Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #28 (28.01.2008)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 28 stycznia 2008 Numer: 4/2008 (28)


Tydzień pod znakiem końca Messiah CompleX - chociaż o tej historii fani będą jeszcze długo rozmawiać. Do tego (prawie) koniec runu Whedona/Cassadaya w Astonishing X-Men vol. 3 i upadek serii o dwóch popularnych grupach: Ultimates i Young Avengers.



Zapowiedzi na kwiecień 2008
Gil: Wiosna idzie, a wiosną kwiatki rosną. Kwiatkiem tego miesiąca na pewno będzie rozkwitająca Secret Invasion, której szczerze nie mogę się doczekać. Jest też kilka pojedynczych kwiatuszków, ale to właściwe takie wiecznie zielone serie. Są też owoce - zwłaszcza bogato zaowocował Kompleks Mesjasza, który wydał z siebie ciekawie zapowiadające się tytuły. Oby tylko dojrzały i nie powtórzyła się sytuacja z Reloadem. Ciekawe, czy zaowocuje też Conquest, czy jedyną latoroślą Anihilacji pozostanie Nova. No i na koniec mamy próchno, czyli schodzący ze sceny The Order. A wiecie, co mnie najbardziej rajcuje w tym miesiącu? Aaron Stack w Marvel Comics Presents! Yay! :D
Foxdie: Marvel przy okazji zakończenia MC ujawnił wszystkie zapowiedzi X-tytułów i oby Chuck okazał się martwy, tak martwy jak to tylko możliwe, a jego obecność w X-Men Legacy była tylko formą przejściową na drodze w zaświaty. Dostajemy kolejną zapowiedź Kick-Ass i aż zacząłem się obawiać o kolesia piszącego ten tekst, bo poziom jego podniecenia jest już tak wysoki, że przy pisaniu zapowiedzi do #4 może dostać zawału. Jeśli ta mini-seria nie okaże się hitem na skalę roku, Marvel może tego gorzko pożałować. Niepokoi też brak zapowiedzi regularnego DD, ale zdaje się, że to standard, gdy w danym miesiącu pojawia się jakiś dodatkowy tytuł ze Śmiałkiem. A najważniejszym elementem kwietnia będzie oczywiście początek Secret Invasion.

Millar o Wolverinie
Foxdie: Oto na horyzoncie pojawiła się niewielka wysepka zwana nadzieją. Nadzieja, że tytuł Wolverine ponownie wskoczy na zasłużony, wysoki poziom wykonania. Już samo nazwisko scenarzysty wystarczyłoby, abym spał spokojnie, bez obaw o tę nadchodzącą historię, ale w promocji oprócz genialnego Millara dostajemy jeszcze McNivena i już wiadomo, że wszystko będzie dobrze. Jeśli jednak macie co do tego wątpliwości, zapraszam do zapoznania się z przykładowymi szkicami.

Sprzedaż w roku 2007
Gil: W tym tygodniu na newsaramie pojawiło się podsumowanie wyników sprzedaży wg Diamonda. Nie zdziwi chyba nikogo fakt, że Marvel zmiażdżył konkurencję, zajmując 23 z pierwszych 25 miejsc, w tym całą pierwszą dwunastkę. Numerem jeden był oczywiście Captain America #25, a zaraz za nim finał Civil War. Inne hiciory to: Fallen Son, Thor vol. 3, World War Hulk i Dark Tower. Nieźle radzą sobie też tytuły związane z Avengers i X-Men oraz wiecznie popularny Spider-Man. Cóż, pozostaje życzyć naszym ulubionym dostawcom dobrej zabawy jeszcze lepszych wyników w 2008 roku!



Amazing Spider-Man #548
avalonpulse0028d.jpg
Gil: Z trzecim numerem wyszła na jaw największa słabość nowej formuły ASM: w komiksie, który wychodzi prawie co tydzień, nie może stale dziać się zbyt wiele. Właściwie, zakończenie tej historii jest bardziej zakończeniem rozstawiania pionków na szachownicy. Poznajemy tożsamość Mr. Negative - odkrycie niespecjalnie zaskakujące, ale może wcale nie miało takie być. Poznajemy pana Benetta, który okazuje się całkiem fajną postacią. Rozstajemy się ze Spider-Muggerem i... to tyle. Akcja Pajęczaka w cyrku może nie jest bardzo ekscytująca, ale po pierwsze pachnie oldskólem, a po drugie stawia go w ciekawej sytuacji. No i jeszcze numer z krwią - przez chwilę dałem się nabrać, ale logika Slotta zwyciężyła i ostatecznie zaliczam to na plus. Ogólnie, nadal jest dobrze, a na lekki spadek formy można przymknąć oko. Ocena: 7/10
Demogorgon: Spadek formy. Trochę rozczarowało mnie kiepskie zakończenie fajnej historii z Mr. Negative, chociaż logika Slotta przekonuje mnie. Za to bardzo podoba mi się motyw z wdzięczną rodziną przestępczą, to coś ciekawego. Mam też pewne podejrzenia co do tego kim, oprócz Mary Jane, może być Jackpot, oscylujące wokół pewnej przyjaciółki pewnej dziewczyny pewnego Osborna.
Crov: Cały czas bardzo przeciętnie. Boli, że „rewelacją” tego numeru i całego „Brand New Day” jest to, że dostajemy historie ze Spider-Manem rodem z lat 70-ych. Niestety, to dotyczy nie tylko formuły, ale też dialogów i fabuły. Chodzi głównie o to, żeby Spider-Man kogoś skopał i już. Niestety czyta się to średnio, a gdyby nie rysunki McNivena, to czytałoby się to słabo. Brak tu wartych uwagi dialogów czy rozwiązań fabularnych. Do tego nie wiem po jaką cholerę jest duży kadr ze Spider-Manem i taksówkarzem wymieniającymi się islamskim pozdrowieniem. Pokazanie, że Pająk nie generalizuje? Ziew także dla zaskoczenia, które jest tak przewidywalne, że aż boli. Póki co wydaje się, że dalej nie może być lepiej, bo Slott zapowiadał się na najlepszego scenarzystę z całej paczki.
Foxdie: Na dzień dobry małe zaskoczenie i przebłysk geniuszu Slotta - Spider przeżył finał poprzedniego numeru. Później jest już dość archaicznie. O ile dwa numery temu całość pachniała świeżością i napawała optymizmem na przyszłość, o tyle teraz mamy do czynienia z historią zalatującą latami osiemdziesiątymi poprzedniego stulecia. Negative okazał się panem Li - zaskoczenie? Wcale. To był pewniak od pierwszego numeru tej historii. Co nie zmienia faktu, że Mr. Negative ma szansę zająć miejsce na pokaźnej liście arcywrogów ścianołaza. Ciekawym motywem może się okazać również mafia wdzięczna Spiderowi za uratowanie przynajmniej połowy rodziny. Z kolei McNiven chyba jednak nie wyrabia tempa trzech numerów na miesiąc i niektóre rysunki są z lekka niedopracowane. Na szczęście może już odpocząć, w środę do akcji wkracza nowy duet. Ocena: 6/10
avalonpulse0028e.jpgMute: Wielkie rozczarowanie... historia przewidywalna, rysunki jakieś gorsze w porównaniu z poprzednim numerem, ogólnie czułem się, jakbym czytał pierwsze numery Spider-Mana wydane w Polsce jeszcze w 1990... I dlaczego na pierwszej stronie każdego numeru BND Spider znajduje się z kimś w dwuznacznym kadrze? :|
CrissCross:
Słabe, słabe, jeszcze słabsze. Mówiłem już, że to, co się dzieje w BND, przypomina mi raczej przygody pająka sprzed kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat. Jak na razie to każdy kolejny numer utwierdza mnie w przekonaniu, że OMD było całkowicie niepotrzebne i bezsensowne, nie wspominając już o tragicznym wykonaniu. Jestem tylko ciekaw, po ilu takich numerach Marvel postanowi wszystko odkręcić.
Jaro: Ze wszystkich trzech numerów Slotta ten podoba mi się najmniej, trochę przez przewidywalność, a trochę przez lekkie zmęczenie całym tym oldschoolem. Jeśli o tym mowa -- TASM #548 momentami naprawdę przypomina klasyczno-antyczne pajęcze komiksy, ale wydaje mi się/mam nadzieję, że Slott po prostu bawi się konwencją, bo nie chce mi się wierzyć, iż chociażby teksty negatywnych ninja w cyrku były czymś innym, niż puszczeniem oka do czytelnika. Tak czy inaczej, lepiej, żeby w następnych numerach pajęczy team rozsądnie dawkował nam oldschool. Całość do góry ciągną rysunki McNivena (który jednak paru poślizgnięć nie uniknął i taka Lily np. mu mocno średnio wyszła), na plus zaliczam też pomysł na uczynienie mafii/maggii dozgonnym dłużnikiem Petera. O ile oczywiście ten wątek zostanie potem odpowiednio dobrze wykorzystany. Ocena: 6,5/10; soundtrack: L7 - Pretend We're Dead.

Astonishing X-Men vol. 3 #24
avalonpulse0028f.jpg
Gil: Mniejszy odstęp między tym, a poprzednim numerem sprawił, że wskoczyłem w akcję szybciej i bez potrzeby czytania jeszcze raz poprzednika. To plus. A jak jest plus, to gdzieś musi czaić się minus. Niestety, w porównaniu z innymi numerami AXM, ten wypada przeciętnie. Być może sprawił to fakt, że w rozkład wciśnięto Giant-Size'a i do niego przeniesiono wielki finał, ale mam tutaj wrażenie rozwlekłości. Pierwszy raz doświadczam tego w AXM, więc jest to dziwne wrażenie. Dzieje się trochę, ale przestrzeń między wydarzeniami jest jakoś słabo wypełniona. No, ale przejdźmy do tego, co się dzieje. Agentka Brand zeszła, więc nie wszyscy wrócą z Breakworldu, jak głosiła zapowiedź. Od pewnego czasu to właśnie ją typowałem, więc tylko odhaczyłem fakt. Wspomniano o Illyanie, więc serce mi drgnęło. Czyżby jej wielki moment w tym roku miał oznaczać przywrócenie do życia za sprawą Whedona? No i wreszcie, pocisk został wystrzelony i to z Kitty w środku. Ciekawe zakończenie, ale co chcą z nim zrobić? Tego dowiemy się z GSAXM już w... kwietniu? Ocena: tylko 8/10
Hotaru: Run Whedona chyli się ku końcowi. Muszę przyznać, że będę za nim tęsknił. Wprawdzie rysunki Cassadaya nie zachwycają już tak, jak na początku, lecz nadal miło zawiesić na nich oko. Fabularnie zaś może jest bez fajerwerków, ale to i tak kawałek porządnego komiksu, do którego wprawdzie można się przyczepić, ale będzie to trochę naciągane. Nie przeszkadza mi nawet, że nie zmieścili się w liczbie numerów i aby opowiedzieć wszystko przerzucą zakończenie do Giant-Size'a. Ellis na pewno nie pójdzie w ślady swego poprzednika, bo byłaby to strategia ze znikomą szansą na zwycięstwo - przygotowuje coś zupełnie innego. Czy porównywalnie dobrego? Wątpliwe, ale dajmy mu szansę.
Krzycer: J
est dobrze, ale... Dostajemy więcej akcji niż zwykle, ale mniej megamomentów - a poza tym czytając ten numer miałem wrażenie, że to takie przeciąganie w oczekiwaniu na Giant-size. No nic. Martwi też zapowiedź powrotu wizjera.
Jaro: W sumie, można nazwać ten numer zapychaczem w oczekiwaniu na giant-size'owy finał, ale chciałbym oglądać więcej takich zapychaczy. Mimo wszystko mamy kilka smaczków, jak wątpliwości Beasta co do Brand i jej późniejsze poświęcenie, świetnym i oryginalnym pomysłem jest też olbrzymi pocisk (nie znam się na fizyce i nie chcę się znać, więc taaaaaaki nabój wystrzelony z gwiazdośmiercioidalnego czegośtam właśnie przez swoją lekką absurdalność bardzo mi się podoba). Graficznie AXM #24 nieco odstaje od poprzednika, żal też, że nie znalazło się miejsce na jakiś moment w rodzaju zeszłonumerowego promienia optycznego Cyke'a. Ale i tak, jest dużo, duuużo lepiej niż poprawnie. Ocena: 8/10; soundtrack: Creed - Bullets.

Iron Man vol. 4 #25
Gil: Użyłem tego zwrotu niedawno, ale inaczej się nie da: IT'S ON! Karty na stół, kawa na ławę, psychoanaliza do dziennika, odkrycia, odkrycia, odkrycia... Oglądając się przez ramię, dochodzę do wniosku, że to najlepsza historia z blaszakiem, jaką czytałem, a najlepsze w niej jest to, że nadal trwa. Jeszcze trochę, a o Knauffach będzie się mówić jak o Brubakerze. Nie chcę pisać w szczegółach o tym, co jest w środku, bo jest tego cała masa i wyszłoby streszczenie. Powiem tylko, że warto - tym bardziej, że mamy mały jubileusz i kilka dodatków. Ocena: 8/10


Marvel Illustrated: The Picture of Dorian Gray #2
Gil: Nie odniosłem się do części pierwszej, bo nie dotarła na czas, ale tym razem nie mogę sobie tego odmówić. Portret Doriana Graya należy do moich ulubionych opowieści, więc sięgnąłem po jego adaptację z wielką ochotą i... nie zawiodłem się. Roy Thomas rozpisał dobry storyboard i sprawnie oddzielił dialogi od narracji. Z pewnością pomógł mu w tym fakt, że oryginał jest pisany prozą, dzięki czemu nie musiał nic zmieniać, jak w przypadku Illiady. Rysunki Sebastiana Fiumary pasują mi do tej historii, ale też chętnie zobaczyłbym go w czymś innym, bo wygląda na to, że ma potencjał. Ogólnie jest przyjemnie, ale jak przy każdej adaptacji - oryginał pozostaje niedościgniony. Ocena: 8/10

Marvel Zombies 2 #4
Gil: Większość numeru to zombie deathmatch, w którym nic oprócz rozwałki się nie dzieje. Reszta to dywagacje nad postacią Pułkownika Ćwierćmózga oraz końcówka, w której następuje dość zaskakujący zwrot. Doczytać do końca nie zaszkodzi, ale to wszystko zdecydowanie się przejadło i na pierwszy plan zaczynają wybijać się nielogiczności, zwłaszcza w osobach Phoenix i Firelorda. Ocena: 5/10

She-Hulk 2 #25
Gil: Kolejny mały jubileusz z dodatkami i tak dalej, ale Shulkie wyraźnie nie jest w nastroju do świętowania. Kłopoty dosłownie spadają jej na głowę, a wszystko szybko wywraca się na lewą stronę. The Whole Hero Thing nie przypomina niczego, co widzieliśmy wcześniej w przygodach Jen. Zamiast żartów jest psychoanaliza, zamiast radosnego klimatu, raczej depresyjny. Jednocześnie czuję się dziwnie, czytając to i podoba mi się, bo PAD nie zawodzi. No cóż, jest inaczej, ale jest dobrze. Ocena: 7/10
Demogorgon: Nieco poważniej, choć historyjka z końcówki rekompensuje nam niedobory humoru, w pewnym stopniu. Mam takie wrażenie, że Jazinda jest niesamowicie wręcz naiwna, skro dała się tak zrobić w konia. Zdecydowanie sięgnę po kolejne numery, historia robi się bardzo ciekawa. A tak poza tym, to podobało mi się przerobienie Elephant Mana na Behemota. Być może jest trochę za bardzo w stylu Juggernauta (co to w ogóle jest Settorak, tak nawiasem mówiąc, bo pierwszy raz o nim słyszę?), ale i tak podoba mi się ta postać w nowym wcieleniu. Mam cichą nadzieję na jego walkę z Juggernautem.

The Order vol. 2 #7
Gil: Zdecydowanie najgorszy numer tygodnia. Nie piszę tak dlatego, że lubię się nad tą serią znęcać, bo tym razem nie czerpię z tego przyjemności. Jest kiepsko. Jest źle. Namor zachowuje się jak socjopatyczny przygłup, który powołując się na Stalina próbuje wejść w rolę Nelsona Mandeli/Paris Hilton, czyli celebrity więźnia politycznego. Ostatni raz tak kretyńską wymianę argumentów słyszałem podczas debaty Giertycha z Lepperem w ostatniej kampanii wyborczej. I tak samo jak tam, tutaj ten drugi, czyli "Henry, baby" również nie pozostaje bez winy. Cała reszta akcji... Nie - chwila! Jakiej akcji? Ogromnych paneli z retrospekcjami i trójki wannabees zagubionych w tłumie? Jeśli New Warriors za gadanie i brak akcji dostają tróję, to tutaj trzeba jeszcze odjąć za stek bzdur. Ocena: 2/10
Krzycer: Namor jeżdżący po Anthemie - fajny. Anthem bateryjka wykręcający Namorowi numer - niefajny bo go nie lubimy. Sam pomysł, że Namor oddaje się w ręce władz usańskich bo to korzystne politycznie - fajne, teraz tylko chcę się przekonać, jak to wykombinowali redaktorzy Marvela. A w ogóle to mam nadzieję, że to wszystko podwaliny jakiegoś planu Dooma, Namora i kogo tam jeszcze.

avalonpulse0028g.jpgUltimates 3 #2
Foxdie: Jak widać po kolejnym numerze Ultimates, Loebowi coraz bliżej do Claremonta. Każda kolejna scena rozgrywa się tu bez większego ładu i składu. Ma to zapewne tworzyć klimat suspensu, ale zamiast tego jest wielkie dno bez sensu. Najpierw Hawkeye strzelający do Spidera, bo łamaga nie umie czytać i nie doczytał chyba do końca na temat powiązań Venoma z pajęczakiem. Najśmieszniejszy był jednak Cap walący Hawka tarczą, po czym obaj odchodzą jakby nigdy nic. Jeszcze jest kwestia Black Panthera, który zaginął w bezkresnych zaroślach Central Parku i pewnie odnajdzie się dopiero w numerze 5, gdzie okaże się głównym spiskowcem - tak, to byłoby bardzo in Loeb style. Nawet prowadzenie Rogersa jako niepotrafiącego się dostosować, stereotypowego żołnierza drugiej wojny światowej wychodzi Loebowi bardzo sztucznie. Rysunki Madureiry tylko pogarszają stan rzeczy, chociaż czasami uda mu się narysować ładną osobniczkę płci pięknej. Komiks pozbawiony logiki, którego nijak da się porównać do pozostałych dwóch części. Ocena: 3/10
Hotaru: Rysunki się poprawiły. Może to zasługa kolorów, które w tym numerze dla odmiany nie są przeważająco pomarańczowe. Kreska fajna, dynamiczne ujęcia, czego chcieć więcej? Fabuły. Na razie jest tak dziwnie skomponowana, że niemal niestrawna, o doznaniach smakowych nie wspominając. Myślę, że powoli można tej miniserii przygotowywać miejsce na półce z napisem "Gnioty", zaraz obok "arcydzieł" Hudlina, McDuffiego czy ostatnich "dzieł" Claremonta - będzie się czuła jak u siebie.
Gil: Ekhm... żeby sprawiedliwości stało się zadość, zróbmy to tak:
1) Część fabularna. Co tam jest nie tak w continuity, nie wiem, ale wcale wiedzieć nie muszę, bo i tak ssanie jest potężne. Dialogi kiepskie, humor niechwytliwy, zupełny brak feelingu i od czasu do czasu jakieś pseudodramatyczne wynurzenie. Jedyna ciekawa akcja, to ta między Thorem i Lolithą... ups, sorry - Valkyrią. Spójności w tym nie widać żadnej, więc można śmiało oczekiwać, że na końcu pojawi się deus ex machina w stylu Romulusa. Ocena: 2/10
2) Część graficzna. Generalnie wolę realistyczny styl i unikam pseudo-mang, ale nie mogę przestać się zachwycać wyczynami Madureiry tutaj. Przyczyny upatruję w fakcie, że jest to skrajnie różne od tego, z czym zwykle obcuję, a przy tym znakomite w swojej dziedzinie. Niektóre postacie są trochę zbyt zwaliste, albo kanciaste, ale rozbraja mnie dynamika, wspomagana tuszem i kolorami. Ocena: 8/10
Crov: RE-WE-LA-CY-JNE, błyskotliwe dialogi, dobrze rozpisana akcja, inteligentny humor, kapitalnie pisane postacie i wspaniałe rysunki. Nie w tym numerze „Ultimates” - wiem, jestem przewidywalny. Zamiast tego kompletnie niepotrzebna scena walki ze Spider-Manem, kiczowate dialogi i wieśniacki humor, a do tego rysunki, które robiły furorę w latach 90-ych, a obecnie pasują do „Ultimates” jak Jack Black na Supermana. Pięć najważniejszych rzeczy, których nauczyłem się póki co z "Ultimates" Loeba: 1) jeżeli pocisk zrobił nam w dłoni dziurę o średnicy kilku centymetrów, to nas to nie boli; 2) żeby powstrzymać ewentualny ból i krwawienie z dziury o średnicy kilku centymetrów, którą zrobił nam pocisk, wystarczy obwiąząć ją bandażem; 3) jeśli Hawkeye chce z kimś pogadać, to do niego strzela; 4) Hawkeye umie liczyć conajmniej do trzech; 5) używanie zwrotu "suck it" niszczy moralną strukturę budującą USA.

Ultimate Iron Man II #2
Hotaru: Całkiem przyjemny zeszyt. Ze względu na wpleciony wątek wielkiej polityki, kojarzy mi się trochę z Sagą Cienia, również spod pióra Carda. Bo czyż Tony to nie taki Groszek? Historia na razie cierpi z powodu braku znaczącego antagonisty - ten, którego znamy, jest średnio absorbujący, więc i Czytelnik na razie średnio wczuwa się w opowiadaną historię. Mam jednak nadzieję, że to się niedługo zmieni. Fajne czytadło.


WWH Aftersmash: Damage Control #1
Gil: Dwayne McDuffie wykorzystał okazję, by raz jeszcze przepchnąć swoje ukochane dziecko, czyli brygadę do remontów ekstremalnych. Poprzednich trzech miniserii z nimi nie byłem w stanie przeczytać i tutaj też wysiadłem po kilku stronach. Najpierw gadanie, potem gadanie i jeszcze gadanie. Niby jakieś porządki w strukturach, które może zainteresują kogoś, kto jest w temacie, ale dla mnie to gadanie o niczym. No i na końcu wielkie zbiegowisko oraz wejście Thunderbolts zwiastujące wielką bijatykę. Jedyny plus, jaki w tym wszystkim dostrzegam to fakt, ze McDuffie wykorzystał postacie wprowadzone przez Kirkmana w Ant-Manie. Ocena: 4/10

X-Men #207
avalonpulse0028h.jpg
Foxdie: Ohhh YES! They DID IT! - to pierwsze słowa, jakie napisałem do Jara po przeczytaniu tego numeru i właściwie ciężko coś dodać, bo po trzynastu numerach naprawdę fantastycznego crossa dostajemy jedną jedyną stronę, na którą warto było czekać. W ciągu trzynastu numerów zginęło wielu, ale ten jeden trup na ostatniej stronie bije wszystkich zmarłych w ostatniej dekadzie na głowę (no, może jedynie zgon Capa był równie istotny). Nie chcę spoilerować, chociaż pewnie większość już wie, że C....... nie żyje. Poruszę inny motyw, chodzi o to, że był to Kompleks Mesjasza, historia pierwszego narodzonego po długiej przerwie mutanta i walce o niego, o tym jak miał zmienić świat i.... i trup z ostatniej strony jest niby rozwiązaniem historii?? Dalej nie wiadomo, Bishop czy Cable, który z nich miał rację i czy scenarzyści nie spieprzyli sprawy z kontinuum Lucasa (wiecie, wątek Onslaughta). Na dodatek dlaczego ten numer dano narysować Bachalo?! Skandal, znowu ciężko dojrzeć, co się dzieje w większości scen bitewnych. Nie wiadomo też, czy Bishop zginął, ale to raczej wątpliwe. Mystique też przeżyła.... ale ten jeden trup na końcu rekompensuje brak pozostałych zgonów. Lepiej zamówcie ten numer u swoich dostawców, jeśli jeszcze jest dostępny, bo może to być kamień milowy w historii X-Men, gdyż zginął w nim Charles Xavier, RIP. Ocena 10/10
TheNewlyAwoken: House of M? Decimation? Że niby zmieniły status mutantów w świecie Marvela? Że niby były kamieniami milowymi? Że niby nic nie miało być już takie samo? Pfffff! W porównaniu z tym, co się działo w ostatnim numerze MC, to były ledwie zauważalne wątki poboczne. Naprawdę! Czytałem ten komiks trzy razy dłużej, niż normalnie, bo mniej więcej co trzy strony łapałem się za głowę, nie wierząc, że scenarzyści się na coś takiego odważyli. Szkoda tylko, że Predzio od razu nie wszamał Bishopa. Ale za to dzięki naszemu czarnemu zdrajcy zobaczyliśmy śmierć, jakiej może i się spodziewaliśmy, ale nikt nie wierzył, że rzeczywiście nastąpi.
Kupuję trade'a, jak tylko wyjdzie!

Gil: I to by było na tyle, jeśli o kompleksy chodzi. Zakończenie, jak zwykle, nie jest w pełni satysfakcjonujące, ale jest wystarczające i dość dobre, by podtrzymać wysoką ocenę crossa jako całości. O bijatyce trudno powiedzieć wiele. Jest dobra, chociaż Maraudersi jakby poszli nieco w odstawkę, a większość uwagi dostał Predator. Scena z wybebeszeniem go wynagradza jednak wszystko, co mogło się tu nie podobać. Bardziej istotne są jednak inne wydarzenia. Wiele wskazuje, że dziecko to jednak jakieś wcielenie Jean albo co najmniej Phoenix (albo Rachel - wciąż chodzi mi to po głowie). Zachwycony nie jestem, ale jeśli zostanie to poprowadzone dobrze, czyli zamiast nagłego powrotu z fajerwerkami, będzie długi proces wychowywania przez Nathana, jestem gotów to kupić i dobrze się bawić. Druga sprawa to Rogue. Wyzerowanie jej slotów to dobre posunięcie, ciąg dalszy jest logiczny i pewnie prowadzi do X-Men Legacy. Jestem za. No i wreszcie ustrzelenie Chucka przez Bishopa. Nie jest to specjalnie dramatyczne, ale fakt, że zastrzelił go ktoś z X-Men, jest dość wymowny. Logiczne jest też, dlaczego Cyclops uważa, że to koniec X-Men - nie tyle jako grupy, co jako ideologii. Zonk polega na tym, że dopiero z ujawnionych zapowiedzi dowiedziałem się, że Chuck jednak żyje, choć umierający (przynajmniej mentalnie). Jak to się dalej rozwinie, zobaczymy - wygląda zachęcająco, byle tylko nie zrobili z niego drugiej ciotki May. Pozostaje jednak kilka zagadek: dlaczego Predator nie zeżarł Bishopa, gdzie on nagle zniknął i dlaczego na ostatnim panelu nie ma ciała Xaviera? Aha, niech nikt się nie ośmieli mówić, że Chris Bachalo nie dał rady! Ostatecznie, za samo znaczenie, poparte doznaniami, ocena: 9/10
Demogorgon: Fanem Bachalo, ani jego wrogiem, nie jestem, więc mogę bezstronnie stwierdzić, że względem poprzednich numerów, że tak powiem "spuścił on z tonu". Ale pamiętając, co nawyczyniał Ramos w ostatnich New X-Men, nie można uznać tych rysunków za brzydkie. Miałem parę razy wrażenie chaotyczności, ale porównawszy to z New X-Men stwierdzam, że dalej jest dobrze. Zresztą, po takiej ilości akcji trudno nie spodziewać się chaotyczności. Wszyscy zastanawiają się czy, Charlie zaliczył zgon, czy też nie, a tymczasem ja nie jestem pewien, jak sprawa ta ma się w przypadku Exodusa, który nawdychał się Dust, ale nie jestem pewien, czy zginął. Sam Complex zakończył się dosyć interesująco, najbardziej moją ciekawość rozbudza sprawa tego, co Cable nazywa "trudną częścią", skoro coś takiego miało być tą "łatwą". Zdecydowanie oceniam komiks dobrze, z niecierpliwością czekam na postcompleksowe komiksy.
avalonpulse0028i.jpgHotaru: Zaliczam się do grona tych osób, którym Messiah CompleX nie przypadło do gustu. Od strony graficznej, Silvestri zawalił pierwszy rozdział, Tan nie jest dobrym rysownikiem, przez co każdy jego numer był słaby, zaś Bachalo i Ramos mieli równie wiele dobrych kadrów, co szkaradnych. Więc pod względem graficznym średnio. Pod względem fabularnym jest gorzej. Redaktorzy Marvela sobie obmyślili, że będzie to i tamto, i przez to scenarzyści indywidualnych tytułów musieli się podporządkować. Najbardziej ucierpiał Peter David i jego X-Factor, oraz Kyle i Yost i ich New X-Men. Wszystkie wątki Petera Davida są w tym crossoverze zupełnie zbędne - niby Madrox i Layla udali się do przyszłości, ale nie oszukujmy się - to NIC nie dało. Zdrada Bishopa wyszła na jaw i tak jakąś godzinę po powrocie wspomnień duplikatu. Motyw Layli nie należy do Compleksu, więc go nie skomentuję. Wątek Predatora X też jest zupełnie zbędny dla fabuły. Mówiłem już, że sobie zwierzaczek tylko latał w te i wewte, by na koniec Wielki Zły Wolverine mógł go wypatroszyć od środka. Ale trzeba było jakoś to wcisnąć, skoro tytuł o nowych mutantach trafił do niszczarki. Nie jestem pod wrażeniem. X-Force mam dość zanim ukazał się pierwszy numer ich serii! Jeszcze przed rozpoczęciem tego eventu mówiłem, że najgorsze, co mogą zrobić, to na koniec przywrócić Jean do życia - i proszę, jeśli jest coś, czego nie chcesz za żadne skarby, Naczelny Quesada na pewno wpakuje ci to między oczy, nabrał wprawy przy One More Day. Decyzja Cyclopsa po śmierci Xaviera też ma zero sensu, ale za to mnóstwo smrodu redakcyjnej decyzji odgórnej. Porażka. Już słyszę te tłumaczenia Marvela - jeśli się podobało, znaczy że jest gites, a jak się nie podobało, to też jest gites, bo Wielkie i Ważkie Historie często budzą kontrowersje. Kontrowersyjna jest nie historia, ale fakt, że ją wydano. Shame on you, Marvel!
MadMarty:
Całkiem przyjemne, ale spodziewałem się jednak czegoś mocniejszego. Po prostu, jak już pisałem, nie wierzę w "dead stays dead", a w tym wypadku to kluczowe, żeby można było mówić o mocnym, albo cienkim finale. Całkiem fajnie wypadły za to krótkie, acz dosadne wspomnienia Cyke'a. Nie ma nachalnej, niepotrzebnej psychologizacji. Cały cross też fajnie się czytało.
CrissCross:
Mógłbym powiedzieć, że bardzo dobre zakończenie bardzo dobrej historii. Niestety zakończenie jest najwyżej "całkiem dobre". I bynajmniej nie z powodu treści. Kreska jest po prostu tragiczna. Gdy zobaczyłem panel z Predatorem i Bishopem na pierwszych stronach to myślałem, że Lucas został zwyczajnie zżarty. Ogólnie wszystko to jest chaotyczne, a sam Predator przypomina bezkształtną masę. Na szczęście fabuła jeszcze ciągnie wszystko do przodu. Również zauważyłem, że na ostatnim panelu brakuje ciała Xaviera. Biorąc jednak pod uwagę kreskę, to nie zdziwiłbym się, gdyby był to błąd rysownika. Chociaż nigdy nie wiadomo...
Jaro: Pięknie to skończyli, z odpowiednim rozmachem i zostawiając więcej pytań, niż odpowiedzi. Cieszę się, bo takie rozwiązanie jest lepsze, niż upychanie w jednym numerze wyjaśnień wszystkich wątków, byle tylko zakończyć sprawę. A tak, mamy pełno wspaniałych scen (cała rozmowa Cable'a i Cyclopsa i unoszący się wokół klimat "Endgame", odważne rzucenie młodych do walki, Emma vs. Exodus, Wolvie vs. bebechy Predatora, wreszcie zupełnie niespodziewane ustrzelenie Xaviera przez Bishopa). Trochę dziwi błyskawiczna decyzja Cyke'a o rozwiązaniu X-Men, trochę dziwi brak konsekwencji i nie pozwolenie Chuckowi na ostateczne udanie się do krainy wiecznych łowów, jednak jeśli wszystko to zostanie potem odpowiednio rozegrane (Cyke według wszelkich znaków od scenarzystów ma jakiś bardzo konkretny plan; z kolei xavierowe Legacy pisze Carey, który raczej nie zmarnuje tego materiału), możemy mieć naprawdę złote lata dla jakości i ciekawości x-tytułów. Tak czy inaczej, pomimo nie wyłożenia wszystkich kart na stół zakończenie, "Messiah CompleX" broni się bardzo dobrze, a jedyne, do czego tak naprawdę czasami można się przyczepić, to strona graficzna. O ile w poprzednich swoich numerach Bachalo się naprawdę starał i był wraz z Eatonem lepszą połową rysowniczego teamu, o tyle w finale momentami rysunki były bardzo nieczytelne (chociażby odgryzienie łapy Bishopowi, przynajmniej ja myślałem po tym kadrze, że Paskudnik X go wszamał w całości). Ale ogólnie -- bardzo dobre zakończenie świetnego crossa. Ocena: 9/10; soundtrack: Ulver - Blinded by Blood.

X-Men: First Class vol. 2 #8
TheNewlyAwoken: Aż dziw bierze, że po takiej ilości ewidentnych wskazówek w historii pierwszych X-Men ktokolwiek się później zdziwił, gdy Beast porósł futrem, a Jean zmieniła się w Phoenix. W poprzednim numerze takie nawiązania do przyszłości były jeszcze ciekawymi smaczkami, ale teraz zaczyna to być wtórne i nużące. Czekam, aż seria wróci do dawnego klimatu niezobowiązującej rozrywki, bo na razie mamy coraz więcej patosu i wymuszonego nerdgazmu, a coraz mniej sensu.


Young Avengers Presents #1
avalonpulse0028j.jpg
TheNewlyAwoken: Pierwszy numer miniserii niestety nie prezentuje się (nomen omen) zbyt ciekawie. Ot, patetyczna gadanina, trochę rozwałki, znów patetyczna gadanina, przeplatana wspomnieniami o Naszym Drogim Capie. Brubaker chyba wybitnie nie miał pomysłu na to, co zrobić z naszym małym Patriotem, więc poszedł po najmniejszej linii oporu i opowiedział o patriotyzmie. Generalnie sztampa i bolesna wręcz liniowość. Mam nadzieję, że kolejne numery będą duuużo ciekawsze.
Gil: Nie jest źle, ale to jednak nie to. Najbardziej psują odbiór kiepskie rysunki, które sprawiają, że YA wyglądają na 40-latków, a Winter Soldier na nastolatka. Potem wychodzi fakt, który sprawia, że Bru nie najlepiej radzi sobie w tytułach drużynowych - brak zróżnicowania postaci. Wszystkie wydają mi się takie same pod względem zachowania, reakcji, mowy... Wiem, że nie jego postacie i występ gościnny, ale jednak to problem. I wreszcie fabuła. Antypatriotyczny Patriot jest w porządku, wściekły Patriot jest w porządku, śledząco-walczący Patriot też jest w porządku, ale już emocjonalnie rozchwiany i rozczulający się Patriot nie jest. Miejmy nadzieję, że dalej będzie lepiej. Ocena: 5/10
Hotaru: Zaczynam podejrzewać, że te wszystkie zachwyty nad talentem Eda Brubakera to jakaś choroba, która niczym ptasia grypa rozsiała się po świecie i zainfekowała biednych nieświadomych Czytelników komiksów Marvela. Na szczęście lub nie, ja okazałem się odporny. Pisząc Uncanny X-Men Bru co najwyżej osiąga średniawkę, ale tutaj to wzbił się na wyżyny tylko po to -- dalsza część może okazać się nieodpowiednia dla co wrażliwyszych osób -- by w locie zorientować się, że Bozia nie dała mu skrzydeł i wyrżnąć na pysk. Takich bzdur jak w tym komiksie dawno nie czytałem. Czasami scenariusze są po prostu głupie, albo o niczym, ale ten - ten jest błędny! To tak Amerykanie się przekonują, że wszystko jest ok? Że nie szkodzi, że mordowali Murzynów, spuścili bomby atomowe na Japonię, zaatakowali Irak tylko dla ropy, trują środowisko ile wlezie - to wszystko zostało im odpuszczone, bo mają - psia mać - demokrację i pokręconą wolność słowa. Trzymajcie mnie, bo nie wyrabiam. Kazałbym Brubakerowi zeżreć cały nakład tego gówna, poczym zaszyłbym mu pośladki i wargi. Dawno się tak nie zdenerwowałem.
Demogorgon: Nie wiem, co tu nie wyszło, ale coś na pewno. Jest Brubaker, jest Winter Soldier, jest fajna część Young Avengers, jest doza chemii miedzy Patriotem a Hawkeye, są nawet ciekawe dialogi, jest trochę akcji... Ale nie ma tego czegoś, tego klimatu, do jakiego przyzwyczaił mnie Bru. Zdecydowanie porażka i to taka, która zachwiała moja wiarą w powodzenie tej serii. A w porównaniu z New Warriors to Medina odwala tutaj fuszerkę. Niestety, tylko 5/10
Jaro: Nuuuuda, panie, i jeszcze patriotyczny piece of crap do tego. Brubaker postanowił najwyraźniej pokazać, że zły komiks też potrafi spłodzić i zamiast coś zakombinować, jako podkład muzyczny do pisania puścił sobie łopot flagi z Szeregowca Ryana i zagłębił się w bliżej nieokreślone rozterki młodego Eliego. Ale... Pół biedy z Patriotem, ale naprawdę trzeba było pokazywać Winter Soldiera jako jakiegoś dobrego wujka czy innego Tolka Banana? Jeszcze na kolana mógł biednego Bradleya wziąć, żeby mu bajeczek poopowiadać, śmiesznie chociaż by było. A tak, nie jest śmiesznie, tylko strasznie, a złe wrażenie potęgują paskudne rysunki Mediny -- Kate wygląda momentami naprawdę wstrętnie, a Bucky przypomina Patricka Swayze z Donnie Darko. A kysz, paszli w choleru z takiemi amerykanizmami. Ocena: 3/10; soundtrack: Iced Earth - Ghost of Freedom.



Okładki tygodnia

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

 

Hity tygodnia:

avalonpulse0028a.jpgUltimate Fantastic Four #50 White Cover

Autor: Tyler Kirkham

Foxdie: Okładka genialna w swej prostocie. Białe tło, a na nim znikająca Invisible Woman. Pomimo tego, że jest ona praktycznie jedynym obiektem na okładce, wykonana jest z dużą starannością. Ocenę całości podnosi jeszcze interakcja postaci z napisem tytułowym, co zawsze podobało mi się w okładkach (o ile zostało dobrze przedstawione). Nietypowo - tak wygląda ten cover i tak powinien wyglądać każdy cover jubileuszowego numeru.




avalonpulse0028b.jpgAstonishing X-Men vol. 3 #24 (standard)

Autor:
John Cassaday

Gil: Okładki AXM mają to do siebie, że są proste, ale niezwykle wymowne. Co może nam powiedzieć wściekła buźka Cyclopsa i promienie bijące z oczu wprost w kierunku czytelnika? Otóż mówi: "przygotujcie się na ostrą akcję!" I tak jest. Można się zastanowić, czy nie pasowałaby bardziej do poprzedniego numeru, w którym Summers miał więcej do powiedzenia, ale przecież nie musimy traktować jej aż tak dosłownie. Możemy na przykład zinterpretować sobie tak, że wielki plan Scotta eksploduje w tym numerze. I tak jest. Okładka spełnia swoje zadanie. A że oprócz tego, narysowana jest w cassadayowym stylu, to tylko plus dodatkowy.


Gniot tygodnia

avalonpulse0028c.jpg WWH Aftersmash: Damage Control #1

Autor: Nic Klein

Spence: Kolory jakby żywcem wzięte od Jamesa Jeana (twórcy okładek do Fables), powykrzywiane postacie (jakby wiatr je powyginał, choć może to dlatego, że starsi już są?) jakieś dwa dziwne paski i morda Hulka w rogu? Nie. Nie dzisiaj. Nie teraz. Nie jutro. Nigdy.








Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2008.01.23



Redaktor prowadzący: Lex
Korektor: S_O
Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.