Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów" - Dominik "Undercik" Nowicki



 

Nie będę ukrywał, że "Captain America: Winter Soldier" to mój ulubiony film z Marvel Cinematic Universe. Znakomita ekranizacja świetnego komiksu. Podobało mi się niesamowicie – zarówno pod względem fabularnym jak i reżyserii. A jednak. Jeszcze rok temu miałem dużo obaw względem "Civil War". Bałem się, że film zostanie przeładowany wątkami i postaciami, a gdzieś tam zagubi się idea solowej filmu o Kapitanie Ameryce. Szczególnie, że "Zimowy Żołnierz" zostawił dużo rzeczy do poruszenia w kontynuacji. Obawy zaczęły znikać wraz z pojawianiem się kolejnych zwiastunów. Ostatecznie wylądowałem na ogromnej karuzeli hype’u. Jak zatem ma się sytuacja na dzień po seansie?


Znakomicie, ale po kolei. Latem zacząłem nadrabiać serial "Community". Wszystko przez fakt, że to właśnie jeden z odcinków tej produkcji, zachęcił włodarzy Marvel Studios do wyboru braci Russo. Co tu dużo mówić. Zarówno serial, Zimowy Żołnierz jak i Wojna Bohaterów pokazały, że zdolności reżyserskie duetu są wysokie. W sumie cieszę się, że przez drobne problemy techniczne mogłem dwa razy obejrzeć początek filmu. Pierwsza duża sekwencja filmu jest niezwykle sprawnie wyreżyserowana. Z daleka widać kreatywność braci Russo i sprawne oko do tworzenia konkretnych ujęć czy choreografii walk. Tak naprawdę jest tylko jedna rzecz do której mogę się przyczepić. Czasami kamera za bardzo się trzęsie. Nie przeszkadzałoby mi to specjalnie, gdyby nie 3D. Połączenie tych dwóch czynników trochę psuje końcowy efekt.


fot Marvel Studios


Zresztą wszystkie sceny akcji znakomicie się bronią. Zarówno te bardziej kameralne, gdzie mamy starcia pomiędzy dwiema postaciami, jak i batalię pomiędzy obiema stronami barykady na lotnisku. Będę się rozpisywał w superlatywach, ale co poradzę na to, że bracia Russo są pod tym względem niezwykle utalentowani? Rzadko kiedy twarz sama mi się śmieje jak widzę sceny akcji w filmie. W „Wojnie bohaterów” zdarzało się to niezwykle często. W sumie mógłbym wypisywać kolejne rzeczy które mi się podobały, ale musiałbym trochę pospoilerować, a nie za bardzo chce Wam psuć zabawę podczas wizyty w kinie. 


Miałem coś napisać o aktorstwie, ale w znakomitej większości dostajemy aktorów, którzy powracają do swoich ról, więc ciężko mi jest powiedzieć coś więcej. Marvel Studios ma znakomite oko co do obsadzania bohaterów, przez co praktycznie każda powracająca postać jest znakomicie ukazana i w sumie po seansach poprzednich filmów, znakomicie już wiecie czego spodziewać się po którym aktorze. Dlatego też wspomnę o czterech nowościach.  Na pierwszy rzut pójdzie Martin Freeman, który w „Wojnie bohaterów” nie ma za dużo momentów aby popisać się w roli Everetta Rossa. Jego występ to raczej luźne wprowadzenie postaci, która prawdopodobnie odegra większą rolę w "Black Panther". Nie mniej udało mu się w krótkim czasie ekranowym stworzyć zarys charakteru i przyznam, że na tyle mnie zaciekawił, że chcę zobaczyć jego powrót w kolejnym filmie. Razem z Chadwickiem Cosemanem, który jest świetnym Black Pantherem. Jest to zarówno zasługa aktora, jak i świetnego scenariusza. Czarna Pantera wymiata na ekranie! Nigdy nie byłem fanem postaci, ale to co zostało ukazane w nowym "Kapitanie Ameryce" sprawiło, że w końcu zapałałem dużym entuzjazmem do obejrzenia przygód najlepszego kinowego Batmana.


fot Marvel Studios


Ale to i tak nic przy Tomie Hollandzie. Już poszczególne wywiady których udzielał młody chłopak nastrajały mnie pozytywnie. Jednak to co zobaczyłem na ekranie, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. To jest mój Spider-Man. Ten sposób zachowania, żarciki na polu walki, czy nawet sam charakter postaci. Po prostu WOW. Holland znakomicie wykorzystuje okazje jakie daje mu scenariusz, a scena w której pojawia się wraz z Robertem Downeym Jr pokazuje niesamowitą naturalność i chemię między postaciami. Nie mogę się doczekać „Spider-Man: Homecoming”. Niech ten rok do premiery mija się tak szybko jak się tylko da. 


W tym miejscu dochodzimy do Daniela Bruhla i… kurczę. Ciężko ocenić jest postać Zemo, aby nie popsuć nikomu seansu. Powiem więc tak. Aktor wywiązał się ze swojego zadania bardzo dobrze. Sama postać też mi się podoba i zdecydowanie nie jest to kolejny członek klubu słabych przeciwników w filmach Marvela. Więcej nie zdradzę.


A skoro już jesteśmy przy fabule, to o niej też muszę co nieco napomknąć. Scenariusz znakomicie gospodaruje całą gamą postaci jakie ma w zanadrzu. Oczywiście wiadomo, że na część z nich pada więcej światła reflektorów, a część ma tylko konkretne zadanie do wykonania, nie mniej żadna postać nie jest tu niepotrzebna. Oczywiście najwięcej czasu dostaje Kapitan Ameryka, Iron Man i Winter Soldier. Tutaj znakomicie procentuje fakt, że mamy już solidne fundamenty podłożone pod każdym z tych bohaterów. Dzięki czemu wystarczyło dać każdemu z nich po jednej scenie, aby pokazać ich motywacje i ustawić kierunek, w jakim będą podążać w filmie. To wokół nich kręci się główna oś fabuły, która jest przepełniona licznymi wątkami. Mimo, że często mówiło się o tym filmie jako nieoficjalnym Avengers 3, to widać, że jest to solowy film o Rogersie. To on jest na pierwszym planie i to jego poczynania jak i relacja z Starkiem i Buckym są na pierwszym planie.


fot Marvel Studios


Jednak w przypadku dużej ilości wątków pojawia się pewien zgrzyt. Niektóre dostają tyle czasu ile potrzebują, ale niektóre są potraktowane trochę pobieżnie. Choćby relacja pomiędzy Stevem a Sharon. Oby tylko nikt mnie źle nie zrozumiał. Są one dobrze poprowadzone i znakomicie wykorzystują czas który dostały, ale fajnie aby poświęcono im trochę więcej czasu… tylko nie za bardzo jest czemu ten czas odbierać.


Szczególnie, że to naładowanie wątków daje nieustanny uśmiech na twarzy. Chciałbym powiedzieć, że Ant-Man kradnie scenę na lotnisku, ponieważ naprawdę lubię tą postać, ale… komu tak właściwie ją kradnie? Skoro Spider-Man też kradnie dla siebie tą samą walkę, a jednocześnie nikt nie jest okradziony? Powiem tak – to najlepsze starcie w kinie superbohaterskim. Bracia Russo znakomicie korzystają z chemii pomiędzy postaciami czy ich szczególnych zdolności i tworzą niesamowite widowisko, które ogląda się prawie wstając z fotela. Mam tylko jedno drobne zastrzeżenie do tego starcia, ale to byłoby już jest zwykłe ciesielstwo, na które wpadłem długo po seansie. 


Z większych wad potrafię znaleźć tylko jedną. Tempo filmu jest nierówne, szczególnie kiedy przychodzi do ostatnich rozstrzygnięć w filmie. Następuje gwałtowne zwolnienie, które trochę wybiło mnie z seansu. Ale jest to też problem całego filmu. Dostajemy dłuższą sekwencje, leci, leci i nagle dzieje się A, potem od razu B, C, D, E, G… a jeszcze zapomniałem wspomnieć, że przed G było F, a potem kolejna długa sekwencja. Z jednej strony to dobrze, bo każda z tych rzeczy dostaje wystarczającą ilość czasu, przez co nie jest on marnowany, ale kuje w oczy, kiedy akcja nagle spowalnia. 


fot Marvel Studios


Tak oto dochodzimy do podsumowania. Co tu dużo mówić. Fani poprzedniej odsłony Kapitana Ameryki jak i całego Marvel Cinematic Universe będą się tu dobrze bawić. To prawdopodobnie najlepszy film jaki dostarczyło Marvel Studios. Osobom, którym nie podchodziły do tej pory żadne filmy z logiem Domu Pomysłów, "Wojna bohaterów" też nie podejdzie. Całej reszcie gorąco polecam. To naprawdę bardzo sprawnie zrealizowane kino rozrywkowe, na którym można się bawić bez trzymanki. Sam zresztą udam się ponownie na seans kiedy w końcu film trafi do polskich kin.


Dominik "Undercik" Nowicki


Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.