Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "X-Men: Apocalypse" - Krzycer

X-Men: Apocalypse to jedna ze słabszych części serii. A jednocześnie może być najlepszą jak dotąd adaptacją komiksów o mutantach. Podsumowując: to kiepski film, który pomimo tego powinien ucieszyć fanów. Proszę bardzo, oszczędziłem wam czytania recenzji. 
Ale będzie mi bardzo miło, jeśli i tak to zrobicie. 


 

fot. 20th Century Fox


Niniejsza recenzja podzielona będzie na trzy segmenty – wady, zalety i wyraźnie zaznaczone spojlerowe uwagi na koniec. 


Zaczynam od wad, z kilku powodów. Jest ich dużo, to po pierwsze. Chciałbym szybko mieć ich omówienie za sobą, to po drugie. No i nie wiem, jak długo będę w stanie silić się na bycie obiektywnym, to po trzecie. 


Na początek grzech kardynalny X-Men: Apocalypse: to jest niechlujny film. Ma wiele wątków, które zostają złożone do kupy bez ładu i składu. Ma kiepskie tempo. Zbyt wiele czasu poświęca na wizualne fajerwerki, które po pewnym czasie zaczynają nużyć, poświęcając go zbyt mało na rozwój postaci, czy choćby odpowiednie ich przedstawienie. W rezultacie akcja potrafi zmęczyć, zaś dramatyczne sceny bawią, zamiast przejmować, bo nie zdążyliśmy przywiązać się do postaci. 


A propos – ten film jak żaden inny w serii wymaga dobrej znajomości innych części. Nie dlatego, że nawiązuje do nich fabularnie – nie robi tego w żaden istotny sposób. Nie, to jest film dla fanów z innego powodu. Wątpię, by ktoś, kto nie zna dobrze poprzednich filmów, kto wchodząc na salę kinową nie pała sympatią do bohaterów ze względu na ich poprzednie losy - wątpię, by ktoś taki mógł się przejąć ich losami tutaj. Jest tu zbyt wiele postaci, które dostają zbyt mało czasu ekranowego, by zjednać sobie widzów. 


Powiecie – przecież to jasne, przecież to szósta część cyklu (ósma, licząc oba Wolverine'y, dziewiąta z Deadpoolem). Tyle tylko, że wprowadza znane postaci w nowych wersjach, które widzimy po raz pierwszy. Cyclops, Storm, Jean Grey, Nightcrawler, Angel są tu w gruncie rzeczy nowymi postaciami. 



fot. 20th Century Fox


Brak czasu to nie jedyny problem. Nawet Magneto Fassbendera, którego oglądamy trzeci film z rzędu, który ma tu dla siebie całkiem sporo czasu – nawet on został spartaczony. Więcej, wątek Magneto może być najbardziej spartaczonym wątkiem w filmie. 


A że wątków jest tu mnóstwo, wspominałem już na początku. 


Na koniec wad dodajmy: efekty specjalne nie wyglądają źle, ale wyglądają bardzo sztucznie. Nikt tu nie próbuje udawać, że na ekranie toczy się coś choćby w miarę realnego. Dostajemy więc sceny akcji rodem z komiksów, w całości namalowane w komputerze. Jeśli ktoś kupuje tę stylistykę, to oglądanie tego jest całkiem przyjemne. Mnie to trochę drażniło. 


I wreszcie Apocalypse. Wymieniam go pośród wad nie dlatego, że został jakoś szczególnie skopany – Oscar Isaac całkiem dobrze wypada, wygłaszając jego maniakalne przemowy. Niestety, na przemowach się kończy, i En Sabah Nur po prostu nie jest szczególnie ciekawy. To zresztą klęska Singera i reszty twórców, że poza Magneto filmowi X-Men nie dorobili się porządnego, interesującego przeciwnika. 


fot. 20th Century Fox


Wystarczy. Przejdźmy do zalet. Przede wszystkim ta najważniejsza dla mnie. Jednym z wielu wątków jest historia o mutantach, którą zawsze chciałem zobaczyć na ekranie. Młodzi mutanci uczący się panowania nad swoimi mocami, wciągnięci w szalony świat X-Men, zmuszeni do tego, by walczyć o świat, który się ich boi i który ich nienawidzi. Strasznie bym chciał, by cały X-Men: Apocalypse był o Cyclopsie, Jean Grey, Nightcrawlerze i Storm. Niestety, dostają dla siebie może jedną trzecią filmu. 


Z pozostałych wątków – jak już wspominałem, Magneto jest skopany, ale podoba mi się to, jak kończy się jego udział w filmie. Mystique kontynuuje tutaj swój wątek z Days of Future Past – miota się między ideologią Xaviera i Magneto i wreszcie ostatecznie wybiera stronę. Jeśli widzieliście zwiastuny – wiecie, którą. Swoją drogą jeśli po obejrzeniu zwiastunów coś wam w roli Mystique nie grało, mogę uspokoić, że zarówno jej wygląd, jak i... jak by to bezspojlerowo ująć... pozycja, na której się znajduje, zostają rozegrane w fabule. Moim zdaniem – dobrze. 


Wątków jest jeszcze więcej, więc mógłbym wymieniać tak długo. W zasadzie nie ma tu głównego bohatera. Teoretycznie spośród pierwszoplanowych postaci każda dostaje trochę czasu, by się zaprezentować. Z łatwością mógłbym wymienić co najmniej piątkę, która przechodzi jakąś wewnętrzną przemianę, pokazaną lepiej czy gorzej. Problem w tym, że większość z nich dostaje tego czasu trochę za mało, a przemiany zostają raczej zadeklarowane niż porządnie, wiarygodnie przedstawione.


fot. 20th Century Fox


Ponarzekałem na scenariusz i montaż – mam wrażenie, że nawet w tej części, w której miałem chwalić, nadal narzekam – najwyższa więc pora, by coś przedstawić jako kompletny sukces. Jak dla mnie jest to obsada. Właściwie nie ma tu źle zagranej roli (choć jest dużo takich, w których nie było wiele do zagrania... ale miałem już nie narzekać). Jednak jeszcze ważniejsze jest dla mnie to, że nowe wersje znanych postaci kompletnie przyćmiły te poprzednie. I nawet nie chodzi mi tu o zastąpienie beznadziejnego przypadku czymś porządnym, jak to jest ze Storm (nie wiem, czy ktoś będzie się chciał ze mną kłócić, ale Halle Berry była źle obsadzona, a postać – koszmarnie napisana). Nawet w wypadku postaci, które lubiłem, czy aktorów, którzy dobrze się spisali (jak Alan Cumming w roli Nightcrawlera) – ich młodzi zastępcy wypadają... nie wiem, jak to ująć. Naturalniej. Bliżej komiksowych pierwowzorów. Po prostu lepiej. 


I znowu – z jednej strony szkoda, że nie dostali więcej czasu (Oceniając po materiałach promocyjnych i fotosach z planu, wygląda na to, że sporo ich scen wyleciało w montażu). Z drugiej strony – nie mogę się doczekać ich występów w kolejnych filmach. 


To chyba największy sukces X-Men: Apocalypse. To był nieporadny film, ale wychodziłem z kina przeświadczony, że tym razem wreszcie zobaczyłem na ekranie X-Men, a nie jakąś dziwaczną namiastkę. Chyba nawet mój ulubiony First Class nie dał mi tyle nadziei na przyszłość serii. 


Zatem co właściwie dostaliśmy? Niezbyt dobry film, który potyka się w wielu miejscach, który jest śmieszny, kiedy ma być dramatyczny, i nudny, kiedy ma ekscytować akcją. Ale jest to film, w którym fani X-Men znajdą wiele dla siebie. Czy wszyscy? Nie, pewnie nie. Ale niżej podpisany fan znalazł tu dla siebie mnóstwo. 


Zapowiadane we wstępie uwagi spojlerowe znajdziecie w postscriptum. 


Krzysiek "Krzycer" Ceran 



PS 

"PS" należy w tym wypadku odczytać jako "pełno spojlerów". Ostrzegam po raz ostatni. 


- Magneto. O ile wątek polski cieszy i bawi, o tyle jego historia wydaje mi się kompletnym nieporozumieniem. Abstrahując od tego, jak niezamierzenie śmieszna jest scena, w której polski milicjant strzałą z łuku zabija mu rodzinę, to po prostu nie działa dla mnie jako jego motywacja. Bo do tragedii nie dochodzi dlatego, że ludzie rzucają się z widłami na znienawidzonych mutantów, tylko dlatego, że całkiem rozsądnie boją się najbardziej poszukiwanego przestępcy świata. 


Na dodatek, choć bardzo mi się spodobało, że po raz pierwszy Magneto kończy film jako sprzymierzeniec X-Men (kto jeszcze strasznie liczy na to, że może pojawi się w New Mutants jako opiekun grupy?) zamiast po raz czwarty zdradzić ich na koniec, to jednak ta jego ostatnia metamorfoza wydała mi się nagła i nieuzasadniona po tym, jak cały film próbował mi wmówić, że strzała polskiego milicjanta uśmierciła resztkę człowieczeństwa Erika (Tak, wiem, że morał jest taki, że wcale jej nie uśmierciła – ale właśnie o to mi chodzi. Fassbender jest świetnym aktorem, ale pracuje tutaj z tak miałkim scenariuszem, że po prostu nie kupuję tych przemian). 


- Mystique. Podoba mi się przypisana jej rola bohaterki i mentorki z przypadku. To właściwie wszystko, co chciałem o niej napisać. 


- Storm. Wreszcie mamy porządną Storm. Szkoda, że poza początkiem i finałem filmu tylko robi Apocalypse'owi za ozdobną paprotkę. Ale i tak – złodziejskie korzenie, akcent. Przebłyski charakteru. Wystarczyło, bym się ucieszył. Bardzo liczę, że dostanie więcej do roboty w następnej części. 


- Wolverine. Super, że jest go tak mało. Szkoda, że w ogóle jest. A raczej – szkoda, że Singer poza pokazaniem berserkerskiego szału uparł się, by pokazać również początek odkupienia, zawiązanie więzi z Jean i co tam jeszcze. Za dużo tego w zbyt krótkiej scenie. I znowu – mamy się przejąć, ale jego zejście ze sceny jest komiczne. A jeszcze podkreślenie tego jakże zabawnym meta-komentarzem ("Obyśmy go więcej nie zobaczyli") dodatkowo zażyna nastrój. 


- Moira. Cholera jasna, cały film czekałem, aż ktoś wygarnie Xavierowi za to wymazywanie wspomnień, czy zatrzymywanie ludzi mentalną stopklatką, gdy tylko mu się spodoba. Ale nie, Xavier jest pozytywną postacią, więc powrót wspomnień jest romantyczny i wzruszający. Czy tylko mi się wydaje, że powinien być traumatyczny? 


Przy okazji – chyba wolałbym, by postaci nie komentowały, jak to wszystkie młodo wyglądają i w ogóle nikt się przez dwadzieścia lat nie postarzał. Sytuacja jest absurdalna i bez ściągania na nią uwagi. 


- Scena po napisach jest koszmarnie nieciekawa. Jasne, sugeruje, kogo zobaczymy w kolejnej części, ale robi to w strasznie banalny sposób. 


- Za to scena tuż przed napisami wielce mnie uradowała. Mam nadzieję, że następna część zamiast kolejnym monologiem Xaviera rozpocznie się tak, jak X-Men: Apocalypse się skończyło - sceną w Danger Room. 


Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.