Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "Fantastic Four" (2015) - S_O

Ciężko jest mówić o najnowszym "Fantastic Four" bez nawiązywania do całej tej dramy, która krążyła wokół produkcji zasadniczo od jej zapowiedzenia. Jeśli bowiem nawet tylko połowa z najróżniejszych plotek, pogłosek i domysłów jest prawdziwa, mielibyśmy materiału na film dokumentalny dorównujący "Heart of Darkness" o "Czasie Apokalipsy".

fantastic_four_poster_1_small.jpgTym niemniej – jeśli recenzja ma być pomocna, recenzent musi się skupić na filmie samym w sobie, postaram się więc unikać rozważań nad wydarzeniami mającymi miejsce po drugiej stronie kamery. To jednak też oznacza, że nie będę też próbował kombinować, która scena była reżyserowana przez kogo, bo w końcu oceniam tutaj film, a nie dobre intencje Josha Tranka.

Na początek muszę jednak zaznaczyć – nie myślcie zbytnio o niedorzecznie niskim stopniu "świeżości" na Rotten Tomatoes (a jeśli już musicie, to przynajmniej przeczytajcie, co ono właściwie znaczy) albo o tysiącu recenzji, które już mogliście przeczytać i/lub obejrzeć. To nie jest tragicznie zły film. Nie nazwałbym go nawet "po prostu" złym. Sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana.

Historia jest – luźno – oparta na pierwszych numerach Ultimate Fantastic Four. Młody, niedoceniony geniusz, Reed Richards, z pomocą swojego najlepszego/jedynego przyjaciela, Bena Grimma, buduje teleporter, którym zwraca na siebie uwagę Instytutu Baxtera i poszukującego młodych talentów doktora Franklina Storma. Razem z jego córką, Susan, jego synem, Johnnym, i protegowanym – Victorem von Doomem – Reed tworzy pełnowymiarową wersję urządzenia i na czele czteroosobowej grupy wyrusza w nieznane – skąd wracają z nowymi, niezwykłymi mocami.

Nie brzmi źle, prawda? Diabeł jednak, jak to zwykle bywa, tkwi w szczegółach. Osobiście mam awersję co do dziecięcych aktorów (chyba, że mówimy o cudach natury typu Macaulay Culkina, który swoją drogą rozwikłał wszystkie problemy dorosłego życia i razem ze swoim zespołem śpiewa o pizzy. Shine on, you crazy diamond), więc już tutaj pierwszych dziesięć minut filmu nie nastrajało mnie optymistycznie – ale to akurat mój problem i jestem w stanie to przyznać. Większym problemem jest sztampowość kolejnych scen. Praktycznie każdą widzieliśmy tysiące razy i nawet bez oglądania trailerów większość kinomaniaków byłaby w stanie odgadnąć, czasem nawet co do słowa, jak się one potoczą. Jak już wspominałem – młody, niedoceniony geniusz. Typowa dla amerykańskich szkół (a w każdym razie dla amerykańskich szkół w popkulturze) wystawa naukowa. Napięcia na linii ojciec-syn. Pełna nerwów pierwsza rozmowa z dziewczyną, która nawet mimo tego odchodzi z uśmiechem. Zaczątki trójkąta miłosnego (z którego i tak nic nie wynika). Dojrzewający projekt i rodzące się przyjaźnie zaprezentoane w formie montażu. I tak dalej, i tak dalej.

Swoją drogą, jeśli już mowa o chodzeniu na łatwiznę i po łebkach, skupmy się na chwilę na samej ekspedycji w nieznane i tym, jak nasi herosi zyskali moce, bo jestem pewien, że ta jedna scena, nawet bardziej, niż niesłynne już "'It's clobbering time!' to coś, co mówił Benowi jego sadystyczny brat", zirytuje fanów komiksu. Po pierwsze, jak się okazuje [i uwaga, spoilery!] Susan nie jest nawet jej częścią – w skład drużyny wchodzą Reed, Johnny, Victor i dokooptowany na chybcika Ben. Czemu w ogóle ekspedycja ma miejsce? Nie dla dobra nauki, nawet nie po to, żeby wyprzedzić Sowietów ku chwale narodu (U! S! A! U! S! A! U! S! A!) - robią to z czysto egoistycznych pobudek, żeby móc stanąć na równi z Neilem Armstrongiem i Buzzem Aldrinem. I koniec końców, to nie Reed jest odpowiedzialny za wypadek, lecz Doom i jego nienasycona ciekawość, uwalniając Richardsa od jakiegokolwiek poczucia winy, które tak często napędza go w komiksach. Choć, jakby się uprzeć, można powiedzieć, że to wszystko jego wina, skoro zgodził się na podróż mimo że nawet w trailerach mówi, że nie chce być sławny. Ale to już by było naciągane. Łapiecie? Naciągane, bo jego moce... dobra, zamknę się.

A skoro już mowa o mocach – może kojarzycie starą jak świat teorię o mocach Czwórki jako przedłużeniu ich osobowości? Johnny jest w gorącej wodzie kąpany, więc włada ogniem. Ben stąpa twardo po ziemi, więc zmienił się w kamiennego golema, i tak dalej. No, to możecie o niej zapomnieć, bo tym razem nasi herosi otrzymują te moce, bo w odpowiednim momencie wchodzą w kontakt ze związanymi z tymi mocami przedmiotami – do kapsuły Bena wpada sterta kamieni, szkiełko w kapsule Johnny'ego przebija kula ognista, Sue powala pole siłowe wytworzone przez wracający wehikuł, a Reed... nie wiem, podejrzewam, że gumka w gaciach zaczęła uwierać. Albo na ułamek sekundy zrozumiał, jak bardzo jest to wszystko naciągane. Co, już użyłem tego dowcipu? Pffft, jeśli filmowcy mogą być leniwi, to ja też.

fantastic_four_poster_2.jpg

Inna rzecz, że aby nadać postaciom w oparciu o ich charaktery, najpierw te postaci musiałyby mieć jakiś charakter. I wracamy tutaj do lenistwa filmowców. Najbliższy swojemu komiksowemu pierwowzorowi, paradoksalnie wziąwszy pod uwagę kontrowersje wokół aktora, jest Johnny Torch – pomijając fakt, że film również z niego próbuje zrobić geniusza, choć bardziej z typu "zdolny, ale leniwy", jest on w gorącej wodzie kąpanym żartownisiem zainteresowanym samochodami. Co ciekawe, otrzymał też najwięcej rozwoju w filmie, ma też pewien osobisty konflikt ze swoim ojcem – wygląda to trochę tak, jakby Trank przygotował tę rolę specjalnie dla swojego kolegi z czasów "Kroniki", żeby mógł się wykazać. Ale miałem nie gdybać.
Drugi z kolei, jeśli chodzi o rozwój, jest Reed – teoretyczny główny protagonista. Poza tym, że jest młodym, niedocenionym geniuszem, nie ma wiele do gadania, ale, kuriozalnie, to on zostaje "sercem" drużyny. Ze wszystkich postaci. Ben jest praktycznie pustą kartką – poza tym, że jest "przyjacielem Reeda" i "smutny po przemianie". A Sue... Sue ma "rozpoznawanie wzorców".

Nie lepiej jest z postaciami pobocznymi. Dr Franklin Storm to praktycznie stereotypowy w tej chwili "Magiczny Mądry Murzyn" (alias Morgan Freeman), z przemową i radą na każdą okazję. Harvey Allen, w tej roli biedny, zaszufladkowany Tim Blake Nelson, jest natomiast typowym rządowym wrzodem na kolektywnym tyłku, zainteresowanym tylko możliwością zarobku. No i praktycznie cały czas ciamka gumę do żucia (podejrzewam, że cały czas tę samą, nawet po rocznym przeskoku), żeby, parafrazując Cinema Sins, "publika wiedziała, że to dupek". A Doom... Doom jest anty-. Anty-establishmentowy, anty-rządowy, anty-wszystko poza Sue. Z czego zresztą, jak już wspominałem, nic nie wychodzi.
Gdy zaś wraca jako super-potężny, naładowany energiami alternatywnego wymiaru, w którym spędził wspomniany rok, jego motywacja jest zupełnie niezrozumiała. Niby coś tam przebąkuje o tym, że Ziemia jest zagrożeniem dla jego wymiaru, co też, niby, zostało wprowadzone w pierwszym akcie, ale jednak jego decyzja o zniszczeniu świata wygląda bardziej na podyktowaną potrzebami scenariusza, wołającego o ostateczną bitwę, i czyni z niego jakąś dziwaczną krzyżówkę Dooma z Annihilusem – tragiczny pomysł, który, gdyby pojawił się w komiksach, powinien zostać jak najszybciej zapomniany. Ta "ostateczna bitwa" trwa zresztą śmiesznie krótko i kończy się, gdy Reed dochodzi do wniosku, że zamiast walić w niego osobno, Czwórka musi walić w niego razem. Jako drużyna. I jako rodzina.

Wspominałem swoją drogą o rocznym przeskoku, wypada więc, żebym się wyjaśnił. Po tym, jak nasi herosi zyskują moce (a Reed heroicznie ucieka), otrzymujemy scenę, w której Benowi/Thingowi zaoferowana zostaje "posada" rządowa (jako potwora terroryzującego wrogów WOLNOŚCI), a następnie – plansza informująca, że minął rok. Tym samym pozbawiając publiczności tego, co często jest najlepsze w filmach genezowych – scen z bohaterami uczącymi się swoich mocy. Nie jestem szczerze powiedziawszy pewien, jak na ten problem spojrzeć – z jednej strony, coś takiego jeszcze bardziej obciążyłoby i tak nierówne tempo filmu, a z drugiej – wydaje mi się, że byłby to świetny sposób, by zaprezentować wspominany w wywiadach "body horror", który był wspominany w wywiadach, a którego otrzymaliśmy jedynie smaczek w gotowym produkcie. Koniec końców jednak, sama decyzja o przesunięciu akcji w takim stopniu (która i tak została podjęta głównie po to, by można było się dziwować, że Doom tyle przeżył na drugim świecie) była z gruntu zła.

Koniec końców jednak, nie mogę nazwać Fant-Four-Stic złym filmem. Jest poprawnie zbudowany, większość rewelacji jest podbudowana w pierwszym akcie, niczego istotnego nie wyciąga się z kapelusza w ostatniej chwili. Problem polega na tym, że wygląda jak produkcja fabryczna – bez polotu, bez chemii i bez czegokolwiek oryginalnego. Nie jest złym filmem, nie jest dobrym filmem – ze wszystkich możliwości mamy do czynienia z najgorszą: jest nijaki. I dlatego nie zasługuje na więcej, niż nie-tak-fantastyczne

4/10

I tylko po części zdecydowałem się na tę ocenę dla dowcipu.

S_O
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.