Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja komiksu - Uncanny Avengers: Czerwony cień - Krzycer

Po śmierci profesora Xaviera Kapitan Ameryka powołuje specjalną grupę Avengers, mającą walczyć o jego ideały. Wchodzący w skład Drużyny Jedności członkowie Avengers i X-Men nieustannie toczą spory, a tymczasem na horyzoncie pojawia się Red Skull - groźniejszy niż kiedykolwiek wcześniej! 
Brzmi ciekawie, prawda? Niestety, komiks obarczony jest poważnymi wadami. O tym, czy przesądzają one o jego jakości przekonacie się, czytając recenzję. 


Historia z Uncanny Avengers zaczyna się tam, gdzie parę innych wydawanych obecnie przez Egmont tytułów – krótko po śmierci Charlesa Xaviera z ręki opętanego przez Phoenix Force Cyclopsa. Pomysł Ricka Remendera na serię był prosty – Kapitan Ameryka zdaje sobie w końcu sprawę z tego, że Avengers przez lata nie zrobili nic, by poprawić los mutantów. Powołuje więc specjalny oddział Avengers, tak zwaną Drużynę Jedności, złożoną z członków Avengers i X-Men. Kosmicznym zbiegiem okoliczności w tym samym momencie pojawia się ogromne zagrożenie, jednoczące jednych i drugich – sklonowany Red Skull, posługujący się ukradzioną telepatią Charlesa Xaviera. 

Brzmi ciekawie? Dla mnie – tak. Problem w tym, że wykonanie pozostawia trochę do życzenia. 

Czerwony cień zaczyna się w dniu pogrzebu Xaviera. Kapitan Ameryka spotyka się z Havokiem, by omówić powołanie Drużyny Jedności. W tym samym momencie Red Skull zaczyna wcielać w życie swój plan. Lwią część albumu zajmuje bitwa ze Skullem i jego podwładnymi w opętanym szaleństwem Nowym Jorku. W ostatnim numerze, rysowanym przez Coipela, bohaterowie mogą trochę odpocząć, a Drużyna Jedności zostaje oficjalnie przedstawiona światu i wzbogaca się o nowych członków. Wrócę do niego później. 

Główną część albumu rysuje John Cassaday, znany m.in. z wydanej w Polsce serii Astonishing X-Men. Przez większość czasu prezentuje tutaj podobny poziom, ale zdarzają mu się brzydkie babole. Najczęściej są to autentycznie skaszanione twarze, kadry, na których bohaterowie po prostu nie wyglądają tak, jak powinni. Czy w ogóle jak ludzie. W szczególności dotyczy to różnic między pierwszym a drugim planem. Cassaday poświęca wiele uwagi pierwszemu planowi, na zbliżeniach rysowane przez niego twarze są dość szczegółowe, realistyczne. Ale już na drugim planie składają się tylko z kilku kresek. Te dwa podejścia koszmarnie się ze sobą gryzą. 

Jak wspomniałem na początku, scenariusz w swoich założeniach jest całkiem ciekawy. Jest tu sporo bardzo fajnych scen. Oczywiście, mógłbym znaleźć szczegóły, do których można się przyczepić, ale to nie ma sensu – niestety, problem jest większy. Z jakiegoś powodu Remender zaczyna od wykorzystywania pierwszoosobowej narracji, by – skacząc pomiędzy postaciami i pokazując ich przemyślenia – przybliżyć nam bohaterów. Następnie, gdy zaczyna się główna bitwa, przechodzi do narracji trzecioosobowej. To samo w sobie jest dziwnym brakiem konsekwencji, ale jakby tego było mało, jest to fatalna narracja. Remender celuje w epickość, w każdej ramce z tekstem zapewniając nas o tym, jak to dana postać nigdy się tak nie męczyła, jak męczy się w tej scenie, nigdy tak nie wytężała woli, jak właśnie w tym momencie ją wytęża. Niestety, efekt jest co najwyżej komiczny. A jakby jeszcze tego było mało, co jakiś czas narracja Remendera powiela schematy komiksów z lat 60, to jest – niepotrzebnie informuje nas o tym, co doskonale widać na rysunku. 

Nie mam pojęcia, co właściwie autor miał na myśli, jaki był jego zamysł – czy chciał nawiązać do klasycznych komiksów, czy uznał, że Cassaday nie będzie w stanie przedstawić wydarzeń, czy autentycznie myślał, że będzie bardziej epicko, jeśli co chwila będzie nam mówił, jak jest epicko – dość powiedzieć, że mu to nie wyszło. 

Osobną kwestią jest to, że Remender lubi szokować. W tym albumie robi to, każąc Cassaday’owi rysować zbliżenia na lobotomizowanego człowieka – jest to scena otwierająca album. Potem mamy podobny kadr ze zwłokami Charlesa Xaviera. Przyznam, że nie przepadam za takimi zabiegami, a na dodatek uważam, że gryzie się to z czysto superbohaterską konwencją, której ten komiks nie łamie w żaden inny sposób, ale to chyba najbardziej subiektywna uwaga, jaką mam do tego komiksu. 

A nie, mam jeszcze jedną – trochę przeszkadza mi to, jak Remender pisze Rogue. Anna Marie jest strasznie agresywna w swoim konflikcie ze Scarlet Witch i mam wrażenie, że to celowy zabieg, który ma wybielać Wandę. Na dodatek Charles Xavier jest przez wszystkich bohaterów stawiany na piedestale, i choć może to być zrozumiałe tak krótko po jego śmierci, to jednak profesor miał sporo na sumieniu, i robienie z niego świętego jest nieco dziwne. 

Szczerze mówiąc z całego albumu najbardziej podoba mi się piąty zeszyt. Po poważnych, brutalnych i och-jakże-niezwykle-epickich wydarzeniach bohaterowie mogą trochę odsapnąć. Jest tu trochę humoru, podkreślanego prostszą, miejscami nieco kreskówkową kreską Coipela. Jest tu również trochę dramatyzmu, ale poszczególne elementy są lepiej wyważone, niż w głównej historii. No i jest tutaj przemowa Havoka, na którą – ustami Shadowcat – zareagował Brian Michael Bendis pisząc All-New X-Men: Zagubieni. To chyba jedyny moment, gdy Remender i Bendis mieli w swoich seriach coś poważnego do powiedzenia w sprawie mutantów jako metafory problemów spotykających przedstawicieli mniejszości, i dobrze, że polski czytelnik może teraz poznać obie te sceny w kontekście historii, w których się pojawiają. 

Na koniec słowo o tłumaczeniu. Albo onomatopeja: tsk, tsk, tsk. Tłumaczenie nie jest złe, ale miejscami jest nieporadne. Przy dłuższych wypowiedziach, podzielonych na kilka dymków, zdarza się, że koniec zdania nie bardzo pasuje do początku – czy to pod względem logiki, czy gramatyki. Najgorszą wpadką jest dymek z wypowiedzią Thora, w którym widać zmianę wprowadzoną przez korektę (jest nawet podkreślona!), a z którego nie usunięto paru słów sprzed poprawki i w rezultacie pozostał galimatias. 

I jak to wszystko podsumować? Punkt wyjścia jest ciekawy. Zagrożenie – duże i wiarygodne. Autor czerpie zarówno z historii X-Men, jak i Avengers, by stworzyć coś nowego, coś, czego jeszcze w świecie Marvela nie widzieliśmy. Niestety, regularnie się przy tym potyka, a w wypadku narracji – wykłada na pysk. Mimo to wciąż warto się zapoznać z ostatecznym rezultatem. 

Zaczynałem pisać recenzje dla Avalonu, kiedy jeszcze trafiały do kolumny Living Tribunal, gdzie posługiwaliśmy się pięciostopniową skalą ocen. Zazwyczaj nie posługuję się ocenami numerycznymi, ale jakoś przyzwyczaiłem się do tego w wypadku recenzowania wydań zbiorczych, więc… 

Uncanny Avengers: Czerwony cień zasługuje na nieco naciągane 3/5. 

Krzysiek "Krzycer" Ceran
Uncanny Avengers: Czerwony cień
Scenariusz: Rick Remender
Rysunki: John Cassaday, Olivier Coipel
Wydawnictwo: Egmont
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Liczba stron: 132
Format: 165x255 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Data wydania: maj 2016
Sugerowana cena detaliczna: 39,90 zł

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.