Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów" - Krzycer

"Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz" jest jednym z najlepszych filmów MCU. To jest raczej bezdyskusyjne. Moim zdaniem najlepszym, ale tu już można debatować. Rzecz w tym, że wziął mnie – razem z resztą świata – kompletnie z zaskoczenia. Chyba nikt nie spodziewał się po nim czegoś szczególnego, więc łatwo było braciom Russo wielokrotnie przebić oczekiwania. Tym razem nie mieli tak łatwo.


 

"Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz" jest jednym z najlepszych filmów MCU. To jest raczej bezdyskusyjne. Moim zdaniem najlepszym, ale tu już można debatować. Rzecz w tym, że wziął mnie – razem z resztą świata – kompletnie z zaskoczenia. Chyba nikt nie spodziewał się po nim czegoś szczególnego, więc łatwo było braciom Russo wielokrotnie przebić oczekiwania.


Tym razem nie mieli tak łatwo.


fot. Marvel Studios


"Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów" to – przede wszystkim – film o konsekwencjach. O akceptowaniu odpowiedzialności, o chęci rozliczenia. O tym co się dzieje, gdy ktoś bierze sprawy w swoje ręce na superbohaterską skalę. W tym celu "Wojna bohaterów" zarówno inicjuje własną intrygę, jak i sięga do historii cyklu. Jest mniej lub bardziej bezpośrednią kontynuacją "Iron Mana 3", "Zimowego żołnierza" i "Avengers 2", i bardziej niż jakikolwiek inny film MCU wymaga znajomości pozostałych – a przynajmniej tych dwóch ostatnich.


Poza "Zimowym żołnierzem", "Wojna bohaterów" będzie porównywana również do "Batman v Superman". Byłoby tak nawet, gdyby jedynym wspólnym elementem obu filmów była zbliżona data premiery, ale na tym się nie kończy. W obu protagoniści okładają się po mordach. Oba jednocześnie opowiadają własną historię, odwołują się do czegoś z poprzedniej części (czy, w wypadu "Wojny bohaterów" – poprzednich części w liczbie mnogiej) i wprowadzają do serii nowe elementy, mające procentować w przyszłości.


Oba wreszcie próbują zszyć kilka bardzo różnych filmów w jedną historię. "Wojna bohaterów" robi to nieporównanie lepiej, ale rezultat wciąż jest przeładowany. Za dużo postaci, za dużo wątków. Większość zostaje nieźle wprowadzona, rozwinięta i zakończona – ale nie wszystkie. Scenariusz pewnych rzeczy nie wyjaśnia, i znowu, zbiegiem okoliczności można tu snuć paralele z "Batman v Superman". Nagle się okazuje, że pewna postać coś wie, ale nigdy nie dowiadujemy się, skąd wie? A jakże. Tego typu rzeczy, mniejszych lub większych detali, do których można się przyczepić, trochę się znajdzie.


fot. Marvel Studios


"Wojna bohaterów" zaskakuje, ale nie tak, jak się spodziewałem. Jeśli takie stwierdzenie w ogóle ma sens. Jest to jednocześnie dużo większy film, niż "Zimowy żołnierz" – wystarczy spojrzeć na obsadę czy obejrzeć zwiastun – jak i bardziej kameralna historia. Tak naprawdę wszystko rozgrywa się między Kapitanem i Iron Manem. Niemal cała reszta postaci, wszyscy ci superbohaterowie, są właściwie zbędni. Cieszę się, że są – cieszą oko, mają okazję się popisać, ogólnie fajnie, że się pokazali. Dobrze się prezentują i w zasadzie prawie wszyscy są tu po coś, prawie wszyscy mają całkiem konkretną motywację. Ale gdyby ich nie było, ten film nie zmieniłby się szczególnie.


Szczerze mówiąc żałuję, że – przynajmniej w oryginalne – nadano mu tytuł "Civil War", bo nam, czytelnikom komiksów, od razu nasuwają się skojarzenia z komiksem. I choć "Wojna bohaterów" cytuje komiks – czy to ujęciem wprost z komiksowego panelu, czy to paroma linijkami dialogu – mamy tu do czynienia z zupełnie inną historią.


fot. Marvel Studios


Lepszą historią. W przeciwieństwie do komiksu (a skoro wciąż je porównuję, to również w kontraście do "Batman v Superman"), scenarzyści filmu nie wykręcili charakterów postaci, by doprowadzić do konfliktu, nie ogłupili bohaterów, by zmusić ich do walki. Naprawdę mamy do czynienia z bohaterami, którzy sądzą, że racja jest po ich stronie, i dlatego prędzej czy później po prostu musi dojść między nimi do mordobicia.


A mimo to... Może to kwestia tego oryginalnego tytułu. Może oczekiwałem, że film wywróci kinowe uniwersum do góry nogami, tak jak swego czasu zrobił to komiks. Z czego by to nie wynikało – zakończenie filmu wydało mi się pozbawione mocy. Tak, status quo na końcu filmu jest inny, niż na początku, ale nie miałem poczucia, że w przyszłości będzie to miało szczególne znaczenie.


Grany przez Daniela Brühla Zemo był we wszystkich materiałach prasowych chowany po kątach, jakby twórcy się wstydzili, że w ogóle jest w filmie, więc ja też nic o nim nie napiszę. Może tylko tyle, że aktorsko Brühl się sprawdza – podobnie jak i cała obsada. Zresztą prawie wszyscy grają swoje role już po raz… nawet nie chce mi się liczyć, który. Wiemy, na co możemy w ich wypadku liczyć – choć wypada też zaznaczyć, że Robert Downey Jr. ma tu chyba więcej do zagrania, niż w którymkolwiek z poprzednich filmów. Z nowoprzybyłych – Chadwick Boseman jako T'Challa/Black Panther jest świetny. Tom Holland jako Peter Parker/Spider-Man jest w porządku. Martina Freemana praktycznie nie ma w filmie, ma może dwie sceny, w których coś mówi, więc nie ma co o nim wspominać.


fot. Marvel Studios


Parę słów o rozmaitych aspektach mniej lub bardziej technicznych. Tłumaczenia nie ocenię – z nie do końca zrozumiałych dla mnie powodów na pokazie prasowym prezentowano oryginalną wersję filmu, bez polskich napisów. Efekty specjalne są bardzo porządne. Vision wygląda sztucznie, ale zakładam, że to celowy zabieg mający podkreślić jego odmienność. Sekwencje akcji, podobnie jak w "Zimowym żołnierzu", bywają bardzo pomysłowe. Niestety, w przeciwieństwie do "Zimowego żołnierza", jest tu więcej szybkiego montażu i nieco trzęsącej się kamery, co utrudnia śledzenie akcji. Mimo to jest tu wystarczająco wiele bardzo fajnych momentów i nieoczekiwanych zagrań, bym był usatysfakcjonowany. Choć tutaj z kolei niektóre są zbyt fajne na siłę – wydaje mi się, że byłbym pod dużo większym wrażeniem np. sceny z Buckym i motocyklem, gdyby została pokazana w normalnym tempie, a nie w nachalnym slow motion.


Ale nic z tego nie zmieni jednego. Nawet to, że zasadniczo większość tego tłumu bohaterów jest w filmie przypadkowo i trochę po nic. Pomimo tego wszystkiego, "Wojna bohaterów" to wciąż najlepszy superbohaterski film drużynowy pod względem tego, jak przedstawiono zbiorowe sceny walk. Współpracujący bohaterowie, wykorzystujący swoje umiejętności wspólnie, by osiągnąć rzeczy, których nie mogliby zrobić osobno – to jest to, czego wciąż brakuje mi w takich choćby filmach z serii X-Men.


Co mogę napisać tytułem podsumowania? Uważam, że "Zimowy żołnierz" był lepszym filmem – zgrabniejszym, z lepszym tempem, praktycznie bez zbędnych scen czy wątków. W porównaniu z nim, "Wojna bohaterów" jest nieco przerośnięta, nieco rozdęta, nieco przeładowana. Ale tylko nieco. Pomimo tego, dołącza do grona najlepszych filmów MCU. A konkretną kolejność i liczbę miejsc na podium każdy sobie ułoży sam. 


Krzysiek "Krzycer" Ceran


Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.