Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów" - Jakub "Kminek" Stępień



 

To moja pierwsza recenzja filmu, w którym główną rolę odgrywa dobry, poczciwy Steve Rogers. Pierwszego Starcia Kapitana Ameryki nie opisywałem, głównie dlatego, że jeszcze wtedy nie należałem do redakcji Avalonu.  Za recenzję Zimowego Żołnierza nie zabrałem się, ale z zupełnie innych powodów. Szczerze mówiąc, po pierwszym seansie nie miałem pojęcia, co napisać. Po komediowo-sensacyjnych Iron Manach i mniej lub bardziej udanych mieszankach science-fiction oraz fantasy przy okazji dwóch części Thorów, Zimowy żołnierz nakreślił zupełnie nowy kierunek filmów o superbohaterach, który musiałem porządnie przetrawić. Oczywiście teraz nie wyobrażam sobie MCU bez drugiej części przygód Kapitana Ameryki, ale w pewien sposób musiałem do tego dojrzeć.


Podobnie jest z Civil War (będę używał amerykańskiego tytułu, chociaż nie mogę się nie zgodzić, że nieszczęsna Wojna superbohaterów również trafnie oddaje sytuację w fimie). Do tego filmu trzeba podejść z odpowiednim nastawieniem, niezupełnie na luzie, jak przy okazji Age of Ultron, ale też bez stanów depresyjnych, w które wbija nas Świt Sprawiedliwości Snydera. Trzecia część przygód Rogersa to bez wątpienia najpoważniejsza filmowa produkcja ze stajni MCU, ale znajduje miejsce na sporą (choć zdecydowanie nie przesadną) dawkę humoru.

Słowem wstępu chciałbym przeprosić za ewentualne spoilery, ale pewnych prezentowanych przeze mnie poglądów nie dam rady należycie wyjaśnić bez zdradzenia elementów fabuły.


Civil War rozlicza. Rozlicza Avengers nie tylko jako całą drużynę, ale także większość jej poszczególnych członków. Tworząc fabułę, bracia Russo umiejętnie połączyli własną wizję prowadzenia postaci z wyjściem naprzeciw opiniom krążącym po sieci. Mamy więc rozliczenie superdrużyny z ich poprzednich ekscesów, stanowiące podstawę do zasugerowania, że może to właśnie superbohaterowie są swoim największym problemem. Najpotężniejsi herosi na Ziemi stają wreszcie przed sędzią w postaci Organizacji Narodów Zjednoczonych, które ma dosyć samowolki ekipy Steve’a Rogersa. Pojawiają się pytania o zakres działania grupy, o to, kto powinien ponosić odpowiedzialność za zniszczenia powstałe przy operacjach Avengers, a także o losy niewinnych ofiar starć bohaterów z przeciwnikami. Właśnie w tym filmie kiełkują nasiona, zasiane jeszcze przez Jossa Whedona w The Avengers. Punktem zapalnym (dosłownie!) jest tragedia w Lagos, a orędownikiem ustanowienia kontroli nad drużyną staje się król T’Chaka. Oczywiście ta druga część służy wprowadzeniu do MCU Black Panthera, które moim zdaniem wypadło znacznie lepiej niż introdukcja Spider-Mana, ale o tym za chwilę.


fot Marvel Studios


Sekwencja otwierająca film jest także bardzo ciekawym mechanizmem napędzającym fabułę. Robi to pod zupełnie innym względem niż rozwałka w Age of Ultron, czy choćby pamiętne odbicie statku z Zimowego Żołnierza. Do złudzenia przypomina finałowe starcia, gdzie gra idzie o wysoką stawkę, a główny przeciwnik jest przyparty do muru. Dynamiczna akcja, świetne sceny walk, kilka celnych żarcików i widmo niebezpieczeństwa (w tym wypadku jest to zagrożenie biologiczne). Praktycznie podręcznikowy finisz superbohaterskiego blockbustera z jednym, małym wyjątkiem – zamiast doniosłej muzyki zwiastującej zwycięstwo mamy katastrofę, może nie tak ogromną jak zniszczenie Sokovii, ale na tyle sugestywną, że jest w stanie pociągnąć za sobą daleko idące konsekwencje.


Widmo narzucenia kontroli ONZ jest bardzo ważnym, ale tylko jednym z elementów dojrzewającego konfliktu. I nie oszukujmy się, tu nie chodzi o konflikt w społeczności superbohaterskiej dotyczący Sokovia Accords a’la komiksowy spór o Akt Rejestracji Superbohaterów – większość drugoplanowych postaci kieruje się zupełnie innymi motywami niż stosunek do pomysłu ONZ. Mamy podziw dla Tony’ego, chęć zemsty, szacunek wobec postawy Steve’a, rodzące się uczucie, albo zwykłą niechęć do Starka. Mniej doniośle, za to bardziej przekonująco.


To właśnie wokół Steve’a i Tony’ego (celowo używam ich imion, a nie kryptonimów) toczy się oś fabularna – obaj dostrzegają przysłowiowy „bigger picture" i obu scenarzyści wyposażyli nie tylko w celne argumenty, ale przede wszystkim w porządne uzasadnienie. Ja sam skłaniam się ku argumentacji Tony’ego, chociaż nie mogę odmówić racji Rogersowi. To jest właśnie największa siła filmu – tak naprawdę nie ma jednoznaczności postaw, nie ma dobrych i złych stron. Każdy podejmuje jakąś decyzję, z którą wiążą się, często bolesne, konsekwencje.


fot Marvel Studios


Oprócz politycznego tła, mamy jeszcze kontynuację historii Zimowego Żołnierza, "problem" z Wandą Maximoff, no i historię Helmuta Zemo. Zaletą jest to, że wszystko się ładnie ze sobą zazębia, wadą – uproszczenie niektórych, czasem bardzo istotnych wątków, a także rozedrganie fabularne, z mnóstwem lokacyjnych przeskoków, flashbacków i nieco kłopotliwym rozłożeniem akcentów, przez co niestety traci finał. Pod względem spójności, Winter Soldier wypada znacznie lepiej.


Jednak, w przeciwieństwie do Świtu Sprawiedliwości, nie musimy się domyślać, dlaczego jakiś bohater zachował się tak, a nie inaczej, nie ma jakichś niedomówień, a główny przeciwnik, mimo oklepanej motywacji, rzeczywiście nastawia bohaterów przeciwko sobie. Wszystko to pokazuje, jak spójny jest świat MCU, a każda decyzja dotycząca bohatera prędzej, czy później zostanie uzasadniona.


Tyle o fabule. Teraz obsada.


Dwie najjaśniejsze gwiazdy tego filmu to Robert Downey Jr. oraz Chris Evans.

Wydawałoby się, że Stark jest oklepany do granic możliwości, ale Civil War pokazuje, że w tej postaci jest jeszcze mnóstwo niewykorzystanego potencjału. Naprawdę, jestem pod wielkim wrażeniem jego występu, który na pewno zmieni sposób postrzegania Tony’ego przez wielu fanów. Civil War rzeczywiście można uznać za takiego drobnego Iron Mana 4 A do Wszystkich poirytowanych pozornym brakiem spójności między końcówką Iron Mana 3, a Age of Ultron mówię – nie martwcie się, wszystko jest dobrze przemyślane.

Chris Evans po raz kolejny staje na wysokości zadania. Kapitan Ameryka w jego interpretacji dalej jest poczciwiną o złotym sercu, ale daleko mu do naiwniaka z pierwszej części solowych przygód. Wypada równie przekonująco, jako przywódca jednej ze stron, wierny przyjaciel i ciapowaty zalotnik. Stanowi idealny kontrapunkt dla szarżującego RDJ’a.


fot Marvel Studios


Kolejny duet, o którym warto wspomnieć to oczywiście… Paul Bettany i Elizabeth Olsen . Chociaż oboje są ledwie postaciami pobocznymi, ich wątek poprowadzony jest bardzo intrygująco, a, co więcej, jest także istotny dla całości fabuły. Świetnie się oglądało tę dwójkę razem, nawet jeśli postać Visiona nie była, moim skromnym zdaniem, dostatecznie wykorzystana fabularnie.


Tak w ogóle to każdy z bohaterów dostał w tym filmie swoje pięć minut, a co za tym idzie, odgrywający ich aktorzy otrzymali szansę na wykazanie się. W pierwszym segmencie filmu to na barkach Anthony’ego Mackiego spoczywa ciężar humorystycznego rozładowywania bardziej dramatycznych scen. Sprawdza się w tym bez zarzutu, ale dopiero jego duet z Sebastianem Stanem wzbudził prawdziwe salwy śmiechu wśród widzów. Sam Stan również dobrze się sprawuje, kontynuując znaną z końcówki poprzedniej części, rolę zagubionego we własnej psychice ofiarę prania mózgu.


Don Cheadle, Scarlett Johansson, Jeremy Renner, Emily vanKamp i oczywiście Paul Rudd mają jeszcze mniej czasu ekranowego, ale wykorzystują go do maksimum. Każde z nich zdołało wykreować przekonujący portret osób, wyrazisty na tyle, by zapamiętać go na długo po zakończeniu seansu.

Zwłaszcza Rudd, który dostał rolę znacznie większą niż się spodziewałem.

A Martin Freeman po prostu się gdzieś tam przewija w dwóch, czy trzech scenach.


No dobrze, pora na debiutantów.

Po pierwsze, Daniel Bruhl. Powiem tak… Co miał zagrać, to zagrał. Porządnie i spójnie, ale jego postać nie jest na tyle wyrazista, by choćby zbliżyć się do Lokiego.

Po drugie, Peter Holland. Takiego Spider-Mana kupuję w stu procentach. I jako zagubionego Petera Parkera i jako wkurzającego Pajęczaka, co chwila rzucającego sucharami. Minusem jest to, że trochę znikąd go wyciągają. Już czekam, jak ekipa Screen Junkies wypunktuje, że Iron Man, który miał do dyspozycji gościa z niezniszczalną skórą, supersilną dziewczynę potrafiącą latać oraz doświadczonego, niewidomego mistrza sztuk walki, do starcia z połową najpotężniejszych ziemskich herosów wybrał dzieciaka, który ledwie od pół roku posiada swoje moce.

Dlatego moim numerem jeden jest Chadwick Boseman ze swoją rolą T’Challi (bo, o ile dobrze pamiętam, nazwa "Black Panther" w ogóle nie pada). Wprowadzony jest sensownie, jego motywacja jest bardzo przekonująca, a aktorska interpretacja postaci wypadła bez zarzutu. W ogóle, sam pomysł na Black Panthera jest świetny – obawiałem się podróbki Thora, a dostałem poważnego, dumnego władcę z unikalnym stylem walki. Nie mogę się doczekać premiery filmu z solowymi przygodami króla Wakandy.


fot Marvel Studios


Realizacyjnie filmowi nie można nic zarzucić. Efekty specjalnie stoją, jak zwykle, na bardzo wysokim poziomie, praca kamery zaskakuje, ale nie razi, choreografia walk jak zwykle rzuca na kolana. A skoro już jesteśmy przy walce… Scena starcia na lotnisku przejdzie do kanonu, na sto procent! Tak umiejętnie zrealizowanej bitwy w kinie superbohaterskim jeszcze nie mieliśmy. Mniej epicka niż starcie z Ultronem, ale dostarczająca niepomiernie więcej frajdy wszystkim fanom komiksów. Któż z nas nie czekał przecież na starcie Black Panthera z Hawkeyem, Ant-Mana z Czarną Wdową, albo Falcona z Iron Manem? Spokojnie, to tylko mniej barwne pojedynki, choć, wbrew pozorom, ich rezultaty mogą Was zaskoczyć!


Film nie ustrzegł się wad, o których większości zdążyłem już wspomnieć. Blado wypadająca intryga przeciwnika, oraz finał, który, choć emocjonalny, został całkowicie przysłonięty przez batalistyczny majstersztyk, to ledwie rysy na powierzchni kolejnego, świetnego tworu braci Russo. Civil War stanowi także pewną furtkę – zakończenie umożliwia spokojne wprowadzenie do świata MCU nowej rzeszy superbohaterów, na czele z młodziutkim Spider-Manem i doskonałym Black Pantherem.

A nasi starzy znajomi?

Parafrazując jednego z bohaterów filmu – "Gdy będą potrzebni, przybędą."


Jakub "Kminek" Stępień

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.