Avalon » Publicystyka » Artykuł

Chirugiczne cięcie siekierą, czyli sytuacja mutantów na przełomie 2015/2016 roku

Łatwo wpadam w rutynę. A skoro w zeszłym roku podsumowałem, zaopiniowałem i zrecenzowałem całą linię komiksów o mutantach, to nie mogłem nie zrobić tego w tym roku. Najwyraźniej to już tradycja. Zapraszam do lektury.

Chirugiczne cięcie siekierą, 
czyli sytuacja mutantów na przełomie 2015/2016 roku



2015 – wrażenia ogólne


Zacznijmy od spojrzenia jeszcze dalej wstecz. Największym problemem x-linii w 2014 roku było to, że zasadniczo nic się nie wydarzyło. Wolverine umarł, ale poza tym? Niemal wszystkie pozostałe komiksy dreptały w miejscu, zapychały luki w kalendarzu wydawniczym i nie oferowały niczego ciekawego. 
Rok 2015 zaś był pełen finałów, pożegnań, przetasowań, nowych otwarć, nowych początków i nowych status quo. A wszystko za sprawą Secret Wars – crossovera, który odcisnął swoje piętno na całej linii wydawniczej Marvela. Uchowało się co prawda kilka tytułów, które ukazywały się w niezmienionej formie w trakcie Secret Wars, a po Secret Wars płynnie przeskoczyły na zresetowaną numerację, ciągnąc dalej tę samą historię (np. Ms. Marvel). Komiksy o X-Men do nich nie należały. Na czas Secret Wars cała linia została zamknięta. Cała? Nie! Jedna, jedyna seria, pisana przez nieugiętego Bendisa... ale poważnie – ze względu na absurdalne opóźnienia, All-New X-Men i Uncanny X-Men vol. 3 ukazywały się w trakcie Secret Wars. Czy raczej – co parę miesięcy, ni z tego, ni z owego, ukazywał się kolejny numer.

Mimo to – podział na to, co przed, i to, co następuje po Secret Wars jest bardzo wyraźny, i będę się go trzymał. Pomimo tego, że Secret Warsom nie udało się jeszcze, no wiecie... skończyć...

W dużym skrócie, rok 2015 oznaczał dla mutantów udział w crossoverze Black Vortex, zamknięcie wszystkich ukazujących się dotąd serii, niezbyt istotny udział w Secret Wars, a po tym crossoverze - start nowych serii, przedstawiających nowy status quo. W ramach którego liczba mutantów ponownie znacznie spadła, tym razem ze względu na unoszącą się nad światem chmurę Mgieł Terrigenu. Mniejsza z tym, że ta chmura lata po świecie od 2013 roku.

A, no i Squirrel Girl oficjalnie przestała być mutantką.

Innymi słowy: działo się! Działo się dużo, czasami chaotycznie, czasami niezrozumiale, ale – działo się wiele. Do dziś nie rozumiem, jakim cudem redaktorzy Marvela doprowadzili do absurdalnej sytuacji, w której przed Secret Wars status quo mutantów w komiksach Jonathana Hickmana prowadzących do Secret Wars był zupełnie inny od status quo mutantów w komiksach o mutantach. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, czym miało być Nation X, ani skąd Cyclops miał jajo Feniksa, dzięki któremu ponownie stał się nosicielem Phoenix Force. Myślę, że jeśli kiedykolwiek się tego dowiemy, to tylko dlatego, że przyjdzie jakiś nowy scenarzysta, który w minionym roku był jednym z nas – kompletnie zdezorientowanych czytelników – który postanowi jakoś posprzątać ten bałagan. Obecnie ukazujące się komiksy mają do wyjaśnienia wystarczająco wiele – muszą ujawnić wydarzenia, do których doszło w trakcie ośmiomiesięcznego przeskoku w czasie, którego dokonały wszystkie ukazujące się po Secret Wars serie – więc wątpię, by któryś scenarzysta chciał do tego dokładać wyjaśnianie Hickmanowo-mutancich nieścisłości.

Przede wszystkim jednak zapamiętam 2015 jako rok, w którym spełniło się moje marzenie – linia komiksów o X-Men została znacznie odchudzona. Obecnie ukazuje się pięć serii, wkrótce ruszą dwie kolejne. Siedem tytułów to w sumie sporo, ale dwa z nich będą się działy "z boku" – w swoich własnych uniwersach. Tak naprawdę wygląda na to, że trzon linii X-Men w 2016 roku będzie się składał z pięciu tytułów, z wyraźnie zaznaczoną główną serią. To krok w dobrą stronę, po wielu latach absurdalnego rozdęcia x-linii. Teraz żeby jeszcze te komiksy były dobre...

Ale – będzie co ma być. Tymczasem przyjrzyjmy się temu, co było.

Mutanci od A do X



Oto wszystkie x-komiksy, jakie ukazały się w minionym roku. Podobnie jak poprzednio, pomijam Deadpoola – może i pochodzi ze świata mutantów, choć sam nim nie jest, ale od dawna jest od nich niezależny.

Przed Secret Wars skończyły się:

All-New X-Factor. Poprzednia odsłona X-Factor należy do moich ulubionych komiksów o mutantach. All-New X-Factor, choć wyszło spod pióra tego samego Petera Davida, nigdy nie weszło na ten sam poziom. Chwilami było blisko. Niestety, albo tym razem zawiódł skład drużyny, który nie prowadził do równie ciekawych interakcji, albo David zbyt wolno wprowadzał kolejne elementy fabuły, i seria skończyła się, zanim miała okazję na dobre się rozkręcić. A liczyła ostatecznie 20 numerów, więc to nie jest tak, że autor w ogóle nie miał czasu, by coś zrobić.

All-New X-Men. Po 41 zeszytach trzeba sobie zadać pytanie: czego właściwie Brian Michael Bendis dokonał w tej serii? Sprowadził nastoletnich oryginalnych X-Men do teraźniejszości, i trochę rozwinął charakter każdej postaci. To, powiedzmy sobie szczerze, ustawowe minimum dla komiksu, który miał tyle numerów. Poza tym? Dostaliśmy ciekawe spojrzenie na Shadowcat w roli mentorki. Ale poza tym? Ani nie było tu ciekawych przeciwników, ani, ostatecznie, nie doszło do żadnej kulminacji, żadnego finału, żadnego rozwiązania. Ot, bohaterowie spotykali się z różnymi postaciami i rozmawiali. Mało. Szczerze mówiąc? Żałośnie mało. A to była – obok Uncanny X-Men – główna seria o X-Men przed Secret Wars.

Amazing X-Men vol. 2. Ta seria po pierwszej historii natychmiast stała się zapychaczem, na który nie było pomysłu. Ostatecznie był to całkiem niezły zapychacz – wieńcząca serię historia pt. "The Once and Future Juggernaut" była jedną z lepszych, jaką komiksy o mutantach miały w tym roku do zaoferowania – ale mimo to, była to jedna z serii pozbawionych ogólnej koncepcji, która po prostu trwała, bo ktoś wyliczył, że kolejna seria "po prostu o drużynie X-Men robiącej to, co robią X-Men" może co miesiąc liczyć na ileśtam tysięcy sprzedanych egzemplarzy.

Black Vortex. To był klasyczny crossover, rozrzucony po kilku różnych seriach, nie mający własnej miniserii, ale gdzieś go muszę opisać. Był koszmarny. Rozwleczony, powtarzający w kółko jeden, jedyny pomysł, jaki mieli autorzy – "postać jest mamiona ogromną mocą i zgadza się/odmawia" – a co najgorsze, fabularnie był ledwo związany z X-Men. Mimo to wessał dwie mutancie serie – All-New X-Men i Cyclopsa. Jakiś sens w tym był – to była kosmiczna historia, Cyclops był akurat w kosmosie, a Kitty Pryde umawiała się z kosmicznym Star-Lordem – ale tak naprawdę poza Kitty mutanci nie mieli żadnego udziału w fabule. Byli kompletnie zbędnymi statystami.

A na dodatek historia była durna i nudna.

Cyclops vol. 3. Gdy tylko Greg Rucka odszedł z tego tytułu, seria straciła powód, by istnieć. Wierzę, że John Layman robił, co mógł, by coś z niej wykrzesać, ale – nie wyszło. Młodociany Cyclops wrócił do swojej drużyny, gdy spotkał się z nią w ramach "Black Vortex", więc seria dostała przynajmniej naturalne, niewymuszone i logiczne zakończenie.

Death of Wolverine: The Weapon X Program. Miniseria będąca pomostem między Death of Wolverine i serią Wolverines była nieco niezrozumiała, ale gdy się ukazywała, wciąż liczyłem, że Charles Soule – autor DoW, DoW:TWXP i W (...Wolverines; akronimy tracą sens, gdy składają się z jednej literki) – ma jakiś genialny plan, który realizuje. No i w sumie miał plan. Tylko ten "genialny" jest mocno wątpliwy.

Magneto vol. 3. Podróż Magneto urwała się nieco nagle z okazji Secret Wars. Magneto była jedną z kilku serii pokazujących ostatnie dni przed zniszczeniem świata w ramach Secret Wars. Apokaliptyczne zagrożenie nie do końca pasowało do introspektywnego tonu, jaki dotąd cechował tę serię. Ponadto, jak wiemy, świat może i się skończył, ale chwilę później nastał znowu – pozostaje więc pytanie, czy te doświadczenia wpłyną jakoś na Magneto? Będziemy się mogli o tym przekonać, bo Cullen Bunn pisze nowe Uncanny X-Men, kontynuujące losy Magnusa.

Nightcrawler vol. 4. Ten powrót Chrisa Claremonta do X-Men był krótszy, niż poprzednie próby, ale ostateczny rezultat jest podobny. Była to bardzo oldschoolowa seria, której wątłą fabułkę obficie ozdabiały dymki wypełnione tekstem. Dla nostalgicznie wspominających lata chwały Claremonta czytelników może było w tym trochę uroku, ale chyba nawet oni przyznają, że ta seria nie miała poza tym nic do zaoferowania.

Spider-Man and the X-Men. Miniseria, która na moment zastąpiła zakończone w 2014 roku Wolverine and the X-Men była pełna wątpliwych dowcipów i dziwnego prowadzenia postaci. Z drugiej strony były to postaci, które od dawna nie znajdowały się na pierwszym planie (poza Spider-Manem oczywiście), a i ostateczny morał – "kiedy polegamy na sobie i jesteśmy drużyną możemy osiągnąć wszystko i zasłużyć na miano X-Men" – nie był może w żaden sposób oryginalny, ale realizacja była całkiem przyjemna. Szkoda tylko, że niektórzy bohaterowie – np. Hellion - uczyli się tej lekcji chyba po raz trzeci w swojej historii.

Storm vol. 3. Greg Pak miał chyba jakiś pomysł na tę serię. W kilku miejscach widać było przebłyski czegoś ciekawego. Niestety, ostatecznie nic ciekawego z tego nie wyszło. Może problem leżał w pomyśle na serię? Brać postać znaną z bycia sercem drużyny i umiejętności przywódczych, i robić z niej bohaterkę solowej serii? Kto na to wpadł? X-Men zostali wymyśleni jako komiks drużynowy, i praktycznie wszyscy ci bohaterowie coś tracą, gdy zostają z tej drużyny wyjęci.

Uncanny Avengers vol. 2. Przypomnijmy, mowa o tytule przedstawiającym przygody "Drużyny Jedności Avengers", złożonej z Avengers współpracujących z mutantami. Tyle tylko, że z tej koncepcji niewiele się ostało, bo w tej edycji serii okazało się, że Quicksilver i Scarlet Witch nie są dziećmi Magneto, i w zasadzie nie wiadomo, czy wciąż można ich liczyć jako mutantów. A na dodatek cała historia toczyła się na innej planecie i z mutantami nie miała nic wspólnego. A Rick Remender chyba pożegnał się z Marvelem, i choć UA vol. 2 w zasadzie nie miało zakończenia, tak, jakby ta historia miała być kontynuowana, to nic na to obecnie nie wskazuje.

Uncanny X-Men vol. 3. Drugie dzieło Briana Michaela Bendisa zostało wykolejone dłużącą się historią pt "Last Will and Testament of Charles Xavier", w ramach której ostatecznie doszło do podróży w czasie i zresetowania pewnej części wydarzeń. Bendis nigdy nie wyjaśnił, których dokładnie. Potem dostaliśmy kilka pojedynczych numerów, w zasadzie będących epilogami dla kolejnych postaci. Potem dostaliśmy Uncanny X-Men #600, będącym epilogiem do epilogów UXM, oraz epilogiem dla All-New X-Men. Tylko był to epilog, który nie zachowywał logicznej spójności z tym, co działo się wcześniej. Zapowiedzi i okładki paru poprzednich numerów sugerowały wydarzenia, których nigdy nie zobaczyliśmy, jak np. konfrontację Cyclopsa z nominalnie wciąż obróconym przez AXIS Havokiem. Czy to Bendis na bieżąco zmieniał plany, czy Marvel nie rozumiał jego zamiarów – diabli wiedzą, ale coś ewidentnie nie grało. Podsumowując: było to wszystko koszmarnie chaotyczne, i – podobnie, jak w wypadku All-New X-Men – nie jestem pewien, co takiego Bendis w sumie w tej serii osiągnął. Kilka numerów wyszło mu świetnie, ale to były pojedyncze rodzynki w zakalcu.

Wolverines. Autentycznie nie wiem, co napisać o tej serii. "Wielki plan" Charlesa Soule'a okazał się, jakby to ująć... plikiem pomieszanych notatek, zawierających zakodowane instrukcje spisane przy świetle księżyca, zasłyszane od palącej nargile gąsienicy. Powiedzieć, że Wolverines było chaotyczne, to nic nie powiedzieć. Nastrój zmieniał się z numeru na numer, sceny silące się na powagę kontrastowały z kompletnym absurdem i humoreską, całość przypominała rezultat zakładu pt. "co jeszcze mogę wcisnąć Marvelowi, żeby to wydrukowali". Ostatecznie finał był całkiem niezły – Mystique stwierdzająca, że nie zależy jej na przetrwaniu świata, i odrzucająca podaną jej na tacy możliwość jego ratunku wypadała znakomicie.
Oczywiście, zaakceptowanie tego zakończenia jako znaczącego wymagało od czytelnika przyjęcia do wiadomości, że wskrzeszenie Wolverine'a jakimś cudem miałoby zapobiec ostatniej Inkursji (patrz: Secret Wars, Jonathan Hickman) i zniszczeniu świata. Co w każdej innej serii byłoby absurdalnie idiotycznym stwierdzeniem, ale w Wolverines było po prostu... piramidalną bzdurą, której można się było po tym tytule spodziewać.

X-Force vol. 4. Simon Spurrier drugi rok z rzędu był autorem najlepszej serii o mutantach – choć X-Force długo się na nią nie zapowiadało. Ta inkarnacja X-Force nominalnie kontynuowała trend zapoczątkowany runami Kyle'a i Yosta oraz Remendera, tak naprawdę jednak była ich zaprzeczeniem. Była dekonstrukcją mrocznego i brutalnego komiksu superbohaterskiego, współczującym portretem stereotypowych bohaterów takich historii, wreszcie – autentycznie dowcipnym pastiszem.
Który, podobnie jak X-Men Legacy vol. 2 Spurriera w zeszłym roku, miał paskudnego pecha do rysowników.

X-Men vol. 3. Kolejny zapychacz bez pomysłu na siebie. W przeciwieństwie do Amazing X-Men, nie dostał nawet w miarę stałego scenarzysty, i od odejścia Briana Wooda do samego końca ciągle obowiązywała rotacja scenarzystów. Ostatnią historię napisała G. Willow Wilson, rozsławiona Ms. Marvel. Była średnia. Mam wrażenie, że autorka miała za dużo pomysłów jak na ofiarowane jej cztery numery, i w rezultacie nie potrafiła większości z nich wyjaśnić.

Secret Wars


Jonathan Hickman w końcu doprowadził swoją ogromną historię do finału. Mutanci mają w niej pewien udział – Cannonball i, zwłaszcza, Sunspot byli członkami Avengers, Beast należał do Illuminati (choć nie miał żadnego wpływu na wydarzenia). Cyclops miał jajo Feniksa – co prawda tylko u Hickmana, ale na to już narzekałem – i poległ na Battleworldzie z ręki Dooma. Choć prawdopodobnie ta śmierć zostanie cofnięta wraz z końcem Secret Wars – pożyjemy, zobaczymy – bo w świecie po Secret Wars Cyclops zginął jeszcze raz. A przynajmniej tak nam powiedziano.

Pożyjemy, zobaczymy.

Tymczasem – Secret Wars. Na kilka miesięcy zamiast regularnych miesięczników Marvel wydawał tonę miniserii, których akcja toczyła się na Battleworldzie – sztucznej planecie stworzonej z fragmentów różnych rzeczywistości, zamieszkanej przez liczne alternatywne kopie bohaterów. Kilka miniserii skupiało się na mutantach. Były to:

Age of Apocalypse. Powtórka z rozrywki, nie będąca ani kontynuacją oryginału, ani wystarczająco odmienną wersją wydarzeń, by ciekawiła sama z siebie. Ostatecznie była to bardzo przeciętna bijatyka z paroma absurdalnymi zwrotami akcji.

E is for Extinction. "Jak wyglądałoby życie X-Men kilkanaście lat po runie Morrisona, gdyby wszystko później potoczyło się tak, jakby wciąż pisał to Morrison?" Taki mniej więcej był pomysł na serię – i o ile początek faktycznie był dość intrygującą imitacją Morrisona, o tyle natłok zwrotów akcji w finale zamienił miniserię w coś bliższego parodii.

House of M vol. 2. W przeciwieństwie do Age of Apocalypse, to jest zasadniczo odmienna wersja wydarzeń – przede wszystkim dlatego, że tutaj nikt nie odmienił świata. Magneto doszedł do władzy własnym wysiłkiem – a seria pyta między innymi: co taki Magneto robiłby później? I odpowiada: nudziłby się i narzekał, co według mnie jest jakąś absurdalną interpretacją Magneto, ale czytałem wypowiedzi sugerujące, że to jest portret silver age'owego Magneto. Może coś w tym jest. Ostatecznie było to nawet niezłe czytadło.

Inferno. "Co by było, gdyby bohaterowie nie pokonali demonów atakujących Manhattan w trakcie oryginalnego Inferna?" Komedia i apokaliptyczne zagrożenie, ostatni zryw bohaterów i parodystyczne wyobrażenia różnych postaci... Dziwna to była miniseria. Z drugiej strony, nie czytałem oryginalnego Inferno, więc coś mogło mi umknąć.

Star-Lord and Kitty Pryde. Ma z mutantami tyle wspólnego, że jakaś wersja Shadowcat jest sparowana z naszym, to znaczy pochodzącym ze świata 616, Star-Lordem, a jakaś wersja Gambita była jednym z przeciwników. To kolejna miniseria, która stawiała na humor i wykorzystywanie Battleworldu, by prezentować czytelnikom absurdalne wersje znanych postaci (jak np. Drax–wodzirej). Z drugiej strony Gambit jako śliski złoczyńca wypadł wyjątkowo naturalnie.

Old Man Logan. Piękne rysunki, kompletny brak fabuły. Old Man Logan – praktycznie nieodróżnialny od wersji Millara z historii pod tym samym tytułem (nie licząc tego, że tamten OML ostatecznie powrócił do bycia bohaterem w jeszcze dalszej przyszłości, co widzieliśmy w Fantastycznej Czwórce Millara) – zwiedza Battleworld. I tyle, nie ma tu nic więcej. I jak to w komiksach Bendisa bywa, wszyscy się wszystkiemu dziwią, choć we wszystkich innych tie-inach Secret Wars wszystkie postaci wiedzą, jak działa Battleworld, kto nim rządzi i tak dalej.

X-Men '92. Ni to hołd, ni to parodia X-Men z lat 90, czy nawet konkretniej – X-Men z kreskówki z lat 90. Pożeniona z późniejszymi postaciami, konkretnie – Cassandrą Novą. I to wszystko, co wiem o tej miniserii, bo ani humor do mnie nie trafił, ani intryga nie zainteresowała, więc porzuciłem ją po pierwszym numerze. Musiała jednak spodobać się wielu ludziom, bo będzie kontynuowana w nowym roku jako pełnoprawna seria.

X-Tinction Agenda. "Co by było, gdyby Havok nie wrócił do Ameryki by dołączyć do X-Factor, tylko został w Genoshy, by pomóc ją odbudować?" Chyba najbardziej skomplikowany pomysł na mutancią miniserię w ramach Secret Wars, niepotrzebnie skomplikowany kolejnymi, niepowiązanymi z głównym pomysłem udziwnieniami. Np. w tej rzeczywistości Beast również cofnął się w czasie, by ściągnąć do teraźniejszości X-Men – ale nie oryginalną piątkę, tylko świeżo upieczonych All-New, All-Different (Wolverine'a i spółkę). Bo oryginałom się zmarło było? Chyba? Ten wątek zostaje ledwo wspomniany.

Mimo to główna oś konfliktu, stawiająca przeciwko sobie dwie grupy pozytywnych bohaterów, była całkiem niezła. Oczywiście to tylko miniseria, więc ostatecznie wszyscy się zjednoczyli, by stawić czoła jednoznacznemu, pozbawionemu etycznych dylematów ZŁU. Poza tym – oraz tym, że summa summarum to była tylko wielka bijatyka – była to jedna z ciekawszych miniserii.

Years of Future Past. "Co by było, gdyby Shadowcat nie zmieniła apokaliptycznej przyszłości, w której Sentinele rządzą światem, a mutanci egzystują w obozach koncentracyjnych?" Tyle tylko, że Shadowcat nigdy nie zmieniła tamtej przyszłości, tylko zapewniła, że nie stanie się ona przyszłością świata 616. Nie wspominając już o tym, że widzieliśmy już co najmniej kilkanaście wersji tego pomysłu.
Mimo to – YoFP było ciekawym eksperymentem, naśladującym styl klasycznego Claremonta. Czyli: mnóstwo tekstu, ale i prawdziwe emocje. Oraz telenowelowe zwroty akcji i wyjątkowo przygnębiające rezultaty. W efekcie dostaliśmy coś, co żerowało na nostalgii do ery Claremonta dużo skuteczniej od komiksu napisanego w tym roku przez Claremonta (patrz: Nightcrawler).

Poza wyżej wymienionymi miniseriami mutanci i zapożyczone z komiksów o mutantach postaci i koncepty pojawiały się jeszcze w wielu innych miniseriach, takich jak Red Skull, 1602: Witch Hunter Angela, Siege, Runaways i Ultimate End, żeby wymienić tylko kilka. Ich opisywanie nie ma jednak sensu – to nie były komiksy o mutantach; co najwyżej "z mutantami w tle".

Po Secret Wars wystartowały:

All-New Wolverine. Wolverine wciąż nie żyje, niech żyje Wolverine. Laura Kinney vel X-23 przyjęła imię, maskę i kostium swojego genetycznego oryginału/przybranego ojca/wątpliwego sortu mentora. Ukazały się już trzy numery – sprawnie napisane, bardzo porządnie narysowane. Autorzy zdążyli nimi udowodnić, że potrafią stworzyć dobry komiks o Wolverine'ie – pozostaje pytanie, czy potrafią stworzyć dobry komiks o Laurze. Tak czy inaczej ta seria zaczęła się najlepiej z trzech już rozpoczętych.

All-New X-Men vol. 2. Briana Bendisa zastąpił Dennis Hopeless, skład grupy nieco się zmienił, podobnie koncepcja. Czy raczej – tym razem jest tu jakaś koncepcja. Co prawda koncepcją tą jest "bohaterowie jadą na wycieczkę, przy okazji próbując udowodnić światu, że mutanci mogą być bohaterami", co nie jest szczególnie... twórcze... ale to wciąż lepiej niż "bohaterowie są". A Bendis ostatecznie nie zaproponował niczego ponad to.
Po dwóch numerach trudno powiedzieć coś więcej – może poza tym, że czyta się to jak każdą inną serię o młodocianych mutantach z ostatnich dwudziestu lat. Co jest trochę dziwne, biorąc pod uwagę to, że świat miał być teraz śmiertelnie groźniejszy niż zwykle dla mutantów, że Mgły Terrigenu miały ich truć i w ogóle. Może zostanie to zaadresowane w kolejnych numerach.

Extraordinary X-Men. Główna seria o mutantach, pisana przez Jeffa Lemire'a, wystartowała z metaforycznym poślizgiem, ale teraz, po czterech numerach, zaczyna nabierać tempa. Skład grupy jest ciekawym miksem klasyki (Colossus, Storm, Logan, Nightcrawler – rdzeń All-New, All-Different Claremonta; do tego Iceman, Magik i Jean Grey) i wątków z ostatnich lat (Jean Grey to nastolatka, która zostawiła swoich kumpli z All-New X-Men, a Logan to Old Man Logan – pochodzący z przyszłości starszy, przypominający współczesnego Clinta Eastwooda odpowiednik znanej nam postaci). Drużyna jest już zebrana, rysują się rozmaite relacje w grupie – pora, by zaczęło się coś dziać. Wtedy będzie można powiedzieć coś więcej. Na razie powiem tyle: Lemire będzie mi musiał sporo wytłumaczyć i do wielu rzeczy przekonać. Np. do pomysłu, by Instytut Xaviera (a może to jest wciąż Instytut Jean Grey?) znajdował się teraz w Limbo. Tak, po Ziemi snują się trujące Mgły Terrigenu – to wciąż nie powód, by ewakuować uczniów i poszkodowanych mutantów do piekła.
Mimo to wciąż pozostaję ostrożnie enuzjastyczny.

Uncanny Avengers vol. 3. Teraz pisze to Gerry Duggan, a nie Rick Remender, ale idea jest ta sama – to wciąż jest Drużyna Jedności. Tym razem złożona z Avengers, X-Men i Inhumans. A raczej – z Avengers oraz Rogue, Deadpoola (to nie mutant, ale...), Quicksilvera (to już chyba nie mutant, ale...), Cable'a i jednej Inhumanki, o której nic nie wiemy. 
Nie będę owijał w bawełnę – to jest zły komiks. W zasadzie – intrygująco zły, może nawet spektakularnie zły. Może jeszcze zrobi się dobry – znowu, otrzymaliśmy na razie tylko trzy numery – ale jakoś w to wątpię.

Uncanny X-Men vol. 4. To już seria debiutująca na początku 2016 roku. Na razie ukazał się tylko jeden zeszyt o grupie "złowrogich" X-Men, dowodzonych przez Magneto. Nawet scenarzysta serii przyznaje, że to w zasadzie kolejna inkarnacja X-Force – choć na razie wygląda na to, że ci bohaterowie jednak nie będą zabijać. Przynajmniej na początku. 
Po jednym numerze trudno powiedzieć coś konkretnego. Zapowiada się ponuro, do wyjaśnienia jest wiele tajemnic (status quo paru postaci ma niewiele wspólnego z tym sprzed Secret Wars). Może być ciekawie. Niestety, seria ma dwie poważne wady wrodzone. Pierwszą są rysunki Grega Landa – jak zwykle sztywne, nienaturalne, przerysowywane cholera wie skąd, ze sztucznie uśmiechniętymi bohaterkami pozującymi jak modelki, niezależnie od tego, w jakiej scenie akurat występują. Drugą jest Sabretooth, który za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (patrz: AXIS) zamienił się w pozytywną postać, i jest to najdurniejszy sposób na rozwój postaci zaoferowany przez wydawnictwo Marvel odkąd Spider-Man sprzedał swoje małżeństwo diabłu. Sabretooth jest tym dziwniejszy, że pozostałe konsekwencje AXIS – jak np. "zły" Iron Man – zostały po cichu i bez wyjaśnienia zamiecione pod dywan.

A mimo to – po Magneto Cullen Bunn ma u mnie spory kredyt zaufania i wierzę, że z tej serii może wyjść coś dobrego. Co nie zmienia tego, że będę regularnie zanosił modły do Cthulhu o zmianę rysownika.

X-Men: Worst X-Man Ever. Komediowa miniseria o mutancie-nieudaczniku dołączającym do X-Men zaczęła się zdumiewająco dobrze. Okazało się, że jest w niej miejsce na trochę powagi, emocji, a przede wszystkim – na różne rodzaje humoru. Na razie nie zapowiada się, by ten tytuł miał się na długo zapisać w pamięci czytelników, ale może być przyjemną odskocznią od ponuractwa szerzącego się w większości pozostałych tytułów.
Na marginesie - ta seria rozgrywa się w swoim własnym świecie i nie ma wpływu na pozostałe komiksy.

Czekamy jeszcze na:

Old Man Logan – solowe przygody starego Logana. Bo to, że występuje w Extraordinary X-Men, to nie powód, by nie miał mieć własnej serii. W końcu to Wolverine, nawet jeśli nie posługuje się tym pseudonimem. (Obecna Wolverine, swoją drogą, również ma własną serię, jednocześnie występując w All-New X-Men vol. 2; to naprawdę jest w genach tej postaci...)

X-Men '92 – to samo, co w ramach Secret Wars, tylko tym razem jako pełnoprawna seria rozgrywająca się w swojej własnej rzeczywistości.

Ponadto mniej lub bardziej znaczący mutanci będą się pojawiali w innych tytułach. O Cable'u i Rogue już wspominałem – należą do Uncanny Avengers. Sunspot kieruje działaniami New Avengers. Shadowcat przejęła pseudonim Star-Lord i występuje w Guardians of the Galaxy. Beast występuje w Uncanny Inhumans, Frenzy przewinęła się przez All-New Inhumans, ale nie jestem pewien, czy ma dołączyć do stałej obsady. Prawdopodobnie o kimś jeszcze zapomniałem – po świecie rozpierzchło się wielu mutantów.

Morał? Jaki morał?



Jaki więc był ten 2015 rok dla mutantów? Nierówny. Rozczłonkowany. Dziwny.

Gdyby nie Secret Wars, x-linia prawdopodobnie dreptałaby w miejscu, tak jak w 2014 roku. Zresztą rok właśnie od takiego dreptania się zaczął. Secret Wars wymusiło zakończenie wszystkich serii – a poinformowani z dużym wyprzedzeniem scenarzyści mogli się na to przygotować. Większość zakończonych serii miała finały z prawdziwego zdarzenia – zakończenia, a nie po prostu ostatnie numery. Nie wszystkie, oczywiście – All-New X-Factor skończył się raczej nagle, Amazing X-Men i X-Men nie miały zakończeń, bo ich nie potrzebowały – i tak nie opowiadały żadnych większych historii, każdy story arc był w zasadzie osobną całością.

Potem przyszło Secret Wars. W głównym wydarzeniu mutanci właściwie nie brali udziału – ot, Cyclops pojawił się jako pionek, poświęcony przez scenarzystę, by pokazać moc Dooma. Rozgrywające się na Battleworldzie miniserie prezentowały poziom od Sasa do Lasa, ale to część uroku tego eventu. Wszyscy mogą znaleźć coś, co im się spodoba.

I choć Secret Wars wciąż się oficjalnie nie skończyło, wciąż czekamy na ostatni numer, to od paru miesięcy ukazują się komiksy, których akcja dzieje się po Secret Wars. Komiksy, które pokazują aktualny stan uniwersum Marvela. 

Dla mutantów wiąże się to z dwoma dużymi zmianami. O obu już zresztą wspominałem. Po pierwsze – duże ograniczenie liczby wydawanych tytułów. Z kilkunastu – do siedmiu, z czego dwa nie dotyczą głównej rzeczywistości. Tak naprawdę mamy do czynienia z pięcioma seriami. Ostatni raz x-linia była tak mała... nie jestem pewien kiedy. Na początku lat 90? W latach 80?

Oczywiście, gołym okiem widać, że kosztem X-Men promuje się Inhumans. Koncept, który nigdy nie sprzedawał się szczególnie dobrze, teraz nie sprzedaje się szczególnie dobrze pod kilkoma różnymi tytułami ukazującymi się co miesiąc. I choć jakaś pierwotna, plemienna część mojej fanowskiej tożsamości podpowiada mi, by warczeć i złorzeczyć na taki rozwój wydarzeń – to dobrze. To dobrze, że X-Men będą teraz ograniczeni tylko do kilku komiksów. Na więcej nie było pomysłu. Od kilku lat pisałem w podobnych felietonach, że x-linia jest rozdęta ponad swoje możliwości, że jest sztucznie wypychana różnymi Amazing X-Men i im podobnymi. Dobrze, że – przynajmniej przez jakiś czas – Marvel nie będzie nam wpychał takiego chłamu.

Pisałem również o potrzebie wyznaczenia jednej, głównej serii – teraz ma nią być Extraordinary X-Men – i nadaniu całej linii jakiegoś kierunku. Teraz ma nim być zagrożenie ze strony Mgieł Terrigenu, ponowne nasilenie wrogości świata do homo superior i spadek liczby mutantów.

Wiąże się z tym wiele problemów. Pierwszym jest słowo "ponowne". Dopiero co, po House of M, mieliśmy podobny status quo, który utrzymywał się przez lata. Jego odwrócenie nastąpiło ledwie trzy lata temu, a już do niego wróciliśmy. Ale spójrzmy prawdzie w oczy – ostatni naprawdę oryginalny status quo X-Men mieli za Morrisona. A przed Morrisonem – za Claremonta. Sam brak oryginalności status quo nie jest problemem, nie musi się przekładać na jakość opowiadanych historii.

Drugim problemem są dziury logiczne. Mgły Terrigenu pętają się po świecie od dwóch lat, nagłe wyciągnięcie ich jako zagrożenia jest... nagłe.

Trzecim problemem jest pewna abstrakcyjność tego status quo. Nie wynika on z tego, co widzieliśmy w komiksach x-linii przed Secret Wars. Co więcej – Secret Wars i odgórnie narzucony wszystkim komiksom ośmiomiesięczny przeskok w czasie sprawiają, że prawie nic nie łączy tego, co widzieliśmy przed Secret Wars, z tym, co dzieje się obecnie. 

Wszystko razem składa się na to, że obecny status quo sprawia wrażenie czegoś narzuconego x-linii w bardzo sztuczny sposób. Jest to nie tyle ciąg dalszy historii, co wyznanie, że to, co Marvel oferował do tej pory przestało działać, i dlatego teraz spróbują czegoś innego.

I tak, jest to sztuczne.

Ale.

Ale to, co Marvel oferował do tej pory naprawdę nie działało. Jasne, pojawiały się dobre komiksy, dobre serie, ale x-linia jako całość była beznadziejna. Teraz przynajmniej jest na nią pomysł. Odchudzenie linii, narzucony kierunek i ton – to wszystko może tylko pomóc, bo trudno, by było gorzej, niż przez ostatnich parę lat.

Żeby tylko komiksy były dobre.

Krzysiek "Krzycer" Ceran
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.