieje. Ale – w przeciwieństwie do słabszych komiksów Bendisa – dowcipkowanie jest całkiem zabawne, a wydarzenia, choć są chaotyczne, to jednak układają się we w miarę logiczny ciąg. Lektura pozostawia czytelnika z pytaniami, ale raczej w rodzaju "ciekawe, kto za tym stoi i do czego to doprowadzi" niż "ale o co tu do cholery chodziło?" 
Może to brzmi jak minimum kompetencji, którego powinniśmy wymagać od scenarzysty, ale Bendis jest tak nierównym autorem, że warto to podkreślić. 

Nierówny jest również Bachalo. Jego prosty, energiczny styl, rysunki, gdzie więcej uwagi zdaje się poświęcać tłom, niż bohaterom, polaryzują odbiorców. Niektórzy go bardzo lubią, inni nie mogą znieść. Ja skaczę z obozu do obozu. Wolę, gdy Bachalo bardziej się przykłada i nieco tonuje swoje zapędy (np. gdy w crossoverze „Messiah Complex” zdawał się dopasowywać do innych rysowników, powściągając nadmierny entuzjazm i nie szalejąc), ale z drugiej strony są takie sceny i postaci, do których ten styl pasuje jak żaden inny. Ogromne eksplozje, katastrofy naturalne lub nadnaturalne – takie sceny wychodzą mu świetnie, podobnie jak rysowanie superbohaterów z widowiskowymi mocami. Bachalo rysował w latach 90 Generation X, i jego Chamber należy do najlepszych. 
Problem w tym, że w Rewolucji takich scen nie ma zbyt wiele, a postaci – praktycznie wcale. I dlatego ładnie wypada rozkładówka z nacierającymi, gigantycznymi Sentinelami, ale kiedy przychodzi do przedstawiania banalnego ciągu wydarzeń, Bachalo szwankuje. Bywa, że zaczyna nadmiernie szaleć i jego rysunki są po prostu nieczytelne. Konia z rzędem temu, kto mi powie, co prowadzi do tego, że Magneto wymaga interwencji drużynowego uzdrowiciela. 
Poza tymi rzeczami zdarzają się również zwykłe babole. Bachalo czasami nie rysuje pełnego konturu twarzy postaci, przez co po nałożeniu kolorów bohaterom szyje zlewają się z głowami. A jeśli jeszcze na danym kadrze postać na dodatek zadziera głowę do góry, to i twarz staje się nieczytelna, i zamiast ludzi oglądamy jakieś znakomicie ubrane dżdżownice. 

Skoro zeszło na kolory – w albumie są sekwencje wyodrębnione inną paletą. Retrospekcja ukazana w odcieniach szarości, symulująca czarno-biały film, i telepatyczna rozmowa Emmy i Kukułek Stepford, w trakcie których bohaterki są jedynymi pokolorowanymi elementami na stronie. Obie sekwencje bardzo mi się podobały, ich obecność sprawia, że cały album jest wizualnie ciekawszy. 

I wreszcie Frazer Irving. Narysowany przez niego ostatni zeszyt jest pierwszą częścią kolejnej historii. Trochę szkoda, że znalazł się w tym albumie – nie tylko kompletnie do niego nie pasuje wizualnie, ale i jest zupełnie o czymś innym. Z drugiej strony, album zawierający tylko cztery zeszyty byłby dość cienki. 

Frazer Irving na swój sposób może być równie kontrowersyjny, co Bachalo. Jego rysunki mają zaledwie szczątkowe tła, a abstrakcyjne kolory, którymi je wypełnia, nadają całości odrealniony nastrój. Zbiegiem okoliczności większość akcji tego numeru toczy się w demonicznym wymiarze Limbo, do którego znakomicie to pasuje, ale sceny, w których bohaterowie po prostu stoją w pokoju i rozmawiają wypadają bardzo sztucznie. 

Tytułem podsumowania – mamy do czynienia z intrygującym początkiem, z którym warto się zapoznać. Styl pisania dialogów Bendisa, manieryzmy i werbalne tiki, które dość losowo przypisuje bohaterom, to wszystko może drażnić, ale poza tym w scenariuszu nie mam się do czego przyczepić. (Może jeszcze drażni brak konsekwencji w prowadzeniu postaci, przez który bohater, który później okaże się gejem, w pewnym momencie fantazjuje o Magik). Obaj rysownicy pracujący nad tym albumem będą polaryzować odbiorców, przy czym Bachalo na dodatek popełnił sporo błędów w swojej części. Głównie dotyczą one detali, czy raczej ich braku, ale mogą przeszkadzać w lekturze. 

Mimo wszystko wmyślenie końca tej recenzji jest banalnie proste – jeśli podoba wam się All-New X-Men, to koniecznie powinniście sięgnąć również po Uncanny X-Men. Jeśli nie przypadła wam do gustu, Uncanny X-Men raczej też wam się nie spodoba. 
A jeśli w ogóle nie czytaliście All-New X-Men, to możecie dać szansę Uncanny X-Men, tylko nie nastawiajcie się na zbyt wiele. To dobry komiks, ale jest obarczony wieloma wadami. Choć są to raczej drobne wady, to sama ich liczba irytuje. 

W sumie? Takie 3,5/5. 


Krzysiek "Krzycer" Ceran
Uncanny X-Men: Rewolucja 
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Chris Bachalo, Frazier Irving
Wydawnictwo: Egmont
Tłumaczenie: Kamil Śmiałkowski
Liczba stron: 120
Format: 165x255 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Data wydania: maj 2016
Sugerowana cena detaliczna: 39,90 zł

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.